Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” w Lublinie jest samorządową instytucją kultury działającą na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” w Lublinie jest samorządową instytucją kultury działającą na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Lubelski Lipiec '80. Leksykon Mówiony

Wydarzenia Lubelskiego Lipca '80 w relacjach świadków historii.

Tę historię tworzyli zwykli ludzie. W zdecydowanej większości pozostali oni anonimowi. Robotnicy strajkowali, by wyrazić swój sprzeciw wobec wprowadzonych podwyżek cen żywności, w tym mięsa, oraz w celu polepszenia warunków pracy. Protestowali również przeciwko społecznym nierównościom oraz w niektórych zakładach pracy domagali się powołania niezależnych od władz reprezentacji robotniczych.

Spis treści

[RozwińZwiń]

Pierwszy strajkBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

1 lipca 1980 roku władze PRL, realizując program oszczędności, wprowadziły podwyżkę cen niektórych gatunków mięsa i wędlin. Wybrano specyficzny sposób dokonania tych zmian: na początku sezonu wakacyjno-urlopowego, by zminimalizować możliwość ewentualnych protestów społecznych, bez rozgłosu i niemal w tajemnicy, nawet przed samym aktywem partyjnym, bez tak zwanych konsultacji społecznych oraz bez przygotowania organizacyjnego. Władze zdecydowały się na ten krok, mimo że wzrost cen artykułów żywnościowych, w tym mięsa i jego przetworów, w grudniu 1970 roku i czerwcu 1976 doprowadził do masowych wystąpień robotniczych.

Reakcja robotników w lipcu 1980 roku była szybka. W dniu podwyżek zaczęły się strajki w kilku zakładach, m.in. w WSK „PZL-Mielec”, w Zakładach Mechanicznych „URSUS” w Warszawie. Informacje o wzburzeniu wśród robotników docierały do WSK „PZL-Świdnik”. Mirosław Kaczan, inicjator protestu na wydziale nr 320, mówił:

Wiedzieliśmy, że są niepokoje w kraju. Nasz zakład produkował również motocykle i chłodnie. Ten towar był rozwożony po Polsce. Kierowcy, którzy przyjeżdżali do nas spoza miasta i województwa mówili, że w kraju zaczęły się niepokoje, że ludzie zaczynają głośno mówić o swoim niezadowoleniu1.

Uczestnicy tamtych wydarzeń uważali, że w Świdniku występowały problemy z zaopatrzeniem w artykuły spożywcze. Dla Jana Leśniaka, pracownika WSK „PZL-Świdnik”, ojca wielodzietnej rodziny sytuacja była trudna:

Z mojego punktu widzenia przyczyną strajków była ogólna sytuacja w Świdniku, gdzie zaopatrzenie było bardzo liche. Miałem na utrzymaniu czwórkę dzieci, w wieku od 5 do 12 lat. Moja żona nie pracowała. W tym okresie na terenie miasta nie można było praktycznie nic kupić, prócz octu i musztardy oraz niewielkiej ilości nabiału. Z mięs czy wędlin dostępna była kaszanka, ewentualnie pasztetowa, czasami trafiło się na kawałeczek zwyczajnej kiełbaski. Problemem było, żeby wziąć do zakładu coś na drugie śniadanie. Zatrudnieni w WSK zaopatrywali się w barach, w których można było kupić kotleta czy zupę2.

Podwyżka dotknęła więc mocno autora powyższych słów. Jan Leśniak wspominał:

Poszliśmy do baru i zobaczyliśmy ceny, które nas przeraziły. Dokładnie nie pamiętam, ale ceny wzrosły chyba o około 60 proc., w każdym razie bardzo dużo.

Sytuacja w zaopatrzeniu Lublina w wyroby mięsne wcale nie była lepsza.

Ryszard Blajerski pracownik Lubelskich Zakładów Naprawy Samochodów wspominał:

W pierwszy dzień strajku przyjechałem z ładunkiem gazu z Płocka. Jechałem przez Warszawę, gdzie dla całej bazy kupiłem 20 czy 30 kilo kiełbasy. W Lublinie nie można było jej kupić, a w Warszawie jeszcze była. Ta kiełbasa, jeśli od razu jej się nie zjadło, to się psuła i robiła zielona3.

Podwyżki cen artykułów, których brakowało dotknęły robotników. Fakt, że wprowadzono je w sposób nieskoordynowany i chaotyczny dodatkowo zaogniał sytuację. Ze wspomnień Mirosława Kaczana możemy odtworzyć ów krytyczny moment z 7 na 8 lipca 1980 roku:

Oliwy do ognia dolała wiadomość z dnia wcześniejszego. W Dzienniku Telewizyjnym mówiono o kolejnych podwyżkach cen w sklepach, z tym że, żeby to złagodzić, podano informację, że w stołówkach zakładowych, w barach szkolnych produkty nie podrożeją. Chciano jak gdyby pójść w stronę ludzi pracy. Podwyżki będą, ale „wy” w miejscu pracy będziecie mogli się zaopatrywać jeszcze po starych cenach4.

Być może taktyka władz zaprezentowana w Dzienniku Telewizyjnym odniosłaby pożądany skutek, gdyby nie praktyka punktów sprzedaży na terenie zakładów pracy. Wzrost cen odnotowany 8 lipca był dla robotników przerażający.

Reakcja Mirosława Kaczana była natychmiastowa:

Mówiąc delikatnie, też się wkurzyłem. Powiedziałem: „Tak dalej być nie może”. Rzuciłem pewne niecenzuralne słówko i dodałem: „Stajemy, nie robimy. Wyłączamy maszyny i strajkujemy”. Nie wiem, jak to ze mnie wyszło. Byłem nieprzygotowany. W swoim życiu nie brałem udziału w żadnych protestach, w strajkach. Stasio natychmiast zareagował: „No to już. Wyłączamy”. Zgasły lampy oświetlające maszynę5.

We wspomnieniach dotyczących początku pierwszego strajku w ramach Lubelskiego Lipca 1980, protestu robotników z WSK Świdnik warte uwagi są dwa aspekty: informacje krążące po kraju o wzburzeniu wśród robotników oraz spontaniczny, oddolny początek protestu, który zainspirowali szeregowi pracownicy. W drugim dniu strajku do protestu przyłączyli się pracownicy biurowca, inteligencja zakładowa – nie wnikając w kwestie relacji panujących między pracownikami fizycznymi a pracownikami budynku technicznego.

Przywołajmy wspomnienia uczestniczki tamtych wydarzeń Urszuli Radek:

Pracowałam w budynku technicznym, gdzie mieściły się poszczególne sekcje, których pracownicy obsługiwali produkcję. Moja sekcja zajmowała się materiałówką. W drugim dniu strajku doszliśmy do wniosku, że musimy też zareagować. Siedzieliśmy i nie wiedzieliśmy, co robić. Nikt nic nie robił, nie wiadomo było, czy się pracuje, czy nie. W pokoju, w którym pracowałam, powiedziałam do pozostałych: „Wychodzimy na korytarz! Przynajmniej wychodzimy”. Zebraliśmy się przed gabinetem głównego technologa. To był poczciwy człowiek. Wyszedł i zapytał nas: „Co tu się dzieje?”. Odpowiedzieliśmy, że robotnicy strajkują, więc my też chcemy iść. On poszedł z nami i dołączyliśmy do robotników, którzy stali przed biurowcem6.  

Pierwszy protest w Świdniku ujawnił w robotnikach zasoby ludzkiej solidarności. Kiedy Mirosław Kaczan zatrzymał swoją obrabiarkę, inni zrobili tak samo. Po pierwszym dniu strajku do robotników dołączyli pracownicy biurowca. W dniu podpisania porozumienia w WSK Świdnik, w Lublinie strajkował największy zakład na Lubelszczyźnie, Fabryka Samochodów Ciężarowych „Polmo” im. Bolesława Bieruta.

Protest załogi WSK Świdnik zakończyło porozumienie podpisane przez dyrekcję zakładu z pracownikami 11 lipca. Było to pierwsze pisemne porozumienie zawarte między robotnikami a przedstawicielami władz w lecie 1980 roku. Stanowiło ono znak, że protesty w zakładach pracy kończą się w sposób niekonfrontacyjny, że władze zdecydowały się porozumieć z robotnikami.

Z ust do ustBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

Tak przekazywano sobie informacje o strajku w Świdniku. Wolnych mediów w PRL-u nie było, niezależnego przekazywania wiarygodnych informacji poza współpracownikami Jacka Kuronia też nie, dlatego kluczowe były kontakty bezpośrednie. Można sobie wyobrazić zdziwienie rozmówcy po przekazaniu informacji, że WSK Świdnik strajkuje. Sam fakt strajku w PRL był już niesłychaną informacją, bo każdy zdawał sobie sprawę, że wcześniejsze protesty kończyły się użyciem siły wobec protestujących. Zdumiewał również fakt, że strajkują zakłady wojskowe. Informacje o pierwszym strajku docierały do Lublina oraz innych miejscowości Lubelszczyzny. Aleksander Sola, pracownik „Predom-Edy” w Poniatowej wspominał:

Informacja o strajku w Świdniku dotarła do mnie od brata, poprzez ludzi, którzy pracowali w Lublinie, a mieszkali w Poniatowej7.

W Fabryce Samochodów Ciężarowych strajk rozpoczęły kobiety, które pracowały w wykańczalni. Wiesława Karykowska, członkini Komitetu Strajkowego w FSC, przypomniała ten bez mała zapomniany fakt.

W Fabryce Samochodów Ciężarowych strajk rozpoczęły kobiety, które pracowały w wykańczalni na wydziale montażu. Tam pracowały głównie kobiety i w czasie trzeciej zmiany zaprotestowały przeciwko złemu wyżywieniu. Niektórzy twierdzili, że po tym, jak dowiedzieli się o strajku w Świdniku, na wydziale montażu mieli przygotować się do protestu. Trudno mi powiedzieć, czy tak było. Faktem jest, że po strajku w WSK Świdnik od razu rozpoczął się strajk w FSC8.

„Biuletyn Związkowy NSZZ Region Środkowo-Wschodni Solidarność” numer 37/38 z 1981 roku przypomniał inicjatorkę tego protestu Barbarę Staroch.

Wspomnienia Barbary Staroch opisują moment podjęcia decyzji o strajku:

Pamiętamy wszyscy, jaki to był okres, to lato 1980. Ciągłe i niespodziewane podwyżki cen artykułów żywnościowych, braki w zaopatrzeniu, kolejki, niskie zarobki. W tłoczni pracowaliśmy w akordzie. Od czterech miesięcy mieliśmy premię w wysokości 28 proc. Nagle, 10 lipca przy wypłacie okazało się, że premię tę zmniejszono nam do 15 proc. Była to przysłowiowa ostatnia kropla. Na moim odcinku, tzn. pras lekkich, pracują przeważnie kobiety, mamy tylko czterech ustawiaczy. My dobrze wiedziałyśmy, co to znaczy w budżecie domowym taka obniżka poborów przy wzroście cen. Zdecydowałyśmy, że nie podejmiemy pracy, dopóki nie zostanie uregulowana sprawa finansowa. Kierownictwo wydziału podejmowało próby skłonienia nas do podjęcia pracy, obiecywało zająć się sprawą, później straszono, że nasze nazwiska poszły w świat, możemy stracić pracę, itp. Nasze stanowisko było jednoznaczne: najpierw pozytywne załatwienie naszych żądań, a potem podejmiemy pracę. Inne odcinki tłoczni, na wieść o naszym działaniu, przyłączyły się i też przerwały pracę. Koncepcja rozmów zgłoszona przez kierownictwo polegała na „dogadywaniu się" z poszczególnymi odcinkami oddzielnie. Chciano rozbić naszą jedność a przez to – siłę. Stało się inaczej. Na rozmowy poszli wszyscy, z całej tłoczni. Do żądań płacowych dołączyliśmy postulaty dotyczące BHP, spraw socjalnych. Mimo że wyłączono nas z sieci telefonicznej, informacja przedostała się na inne wydziały. Już po przerwie śniadaniowej zaczęły dochodzić do nas sygnały o tym, że stoją inne wydziały. Ludzie przychodzili, pytali, patrzyli, jak to jest u nas robione i wracali9.   

We wspomnieniach uczestników lipcowych strajków przetrwały szczegóły, w których wyrażają się emocje rozgrywających się wydarzeń.

Lech Ciężki, pracownik FSC, wspominał przejście z wydziałów pod biurowiec:

11 lipca wyszliśmy po prostu z wydziałów. Coraz większe grupy zaczęły się zbierać, zaczęły się dyskusje. Zdecydowaliśmy się pójść pod biurowiec. Zanim tam doszliśmy, upłynęła godzina, może nawet dwie. Każdy się czaił, każdy czekał – może ten, może tamten pierwszy pójdzie, może zaraz wjadą tu policyjne suki10.

Strach i determinacjaBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

Szczególnie uczestnicy pierwszych strajków podzielali te uczucia. Robili coś, co było nielegalne i zakazane, ale jednocześnie wiedzieli, że ich żądania są słuszne. Trafnie obrazują te emocje wspomnienia Ryszarda Blajerskiego, którego zakład – Lubelskie Zakłady Naprawy Samochodów – protestował od 10 do 14 lipca:

W Świdniku doszło do strajku o kotleta, u nas w LZNS-ie też poszło o podwyżkę cen mięsa, ale pretekstem były szmaty. Umysłowi pracownicy dostawali ręcznik do wycierania i pachnące mydło, my, robotnicy, dostawaliśmy zgodnie z przepisami lnianą ścierkę i zwykłe mydło. Jak jeden się odważył, to zastrajkował cały zakład. Zaczęły się poszukiwania tych odważnych, którzy staną na czele strajku, bo o nich nie było tak łatwo. (...) Najpierw została przełamana bariera strachu przed dyrekcją, ale nie przed UB. Zastanawialiśmy się, czy nie uderzą, czy nie aresztują. Mówiło się, że strajkuje prawie tysiąc ludzi, więc wszystkich nie aresztują. Aresztują tylko tych, którzy pójdą na rozmowy. Cały ciężar spoczywał na tych ludziach. Inni grali w karty, coś tam robili, jak pojawił się dyrektor czy związkowiec, to gwizdali, krzyczeli i pyskowali. (...) Chyba Michał Wroński, Marian Fuszara i ja zdecydowaliśmy się, że nie będziemy wychodzić poza teren zakładu. Zrobiliśmy tak z dwóch przyczyn: Po pierwsze ze strachu. Mówiono, że na wiadukcie ustawione były karabiny i że będą do nas strzelać, jak wyjdziemy. Po drugie, komitet strajkowy, czy protestacyjny, tak go wtedy nazywaliśmy, czuł się bezpiecznie na terenie zakładu. (...) Po dwóch, czy trzech dniach dyrektor zakładu chciał z nami rozmawiać. Przyjechał jeszcze jakiś dyrektor ze zjednoczenia z Warszawy i udaliśmy się z nim na rozmowy. Całą grupą mieliśmy pójść na świetlicę w biurowcu. Pierwszy szedł Michał Wroński, za nim Janek Bochra, na końcu ja. Widać z tego, że nie byłem zbyt odważny. W każdym razie na te rozmowy wyszło trzydziestu trzech robotników i kilku pracowników umysłowych. Do świetlicy dotarło piętnaście osób, pewnie nawet nie. Większość uciekła w trakcie drogi11.

Strajk w LZNS nie był przygotowany, był spontaniczny, przeprowadzony przez szeregowych pracowników zakładów. Miał swoje wewnątrzzakładowe podłoże, jak np. nierówne traktowanie zatrudnionych, ale również był protestem przeciwko podwyżkom cen. Osoby, które zdecydowały się reprezentować strajkujących, brały na siebie największy bagaż strachu. Władze zakładu wobec strajku przyjęły strategię na przeczekanie i zmęczenie protestujących. Na negocjacje z dyrekcją szli ci, którzy przełamali strach przed aparatem bezpieczeństwa i byli najbardziej zdeterminowani. Przedstawiciele strajkujących obawiali się, że zostaną aresztowani.

CiszaBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

W strajkujących zakładach pracy cisza była znakiem nietypowej sytuacji. We wspomnieniach uczestników ma ona swój niepowtarzalny ciężar gatunkowy. Na godzinę 14., tak zwaną drugą zmianę, do pracy w WSK Świdnik przyszedł Piotr Karwowski.

Wspominał:

Wchodzę na zakład, a tam cichutko jak w kościele przed nabożeństwem. Maszyny stoją. Ludzie chodzą podenerwowani12.

Cisza panowała też podczas strajku w Lokomotywowni PKP w Lublinie.

W pamięci Zygmunta Włostowskiego, maszynisty parowozów i trakcji elektrycznej, utrwalił się obraz żelaznego cmentarzyska:

Wszystko zamierało, robiło się cmentarzysko. Nieprzyjemnie było na to patrzeć, bo nigdy wcześniej ani później czegoś takiego się nie przeżyło. Przez 40 lat pracowałem i czegoś takiego nie widziałem. Ogromnie dziwna była ta cisza. To było coś niespotykanego, dosłownie nie do przeżycia. Nigdy wcześniej nie było wszystkich ludzi w lokomotywowni w jednej chwili. Nigdy w jednym miejscu nie stały wszystkie lokomotywy. Zazwyczaj w lokomotywowni stało 10–15 proc. lokomotyw, reszta była w drodze. A w te dni wszystkie zjechały do Lublina. Jak spojrzało się na to cmentarzysko, to na lokomotywach, zwłaszcza na parowozach, ptaki na kominach siadały. Parowozy były zimne i ptaki mogły na nich usiąść. Dla mnie było to ogromne i niesamowite przeżycie. Oby nigdy nic takiego się nie wydarzyło, bo to jest bardzo nieprzyjemne. Było potrzebne, ale nieprzyjemne13.

Inni pracownicy kolei podobnie wspominają czas strajków.

Renata Ostapczuk:

Znaliśmy kolej jako hałaśliwą, bez przerwy coś się działo, było głośno. Natomiast w czasie strajku zapanowała przerażająca, porażająca cisza.

We wspomnieniach Renaty Ostapczuk cisza wiąże się ze strachem:

Teren lokomotywowni jest usytuowany niby w mieście, ale jednak z dala od miasta, od peronów. Baliśmy się, że mogą nas okrążyć, stłamsić w zarodku i nawet nikt w mieście o tym nie będzie wiedział. Baliśmy się. Organizacja strajku była bardzo dobra. Nie wiem, jak to ludzie zrobili i pozostanie to dla mnie tajemnicą, że to wszystko było tak doskonale zorganizowane14.

Atmosfera grozy udzieliła się również mieszkańcom Lublina, którzy przebywali na dworcu. Sytuację z czasu strajku maszynistów, postrzeganą poprzez skojarzenia wojenne, opisuje Zenobia Kotuła:

Strajk w Lokomotywowni Pozaklasowej PKP w LublinieBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

Spontaniczny charakter pierwszych strajków w miarę rozwoju sytuacji stopniowo zmieniał się w kalkulację inicjatorów protestów z innych zakładów pracy: wywalczymy podwyżki, jeśli zastrajkujemy. Inne podejście wybrali inicjatorzy strajku w Lokomotywowni Pozaklasowej PKP w Lublinie. Strajk ten był wcześniej przygotowany przez Czesława Niezgodę, który utrzymywał kontakty z KSS KOR oraz rozprowadzał nielegalne książki i nielegalną prasę wśród pracowników kolei. Po rozpoczęciu strajku powołano komitet strajkowy i straż do ochrony mienia kolejowego. Szczególnie pilnowano kilku cystern z paliwem, obawiając się prowokacji. Czesław Niezgoda pracował w hali napraw lokomotyw. Do faktycznego zatrzymania Lubelskiego Węzła Kolejowego przyczynili się maszyniści, którzy unieruchomili lokomotywy. Słuchacze Radia Wolna Europa, które na bieżąco informowało o strajkach w Lublinie, w Panoramie z 18 lipca 1980 usłyszeli:

W Lublinie – czwartek 16 lipca – zastrajkowali robotnicy parowozowni. Początkowo strajk naruszył tylko komunikację kolejową pociągów odjeżdżających z Lublina, zaś pociągi przejeżdżające przez Lubelski Węzeł Kolejowy nie były wstrzymywane. 17 lipca całkowity strajk ogarnął Lubelski Węzeł Kolejowy i na stacjach niemalże nie widać było personelu. Maszyniści pozostawili lokomotywy na torach, blokując je. Trudno jest ocenić, jak duży procent pracowników kolejowych brał czynny udział w strajku, niemniej wszystkie kasy były zamknięte15.  

Strajk w Lokomotywowni ujawnił duży stopień samoorganizacji i dyscypliny strajkujących.

Michał Kasprzak, maszynista trakcji elektrycznej, wspominał:

W czasie strajku miałem wśród kolegów pewien posłuch i oni postępowali według moich wskazówek. Bez współdziałania z nimi nic nie zrobilibyśmy. Jeśli ktoś powiedział coś mądrego, np. o względach bezpieczeństwa, zostało to po prostu przyjęte i wykonane. Koledzy grupami chodzili i sprawdzali, czy był zachowywany porządek. Inni stali przed szlabanem i pilnowali, żeby ktoś nie wszedł na teren lokomotywowni. Pilnowaliśmy cystern z paliwem na stacji towarowej, obok lokomotywowni, baliśmy się prowokacji SB, czy milicji. Była wśród nas olbrzymia solidarność i spontaniczność działania, co dawało nam szansę powodzenia16.

Co się dzieje w Lublinie…Bezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

Gdzie strajkują robotnicy, czego żądają i czy żądania ich są spełniane? Oto pytania, jakie zadają sobie w tych dniach ludzie w Polsce i próbują wyrobić sobie zdanie na podstawie wieści zasłyszanych od innych, podawanych przez źródła opozycyjne w kraju, a także przekazywanych przez rozgłośnie nadające za granicą. Sytuacja ciągle się zmienia. Zrekonstruujmy, jak wyglądała ona w piątek i w sobotę przed południem. W dalszym ciągu głównym ośrodkiem napięć był Lublin. W piątek strajkowała kolej, cała komunikacja miejska, elektrociepłownia, transport handlu wewnętrznego, (…). W niektórych wypadkach strajki obejmowały całe załogi, w innych tylko niektóre działy zakładów17.

Tymi słowami zaczynała się 19 lipca 1980 roku audycja Radia Wolnej Europy Fakty i opinie, w której mówiono o wydarzeniach w Lublinie z 18 lipca. Strajk kierowców Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego oraz przedsiębiorstw odpowiedzialnych za zaopatrzenia miasta doprowadził do paraliżu miasta: ludzie mieli problemy z dotarciem do pracy, sklepy były niezaopatrzone w podstawowe produkty. W tej sytuacji władze miasta zwróciły się z apelem do mieszkańców o powrót do pracy, deklarując jednocześnie, że „nie ma takiej sprawy, nawet najtrudniejszej, o której nie można by i nie należałoby mówić otwarcie i szczerze”.  Na murach miasta zawisły afisze z apelem, którego treść wyemitowała lubelska rozgłośnia radiowa i podała do wiadomości lubelska prasa.

Lubelski Lipiec miał swojego diarystę. Stanisław Jadczak, wtedy dziennikarz „Sztandaru Ludu”, do szuflady pisał o tym, co się działo w Lublinie w gorące dni lipca 1980 roku. W sobotę 19 lipca zanotował:

Lublin od rana wygląda jak wymarłe miasto. Pusto na ulicach. Plotka mówi, że rozrzucono ulotki apelujące o nieopuszczanie dziś domów, bo będą demonstracje uliczne. Rozklejone co kilkadziesiąt metrów wielkie płachty z apelem do mieszkańców Lublina. Ponure twarze czytających. Odchodzą bez słowa18.

W sobotę (wtedy był to dzień, w którym chodziło się do pracy) 19 lipca miasto żyło dwiema sprawami. Pierwszą była kwestia demonstracji na placu Litewskim, której władze się obawiały. Plotka mówiła, że miała odbyć się o godzinie 10, następnie o godzinie 13. Dwie godziny później też nie doszło do zgromadzenia. Drugą, istotną sprawą było zakończenie protestu kolejarzy. Pociągi w tamtych czasach były najpowszechniejszym środkiem komunikacji.

Stanisław Jadczak zapisał:

Jest godzina 17.30. W mieście cichym i pustym słychać dźwięk sygnałów lokomotyw19.

Michał Kasprzak wspominał:

W normalnym dniu pracy na lokomotywowni zawsze panował olbrzymi ruch lokomotyw wokół obrotnicy. Był gwizd, gwar, szum. Podczas strajku panowała kompletna cisza w lokomotywowni i na całej stacji. Człowiekowi związanemu całe życie z koleją trudno to sobie wyobrazić. Przerwaliśmy tę ciszę, kiedy uruchomiliśmy syreny na znak zakończenia strajku. Lublin dowiedział się, że kolejarze zakończyli strajk20.

Ponownie z zapisków Stanisława Jadczka:

Dworzec główny już pełen życia. Nagle wypełniony ludźmi, słychać odgłos przejeżdżających pociągów. Na tablicach świetlnych ukazują się zapowiedzi odjazdów i przyjazdów pociągów – przy każdej wielogodzinne opóźnienie. (…) Rzeczywiście, zakończenie strajku na kolei jest sygnałem dla innych zakładów21.

Strajki Lubelskiego Lipca 1980 dobiegały końca. Nie wszystkie zakłady po prostu wracały do pracy…

Strajki w Spółdzielniach InwalidówBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

Jeszcze raz zacytujmy audycję Radia Wolna Europa o wydarzeniach w Lublinie:

Chociaż w sobotę po południu i wieczorem sytuacja w Lublinie powróciła do normy, to jednak według doniesień nadchodzących w poniedziałek strajkowano tam nadal w kilku mniejszych przedsiębiorstwach, między innymi w Bazie Sprzętu TRANSBUD i Spółdzielni Inwalidów Niewidomych imienia Modesta Sękowskiego. Pracownicy tej spółdzielni żądali uznania wyłonionej przez nich komisji robotniczej za jedynych autentycznych przedstawicieli załogi, upoważnionych do prowadzenia rozmów w sprawie podwyżki płac22.

Wart odnotowania jest fakt, że protesty objęły zakłady, w których pracowały osoby głuchonieme i niewidomi.

O strajku w Drzewno-Chemicznej Spółdzielni Inwalidów opowiadała Ewa Kuźma:

Wtedy, osiemnastego [lipca], gdy zbliżaliśmy się do zakładu, nie powitał nas huk maszyn. Zaskoczeni byliśmy jednak właściwie tylko ciszą, a nie tym, że i u nas podjęto strajk.

W pierwszą rocznicę tego protestu Ewa Kuźma wspominała jeszcze:

Mimo że nikt naszej akcji strajkowej nie przygotowywał, strajk odbył się tak, jakby był wcześniej organizowany. Postawiliśmy straże robotnicze, nikogo nie wpuszczaliśmy, ani nie wypuszczaliśmy z zakładu bez sprawdzenia kim jest. W naszym zakładzie duży procent załogi to ludzie głuchoniemi, zdani bardzo często na taką informację, jaką sami zdołają zdobyć. Ale właśnie oni bez sprzeciwu, natychmiast przystąpili do strajku. Nie wierzono, że strajk mógł się odbyć w spółdzielni inwalidów, że ci ludzie potrafią się tak wspaniale zorganizować i zjednoczyć23.

Strajk w Spółdzielni Inwalidów Niewidomych imienia Modesta Sękowskiego był przygotowany między innymi przez Ryszarda Dziewę, lubelskiego działacza utrzymującego kontakty ze środowiskami ROPCiO, KOR i duszpasterstwem akademickim. Trwał cztery dni i zakończył się porozumieniem, którego ustalenia zostały szybko zrealizowane. Był on bardzo ważnym  doświadczeniem dla pracowników spółdzielni:

Ryszard Dziewa:

Niewidomi bardzo różnie reagowali na strajki w Lublinie. Zdecydowaliśmy się na akcję strajkową i myślę, że świadczy to o tym, że dojrzałość polityczna, społeczna niewidomych była chyba dosyć wysoka. Myślę, że dla osób niewidomych, niepełnosprawnych większe było niebezpieczeństwo, niż dla ludzi pełnosprawnych, którzy, pewnie z trudem, ale pracę by sobie znaleźli. Niewidomi innej pracy pewnie by nie znaleźli. Myślę, że ta odwaga była czymś wspaniałym, co zintegrowało nasze środowisko w spółdzielni. Tak naprawdę była to rodzina i więź społeczna środowiska po strajku była dużo większa. Ten strajk jeszcze bardziej scementował załogę. Wiem, że ludzie się sprawdzili24.

Protesty we spółdzielniach niewidomych oraz we wszystkich zakładach pracy dowodzą, że przeprowadzone przez władze operacje na cenach produktów spożywczych przekroczyły granice akceptowalności przez społeczeństwo. Ludzie byli zmęczeni sytuacją podwyżek w czasie niedoborów i kolejek. Zdeterminowani robotnicy zakładów pracy chwycili się zakazanego w PRL-u środka wywierania nacisku na władzę, jakim był strajk. Ekonomiczne i socjalne żądania z pojawiającym się w niektórych zakładach postulatem niezależnych od władz reprezentacji pracowniczych wyznaczały granice protestu spontanicznego i oddolnego, nieprzygotowanego na osiągnięcie celów ponadzakładowych.

Lubelski Lipiec 1980 a Sierpień 1980, czyli o zupełnie niepotrzebnym kompleksieBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

W niektórych wspomnieniach o Lubelskim Lipcu 1980 istotnym punktem odniesienia były strajki w sierpniu 1980 roku.

Pracownicy świdnickiego zakładu z pewnym zakłopotaniem mówili:

– Prawda jest taka, że strajki rozpoczęły się na Lubelszczyźnie, że rozpoczął je Świdnik. Później nasz wkład przytłoczyło powstanie Wolnego Związku Zawodowego „Solidarność”. Wtedy o Świdniku jak gdyby zapomniano. Od pewnego czasu mówi się trochę więcej o znaczeniu naszego strajku. My nawet trochę oburzaliśmy się z tego powodu. Nie chodziło nam o wywyższanie się, ale taka jest niezakłamana historia. Tu się zaczęło, tam się skończyło. Nasze porozumienie było tylko wewnątrzzakładowe, w Gdańsku powstała „Solidarność” i podpisano porozumienia ogólnokrajowe. Myślę, że warto było.

– Postulaty były socjalne, ale my nie mieliśmy doradców, polityków, ekonomistów, tak jak w Gdańsku, gdzie był cały zespół.

– Nie mieliśmy żadnych doradców i nikt nas nie inspirował. My pisaliśmy postulaty na kolanie.

– Lubelski Lipiec był jak gdyby preludium Sierpnia. Wszystko, czego nam nie udało się osiągnąć, zostało zrealizowane w Gdańsku. Nam nie miał kto doradzić. Ogromnym zaskoczeniem było to, że nie zostaliśmy aresztowani. Na rozmowy z dyrekcją szło czterdziestu ludzi, doszło może piętnastu, reszta uciekała, bo bali się, że nas pozamykają. Przełamaliśmy barierę strachu i pokazaliśmy całej Polsce, że nie uderzyli, że bali się zająć zakład, bo my nie wyszliśmy na zewnątrz25.

Tymczasem pierwsze dni strajku w Stoczni Gdańskiej, 14–16 sierpnia, mieściły się w ramach schematu Lubelskiego Lipca: protest, postulaty, spełnienie postulatów, powrót do pracy. Te wydarzenia w Stoczni Gdańskiej potoczyły się szybciej niż protesty w WSK Świdnik, FSC w Lublinie czy Spółdzielni Inwalidów Niewidomych. Dopiero ogłoszenie strajku solidarnościowego pchnęło strajk w stoczni na inny poziom niż strajki Lubelskiego Lipca 1980. Można zaryzykować twierdzenie, że bez strajku solidarnościowego i bez powołania Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego przez Pomorze przeszłaby taka sama fala strajków jak przez Lubelszczyznę, to znaczy postulaty zgłaszane przez strajkujących byłyby dyskutowane i w jakimś stopniu realizowane przez przedstawicieli władz. Władze PRL w czasie Lubelskiego Lipca wypracowały schemat rozwiązywania sytuacji strajkowych. Realizując ten schemat, zgodzono się na pierwsze postulaty strajkujących w Stoczni Gdańskiej i strajk był bliski zakończenia, lub de facto został zakończony. 

Informacja chroni Bezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

Kilkakrotnie odwołano się w powyższym tekście do treści serwisów informacyjnych Radia Wolna Europa. Strajki w Lublinie przyciągnęły do miasta reporterów zachodnioeuropejskich mediów. Radio Wolna Europa miało swoje lokalne źródła informacji, którymi, jak ustalił historyk Marcin Dąbrowski, byli: grupa skupiona wokół Wojciecha Onyszkiewicza, Paweł Nowacki, Jerzy Malinowski, Ryszard Dziewa. Informacje zebrane w Lublinie trafiały drogą telefoniczną do mieszkania Jacka Kuronia, skąd były przekazywane do RWE. W środowisku KSS KOR uważano, że – jak powiedział Henryk Wujec – informacja chroni, że lepiej poinformować, niż nic nie powiedzieć, bo władza tej informacji się boi26. Jacek Kuroń starał się, by zbierane informacje były jak najbardziej wiarygodne. Zadaniem informatorów było dotrzeć do protestujących, co jak się okazało wcale nie było łatwe. Ci świeżo upieczeni absolwenci, nie mieli nic wspólnego ze środowiskiem robotniczym i nie mieli kontaktów rodzinnych w Lublinie.

Wspominała Anna Samolińska:

Czekało się przed bramą, aż jacyś ludzie zaczną wychodzić i wtedy można było pytać. To też nie było takie proste, bo ci, co strajkowali, trochę bali się rozmawiać z kimś, kogo widzą pierwszy raz na oczy. Mogli obawiać się prowokacji, tego, że ktoś przychodzi ich namierzyć. Wcale nie mieli ochoty mówić, kto jest w Komitecie Strajkowym, czy cokolwiek na temat strajku. (…) Jednak powolutku, powolutku jakieś szczątkowe wiadomości zbierało się i sklejało. Potem dzwoniło się do Jacka Kuronia, który je w Warszawie gromadził i przekazywał do Radia Wolna Europa. Pierwszy telefon do Kuronia był koło 10 lipca. Numer telefonu Jacka – 39 39 64.

Jak udało zebrać się informacje o strajku w Fabryce Samochodów Ciężarowych? Historię z legendarnym pojazdem z czasów PRL opowiedział Wojciech Samoliński:

W kontaktach ze środowiskiem robotniczym sporą rolę odegrały zupełnie przypadkowe znajomości. Istniał wtedy taki społeczny sport powszechny, pod tytułem: udoskonalanie samochodów marki „maluch”. „Maluch” był popularnym samochodem. Był patent, który wymyślono w garażach z wykorzystaniem piłki do tenisa. Jeden z naszych przyjaciół trzymał swojego „malucha” w garażu, który był obok garaży pracowników Fabryki Samochodów Ciężarowych. (…) Z jednej strony nasz przyjaciel, a z drugiej strony człowiek, który był zaangażowany w Komitet Strajkowy FSC – razem te piłeczki do „malucha” pchali. (…) Pojechałem z Janem [Magierskim] na Tatary. Najpierw wysłuchałem o tym, jakim to świetnym patentem są te piłki tenisowe i gdzie trzeba je wkładać, a potem zaczęliśmy rozmawiać o strajku27.

Po latach Wojciech Onyszkiewicz, koordynator zbierania informacji o strajkach Lubelskiego Lipca, wskazuje na wagę i znaczenie Lubelskiego Lipca 1980:

Strajki lubelskie były ważne, ponieważ miały duży zasięg, wszystkie podstawowe postulaty zostały wyartykułowane, zawarte zostały porozumienia i pojawiło się porozumienie dotyczące reprezentacji robotniczej w zakładzie pracy. W związku z tym było to spektakularne, ważne i nie do zlekceważenia wydarzenie. Skok dalej dokonał się na Wybrzeżu i był związany z tym, że od dłuższego czasu istniały tam wolne związki zawodowe, czyli inteligencko-robotnicze środowisko, które pracowało i wychowało ludzi do następnego etapu28.

 

LiteraturaBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

 

PrzypisyBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

  1. Wróć do odniesienia Lubelski Lipiec 1980, red. Ł. Kijek, Lublin 2015, s. 22 [seria: Scriptores. Lublin – Drogi do wolności, t. 6.].
  2. Wróć do odniesienia Lubelski Lipiec 1980, red. Ł. Kijek, Lublin 2015, s. 40 [seria: Scriptores. Lublin – Drogi do wolności, t. 6.].
  3. Wróć do odniesienia Lubelski Lipiec 1980, red. Ł. Kijek, Lublin 2015, s. 59 [seria: Scriptores. Lublin – Drogi do wolności, t. 6.].
  4. Wróć do odniesienia Lubelski Lipiec 1980, red. Ł. Kijek, Lublin 2015, s. 22 [seria: Scriptores. Lublin – Drogi do wolności, t. 6.].
  5. Wróć do odniesienia Lubelski Lipiec 1980, red. Ł. Kijek, Lublin 2015, s. 23 [seria: Scriptores. Lublin – Drogi do wolności, t. 6.].
  6. Wróć do odniesienia Lubelski Lipiec 1980, red. Ł. Kijek, Lublin 2015, s. 29 [seria: Scriptores. Lublin – Drogi do wolności, t. 6.].
  7. Wróć do odniesienia Lubelski Lipiec 1980, red. Ł. Kijek, Lublin 2015, s. 88 [seria: Scriptores. Lublin – Drogi do wolności, t. 6.].
  8. Wróć do odniesienia http://teatrnn.pl/historiamowiona/swiadek/Karykowska%2C_Wies%C5%82awa_%281943-_%29?tar=86306, [dostęp: 1 VII 2020].
  9. Wróć do odniesienia Biuletyn Związkowy NSZZ „Solidarność” Region Środkowo-Wschodni, nr 37–38, 20–26 VII 1981, s. 3. .
  10. Wróć do odniesienia Lubelski Lipiec 1980, red. Ł. Kijek, Lublin 2015, s. 73 [seria: Scriptores. Lublin – Drogi do wolności, t. 6.].
  11. Wróć do odniesienia Lubelski Lipiec 1980, red. Ł. Kijek, Lublin 2015, s. 59–60, 60–61, 62, 62–63 [seria: Scriptores. Lublin – Drogi do wolności, t. 6.].
  12. Wróć do odniesienia Lubelski Lipiec 1980, red. Ł. Kijek, Lublin 2015, s. 43 [seria: Scriptores. Lublin – Drogi do wolności, t. 6.].
  13. Wróć do odniesienia Lubelski Lipiec 1980, red. Ł. Kijek, Lublin 2015, s. 92 [seria: Scriptores. Lublin – Drogi do wolności, t. 6.].
  14. Wróć do odniesienia Lubelski Lipiec 1980, red. Ł. Kijek, Lublin 2015, s. 106 [seria: Scriptores. Lublin – Drogi do wolności, t. 6.].
  15. Wróć do odniesienia Lubelski Lipiec 1980, red. Ł. Kijek, Lublin 2015, s. 284 [seria: Scriptores. Lublin – Drogi do wolności, t. 6.].
  16. Wróć do odniesienia Lubelski Lipiec 1980, red. Ł. Kijek, Lublin 2015, s. 95 [seria: Scriptores. Lublin – Drogi do wolności, t. 6.].
  17. Wróć do odniesienia Lubelski Lipiec 1980, red. Ł. Kijek, Lublin 2015, s. 286–287 [seria: Scriptores. Lublin – Drogi do wolności, t. 6.].
  18. Wróć do odniesienia S. Jadczak, Diariusz lipcowych dni, [w:] Lubelski Lipiec 1980, red. Ł. Kijek, Lublin 2015, s. 160 [seria: Scriptores. Lublin – Drogi do wolności, t. 6.].
  19. Wróć do odniesienia S. Jadczak, Diariusz lipcowych dni, [w:] Lubelski Lipiec 1980, red. Ł. Kijek, Lublin 2015, s. 161 [seria: Scriptores. Lublin – Drogi do wolności, t. 6.].
  20. Wróć do odniesienia Lubelski Lipiec 1980, red. Ł. Kijek, Lublin 2015, s. 95 [seria: Scriptores. Lublin – Drogi do wolności, t. 6.].
  21. Wróć do odniesienia S. Jadczak, Diariusz lipcowych dni, [w:] Lubelski Lipiec 1980, red. Ł. Kijek, Lublin 2015, s. 161 [seria: Scriptores. Lublin – Drogi do wolności, t. 6.].
  22. Wróć do odniesienia Lubelski Lipiec 1980, red. Ł. Kijek, Lublin 2015, s. 289 [seria: Scriptores. Lublin – Drogi do wolności, t. 6.].
  23. Wróć do odniesienia Biuletyn Związkowy NSZZ „Solidarność” Region Środkowo-Wschodni, nr 37–38, 20–26 VII 1981, s. 11.
  24. Wróć do odniesienia Lubelski Lipiec 1980, red. Ł. Kijek, Lublin 2015, s. 127-128 [seria: Scriptores. Lublin – Drogi do wolności, t. 6.].
  25. Wróć do odniesienia Lubelski Lipiec 1980, red. Ł. Kijek, Lublin 2015, s. 28, 30, 61, 63 [seria: Scriptores. Lublin – Drogi do wolności, t. 6.].
  26. Wróć do odniesienia Lubelski Lipiec 1980, red. Ł. Kijek, Lublin 2015, s. 192 [seria: Scriptores. Lublin – Drogi do wolności, t. 6.].
  27. Wróć do odniesienia Lubelski Lipiec 1980, red. Ł. Kijek, Lublin 2015, s. 166, 169–170 [seria: Scriptores. Lublin – Drogi do wolności, t. 6.].
  28. Wróć do odniesienia Lubelski Lipiec 1980, red. Ł. Kijek, Lublin 2015, s. 182, 169–170 [seria: Scriptores. Lublin – Drogi do wolności, t. 6.].

Powiązane artykuły

Powiązane mapy

Zdjęcia

Audio

Historie mówione

Inne materiały