Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Teatr NN

W Zbąszyniu bez zmian

Z końcem października 1938 roku III Rzesza rozpoczęła tzw. Polenaktion, czyli planowe wysiedlenie z Niemiec Żydów – obywateli polskich. Na próby prawnego zatrzymania napływu uchodźców państwo niemieckie zareagowało z brutalną stanowczością, stawiając Polskę przed faktem dokonanym.

Piotr Nazaruk

 

W Zbąszyniu bez zmian
Żydówki polskie wypędzane z Niemiec w ramach „Polenaktion”. Norymberga, 28 października 1938, fot. H. Großberger [Bundesarchiv]

Piętnastego października 1938 roku w Dzienniku Ustaw ogłoszono rozporządzenie ministra spraw wewnętrznych o jednorazowej kontroli paszportów zagranicznych polskich i umieszczeniu w nich adnotacji o ich ważności. Rozporządzenie wchodziło w życie po 14 dniach od daty publikacji, zatem paszporty bez stosownej pieczątki od 29 października nie upoważniały do przekroczenia granicy polskiej. Ruchy te miały na celu powstrzymanie masowego napływu Żydów – obywateli polskich, wypędzanych z Niemiec. III Rzesza zareagowała na te posunięcia natychmiastowym wysiedleniem 17 tysięcy Żydów. 28 października (na dzień przed unieważnieniem paszportów) skonfiskowano majątki, a ludzi brutalnie załadowano do pociągów i odstawiono tuż za polską granicę. Większość z nich trafiła do obozu w przygranicznym wówczas Zbąszyniu (dziś w woj. wielkopolskim, ok. 100 km od granicy niemieckiej), w którym tkwiła – w fatalnych warunkach – przez kilka miesięcy. Tych, którzy uniknęli wysiedlenia lub zostali, ponieważ nie mieli polskiego obywatelstwa, czekały dotkliwe prześladowania i pierwsze obozy koncentracyjne.

 
Far di plejtim – dla uchodźców

Sprawa uchodźców rozpaliła wówczas społeczeństwo żydowskie w całej Polsce. W kraju błyskawicznie zaczęły zawiązywać się komitety pomocy, które organizowały zbiórki pieniędzy, żywności i odzieży dla uchodźców. Także Żydzi lubelscy włączyli się w pomoc i – co należy wyraźnie zaznaczyć – wykazali się ogromną ofiarnością i solidarnością z uchodźcami. Szczególnie aktywni na tym polu byli lubelscy bundowcy ze swoim liderem, społecznikiem i lekarzem Szlomo Herszenhornem na czele, ale w sprawę pomocy uchodźcom zaangażowały się wszystkie frakcje lubelskiej gminy żydowskiej. W prezydium lokalnego Zjednoczonego Komitetu Żydowskiego Niesienia Pomocy Uchodźcom z Niemiec zasiadali: wspomniany Herszenhorn, przemysłowiec Bromberg (od którego chmielarni wzięła swoją nazwę ulica Chmielna) oraz adwokaci Goldberg i Hochgemajn. W pracę komitetu zaangażowany był cały rząd działaczy i aktywistów, ale jego działalność byłaby niemożliwa, gdyby nie zwykli mieszkańcy Lublina. Niektórzy wpłacali na uchodźców kilkanaście groszy, inni kilkadziesiąt złotych, a imienne listy ofiarodawców, tytułowane zawsze tak samo – far di plejtim (jid. dla uchodźców), niemal codziennie publikowano na łamach żydowskiej prasy. Podczas „imienin” Zlatki Baranholc uzbierano 15, na herbacie u techniczki dentystycznej Sali Fiszman 19, a podczas wesela Ity Hochman i Mosze Menachesa aż 45 złotych. Józio Tajchman, za przykładem swojego kolegi szkolnego Leosia Karilsztajna, przekazał na szczytny cel 1 zł 71 gr, zaś Jojna Zakrojczyk 25 złotych. Tym sposobem na początku stycznia 1939 roku w Lublinie zebrano na pomoc dla uchodźców całkiem astronomiczną sumę 20 tysięcy złotych, za które można było wówczas zamówić w restauracji około 40 tysięcy obiadów!

Oprócz tego do obozu w Zbąszyniu wysłano z Lublina odzież, dzięki czemu zima dla wielu osób przestała stanowić śmiertelne zagrożenie. Zbiórka dla uchodźców rozpoczęła się 15 grudnia 1938 roku i trwała do końca miesiąca. Gmina żydowska wzywała na łamach prasy całą ludność żydowską Lublina do włączenia się w sprawę. W samą akcję odzieżową szczególnie zaangażowane były pani Brombergowa oraz doktorowa Herszenhornowa, które pod koniec grudnia wysłały do Zbąszynia pierwszą partię ubrań i bielizny. Abraham Engel, lubelski aktywista na rzecz pomocy dla „zbąszynian”, wyjechał pracować w obozie dla uchodźców, a 27 grudnia 1938 roku wysłał do redakcji „Lubliner Tugblat” krótki list. „Widziałem już wiele – pisał – ale takich wyrazów wdzięczności, jakie miałem sposobność obserwować wczoraj, jeszcze nie widziałem”. Engel otrzymał z domu egzemplarz „Tugblatu”, który pokazał wypędzonym. Kiedy zobaczyli notę o organizowanej dla nich w Lublinie akcji odzieżowej, nie mogli wyjść z podziwu. „Jedna osoba głośno czytała notkę, a 50 uchodźców ze łzami w oczach słuchało o tym, jak w Lublinie organizuje się pomoc – pisał dalej Engel. – Gazetę podawano sobie z rąk do rąk i każdy podziwiał nasz »Lubliner Tugblat« i lubelskich Żydów, którzy wykazali się tak silną wolą niesienia pomocy”. W Zbąszyniu brakowało wszystkiego, ale najpilniej potrzebowano butów, ciepłej bielizny, nakryć głowy (wiele osób przyjechało z Niemiec w zbyt cienkich, nieprzystosowanych do naszego klimatu kapeluszach) oraz kaloszy i szalików.

 
Za walkę z caratem

Kim byli uchodźcy z Niemiec i dlaczego opuścili Polskę? Historię jednego z nich opisano na łamach „Tugblatu”. Mężczyzna urodził się i wychował w Lublinie, a w 1938 roku znalazł się wśród „szczęśliwców”, którzy nie musieli koczować w barakach w Zbąszyniu. 32 lata wcześniej za aktywny udział w walkach o wyzwolenie Polski spod władzy caratu został wyrzucony z kraju. Osiadł w Niemczech, gdzie ożenił się z niemiecką Żydówką i doczekał syna. Nazizm, szalejący w III Rzeszy, zburzył spokojne i uczciwe życie rodzin takich, jak jego. Kiedy 28 października siedział z żoną i synem przy stole, nagle usłyszeli dzwonek do drzwi. Na progu jego mieszkania pojawiło się dwóch policjantów, którzy kazali mu udać się z nimi na komisariat. Ponieważ słyszał o obozach koncentracyjnych, wiedział, że ma się czego bać. Został poinformowany, że w przeciągu 14 dni może złożyć oficjalny protest, jednak jeden z policjantów wyraźnie dał mu do zrozumienia, że natychmiast ma opuścić mieszkanie, a zabrać ze sobą może jedynie 10 marek i rzeczy potrzebne na dwa dni. Kiedy jego żona próbowała dać mu z szuflady schowane tam 1000 marek, policjant uśmiechnął się cynicznie i krzyknął: „To zabronione!”, po czym mężczyzna mechanicznie oddał mu banknoty. Jego żona dostała spazmów. Widząc to, zaczął gorzko płakać, jednak pod ostrzałem surowego wzroku policjantów szybko doszedł do siebie. Na komisariacie zobaczył ogromną masę podobnych mu Żydów, spędzonych tam przez policję. Pod strażą załadowano ich do autobusów. W tłumie dostrzegł swojego syna – urodzonego już w Niemczech, ale także objętego represjami – widział, że syn jest równie przerażony, jak on. Po sprawdzeniu paszportów Niemcy załadowali ich do wagonów. Ciasnota była niewyobrażalna. Nie było miejsca, żeby usiąść, dzieci trzymano na ramionach. Po kilku godzinach cały transport odstawiono po polskiej stronie granicy. Polskie służby graniczne były zdezorientowane sytuacją. Ani oni, ani uchodźcy nie wiedzieli, co mają robić. Narastało zdenerwowanie, a przede wszystkim głód. Dzieci płacząc domagały się jedzenia, niektórzy zaczęli recytować psalmy.

Bohater reportażu opublikowanego w „Tugblacie” był w gronie osób, które zdecydowały się działać. Zebrano trochę pieniędzy i wysłano trzy telegramy z prośbą o pomoc: do prezydenta Rzeczypospolitej Mościckiego, prezydenta USA Roosevelta oraz Emila Sommersteina, wówczas posła na Sejm RP. Wyłoniono spośród siebie także delegację, wysłaną z interwencją do korpusu granicznego. Straż Graniczna okazała się bezsilna. Jedyne, co mogli zrobić to podstemplować ich paszporty i puścić w dalszą podróż. Ale za co kupić bilety, skoro nikt z uchodźców nie miał polskich pieniędzy? Doszło do tego, że niektórzy w zamian za bilet oferowali złote zegarki. Dzięki dokumentowi, poświadczającemu udział w walkach z caratem, mężczyzna opisany w „Tugblacie” mógł z grupą innych uchodźców pojechać do Poznania. Na miejscu zostali bardzo serdecznie przywitani przez tamtejszą gminę żydowską. Samochodami przewieziono ich do siedziby gminy i nakarmiono. Gmina poznańska wykazała się także innym, niezwykłym gestem solidarności – każda żydowska rodzina z Poznania przyjęła jednego uchodźcę. Koniec końców mężczyzna trafił do rodzinnego Lublina. Jego żona, obywatelka niemiecka, musiała zostać na miejscu. Po jakimś czasie wysłała do męża list. „Spalili siedem synagog – pisała – gmina ogłosiła post. Wszyscy jesteśmy pogrążeni w żałobie”.

 
Ze Zbąszynia do Lublina

Mężczyzna opisany w „Tugblacie” nie był jedynym, który trafił do Lublina. Pierwsi uchodźcy zaczęli napływać do miasta prawdopodobnie już w listopadzie 1938 roku. Lokalny oddział ORT-u (Organizacja Rozwoju Twórczości Przemysłowej Rzemieślniczej i Rolniczej wśród Ludności Żydowskiej w Polsce) wystosował do nich wówczas apel: „Jeżeli w Lublinie i okolicy znajdują się żydowscy uchodźcy z Niemiec, uprasza się, aby kierowali się do lubelskiego oddziału ORT-u, gdzie mogą zapoznać się z szerokim zakresem pomocy, którą oferuje w ramach swojej działalności nasza organizacja”. Być może właśnie jednym z nich był 19-letni chłopak – anonimowy uchodźca z Niemiec, mieszkający przy Szerokiej 7 – który w grudniu 1938 roku dał w „Tugblacie” ogłoszenie, prosząc o jakąkolwiek pracę. Oprócz dorosłych, do miasta napływały także dzieci, często bezdomne i oddzielone od rodzin. W końcu grudnia 1938 roku w mieście ulokowano tymczasowo 20 bezdomnych dzieci-uchodźców, które zamieszkały u żydowskich rodzin.

W lipcu 1939 roku do miasta trafiło 45 kolejnych uchodźców z obozu w Zbąszyniu, których – podobnie jak wcześniej dzieci – przyjęły w swoich domach osoby prywatne. Inni napływali do miasta zapewne na własną rękę. Uchodźcom oferowano w Lublinie dach nad głową i pomoc, ale bodaj nikomu z tej grupy nie wiodło się dobrze. Frustracja i zupełnie słuszne poczucie krzywdy żydowskich uchodźców z Niemiec stały się kanwą kolejnej tragedii. 7 listopada 1938 roku mieszkający w Paryżu 17-letni Herszel Grynszpan zastrzelił niemieckiego dyplomatę Ernsta von Ratha. Czynu tego dokonał w odwecie za potraktowanie przez III Rzeszę jego rodziców, Żydów, obywateli polskich, wygnanych z Niemiec. Wydarzenie to posłużyło Niemcom za usprawiedliwienie wywołania nocy kryształowej, preludium nadchodzącej Zagłady.

 
„Wybryk” Czechowicza

Część społeczeństwa polskiego wykazywała się zupełnym niezrozumieniem problemu. 21 lutego 1939 roku na łamach „Głosu Lubelskiego” ukazała się nota, w której gazeta dowodziła, że Żydom w Zbąszyniu (nie zapominajmy, obywatelom polskim!) nie dzieje się wcale źle. A wręcz przeciwnie, nie dość, że mają się wspaniale i dysponują dużymi sumami pieniędzy we wszystkich walutach, to jeszcze ustawicznie próbują wymknąć się z przygotowanego dla nich obozu. „Policja wyłapuje ich na obszarze całego naszego państwa – czytamy w »Głosie« – i odstawia pod eskortą z powrotem do obozu w Zbąszyniu. Był nawet taki wypadek, że Żydów ze Zbąszynia przechwycono aż w Wilnie”.

Po stronie polskiej byli jednak i tacy, którzy włączyli się w pomoc uchodźcom. Wśród nich znalazł się Józef Czechowicz, który wraz z Jerzym Andrzejewskim, Zofią Nałkowską i grupą innych literatów złożył na ten cel 260 zł (niemal trzykrotność miesięcznej pensji wykwalifikowanego robotnika!). Zgodnie z panującym wówczas zwyczajem lista darczyńców z nazwiskiem Czechowicza została 19 listopada 1938 roku opublikowana na łamach „Naszego Przeglądu”. Sprawa ta nie uszła uwadze tygodnika „Prosto z Mostu”, delikatnie mówiąc, nieprzychylnego sprawom Żydów. „Gościnność i głupota są w Polsce bez granic – pisał 4 grudnia 1938 roku na łamach gazety Karol Zbyszewski. – Cierpliwie znosimy przyjazd coraz to nowych chmar Żydów. Jeszcze się zbiera składki na »uchodźców« z Niemiec. Krew zalewa, gdy się czyta na pierwszym miejscu listy na uchodźców – Żydów w »Naszym Przeglądzie« taki bukiet nazwisk ofiarodawców: Kuncewiczowa; Filipkowiczowa; Nałkowska; Czapska; Irzykowski; Piętak; Czechowicz; Andrzejewski; hr. Tarnowski; hr. Tarnowski Jan; Rudnicki. […] Humanitaryzm, łagodność, liberalizm – bardzo to wszystko dobre rzeczy. Ale opróżnienie kraju z Żydów jeszcze lepsze. Bez nacisku, przymusu, dekretów, tego się nie zrobi. Jeżeli się nie chce być żywcem zjedzonym przez pluskwy, trzeba je rozgniatać” – puentował. Sprawę owego „wybryku” literatów podchwyciły wkrótce inne gazety. Jedną z nich był „Kurier Poranny”, który 11 grudnia 1938 roku zamieścił na ten temat notkę zatytułowaną „Słuszne zdziwienie”. Tego samego dnia Czechowicz, współpracownik dodatku do „Kuriera”, wysłał do redakcji list, w którym pisał: „[…] jeden z pisarzy zwrócił się do bliżej znanych osób ze świata literackiego i poprosił ich o datki na wyżej wymieniony cel. Jeśli chodzi o mnie, to nic mi nie mówił o zamiarze publikowania tych ofiar. Tak więc nadużyto mojej dobrej woli i ze zwykłego ludzkiego aktu filantropii uczyniono przedmiot demonstracji – w naszych warunkach – politycznej”.

Wiele krajów wykazywało się wówczas obojętnością, a czasem było do Żydów zwyczajnie wrogo nastawionych. Chyba najlepiej klimat tamtych czasów obrazuje dramat Żydów – pasażerów statku St. Louis, których w 1939 roku zarówno władze USA, jak i Kuby zawróciły z powrotem do Niemiec. Spośród niemal 1000 pasażerów wojnę przeżyła garstka, której po długich rozmowach pozwolono opuścić pokład w Wielkiej Brytanii. Zbyszewski, który tak obrazowo pisał o głupocie Polaków pomagających uchodźcom, sam skończył jako emigrant w Londynie.

 

_________________________________

Po raz pierwszy tekst ukazał się na blogu Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN” [czytaj]

Słowa kluczowe