Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” w Lublinie jest samorządową instytucją kultury działającą na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” w Lublinie jest samorządową instytucją kultury działającą na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Miejsca spotkań i lubelskie salony literackie

 

Oprócz restauracji, knajp i mieszkań samych "reflektorowców", w których spotykała się lubelska cyganeria, istniało w przedwojennym Lublinie kilka miejsc, którym obecność młodych artystów i literatów nadawała specjalne znaczenie.

 

Jednym z nich, który warto w tym miejscu wyróżnić ze względu na jego atmosferę i legendę była tzw.

KNAJPA OJCA GRUDNIA

 

Józef Łobodowski: Zakład Jana Grudzińskiego, alias ojca Grudnia, cieszył się swoistym powodzeniem w tej części miasta. Niektórzy woleli ordynarną nazwę: knajpa „Pod siedmioma cyckami”. Przed wojną światową mieściła się tu żydowska restauracja. Wieść gminna głosiła, że w czasie odwrotu armii rosyjskiej Kozacy Dońscy zgwałcili cztery córki restauratora, a jednej z nich ucięli po pijanemu pierś. Stąd malownicza nazwa. Ale używano jej rzadko.30

Łobodowski najprawdopodobniej pomylił się: miał na myśli knajpę nazywana przez bywalców „Pod Trzynastoma Cyckami”, która mieściła się na ul. Kościuszki 7.
Poza dużą salą z szynkwasem, lokal składał się z kuchni i dwóch pokojów. W jednym z nich stał bilard z grzybkiem, w drugim, o osobnym wejściu z podwórka, stary, dobrze sfatygowany tapczan. [...] Najczęściej mówiło się: „Idziemy do ojca Grudnia!”, albo jeszcze prościej: „Do Grudnia!”. [...] Właściwie była to piwiarnia, bez prawa wyszynku wódki, bo Grudzień nie chciał płacić wysokich podatków. Odpuszczał więc „wyborową” i „policyjną” tylko zaufanym, podając ją w maszynce od kawy. Piło się zatem filiżankami, mając zawsze baczenie na drzwi, czy nie wejdzie glina. [...]

Łobodowski najprawdopodobniej pomylił się: miał na myśli knajpę nazywana przez bywalców „Pod Trzynastoma Cyckami”, która mieściła się na ul. Kościuszki 7.
Poza dużą salą z szynkwasem, lokal składał się z kuchni i dwóch pokojów. W jednym z nich stał bilard z grzybkiem, w drugim, o osobnym wejściu z podwórka, stary, dobrze sfatygowany tapczan. [...] Najczęściej mówiło się: „Idziemy do ojca Grudnia!”, albo jeszcze prościej: „Do Grudnia!”. [...] Właściwie była to piwiarnia, bez prawa wyszynku wódki, bo Grudzień nie chciał płacić wysokich podatków. Odpuszczał więc „wyborową” i „policyjną” tylko zaufanym, podając ją w maszynce od kawy. Piło się zatem filiżankami, mając zawsze baczenie na drzwi, czy nie wejdzie glina. [...] Towarzystwo w knajpie było zawsze bardzo mieszane. Dziewczęta wątpliwej reputacji, dorożkarze. Policjanci, złodziejaszki i nożowcy, ale również spokojni robociarze i rzemieślnicy z sąsiednich domów. Zaglądali pracownicy z pobliskiej fabryki likierów Vettera.31

 Wacław Gralewski: Głównym miejscem postoju watahy Łobodi była mała, niepozorna knajpka, zwana „u Ojca Grudnia”. Choć był to lokal trzeciej kategorii i bardziej za piwiarnię niż restaurację mógł być uważany, miał jednak dzięki właścicielowi nieco większe ambicje. Mieścił się przy ulicy Narutowicza 1532 i konkurował dzielnie z takimi kącikami gastronomicznymi w tejże dzielnicy jak sławna „piątka” [bar „Piątka”, Kapucyńska 5] lub bar „pod trzynastoma cyckami” [mieszczący się na ul. Kościuszki 7].

   Kto wzbudził w piersi ojca Grudnia silniejsze tęsknoty do lepszego, coś znaczącego środowiska, trudno ustalić. Ale pewną jest rzeczą, że myśl jego wybiegała ponad poziomy zwykłych pijaków i przylgnęła do „zukrainizowanej” paczki poetyckiej. A i ona do Grudnia również serdecznie przylgnęła, tym bardziej ze dysponował magicznym amuletem, który pospolici ludzie w sposób przyziemny nazywają kredytem. I ojciec Grudzień, nieubłagany w stosunku do zwykłych kiziorów, miękł na widok poetów. Zjawisko picia wódki przez watahę w melinie ojca Grudnia miało jedną cechę odwrotnie proporcjonalną – im więcej wataha wypiła, tym mniejsze okazywały się możliwości wyrównywania rachunków. 
 Ale ojciec Grudzień miał w sobie coś z Rostandowskiego Raquenau'a, więc widział widocznie w atamanowskich golcach co najmniej kadetów do Bergeraca.

    Gdy mimo wszystko należności nie pokryte napęczniały ponad niepokojącą miarę, z genialną inicjatywą wystąpił znany plastyk, członek watahy, Jan Samuel M[iklaszewski]. 
– Wymaluje się ściany w różne kombinacje i fidrygałki, co niezmiernie ożywi lokal, tak coś jak u Hawełki w Krakowie – powiedział. – Praca będzie kosztowna, ale w zamian ojciec Grudzień zbonifikuje narosłe rachunki trochę dopłaci w gotówce, a trochę w produktach naturalnych, głównie płynnych.

Romantyczny knajpiarz początkowo się krzywił, ale uległ argumentacji. Inicjator doprosił jeszcze dwóch innych plastyków, którym życie rzucało kłody pod nogi i usiłowało nie popuścić do dobrze zastawionego bufetu. Zaczęła się praca dekoracyjna. Trwała dość długo, jako że plastycy powoli dochodzili do formy. W końcu jednak obstalunek został wykonany i ściany pokryły się z lekka frywolnymi malunkami, zaopatrzonymi w poetyckie sentencje. Plastycy dali swe pomysły – poeci cenne myśli, wyrażone w dwuwierszach. Szkoda, że ten oryginalny, jak na stosunki przedwojenne, kącik uległ zagładzie. Hitlerowskie bomby zburzyły dom, w którym mieściła się restauracja, a wraz z nią i ciekawe malowidła. Dziś, odbudowany, mieści sklep Cepelii na dole, a na górze uplasował się Związek Plastyków. Coś jednak z tych malowideł Jana Samuela wyrosło.33 

Być może to właśnie o „knajpie ojca Grudnia” wspominał Feliks Araszkiewicz, opisując jedno ze spotkań z Czechowiczem: Zaciągnęliśmy go [Czechowicza] kiedyś do nowo reaktywowanego Związku Literatów Lubelskich, na jeden z „wieczorów czwartkowych”, które co tydzień w ciasnych, lecz przytulnych salkach Muzeum [przy ul. Narutowicza 4, obecna Biblioteka im. H. Łopacińskiego] gromadziły miłośników poezji i literatury pięknej. Ktoś mówił o twórczości Czechowicza, potem czytano jego wiersze, bo sam nie chciał, był jakiś smutny, kwaśny. Po skończonym wieczorze poszliśmy do pobliskiej podrzędnej restauracyjki. Byliśmy głodni, zaspokoiliśmy głód po proletariacku, siwuchą i kiełbasą.34 

Józef Czechowicz, analizując proces powstawania wiersza, napisał, że„znaczenie wyzwalające [dla powstania wiersza] miewają czasem wydarzenia z zewnątrz”. I może to być np. „muzyka zza ośnieżonego okna knajpy »ojca Grudnia«...”35


Kilka miejsc spotkań lubelskiej cyganerii miało charakter klasycznych salonów literackich. Jednym z nich było MIESZKANIE MIECZYSŁAWA BIERNACKIEGO znanego lubelskiego lekarza. Jego syn Andrzej (urodzony w 1903 roku, a więc rówieśnik Czechowicza) w pewnym okresie swojego życia należał do kręgu „reflektorowców” i przez znajomość z Andrzejem zaczęli oni bywać w domu Biernackich.

Konrad Bielski: Gdy go [Mieczysława] poznałem przez Andrzeja i gdy zaczęliśmy bywać w ich domu, był już u szczytu swego powodzenia.36
W domu Biernackich, wtedy przy ulicy Kołłątaja, muzyka panowała w sposób przemożny. Grał stary doktor, grał jego syn Andrzej, grali koledzy Andrzeja. A my, uczestnicy tych muzycznych sympozjów, słuchaliśmy i dyskutowali bez końca. Pamiętam dobrze te zebrania. Mam ich wszystkich jeszcze przed oczami. Przy fortepianie Andrzej Biernacki, ze skrzypcami Paweł Łosakiewicz; słuchają – Gralewski, Grędziński, Mieczysław Popławski i inni. To były dopiero koncerty, [...]

Czasem doktor, który w następnych pokojach jeszcze przyjmował pacjentów, po skończonej pracy wpadał do nas i sam dosiadał fortepianu. Grał głównie Szopena; grał jakoś inaczej niż inni, uczuciowo, bardzo bezpośrednio – nam ta muzyka się podobała. Później była kolacja. Kuchnia u państwa Biernackich była znana ze swych wysokich walorów; sam doktor był smakoszem i żarłokiem. [...] Ale nie tylko rozkosze stołu były największą atrakcją tych kolacji. Poziom rozpraw i dyskusji stał nie poniżej wybornego żarcia.

Biernaccy mieli pod Lublinem w Motyczu kawał ziemi i ładną willę, budowaną przez Witkiewicza. Położenie tej posesji było malownicze; dookoła barwne pola, w pobliżu las. Zarządzał tymi dobrami wujaszek, sympatyczny starszy pan. Tam też zjeżdżała się niejednokrotnie na kilkudniowy pobyt cała reflektorska kompania. Śliczne otoczenie, wszelkie wygody, no i swoboda zupełna. Idealne warunki do wspaniałego spędzenia czasu. Andrzej Biernacki, intelekt niepowszedni, świetny dialektyk – był żarliwym konsumentem i znawcą nie tylko muzyki, ale i poezji. Toteż było o czym gadać. A świetnych gawędziarzy wśród nas nie brakowało: Biernacki. Gralewski, Grędziński – to były asy.
Czasem sobie teraz myślę, żeśmy tego „Reflektora” w gruncie rzeczy przegadali. Gdyby choć mała cząstka z tego została napisana, byłby nie najgorszy dorobek.37

Skądinąd doktor Biernacki brał udział w kawiarnianym życiu młodych artystów:
Konrad Bielski: Przypominam sobie [...] efektowną dyskusję, jaką prowadził Grędziński, w kawiarni z doktorem Biernackim, w obecności licznych kibiców. [...] Doktor Biernacki lubił zadawać się z młodzieżą, a szczególnie nas, przyjaciół swego syna Andrzeja, obdarzał specjalną sympatią.38

 

Innym miejscem spotkań, również rodzajem „salonu”, była PRACOWNIA EDWARDA HARTWIGA przy ul. Narutowicza:
Edward Hartwig: Czechowicz wpadał czasem na pogawędkę. Podobnie jak Gralewski, Chomicz, Makarewicz, Witkowski i wielu innych. Fotografowałem go, a i on, zdaje się przynosił jakieś własne fotograficzne próbki. Nie rozstawał się z fajką, z którą było mu bardzo do twarzy, choć stale mu gasła. Bywali u mnie również malarze lubelscy, niedoszli moi koledzy po palecie, Zenon Kononowicz, którego na pewno pamiętasz, Stanisław Filipiak, Stanisław Karamański z Kazimierza, Stanisław Michalak, Jerzy Pleśniarowicz oraz Zygmunt Kałużyński i Stanisław Gawarecki.39
Zrozumienie znajdowałem w kręgu przyjaciół z ówczesnej bohemy artystycznej Lublina. Liczyło się dla mnie to, że oni mnie akceptują. Bliskie więzy łączyły mnie wtedy z malarzem Zygmuntem Gąsiorowskim i poetą Józefem Łobodowskim. Byłem [też] zaprzyjaźniony z Józefem Czechowiczem.40

Fasada siedziby „Expressu Lubelskiego” z dokumentacji projektu naściennej reklamy gazety, rok 1939. Materiały Inspekcji Budowlanej w zbiorach Archiwum Państwowego w Lublinie.

 

 Wyjątkową rolę w historii grupy poetyckiej „Reflektor” pełnił LOKAL REDAKCJI „EXPRESSU LUBELSKIEGO” przy ul. Kościuszki 8. To w tym lokalu zrodziły się trzy numery „Reflektora” i kwitło życie towarzyskie. 

Konrad Bielski: W domu przy ulicy Kościuszki 8 mieściła się na drugim piętrze redakcja [„Expressu Lubelskiego”] – dwa małe pokoiki – a na parterze administracja, no i własna drukarnia.41 
[Te] małe pokoiki redakcyjne przyulicy Kościuszki 8 stały się jednocześnie naszym jakby lokalem klubowym, przez który z czasem przewinęli się wszyscy członkowie grupy „Reflektora” i ludzie tak czy inaczej z nimi powiązani.42

Wszystkie te narady odbywały się oczywiście w gościnnym lokalu „Expressu Lubelskiego” w pokoju redaktora naczelnego Gralewskiego, który był członkiem naszej grupy i współredaktorem „Reflektora”. Tam więc w godzinach wieczornych zbierali się wszyscy„reflektorzyści” in corpore, ba, gdyby tylko oni. Przychodzili również ludzie z nami zaprzyjaźnieni, a nawet liczni kibice. A że to całe towarzystwo pełne było zawsze różnorodnych pomysłów, wspaniałych koncepcji i dyskusyjnych problemów – gwar i zgiełk panował tam nieopisany.
[...] Zazwyczaj dalszy ciąg sporów i dyskusji przenosi się do jakiejś knajpy. Lepszej lub gorszej w zależności od potencjału finansowego. Zdarzało się nieraz, że te sjesty przeciągały się do późnych godzin nocnych, a rano każdy z nas musiał być już przy pracy – byliśmy jednak młodzi, zdrowi i znosiliśmy te trudy wyśmienicie.43 

Witold Chomicz: Czechowicz równolegle do pracy pedagogicznej pracował w redakcji „Ziemi Lubelskiej” i najczęściej można go było spotkać na odcinku między ówczesnym kinem „Corso”a ulicą Kościuszki, gdzie mieścił się lokal redakcji. Tam zbierało się już starsze pokolenie lubelskich poetów i literatów, związanych z awangardowym „Reflektorem”.44

To właśnie w lokalu redakcji „Expressu Lubelskiego” wiosną 1925 roku doszło do spotkania, w czasie którego Czechowicz odczytał swoje nowe wiersze, uznane przez jego przyjaciół za przełom poetycki w jego dotychczasowej twórczości. 

Wacław Gralewski: Czechowicz przyszedł do redakcji zamyślony i zaambarasowany. Położył przede mną wiersze i nic nie powiedział. Przeczytałem raz, drugi... Popatrzyłem na niego. Milczał.
Przeczytałem jeszcze raz. […]
    Czechowicz przyglądał mi się przymrużonymi oczami i zaczął sam mówić, zanim cokolwiek powiedziałem. Wieczorem poprzedniego dnia czytał nadesłane do „Reflektora” wiersze Apollinaire.a, tłumaczone przez Adama Ważyka: Winogrodnik szampański (wydrukowany w drugim numerze) i Westchnienia kanoniera z Dakar (przeznaczony do trzeciego numeru). […]
    Czytał i porównywał, ale jeszcze było to czynienie zestawień porównywalnych, jak to robi każdy piszący. Dopiero Westchnienia kanoniera stały się uderzeniem i wstrząsem. Początkowo zjawiło się silne podniecenie, takie jakie rodzi się, gdy znienacka spotyka się kogoś, kogo spotkać się chciało, ale o którym wiedziało się niewiele. Podniecenie ogarnęło poetę całkowicie. Czytał i chodził po pokoiku. Siadał, wstawał i znów czytał. Ile razy, nie pamięta.45

Konrad Bielski: To, co pewnego dnia pokazał nam Czechowicz, było olśnieniem, wprowadziło nas nie tylko w zachwyt, ale i w zdumienie [...]. Tego […] wieczoru, gdy nam odczytywał cienkim głosikiem swoje nowe wiersze – czytał je niewyraźnie – poczuliśmy od razu wiew poezji wielkiej. Zrozumieliśmy, że ten nasz przyjaciel sięgnął szczytów [...]. Wśród tych wierszy były przecież Przemiany noszące podówczas tytuł Śmierć, no i Na wsi. […] te nowe wiersze były dla mnie absolutnąniespodzianką.46 

To w redakcji „Expressu” doszło do pierwszego spotkania Wacław Gralewskiego z Franciszką Arnsztajnową (najprawdopodobniej był to rok 1924): 
Wacław Gralewski: Jako redaktor naczelny miejscowego popularnego dziennika miałem możność oddziaływania na opinię publiczną i propagowania tego, co było naszą poezją i naszym światem literackim.

Pewnego dnia do redakcji przyszła starsza pani. Wyciągnęła rękę i powiedziała: – Jestem Franciszka Arnsztajnowa, też trochę poetka tylko z wcześniejszego pokolenia. Uważnie śledzę wszystko, co się dzieje w naszym miejscowym świecie literackim. Celem mojej wizyty była chęć poznania pana i nawiązania kontaktów literackich.47 

 Na osobne omówienie jako typowe salony literackie zasługują: mieszkanie Franciszki Arnsztajnowej na Złotej 2 i willa ks. Ludwika Zalewskiego przy ul. Granicznej 1c (obecnie nr 9).

 

Przypisy: 
30 Józef Łobodowski, Czerwona wiosna, Londyn 1965, s. 56.
31 Tamże, s. 56-57.
32 Gralewski błędnie wskazał adres knajpy „u Ojca Grudnia”. W „Ziemi Lubelskiej” z 6 stycznia 1931 na s. 1 czytamy ogłoszenie, że pod tym adresem w dawnym Hotelu Polskim został otworzony 31 grudnia 1930 roku bar „Ul Polski”.
33 Wacław Gralewski, Wataha atamana Łobodi, w: tenże, Ogniste koła, s. 173-175.
34 Feliks Araszkiewicz, Józef Czechowicz. Wspomnienie, w: Spotkania z Czechowiczem, s. 95
35 Józef Czechowicz, Mój wiersz, w: tenże, Wyobraźnia stwarzająca.Szkice literackie, oprac. Tadeusz Kłak, Lublin 1972, s.70.  
36 Konrad Bielski, Most…, s. 206, 208-210.
37 Tamże, s. 208-210.
38 Tamże, s. 182.
39 Wywiad z bratem. Julia Hartwig rozmawia z Edwardem Hartwigiem, w: Zaułek Hartwigów, Lublin 2006, s. nlb. [24].
40 Tamże, s. nlb. [37].
41 Konrad Bielski, Most…, s.163.
42 Tamże, s. 127.  
43 Tamże, s. 175-176.
44 Witold Chomicz, Okruchy wspomnień, s. 130.
45 Wacław Gralewski, Stalowa tęcza, s. 147.46 Konrad Bielski, Most…, s. 190-191.
47 Wacław Gralewski, Odloty, w: tenże, Ogniste koła, s. 6.

 

Źródło:
"Scriptores" nr 30 (2006)  
Zobacz cały artykuł w wersji PDF>>