Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Narutowicza 20 w Lublinie

Historia nieruchomości zlokalizowanej w Lublinie przy ul. Narutowicza 20.

Spis treści

[RozwińZwiń]

LokalizacjaBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

Numer hipoteczny: -

Numer przed 1939: Narutowicza 20

Numer obecny: Narutowicza 20

FunkcjeBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

Mieszkalna i handlowa. W 1936 roku na terenie nieruchomości istniała piwiarnia oraz 2 sklepy spożywcze. W 1940 roku istniała piwiarnia, cukiernia i owocarnia.

KalendariumBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

Przed 1914 - rozpoczęcie użytkowania dwóch domów przez Szmula Szpiro.

po 1914 - rozpoczęcie użytkowania dwóch nowych domów przez Szmula Szpiro.

31 listopada 1936 - Ankieta sporządzona na potrzeby Zarządu Miejskiego.

15 stycznia 1937 - Inspekcja Budowlana dokonała oględzin budynku przy ul. Narutowicza 20 i stwierdziła, że część fasady budynku została pomalowana na biało. Inspekcja nakazała zamalować ścianę na kolor cementowy.

23 luty 1937 - Budynek uległ zniszczeniu podczas pożaru.

29 marca 1939 - Zarząd Miejski w Lublinie wydał pozwolenie na umieszczenie napisu nad sklepem dla Dwojry Zylberner, Felicji Rzezak i Stanisława Kaweckiego.

26 kwiecień 1941 - Karta realności

 24 czerwiec 1948 - W drodze oględzin dokonanych w dn. r.  przez Inspekcję Budowlaną stwierdzono, że II piętrowa oficyna środkowa znajdująca się przy ul. Narutowicza 20 jest w złym stanie technicznym i wymaga remontu. Z powodu ustąpienia gruntów pod fundamentami powstały pionowe pęknięcia prawej strony ściany frontowej od strony ulicy. (s. 14)

HistoriaBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

Właściciel

W 1936 roku właścicielem był Szmul Izrael Szpiro, Małamet, Abram Mordka.

Dzierżawca nieruchomości: 60 % Jehuda Szpiro

Dozorca: Zak Franciszek

W 1940 roku właścicielem był Małamet Szpiro.

OpisBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

Kamienica w zabudowie zwartej,  murowana, przekryta blacha cynkową. Oficyna murowana przekryta papą. Budynek czeterokondygnacyjny, z oświetleniem elektrycznym, kanalizacją i wodociągiem. DW balkony od frontu, cztery od podwórza. W kamienicy znajdowały się 3 mieszkania jednoizbowe, 5 mieszkań dwuizbowych, 15 mieszkań trzyizbowych, 9 mieszkań czteroizbowych, 2 mieszkania pięcioizbowe, mieszkania sześcioizbowe.

Fragmenty historii mówionychBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

Józef Koporski

Pod 20 był żydowski dom, tacy Żydzi mieszkali, pamiętam, tacy byli agresywni bardzo, należeli do tego sportowego klubu Hapoel, chyba tak się nazywał, [...] to prawie sami Żydzi.

Sara Tuller

[Miałam] sześć tygodni, jak rodzice się przeprowadzili do Lublina i wynajęli mieszkanie na Narutowicza 20 na pierwszym piętrze. Ja naturalnie tego nie pamiętam, ale pamiętam, że tam się wychowałam jako dziecko. To był starszy budynek, trzy budynki... i żeśmy się zawsze tam bawili. Dużo dzieci, bardzo wesoło. Ale jako dziecko już czułam, że te żydowskie dzieci w budynku bawiły się osobno od polskich. […] Narutowicza była cudna, bardzo szeroka, piękna ulica. Jedyna rzecz, że tam na parterze była piwiarnia i ta piwiarnia była naturalnie raczej głośna, więc co niedzielę tam albo ktoś został zabity, albo zbity i było bardzo wesoło, tak że jako małe dziecko już ja byłam przyzwyczajona trochę do ludzi, co biją. To mnie przestraszyło, tak że szczególnie w niedziele ja nie chciałam wyjść z domu. Jak mama [mówiła]: „Chodź, idziemy na spacer”, powiedziałam: „Nie, ja nie chcę iść na spacer. Ja chcę siedzieć w domu”. Ja pamiętam do dzisiejszego dnia, jak ja płakałam – ja nie chciałam wyjść z domu. Ale nigdy nie powiedziałam matce dlaczego. Czy nie mogłam się wypowiedzieć dlaczego, czy nie wiedziałam dokładnie dlaczego – to mnie teraz bardzo ciężko powiedzieć. Ale wtedy ja nienawidziłam niedzieli – tylko przez tą restaurację, co była w naszym domu. […]

Na Narutowicza 20 myśmy nie mieli łazienki, mieliśmy ubikację, ale nie wannę, co piątek wieczór się przynosiło tą wannę z piwnicy i napełniało się wannę, a resztę tygodnia to się brało miskę i człowiek się mył codziennie. A raz na tydzień to mama przynosiła [wannę] – to było na Narutowicza 20. […]

Pamiętam jeszcze jedną rodzinę żydowską. Tam mieszkały też jakieś trzy, cztery rodziny żydowskie. Właściwie pamiętam dwie rodziny. Pamiętam nazwisko tylko jednej, bo to byli mojej mamy najbliżsi przyjaciele – Kierszynblat. On był zegarmistrzem. On miał sklep zegarmistrza. On poprawiał, sprzedawał zegary. On miał cudowne ręce, także grał na mandolinie. On był cudownym zegarmistrzem. On mógł wszystko rozebrać. Miał mały sklep na Narutowicza. On miał dwóch synów, ale on strasznie chciał mieć dziewczynkę. Ja zostałam jego adoptowaną córką, bo ja ze szkoły bardzo często do niego wstępowałam i on zawsze tam miał cukierki, które ja lubiłam, i zawsze mi dawał cukierka i chciał spytać, co robiłam w szkole, jak było. Często rodzice spędzali wieczory, bardzo często, razem. Mój ojciec pracował, jak powiedziałam, do późnej nocy, a moja mama szła do nich do domu i mnie zabierała, częściej oni przychodzili do nas, bo myśmy mieli ładniejsze mieszkanie od nich. Oni byli biedniejsi i mieli małe mieszkanko, jedną sypialnię i living room – salon i kuchnia. I rodzice spali w salonie, na tapczanie, a synowie byli w sypialni. Tak że oni zabierali tą pościel, kładli pościel. Tak że na wieczór oni lubili przychodzić do nas i mama zawsze podawała tą kawę z ciastem, czy ser z chlebem, bardzo często u nas zamiast ciasta w nocy. Moja mama wtedy myślała o zdrowiu, wiedziała, co to zdrowie. Zawsze mówiła: „Kawałeczek chleba z masłem jest zdrowszy niż ciasto. Tak że ja nie mam ciasta, czy ciasto dostaniesz, tylko małe ciasteczko. A jak jesteś głodna, weź kawałeczek chleba z miodem, czy z masłem”. Myśmy mieli miód. Chleb z masłem i z miodem. To było cudowne, to było takie specjalne święto. Tak że oni przychodzili do nas co najmniej dwa, trzy razy na tydzień. Zawsze w sobotę w wieczór. W piątek czasami, zawsze w sobotę w wieczór i w środku tygodnia. I myśmy byli bardzo zaprzyjaźnieni. Ona była dla mnie jak matka. A jej synowie to byli jak moi bracia. Imion nie pamiętam. […] Ta druga rodzina była tam, ale myśmy nie byli z nią zaprzyjaźnieni. Tylko na święta przychodzili. Bo na święta to zawsze wszyscy, się miało gości. Na święta się musi mieć gości. Chanuka, to na łatki, musisz mieć gości, na Nowy Rok. Na Jom Kippur po poszczeniu, to każdy poszedł do domu, po szklankę kawy, a później przyszli goście, musiało się być z ludźmi na kolację razem. To zawsze u nas w domu. Bo moja mama była bardzo gościnna. Ona była z dużego domu. I ona trzymała ten dom, szła po to mleko, pilnowała ten cały dom, bo jej matka była w interesie. Ona była w domu. I ona była bardzo gościnna. Ona bardzo lubiła ludzi. Tak że zawsze do nas.

Myśmy nigdy nie jedli bez białego obrusu. Po to był codziennie na kolacji, na obiad. Śniadania nikt nie jadł razem. Obiad o drugiej, wszyscy przychodzili, musieli wszyscy być przy stole. I to zawsze był biały obrus. Kolacja, to już ojca nie było, ale myśmy byli. Ojciec pracował dłużej. Ale zawsze ten biały obrus. I była służąca. Myśmy mieli służące. To ta służąca podawała. Ja do kuchni nigdy nie weszłam. Jak weszłam, to by powiedzieli – co ty tam wchodzisz, to nie twój interes. Moja mama była w kuchni. Moja mama chodziła kupować. Była panienka do dzieci, jak byliśmy młodzi, później nie było. Była jedna pani, co przychodziła czyścić podłogi co tydzień, co dwa tygodnie. Praczka co dwa tygodnie. Była ta żydowska dziewczyna przez długie lata, co wychowała się ze mną, co była jak siostra. Jak ona wyszła, to mama przyjęła inną kobietę. I była polska dziewczyna ze wsi, co mieszkała cały czas i szła do domu na niedzielę, miała swój pokoik. Ona miała swój własny pokoik. Służba w Polsce nie jadła z ludźmi. Ona nam podała do stołu, ale ona jadła wszystko to samo.

Anna Berger

Moja mama wszystkim pomagała. Mieszkałyśmy na parterze na Narutowicza i moja mama gotowała, pamiętam, obiad, robiła pierożki. I stała drabina pod oknem, taka drabinka niewielka. Taki biedny chłopczyk wszedł po tej drabinie i mama mówi: „Co ty chciałeś?”. To on mówi: „Tak pachnie! Taki dobry obiad!”. I mama go wzięła i poczęstowała. Bardzo miałam dobrą mamę, miałam piękną mamę, ale moja mama umarła, jak miałam 15 lat i ja się wychowywałam u ciotki. […]

Na Narutowicza 20 – Namiestnikowskiej wtedy – ojciec mojej koleżanki, Hafki Nansztajnówny, miał fabrykę mydła. To jest dom naprzeciwko Okopowej. Tam jest taka piękna brama, są takie dwie postacie, które podtrzymują na rogu. Tam w oficynie była taka fabryka mydła i tam właśnie wyrabiało się mydło.

Helena Grinszpan

[Na] Narutowicza 20 mieszkaliśmy […], to były trzy domy w jednym podwórku. […] Melament mieszkał, Feldzamen, Akierman, sąsiedzi. To był bardzo duży dom. […] My nie mieliśmy dużego mieszkania, mieliśmy dwa pokoje […], nie żyliśmy w luksusach. […] Dozorcę pamiętam, ale jak się nazywał – nie. Wiem tylko jedną rzecz, to był Żyd, który przechrzcił się i ożenił z Polką, i miał z nią dzieci. Słyszałam kiedyś, że jego zamordowali jako Żyda, bo u Niemców to nie było – przechrzcił się, nie przechrzcił się. Te córki to nie wiem, czy przeżyły, czy nie. Jedna córka wyszła za Polaka, pamiętam, ale jak się nazywał, nie pamiętam. Pamiętam, [że] gonił nas stale z tą miotłą. […] Ta mała moja [siostra] się czepiała, strasznie jej nie lubiłam, jak ona latała za mną, miałam tam koleżanki z podwórka. Pamiętam Siwkównę […], oni mieszkali na 4 piętrze w tej samej klatce schodowej co ja. Spotykałam się z nią nieraz podczas wojny i szłam do niej na górę, jakie to było ryzykowne. Jak wychodziłam, mogłam wyjść z tej piwnicy, ale nie wiem dlaczego, przecież to było ryzyko. Nie pamiętam, jak się nazywała, zdaje się, że Basia, wiem tylko, że Siwkówna, jak dalej to nie wiem. Miałam koleżanki Polki też, nas było tylko 5 Żydówek w klasie. […]

„Alen Juden raus!” i koniec, tak jak pan stał, pan wyszedł. Stanęli na podwórku Niemcy, nawet nie walili do drzwi: „Alen Juden raus!” i koniec, i trzeba było wyjść, to, co pan miał w ręku, to pan zabrał i koniec. […] Później dopiero mama coś tam załatwiła, że coś tam zabrała później. Ale w tej chwili to co mogliśmy wziąć, 5 minut jak panu dali? Trzeba było wyjść, co pan mógł wziąć? Jeszcze w takim chaosie.

LiteraturaBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

Akta nieruchomości położonej w Lublinie przy ul. Narutowicza 20, APL, sygn. 3223