Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Teatr NN

MIESZKALIŚMY SOBIE W POEZJI

„Miasto Poezji” to święto wiosny, to szansa na to, by na kilka dni lub choć na kilka godzin przestać żyć w codzienności i zająć się czymś tak absurdalnie niekoniecznym jak poezja.

Grzegorz Jędrek

MIESZKALIŚMY SOBIE W POEZJI

Jest 31 maja 2012 roku, około godziny dwudziestej. Na drugim piętrze kamienicy pod adresem Krakowskie Przedmieście 59, w mieszkaniu numer sześć, nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Tak przynajmniej powiedziałby postronny obserwator, który znałby dobrze tę okolicę i jej mieszkańców. Kamienica dostała jakiś czas temu ksywkę „Kamienica Cudów” przez działającą w jednym z mieszkań galerię o tej nazwie. A może to galeria dostała tę nazwę od ksywki, którą ktoś przypisał wcześniej kamienicy? W tego typu przypadkach kronikarz nie powinien bawić się w detektywa. Są dwie rzeczy, które bardzo psują opowiadanie historii: numerologia i natrętna drobiazgowość.

Zupełnie zwyczajny wieczór

W każdym razie nie dzieje się nic nadzwyczajnego, bo to, że w mieszkaniu zebrała się grupa znajomych i przypadkowych osób nie dziwi tu nikogo. Ze względu na niskie czynsze zabytkowy budynek w centrum miasta stał się ulubionym miejscem zamieszkania najróżniejszego sortu niebieskich ptaków. Ludzi zupełnie jeszcze niedookreślonych, bardziej i mniej utalentowanych, ale przede wszystkim dziwnych i swą dziwność z dumą pielęgnujących. Część z nich studiowała na Wydziale Artystycznym, na innych wydziałach UMCS i na KUL, inni pracowali fizycznie, albo w kulturze, jeszcze inni po prostu snuli się i nikt ich specjalnie nie pytał, z czego się właściwie utrzymują.

Wieczór był więc zupełnie zwyczajny, choć do pokoju mieszkania numer sześć wchodził właśnie jeden z najwybitniejszych poetów swojego pokolenia, polski Ashbery – Andrzej Sosnowski. Och, ale cóż z tego? Kilka miesięcy wcześniej lub kilka miesięcy później (na pohybel numerologom) był w tej kamienicy Jacek Dehnel i nawet podpisał się na ścianie, malując wielką czaszkę nad wypisanym zamaszystymi liniami cytatem „Codziennie, gdy się budzę, widzę śmierć przy pracy” (Jean Cocteau). Obecność kogoś zupełnie nie z tego świata w tej akurat kamienicy była codziennością.

Oczywiście legalni i nielegalni lokatorzy tegoż przybytku od czasu do czasu zadziwiali się czymś mimo wszystko. Jak choćby wtedy, gdy z okien ich niby-domu zwisała wielka płachta „Buty mesjasza zostały odnalezione”. Albo, gdy na ostatnie piętro wprowadziło się po raz pierwszy młode małżeństwo z dzieckiem. Albo, gdy ze schodów spadł… dajmy spokój drobiazgowości.
Są takie historie, które nawet jeśli opowiadane rok w rok, zamiast się zestarzeć, stają się dla nas coraz ważniejsze. Tęsknota za bezczelną, idiotyczną i bezwstydną wolnością, za seryjnym popełnianiem głupot jest czymś, co człowiek uczy się szanować dopiero po fakcie. Tak jest przynajmniej w moim przypadku.

PÓŁBÓSTWA Z WIZYTĄ

Byłem tego dnia w „Kamienicy Cudów” i tak jak inni markowałem zblazowanie znudzonym wyrazem twarzy, gdy nagle ktoś powiedział, że jest telefon i zaraz tu, do mieszkania, przyjadą Ryszard Krynicki i Julia Hartwig. No. To było coś. O ile Sosnowski był ukochanym poetą większości młodych piszących, dwa wspomniane powyżej nazwiska to była elita elit. Osoby cieszące się sławą półbóstw i mieszkające zapewne w jakichś europejskich miastach typu Kraków czy Paryż, ale raczej nienawiedzające zapuszczonych kamienic w centrum Lublina.

Co prawda Lublin ubiegał się wtedy o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, ale przecież wszyscy wiedzą, że Wschód to Wschód i człowiek przyjeżdża tu raczej pielęgnować własne kompleksy, a nie uczestniczyć w światowej wymianie myśli dokoła jednej ze sztuk wysokich, za jaką uważa się poezję. Oskarżających mnie w tej chwili o oikofobię proszę, by zajrzeli uważnie w głąb duszy swojej (czy co tam macie), zanim bez winy zaczniecie rzucać we mnie kamieniami.

No. Więc goście mają być za parę minut i rozpoczyna się gorączkowe poszukiwanie dwóch niezepsutych (w sensie: choć odrobinę stabilnych) krzeseł i dwóch czystych (mogły być nieco wyszczerbione) szklanek, do których można by nalać wody. Wreszcie są: poetka i poeta, przyprowadzeni przez prof. Pawła Próchniaka, który wziął na siebie rolę życzliwego bodyguarda. Spotkanie poetyckie Andrzeja Sosnowskiego, które później nastąpiło, było sceną jak z filmów Jodorowskiego i Zelenki w jednym.

Za niskim stolikiem, który na co dzień robił za dodatkową półkę, z mikrofonem podpiętym pod piecyk od gitary elektrycznej siedzi Andrzej Sosnowski. Po raz pierwszy widzę człowieka, który zazwyczaj jest dostojną oazą ciszy i opanowania, zestresowanego jak uczniak wywołany nagle do odpowiedzi. Dokoła ludzie siedzą na byle czym – na łóżkach, półkach, poduszkach. Część stoi w drzwiach, inni po prostu okupują podłogę. Na samym środku, na dwóch jedynych krzesłach, z elegancją i dostojeństwem zasiadają Julia Hartwig i Ryszard Krynicki.

I jeszcze sceneria: ściany starej kamienicy wymazane podpisami odwiedzających ten pokój gości, ozdobione pokracznymi obrazami i różnego rodzaju bibelotami (w późniejszych latach na tęże ścianę trafi nawet puste gniazdo szerszeni, łapacz snów i oparcie od krzesła). Stare meble i piec kaflowy, rozpadający się tu i ówdzie parkiet. Ach, było pięknie. Mieszkanie wynajmował Rafał Rutkowski – dziś ma już na koncie dwa tomy poetyckie, wtedy był zdolnym smarkiem – i było przedłużeniem jego osobowości. Rafał, choć dość mocno tym zmęczony, nieustannie prowadził coś na kształt domu otwartego. Skorzystała z tego faktu Dominika Serafin, ówcześnie studentka KUL, która to akurat „Mieszkanie Poezji” zorganizowała.

„Miasto Poezji”

A, prawda. Miałem mówić o „Mieszkaniach Poezji”. Do tego w zasadzie zostałem zatrudniony, a nawet obiecano mi przy tej okazji, że dostanę tekst otwarcia. A ja tu uprawiam prywatę!

Mimo wszystko jednak Dominika w trakcie tych dziesięciu dotychczasowych edycji festiwalu „Miasto Poezji” powołała do życia tyle istotnych „Mieszkań Poezji”, że zasługuje tu na osobny akapit. Ludzie mają przeróżne talenty, Dominiki polega na tym, że empatyczna, otwarta i asertywna zarazem, z niewymuszoną wirtuozerią przekonywała zarówno poetów, jak i publiczność, że spotkanie u niej jest najważniejszym punktem festiwalowego programu.

„Otwarcie się na przestrzeń prywatną i wkomponowanie jej w Festiwal [„Miasto Poezji” – przyp. aut.] – pisze Tomasz Pietrasiewicz w tekście ideowym „Mieszkań Poezji” – pozwala na jego współtworzenie przez każdego zainteresowanego tym mieszkańca miasta. Tak więc duża część zdarzeń festiwalowych odbędzie się w prywatnych mieszkaniach, których gospodarze wyrażą na to zgodę. (…) W czasie tych spotkań ich uczestnicy będą mogli czytać swoje ulubione wiersze, opowiadać o swojej fascynacji poezją, czy też konkretnym poetą. W niektórych z tych spotkań wezmą udział zaproszeni poeci. Podkreślmy, że uczestnikami takich „wydarzeń” mają być w dużej mierze znajomi i przyjaciele, ale z zachowaniem otwartości na przyjście do mieszkania również innych osób”.

Idee ocenia się po tym, jak zaczynają żyć własnym, niekontrolowanym przez inicjatora, życiem. „Mieszkania Poezji” przez lata ewoluowały, zmieniając swoją formułę. Zdarzyło mi się odwiedzić wiele takich „Mieszkań”. Były takie edycje, gdy całe grono młodych autorów snuło się wraz z publicznością od mieszkania do mieszkania, kończąc te wędrówki późno w nocy w jakiejś niewielkiej kuchni (cóż takiego jest w kuchniach, że tak dobrze się w nich rozmawia?). Były znów takie „Mieszkania”, które były grzeczną rozmową przy kawie i ciastkach.

Święto wiosny

Pamiętam „Mieszkania Poezji”, które były małymi arcydziełami: przepuszczona przez Tłumacza Google „Oda do młodości”; performance polegający na tym, że asemiczny poeta Miron Tee przesyłał zdjęcia miejsc, w których zostawiał niewielkie trójkątne naklejki i do końca nie wiedzieliśmy, czy na spotkanie zawita; mała galeria sztuki wewnątrz mieszkania; niemalże mistyczne czytanie wierszy Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, na którym czuł się człowiek jak na zgromadzeniu jakiegoś wschodniego kultu.

Z biegiem czasu coraz więcej „Mieszkań” odbywało się w przestrzeni publicznej – w kawiarniach, na uniwersytetach i przede wszystkim w Domach Pomocy Społecznej. Czy to zniszczyło tę ideę? Nie powie tak ten, kto widział jak starszy pan podczas spotkania w DPS, inspirowany wierszem publicznie zwierza się młodemu geniuszowi – Andirjowi Lubce, że tęskni za swoją zmarłą żoną.

I tak. Z grupą znajomych mieliśmy to szczęście, że przez krótki okres w naszym życiu mieszkaliśmy sobie w poezji. Ktoś powie: było was niewielu, żyliście wierszami, nie każdy tak chce i może. A właśnie, że nie. „Miasto Poezji” to święto wiosny, to szansa na to, by na kilka dni lub choć na kilka godzin przestać żyć w codzienności i zająć się czymś tak absurdalnie niekoniecznym jak poezja.

Pamiętam esej Josifa Brodskiego, w którym z rozrzewnieniem wspomina, jak najciekawsi ludzie jego czasów kłócili się o kulturę i cywilizację w biednych petersburskich mieszkaniach. Myślę, że nikt wtedy nie myślał „właśnie rozmawiamy z przyszłym noblistą”. Wiecie dlaczego? Bo w tym szczęśliwym momencie to jedno akurat było zupełnie nieistotne.

Słowa kluczowe