Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Teatr NN

Instagram jak kabina pilota. Widać piksele, a nie krzywdę - Rozmowa z Przemysławem Staroniem

Człowiek siedzący przed komputerem czy smartfonem nie widzi ludzi, których krzywdzi. Dla niego są po prostu pikselami – mówi Przemysław Staroń, nauczyciel etyki i filozofii, którego pytamy o hejt w internecie.

Małgorzata Domagała

Instagram jak kabina pilota. Widać piksele, a nie krzywdę - Rozmowa z Przemysławem Staroniem
Przemysław Staroń

Małgorzata Domagała: Ma pan konto na Instagramie?

Przemysław Staroń: Oczywiście. Media społecznościowe są super, jeśli chodzi o kontakt z uczniami, bo... oni tam są.

A nie denerwuje pana ten wyidealizowany świat? Panie zawsze w perfekcyjnym makijażu, ludzie w pięknych wnętrzach, uśmiechnięci.

Oglądania tego wyidealizowanego świata unikam, gdyż go nie lubię. Może dlatego, że doświadczyłem tego na własnej skórze. To jak wyjście z jaskini Platona. Jak już się przejrzy na oczy, to nie chce się wracać do ciemności. Mechanizmy psychologiczne widoczne na Instagramie zbiera w jedno zasada znana z nauk Karen Horney: „nie chcesz mnie kochać, musisz mnie podziwiać”. Ludzie, którzy mają wewnętrzne braki, niezaspokojoną potrzebę miłości i akceptacji, zamiast nadrabiać je w konstruktywny i skuteczny sposób, próbują to robić np. przesadnymi dietami, ciągłym chodzeniem na siłownię czy właśnie kreacją w mediach społecznościowych. Ja to wszystko wiedziałem, gdy zakładałem swoje konto na Instagramie. Byłem już po własnej terapii, studiach psychologicznych, a jednak wszedłem w to jak w masło. Zacząłem od swoich problemów uciekać w świat kreacji, robienia selfie itd. Nie zauważyłem, jak bardzo stało się to dla mnie ważne. Nie robiłem tego często - w porównaniu z kontami celebrytów prawie w ogóle (śmiech). Ale jednak w pewnym momencie stwierdziłem: „Po co mi to? Przecież przyczyna leży głębiej i to niczego nie rozwiązuje”. Jeśli zaspokoimy potrzeby emocjonalne, nie będziemy potrzebować przesadnie bycia podziwianymi. Odpadnie to od nas jak strup. Tak było też w moim przypadku - kiedy rozwiązałem problemy, poukładałem co trzeba w swojej głowie, straciłem też potrzebę patologicznej ekspozycji. To określenie „patologicznej” jest bardzo ważne, gdyż ekspozycja sama w sobie nie jest ani dobra ani zła – niekonstruktywna staje się wtedy, gdy kompensuje nam to, czego w naszym serduszku nam brakuje.

Na Instagramie, i w ogóle w internecie, mówimy rzeczy, których nikomu nie powiedzielibyśmy prosto w oczy. Mam na myśli wszechobecny hejt. Z czego wynika, że odwagi do takich rzeczy nabieramy w sieci?

– Myślę, że odpowiedź nie jest taka najprostsza, jakby się wydawało. Jestem przekonany, że kiedyś przyczyną tego była anonimowość. Żyjemy w kulturze, w której szczere wyrażanie emocji jest tak naprawdę niewskazane. Cieszysz się? To nie ciesz się za mocno, bo wyjdziesz na narcyza albo zostaniesz spytany, co ćpałeś. Smucisz się? Nie pokazuj tego za bardzo, bo wyjdzie, że jesteś słabeuszem. A jeśli jesteś facetem, to w ogóle wykasuj smutek ze swojego słownika. Złościsz się – oj, to jesteś agresywny. Kiedy pojawił się internet, ludzie w końcu mogli dać tym emocjom, wiecznie tłumionym, upust.

I o ile to wyjaśnia komentarze anonimowe, nie do końca wyjaśnia te komentarze imienne, na Facebooku. Przywykliśmy, że nikt z tym nic nie zrobi, więc pozwalamy sobie na nie coraz śmielej. Jednak pod tym wszystkim leży jeszcze jedna przyczyna, powiedziałbym, że kluczowa. Psychologia opisuje to jako efekt kabiny pilota. Kiedy pilot siedzi za sterami bombowca, nie widzi rozrywanych ciał, płaczących ludzi, tego dramatu, cierpienia na dole. Tak też jest z użytkownikami internetu. Człowiek siedzący przed komputerem czy smartfonem nie widzi ludzi, których krzywdzi. Dla niego są po prostu pikselami. XX-wieczny filozof Emmanuel Levinas mówił, że kiedy spotykamy Innego, następuje epifania twarzy – jego twarz krzyczy: „Nie zabijaj mnie!”. Kiedy patrzymy komuś prosto w oczy, trudno mu zrobić krzywdę. Łatwo pisać na Facebooku o uchodźcach, że powinni się utopić w morzu. Ale kiedy się spotyka człowieka uratowanego z opresji wojennej, człowieka, którego cierpienie bije z każdej komórki jego ciała, trudno mu coś takiego powiedzieć. Lekiem na hejt jest więc maksymalne zderzanie ludzi, którzy hejtują, z drugim człowiekiem, tym, którego hejtują.

A powinniśmy reagować na hejt? Na przykład, jeśli ktoś skomentował zdjęcie „próżna baba”? Taki właśnie przykład znalazłam dziś pod postem żony jednego z piłkarzy?

Tylko ustalmy jeszcze, gdzie ten hejt się zaczyna. Czy krytyka konstruktywna jest hejtem?

Krytyka nie. Ale wyrażenie „próżna baba” jednak krytyką konstruktywną nie jest, prawda?

A dlaczego? A jeśli naprawdę jest próżna?

Wtedy byłaby chyba kobietą, a nie „babą”.

Ano właśnie. Konstruktywna krytyka jest wyrażana językiem szacunku. Poza tym ważne jest też, gdzie się ją wyraża: co innego napisać coś komuś pod zdjęciem, a co innego wysłać prywatną wiadomość. I w końcu: konstruktywna krytyka unika oceniania. „Jesteś próżny” to ewidentna ocena. Hejt jest rzucany, gdzie się da, często ma nie za fajny język i brakuje w nim szacunku do drugiego człowieka. Głęboką przyczyną hejtu, i od tego powinno się zacząć, jest frustracja. Mówi się, że „dziobani dziobią”. Można dodać do tego myśl Jerzego Pilcha: ranieni ranią, upokorzeni upokarzają, zdradzeni zdradzają. Hejt jest często leczeniem frustracji. Człowiek szczęśliwy nie ma potrzeby krzywdzenia innych.

 Nie chodzi jednak o to, by mediów społecznościowych zabraniać, ani do nich zniechęcać. Ale gdyby miał pan podać krótką instrukcję, jak z nich korzystać, jak ona by brzmiała? Jak patrzeć na ten wyidealizowany świat, idealne życie, jeśli naszemu do ideału daleko?

We wszystkim, co robię, staram się młodzieży nie moralizować, to jest mój punkt wyjścia. Zakazywanie mediów społecznościowych byłoby bez sensu. Wielu młodych ludzi nie wyobraża sobie bez nich życia, bo są tam ich znajomi i to jest OK. Po prostu, cytując Kanta, sapere aude [„miej odwagę być mądrym” – red.]! Social media nie są ani dobre ani złe, tak jak sam świat nie jest ani dobry, ani zły. Wszystko zależy od nas, od naszej postawy, naszej dojrzałości. Nie bądźmy głupi w realu, nie bądźmy głupi w wirtualu, pamiętajmy, że świat netu ma swoją specyfikę i wymaga większej ostrożności… i tyle. A przede wszystkim – uczmy się kochać siebie i innych. I wtedy możemy posłuchać św. Augustyna, który rzekł: „Kochaj i rób, co chcesz”. No bo jeżeli kochamy, krzywdzić nie będziemy.

 

Przemysław Staroń, rocznik 1985, psycholog, kulturoznawca, nauczyciel etyki i filozofii w II LO im. Bolesława Chrobrego w Sopocie. Absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Jest nazywany profesorem Snapem, gdyż wykorzystuje Snapchata w edukacji. W ciągu pięciu lat jego uczniowie zdobyli prawie 30 tytułów olimpijskich w Olimpiadzie Filozoficznej.

Słowa kluczowe