Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” w Lublinie jest samorządową instytucją kultury działającą na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” w Lublinie jest samorządową instytucją kultury działającą na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Wspomnienia Edwarda Kraussego syna

Urodziłem się 30 listopada 1918 roku w Lublinie. Lata dziecinne i młodzieńcze przeżyłem beztrosko – trochę byłem łobuzowaty, uczyć mi się nie chciało. Pamiętam, że wychowałem się przy takich wielkich psach. To były wyżły. Psy lubiłem bardzo. Koty nie bardzo. Suka była Dina, pies – Bizon. Biegałem z nimi po polach. Miałem towarzyszy do zabawy. Buchaltera syn był w moim wieku. Mieszkał obok. Nazywał się Sławek Minia. Biegaliśmy po wozach, skakaliśmy po wagonach kolejowych, w każdą dziurę żeśmy wleźli. Ale nie wypuszczaliśmy się na dalekie wyprawy. Niektórzy pracownicy młyna mieszkali w pobliżu młyna. To były firmowe domy. Jeden był przed młynem. To były pojedyncze domy, takie wille. Było ich pięć. Mieszkał tam kierownik techniczny młyna. On miał swoją willę, buchalter, ojca kolega, który był kierownikiem zbytu. Był też taki mój przyjaciel baran. Jak wyszedłem z domu i gwizdnąłem to przylatywał.

 

Spis treści

[RozwińZwiń]

Dom rodzinnyBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

Mieliśmy willę przy młynie i tam do rewolucji mieszkaliśmy, na Kalinowszczyźnie. Młyn był na Bystrzycy. To tylko teraz ostatnio pozmieniali bieg Bystrzycy na stare koryto i teraz na suchym młyn stoi. Ale młyn jeszcze stoi i pracuje. Ten sam, który był przed wojną. Obok stała willa, w której mieszkaliśmy. W naszej willi było 10 pokoi. Była bieżąca woda, kanalizacja, ogrzewanie. Mieliśmy pokojówkę i kucharkę. Mama zajmowała się domem, miała na imię Barbara. Miałem siostrę, też miała na imię Barbara. Ja miałem imię po ojcu, a siostra po mamie.

PrzysmakiBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

Kuropatwy do weka, dobre jedzenie. Na polowaniach były ogniska, kiełbachę się smażyło, wódeczkę się piło. To staromodne, ale i dzisiejsi się nauczyli tak robić. Pamiętam, że lubiłem kurę w galarecie i rybę w galarecie. W późniejszym czasie to siostra się zajmowała słodkościami. Faworki, pączki, babki wszelakiego rodzaju i gustu...

EdukacjaBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

W 1932, gdy miałem 14 lat, rodzice oddali mnie do prywatnej szkoły profesora Zejlipa do Zakopanego, z której uciekłem na piechotę do Lublina. Maturę zrobiłem w Gimnazjum Batorego w Lublinie, potem był rok podchorążówki we Włodzimierzu Wołyńskim i rok studiów w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, a potem już wybuchła wojna.

RozrywkiBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

Zajmowałem się sportem. Byłem rok w Zakopanem i jeździłem na nartach. Poza tym – ryby i myślistwo. Jeszcze wiszą tam na ścianie strzelby. Ryby łowiłem przy młynie. Karpie zdarzały się, szczupaki przeważnie, najrzadszą rybą był węgorz. Ale nie była to bardzo czysta rzeka, bo wszystkie odchody z miasta to puszczali do rzeki. Moja ulubiona zabawka z dzieciństwa wisi na ścianie – to strzelba. Mam poroże z łosia, z jelenia. Polowałem też na zające i kuropatwy. Najprzyjemniejsze to były kaczki i kuropatwy, człowiek się ostrzelał, przywiózł mięcha dużo do domu. Potem kucharka robiła z tego coś.

Stosunki polsko-żydowskie przed wojnąBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

Żydów było mnóstwo. Pejsaci Żydzi chodzili w jarmułkach takich okrągłych, po Lubartowskiej, to było charakterystyczne – Lubartowska, Szewska, o tutaj te okolice, Ruska, to sami Żydzi byli. l handel na ulicy prowadzili i kręcili się, ale na Krakowskim tylko sporadycznie się spotykało pejsatych czy brodatych Żydów. W mojej szkole nie było Żydów. Z kolegów zachował się do tej pory tylko jeden – Tadeusz Unkiewicz. Mieszka w Lublinie, na Solnej, jeden, który przeżył do tej pory, bo reszta to wymarło.

Stare Miasto to raczej wszyscy unikali. Jak ktoś nie miał specjalnego interesu tam iść, to nie szedł dla samego spaceru. Brudno tam było, smrodliwie. Nie mogę powiedzieć żebym nie lubił Żydów czy się bał. Nie było czego. Lubartowska, Szewska i Stare Miasto to było skupisko Żydów. To był ich świat. To było coś innego niż chrześcijanie. Chodzili z pejsami i brody mieli... Można się było z nimi normalnie porozumieć po polsku. Kaleczyli ten polski język, ale... unikało się tego.

Czasy wojnyBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

Jako artylerzysta zostałem przydzielony do 3 pułku artylerii pułkownika Tatara – naszym zadaniem była obrona przeprawy na Wiśle w rejonie Puław i Dęblina. Kiedy Niemcy pojawili się w okolicy Kurowa, wycofaliśmy się z Wólki Profeckiej z naszymi 100 mm haubicami aż do Rejowca. W Tomaszowie Lubelskim nastąpiło rozproszenie. W Lublinie byli już Niemcy. Miałem wiadomości, że szukali mnie wtedy już jako oficera WP. W młynie było tyle budynków i zakamarków, że nietrudno było znaleźć dobrą kryjówkę. Po powrocie działałem w strukturach podziemia jako wywiadowca – obserwowałem ruchy wojsk, transport), także te, które szły przez naszą bocznicę kolejową oraz inne, i przekazywałem raporty dalej. W 1943 zrobiło się „gorąco”, zwłaszcza po wsypie w młynie, gdzie przechowywaliśmy z Lucjanem Skoczyńskim rannego partyzanta o pseudonimie Świt. Niestety, o jego obecności w młynie poinformował Niemców szewc z Tatarskiej. Obu aresztowano i rozstrzelano 28 stycznia 1944 roku wraz z 28 innymi Polakami przy moście na Nowej Drodze (obecnie al. Piłsudskiego). Trzeba było uciekać. Trafiłem w lasy w Nadrybiu do oddziału „Boryny”. Kiedy wojska radzieckie i polskie wkroczyły do Lublina, młyn został zajęty 24 lipca 1944 i pozostawał w posiadaniu WP do l maja 1945. Wstąpiłem wówczas do l armii WP. bytem w Głównym Kwatermistrzostwie w Lublinie, a potem krótko w Warszawie.

Po wojnieBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

Po demobilizacji przez 3 lata prowadziłem nasze ponad 20-hektarowe gospodarstwo rolne – zainwestowałem wtedy wszystkie oszczędności rodziny i własne. W 1948 roku ostatecznie zabrano nam młyn i ziemię. Trzeba było znaleźć jakieś stałe zajęcie, aby się utrzymać. Podjąłem więc pracę w Centrali Spółdzielni Transportu, a następnie w Warsztatach Spółdzielni Komunikacyjnej, potem 20 lat przepracowałem w Zakładzie Doskonalenia Zawodowego w Lublinie. Stamtąd w 1984 roku przeszedłem na emeryturę. Obecnie, jak na razie bezskutecznie, staram się odzyskać majątek rodzinny zabrany prawem kaduka.