Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” w Lublinie jest samorządową instytucją kultury działającą na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” w Lublinie jest samorządową instytucją kultury działającą na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Mojżesz Wajsman — 1 Maja w więzieniu

Mojżesz Wajsman, 1 Maja w więzieniu

Mojżesz Wajsman, 1-maj fajerung in tfise, „Lubliner Sztyme”, R. 2, nr 18, 1 maja 1930, s. 3-4; przeł. P. Nazaruk. Dziękuję Adamowi Kopciowskiemu za uwagi do tłumaczenia.

Niniejsze wydarzenia miały miejsce w lubelskim więzieniu w roku 1923.

W więzieniu jest źle przez cały rok, najgorzej jednak, kiedy przychodzi ci spędzić w nim wiosnę. Cierpienia są wówczas prawie nie do zniesienia. Na zewnątrz wszystko budzi się do nowego życia. Kilka drzew na więziennym dziedzińcu zazielenia się świeżymi liśćmi, wśród których żywo i radośnie poćwierkują ptaszki. Wczesnym rankiem słońce zagląda przez okno do twojej celi i nie pozwala ci dłużej spać. Leżysz na pryczy z otwartymi oczami i dopada cię tak gwałtowna tęsknota za wolnością, że czujesz że mógłbyś rozerwać kraty i wybiec na zewnątrz, nie zważając na nic. Szybko jednak rozlega się dźwięk dzwonka, który przypomina ci by wstać i przestać zaprzątać głowę podobnymi myślami. Nie raz podczas takich poranków myślałem o ucieczce, chociaż do odsiadki miałem jeszcze całe dziewięć miesięcy…

Na dodatek dni są monotonne, szare, niezmienne i tak podobne do jeden do drugiego, że wiesz z wyprzedzeniem, co będziesz robić w każdej minucie i godzinie kolejnego dnia. Ta monotonia dosłownie cię zabija. Zaczyna wówczas dojrzewać w tobie szczególne pragnienie. Przejmująca chęć żeby za wszelką cenę zrobić coś, co choć odrobinę zmieniłoby rzeczywistość i położyło kres chorobie, która zżera cię do szpiku kości.

Nic dziwnego zatem, że jednomyślnie i radośnie postanowiliśmy w otwarty i demonstracyjny sposób uczcić święto 1 Maja. 18 kwietnia, około 9 wieczorem, leżąc już na pryczach, my – 18 więźniów politycznych – podjęliśmy decyzję. Jej znaczenie zrozumie tylko ktoś, kto siedział w więzieniu.

Już następnego ranka, gdy otworzono cele powiadomiliśmy o naszym postanowieniu towarzyszy z drugiej celi – dwudziestu politycznych – i jeszcze tego samego dnia podczas spaceru dostaliśmy od nich odpowiedź, że jednomyślnie przyłączają się do planu. Na drugim, popołudniowym spacerze odebrano gryps od sześciu więźniarek politycznych, także one zaakceptowały postanowienie.

Rozpoczęły się więc gorączkowe przygotowania. Wszyscy pragnęliśmy, żeby obchody były imponujące. Omawiano i uzgadniano każdą drobnostkę. Z wyprzedzeniem ustalono taktykę na wypadek każdego możliwego zdarzenia i przeszkód ze strony administracji. Zdecydowaliśmy także unikać konfrontacji tak długo, jak to tylko będzie możliwe. Jeśli jednak zostaniemy sprowokowani, to nasza odpowiedź powinna być godna.

Pięć dni po podjęciu decyzji o świętowaniu dostaliśmy z zewnątrz dwa pięknie wyhaftowane czerwone sztandary. Oczywiście nikt z nas nie pytał Komisji Gospodarczej (organ kierowniczy wybierany przez więźniów) w jaki sposób dostały się do więzienia… .

Prócz tego dostaliśmy jeszcze czerwone kwiatki z naszymi inicjałami – wykonane przez towarzyszki więźniarki – do noszenia w klapach. Radość była niesłychana. Każdy z nas ukrył swój kwiatek. Schowano też sztandary.

Gdybyście mogli nas wówczas zobaczyć! Każdy z nas miał niewiarygodnie poważną minę, każdy wiedział co ma robić. Ukryta, cicha radość aż biła z naszych oczu. Z pogardą spoglądaliśmy na strażników, którzy dostrzegli zachodzące w nas zmiany i zaczęli się nam pilnie przyglądać. Przeżywałem wówczas dokładnie to samo, co w dzieciństwie podczas Pesach, gdy współczułem „biednym” gojom, że nie mają tak pięknych świąt jak ja… Tak samo żal mi było teraz strażników, którzy nie przeżywają tego wszystkiego, co my…

Dwa dni przed 1 maja mieliśmy w celi „hipisz” (rewizję). Baliśmy się o nasze sztandary, ale wszystko przeszło spokojnie. W środku nocy, około pierwszej, nagle zapaliła się lampka. Do otwartej celi wpadło pięciu strażników z inspektorem na czele. Kazano nam wstać z pryczy i wyjść na korytarz. Ponieważ mieliśmy zostać w samej bieliźnie i boso, w pierwszym rzędzie pomyśleliśmy o kwiatkach i sztandarach. O kwiatka się nie bałem, ponieważ przewiązałem go pod ramieniem w ten sposób, żeby nie wypadł. Ale sztandary? Żeby zyskać trochę na czasie i wynieść je na korytarz zaczęliśmy robić zamieszanie. W tym celu zażądaliśmy, aby pozwolono nam założyć buty. Te przepychanki dały nam trochę czasu i kiedy wreszcie wyszliśmy na korytarz, sztandary były już z nami. Rewizja trwała godzinę i… niczego nie znaleziono. ”Spryt” strażników był częstym tematem naszych późniejszych rozmów i śmialiśmy się z niego jeszcze kilka ładnych tygodni.

Nareszcie nadeszło święto.

Ostatniej nocy prawie nie spaliśmy. Każdy z nas przeleżał te kilka godzin jak w gorączce. Dostrzeżono/Zauważono, że administracja więzienia zaczęła się nami mocno interesować i jak się wydaje zauważyła nasze przygotowania. W nocy wizjer w drzwiach do naszej celi nieustannie się otwierał, ale nic szczególnego się nie wydarzyło.

Z pierwszym dzwonkiem, o 5 nad ranem byliśmy już na nogach, chociaż mieliśmy prawo spać do wpół do szóstej. Każdy z niepokojem się umył i założył co najlepszego tylko miał — zupełnie jak w niedzielę, kiedy szykuje się do odwiedzin. Podczas apelu (starszy strażnik sprawdza wówczas czy wszyscy są), starszy zapytał o powód naszych odświętnych ubrań, na co otrzymał od naszego starosty (starszego celi) dumną odpowiedź: „Dziś jest 1 Maja!”.

Prawdziwy początek nastąpił podczas śniadania. O godzinie 8 rano byliśmy już gotowi.

Poprosiliśmy oddziałowego żeby zamknął pierwsze drewniane drzwi. Powiedzieliśmy mu, że jest nam zimno, ale tak naprawdę nie chcieliśmy być podglądani. Prośbę naszą spełniono. Każdy z nas zaraz wpiął swój kwiatek w klapę. Przez szpary w ścianie porozumiano się następnie z inną celą, otworzono okno i naraz z obu cel na szarym, ciemnym więziennym murze od strony dziedzińca zawisły niczym krople krwi dwa jedwabne, czerwone sztandary.

Wraz z nimi z otwartych okien rozległ się do tej chwili tłumiony a teraz potężny głos jakichś trzydziestu piersi: „Niech żyje 1 maja!”. Na sekundę nastała cisza, a po chwili doszła odpowiedź kilku kobiecych głosów: „Niech żyje!”. Głosy zaczęły dochodzić z drugiej strony dziedzińca i zdawało się, jakby wydobywały się zza grobu. Zaczęliśmy wówczas śpiewać Międzynarodówkę. Za chwilę śpiewali już wszyscy więźniowie polityczni osadzeni w więzieniu. Ale powiedzieć, że był to po prostu śpiew to mało! To był krzyk, protest przed światem, przeciw zamknięciu nas w rozkwicie młodości w zimnym, ciemnym i zaryglowanym żelazem więzieniu. W śpiewie naszym słychać było cały ból uwięzionych w ciasnej i dusznej celi w czasie gdy na zewnątrz rozkwitała wiosna. Cierpienie to przebijało jednak tylko z pierwszych zwrotek pieśni. Wkrótce doszły w niej do głosu inne tony, tony bardziej spokojne i płynne. Słychać teraz było w naszym śpiewie głębokie przekonanie, że sprawa, za którą siedzimy w więzieniu i z powodu której wszędzie słychać naszą pieśń musi zwyciężyć i na pewno zwycięży. Mieliśmy poczucie, że nasze głosy, choć wydobywające się zza krat, łączą się ze śpiewem światowego proletariatu, który zburzy kiedyś te mury i nie zostaną one już nigdy więcej odbudowane.

Byłem wówczas jedynym bundowcem w więzieniu i ponieważ zdawałem sobie sprawę, że mój śpiew dosłyszą ludzie mieszkający wokół więzienia – biedota z Krawieckiej, Zamkowej, Podzamcza i Jatecznej, masa idąca za Bundem, śpiewałem głośniej od wszystkich, łącząc się z moją partią, dla której siedziałem w więzieniu.

Z oddali wyłapaliśmy głosy kobiet. Na zewnątrz powiewały sztandary. Zapadła cisza.

W pierwszej minucie byliśmy zdumieni tym, co zrobiliśmy, oczy zaszły nam mgłą a nagromadzona energia została rozładowana. Trwało to jednak nie dłużej niż chwilę . Po dojściu do siebie wyjrzeliśmy z okien żeby zobaczyć, co słychać na dziedzińcu. Panował tam spokój. Z okienek wyglądali wystraszonymi spojrzeniami kryminalni, robiąc jednak rękoma w naszym kierunku gesty zadowolenia.

Dwie godziny później przyszedł inspektor, który zażądał żebyśmy dobrowolnie oddali sztandary. Odmówiliśmy. Wezwano nas na spacer, ale postawiono nam warunek — mieliśmy obiecać, że nie będziemy śpiewać na dziedzińcu. My z kolei postawiliśmy swój warunek — pod naszą nieobecność czerwone sztandary mają pozostać na swoich miejscach, w przeciwnym razie wznowimy śpiew.

Spacer przebiegł spokojnie, a ponad naszymi głowami powiewały z okien dwa czerwone jak krew sztandary.

Podczas obiadu przyszła grupa dziesięciu strażników z inspektorem na czele. Wszyscy śmiertelnie bladzi, z prawymi dłońmi w kieszeniach, prawdopodobnie na cynglach rewolwerów. Z zewnątrz przystawiono drabinę, po której jeden z nich wdrapał się i zdjął sztandary. Podskoczyliśmy z miejsc. Przez minutę patrzyliśmy jeden drugiemu w oczy i wnet — jak jeden mąż zaczęliśmy śpiewać Czerwony sztandar.

Staliśmy w półokręgu, wycieńczeni, zbolali lecz śpiewający więźniowie a naprzeciw nas – oni, grupa płatnych najemników, gotowych wykonać każdy rozkaz, ale ciemnych jak noc. Wówczas dopiero wyraźnie zrozumiałem, że my jesteśmy przyszłością, a oni umierającą przeszłością. Resztę dnia spędziliśmy jak każdą niedzielę.

Cztery tygodnie bez papierosów i odwiedzin — taka była kara za świętowanie 1 Maja 1923 roku w lubelskim więzieniu.