Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Krystyna Modrzewska - twórczość literacka

Spis treści

[RozwińZwiń]

Wstęp, czyli wytłumaczenie

Droga pisarska Krystyny Modrzewskiej jest zawiła i skomplikowana, podobnie jak zawiłe, skomplikowane i w gruncie rzeczy tragiczne były jej losy. Warto przy tym pamiętać, że aktyw­ność literacka autorki "Trzy razy Lublin" to działalność poboczna, gdyż była przede wszystkim człowiekiem nauki – antropologiem i lekarzem. O ile jednak twórczość literacką traktowała jako coś alternatywnego do pracy naukowej, o tyle przygody akademickie, doświadczenie zdobyte podczas II wojny światowej, w czasie praktyki lekarskiej, czy niełatwe losy emigracji stały się głównym budulcem jej opowieści. Literatura, którą tworzyła wyrasta więc bezpośrednio z jej pracy zawodowej oraz życiowych doświadczeń. Z nich bowiem czerpała materiał, bohaterów i zdarzenia zapełniające karty jej książek, kierując je w stronę literatury wspomnieniowej i autobiograficznej, która z rzadka i tylko w początkowej fazie posiłkowała się literacką fikcją.
Szczególne ukonstytuowanie twórczości Modrzewskiej sprawia, że nie sposób mówić o niej bez odwołania się do osoby Autorki. Bo jak inaczej opowiedzieć o literaturze, która z życia właśnie jest utkana? Krytyk oraz czytelnik stają więc w niejasnej i niebezpiecznej sytuacji – interpretując i oceniając tę twórczość, interpretują oraz oceniają życie jej autorki. Należy przy tym zwrócić uwagę, że zarówno w życiu, jak i w pisaniu Modrzewska była bezkompromisowa. Celem jej twórczości, przynajmniej w początkowym okresie, było dotarcie do prawdy – o relacjach społecznych, o środowisku, do którego należała, o ludziach, których znała lub spotkała, wreszcie o samej sobie. Gdyby natomiast chcieć określić, co jest stawką późniejszej twórczości Modrzewskiej, należałoby powiedzieć, że pamięć, pamięć miejsc i ludzi oraz czasu wojny.
Te dwa przeplatające się leitmotivy łączą bogatą – bo zamkniętą w dwunastu książkach – twórczość, która z kolei rozpada się na kilka koncentrycznie ułożonych części. Intrygująco, a czasem wręcz szokująco, przedstawiają się także okoliczności, pod wpływem których dane książki powstawały. Wyznaczają one swoiste kręgi chronologiczno-tematyczne. Dlatego też w swoim odczytywaniu Krystyny Modrzewskiej chętnie podążałem owym chronologiczno-tematycznym tropem – aby uchwycić najbardziej wyraziste dominanty tej literatury. Jednakże z mnogiej liczby wątków i wielości spraw, które autorka "Trzy razy Lublin" podejmowała, wybrałem tylko trzy, ufając że to one właśnie czynią książki Modrzewskiej ważnymi i wartościowymi.

Adam Struś, czyli obnażanie prawdy

W sierpniu 1958 roku tygodnik „Służba Zdrowia” ogłosił konkurs na pamiętniki lekarzy. Krystyna Modrzewska, pracująca ówcześnie w szpitalu w podlubelskich Bełżycach, wzięła w nim udział i tak narodził się pisarz. Pisarz właśnie, gdyż zapiski diarystyczne, które zdobyły III nagrodę w konkursie, a następnie zostały wydane pod tytułem Rok w miasteczku sygnowane były męskim pseudonimem.1 O jego wyborze sama Autorka pisze w swej pierwszej książce następująco:
Nie tylko nie jestem potomkiem lekarza królów, Józefa Strusia, lecz w ogóle nie nazywam się Struś. Ponieważ jednak nazwisko, które noszę, nie jest również moim nazwiskiem rodowym, ponadto zaś nie nabrało ono przez użytkowanie go przeze mnie żadnego znaczenia i nic nikomu nie mówi, podpisuję się jakimkolwiek. Jeśliby zaś ktoś w kryptonimie tym zechciał dopatrzyć się aluzji do znanej polityki wielkiego ptaka biegającego – nie mam nic przeciwko temu2.
Przywołanie nazwiska nadwornego lekarza Zygmunta Starego ma zabarwienie ironiczne, a także – co zauważali recenzenci książki – określa postawę narratora wobec opisywanych zdarzeń. Struś sam siebie sytuuje w opozycji do wielkiego humanisty XVI wieku. Miasteczko oraz społeczność je zamieszkująca z humanizmem miały bowiem niewiele wspólnego.
Fabuła oraz konstrukcja książki są aż nazbyt proste. Oto do prowincjonalnego miasteczka przybywa – najprawdopodobniej na własne życzenie – lekarz, który ma za sobą, jak sam wspomina „kilka lat pracy asystenckiej na jednej z akademii medycznych, nie spełnione nadzieje, nie zaspokojone ambicje, konflikty z dalszym i bliższym otoczeniem, a przede wszystkim z sobą”3. Lekarz rozpoczyna pracę w szpitalu, pełniąc w nim stały dyżur. Istotne jednak są nie tyle jego perypetie, ile to, co wokół siebie zaobserwował i zarejestrował, a więc przede wszystkim skrajnie niska świadomość higieniczna i seksualna okolicznych chłopów, ogólne zacofanie i brak zaufania do medycyny rekompensowany przywiązaniem do tzw. domowych sposobów.
By unaocznić, jak wyglądała szpitalna codzienność doktora Strusia, przywołajmy dwie sceny z książki. Nie są one bynajmniej najbardziej drastyczne:
Przywieźli babę z krwotokiem. Wygląda na domowymi sposobami „nadskrobaną” ciążę. Baba zaklina się na wszystko, że nic nie „kombinowała”, że się na pewno „zadźwignęła” balią. Doświadczona położna, pani Michalina, kiwa powątpiewająco głową i mruży do mnie oko. Widziała ich już tyle, że z zasady nie wierzy żadnej kobiecie4.
Ciężki, ciężki dzień. Jeszcze przed śniadaniem robiłem skrobankę. Kobieta jest u nas za mojej bytności już po raz drugi. W jamie macicy drobne, cuchnące resztki łożyskowe i trochę skrzepów. Nikt się nie dowie, co było powodem poronienia, czy jej ktoś pomógł, czy też sama wywołała je jakimś zbrodnicznym, haniebnym sposobem.
P. Michalina opowiadała mi, że dawny dyrektor miał zbiór przedmiotów wydobytych z ciężarnej macicy. Były tam podobno i druty ułamane, i zastrugane kołeczki różnej długości i nieostrugane gałązki drzew. Miał tego pełne pudełko5.
 Oprócz problemów z pacjentami narrator portretuje także warstwę rządzącą lokalną społecznością wraz z toczącą się wśród niej walką o wpływy, zazdrościami i nienawiściami. Dzięki temu debiut książkowy Modrzewskiej stanowi współcześnie nie tylko sugestywny i w gruncie rzeczy smutny portret wsi lat pięćdziesiątych XX wieku, ale staje się także próbą rozliczenia z własnym środowiskiem zawodowym. Jak słusznie zauważył jeden z recenzentów Roku w Miasteczku, autorka obnaża
[…] obrzydliwe sprawy i sprawki na tyle wyraźnie, by nadać swym obserwacjim i refleksjom moc oskarżenia – oraz na tyle szczere, by spod oskarżenia nie wymykać się samemu6.
Dobre recenzje oraz poczytność książki zaowocowały umową z wydawnictwem Czytelnik na kolejne utwory oraz … procesem sądowym, który wytoczyła Autorce społeczność Bełżyc, bezbłędnie rozszyfrowując zarówno pseudonim autora, jak i sportretowane w książce postaci oraz sytuacje. Modrzewska jednakże w ciągu dwóch lat napisała i opublikowała kolejną książkę, której akcja także toczy się na prowincji. Czytelnik ma nieodparte wrażenie, iż śledzi kolejne rozdziały pamiętnika prowincjonalnego lekarza, tym razem jednak skupiając uwagę na głównej postaci. Na pierwszy plan wybija się bowiem bohater-narrator wraz ze swymi problemami egzystencjalnymi, próbujący radzić sobie z przeszłością, wreszcie stający na skraju życia i śmierci.
Nie tylko bohater i warstwa kompozycyjna łączy Jestem kim innym i Rok w Miasteczku. Wspólna jest także – w drugiej książce nieco bardziej potraktowana jako tło obyczajowe – tematyka polskiej wsi. Znamienne jest przy tym, że to właśnie w Jestem kim innym pada wprost stwierdzenie, które podskórnie towarzyszy lekturze debiutanckiej książki Modrzewskiej:
Czasami mam powyżej uszu całej tej wsi, tego życia tutaj, tego potykania się niemal co krok o wypadki beznadziejne, o sprawy zadawnione, o chorobę w takim stadium, że cała moja wiedza i doświadczenie lekarskie, wszelkie wysiłki muszą okazać się zbędne i daremne7.
To – z całą pewnością centralne zagadnienie – obydwu książek doskonale odczytał Tomasz Burek:
Tak w Jestem kim innym, jak w Roku w Miasteczku, postawę narratora charakteryzuje, zrozumiała zresztą, ambiwalencja: przeraża go ciasny światek prowincjonalny, obezwładnia drobnomieszczański styl życia, głupota i prymitywizm, dzikość obyczajów, łapownictwo i karierowiczostwo, lecz zarazem wszystkie te fakty, z jakimi spotyka się w swojej codziennej praktyce, przyprawiają go o głębokie cierpienie, wywołują w nim odruch sprzeciwu, pragnienie buntu8.
Warto zatem pierwsze książki Modrzewskiej czytać w parze, traktując je jak głos sprzeciwu wobec nieuświadomionej, zacofanej wsi oraz głos rozpaczy lekarza, który z całych sił próbuje zmienić zastaną rzeczywistość. Jednak, pomimo najlepszych chęci, w obliczu całkowitego osamotnienia w swych działaniach skazany jest na klęskę. Należy przy tym mieć na uwadze autobiograficzną podbudowę obydwu książek, która podnosi ich autentyzm i pozwala traktować je obecnie niemalże jako dokument epoki. Z drugiej strony można śmiało stwierdzić, iż jest to uczciwie napisana literatura obyczajowa.

Trylogia, czyli świadectwo

Lata sześćdziesiąte XX wieku to dla Krystyny Modrzewskiej okres pracy na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej. Okres ten zwieńczony został bardzo smutnym finałem – wymówiono jej stanowisko kierownika Katedry Antropologii, a cała sprawa otarła się o ministerstwo oraz służbę bezpieczeństwa. Po wydaleniu z UMCS prawie pięćdziesięcioletnia kobieta pozostała sama, oderwana od życiowej pasji i jednocześnie spraw zawodowych. W zakończeniu książki pt. Trzy razy Lublin, wracając do tych spraw, zapisała:
Nie mogąc zdecydować się ani zdobyć na śmierć fizyczną, wybrałam śmierć obywatelską i cywilną. Aby mogła się ona dopełnić, musiałam własnowolnie, w placówce dyplomatycznej obcego państwa, kłamliwie wyrazić gotowość wyemigrowania do państwa Izrael. Żądano podania motywów. Napisałam własną ręką: «Chęć powrotu do narodu, z którego pochodzę». Musiałam następnie podpisać dokument zrzeczenia się obywatelstwa polskiego i wpłacić pięć tysięcy złotych na koszta potwierdzenia, że przestałam być obywatelem swojego kraju9.
W tej krótkiej relacji mieści się nie tylko dramat życiowy Modrzewskiej, ale i wielu innych Polaków pochodzenia żydowskiego dotkniętych represjami 1968 roku przez komunistyczne władze PRL. W przypadku autorki Na krawędzi chaosu doświadczenie to musiało być tym dotkliwsze, że swoje korzenie traktowała czysto genealogicznie. Mówi o tym wprost w innym miejscu swojej najważniejszej książki o Lublinie, wracając wspomnieniami do czasów II wojny światowej:
Należało także przypomnieć sobie o swoim pochodzeniu, które w zaistniałej sytuacji nabierało nowego i niebezpiecznego znaczenia. Dla mnie sprawa ta nie stanowiła jakiegokolwiek problemu, była sprawą wyłącznie rodzinną, genealogiczną, bez żadnego zakotwiczenia w tradycjach kulturowych, kultowych czy narodowościowych10.
W 1969 roku Modrzewska opuszcza, jak się okaże – na zawsze, Polskę. Na miejsce swojej emigracji wybiera Szwecję, gdzie poprzez obóz dla imigrantów trafi na uniwersytet w Uppsali, na którym ponownie zrobi doktorat oraz habilitację i poszczyci się znacznymi osiągnieciami w zakresie genetyki antropologicznej.
Autorka nieustannie próbowała uzyskać pozwolenie na przyjazd do kraju, czego konsekwentnie jej odmawiano. Podróż do Polski okazała się możliwa dopiero, gdy niemal ostatecznie runęła fasada komunizmu. Po 17 latach emigracji. Odwiedzając zaprzyjaźnione domy, Modrzewska początkowo omijała Lublin, w którym przeżyła wiele nieszczęśliwych lat. Rozpoczęła jednakże spisywanie wspomnień związanych z tym miastem. Tak powstała książka pt. Trzy razy Lublin. Tytuł wskazuje na trójdzielną budowę i rzeczywiście – Modrzewska zabiera czytelnika do Lublina trzy razy. Nie byłoby jednak niedorzecznym stwierdzenie, że za każdym razem przemierzamy ulice innego miasta. Najpierw poznajemy więc Lublin przedwojenny, miasto młodości Modrzewskiej. Pełny żydowskich sklepików, pachnący dobrą kawą i wytwornością jego mieszkańców. Następnie poruszamy się wśród zgliszczy, odnajdujemy twarze zapamiętane przez autorkę w dzieciństwie, jednak bardzo odmienione po pięciu latach wojny. Często także w odmienionych funkcjach społecznych. Lublin, do którego Autorka dotarła w 1945 r. To przecież stolica odbudowującego się kraju. To także piękna opowieść o zawiązkach Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, o pasji do nauki i niezwykle ciężkich warunkach, w jakich tę naukę uprawiano. Trzeci raz autorka zabiera czytelników do Lublina w 1956 roku, kiedy to wróciła do pracy naukowej na UMCS. Opisuje bez zahamowań środowisko akademickie i układy nim rządzące. To najbardziej gorzka część książki.
Podskórnie czujemy, że Autorka, pisząc o swych lubelskich losach, przynajmniej częściowo wyzwala się z traumy, która trawiła ją przez długi czas. Przestał być jej potrzebny także Adam Struś, odtąd będzie publikować pod własnym nazwiskiem. Wydaje się, że powrót do pióra umotywowany był chęcią zrozumienia samej siebie w tym sensie, w jakim pisze o tym Swietłana Aleksijewicz:
Po wielu latach człowiek rozumie, że życie minęło, a teraz trzeba się z tym pogodzić i przygotować do odejścia. To jest przykre, nikt nie ma ochoty zniknąć tak zwyczajnie. Byle jak. W biegu. I kiedy człowiek ogląda się do tyłu, nabiera chęci, żeby nie tylko opowiedzieć o swoim życiu, ale także rozwikłać jego tajemnicę. Samemu sobie wyjaśnić, jaki był sens tego, co mu się zdarzyło11.
Tak zarysowany horyzont stanowi odniesienie dla całej późniejszej działalności pisarskiej Modrzewskiej. Doskonale uwidacznia się także w kolejnej książce, kontynuującej opowieść o losach Autorki. Czas przedostatni rozpoczyna się tu, gdzie Trzy razy Lublin się kończy, czyli w momencie rozpoczęcia emigracji. Traktując to zesłanie jako potężny cios, Modrzewska zaczyna uporczywie zadawać sobie pytanie: czym sobie na to zasłużyłam? Stanowi ono punkt wyjścia do rozliczeń, wspominania samej siebie z przeszłości, swojego postępowania wobec innych.
Historiom wojennym, powojennym oraz emigracyjnym – wypełniającym Czas przedostatni – towarzyszy nieustannie kwestia pochodzenia. Dramatyczne jest zastanawianie się dlaczego nie zginęła z resztą Żydów podczas pogromów, dlaczego tak bardzo chciała przeżyć okupację. Czas refleksji nie jest wolny od wyrzutów wobec samej siebie: „Co robiłam, gdy umierano wokół mnie? Wiem. Piłam wódkę, grałam w karty, śmiałam się hałaśliwie, powtarzałam stare dowcipy, chodziłam na romantyczne spacery po cmentarnej alei”12.
Próba normalnego życia w czasie wojny wydaje się Autorce grzechem popełnionym wobec tych, którzy w tym samym czasie ginęli. Nie zmienia tego fakt, co we wstrząsający sposób opisała w – wydanej jeszcze pod pseudonimem – książce pt. Słowa pierwsze i ostatnie, że przecież brała udział w wojnie. Pracując w niemieckiej placówce administracyjnej, zaopatrywała oddziały AK w żywność, prowadziła sabotaż, dostarczała fałszywe dokumenty ukrywające żydowskie pochodzenie wielu osób. Kończąc książkę Autorka napisała:
Żal najdoskonalszy nawet nikomu wprawdzie nie mógł wrócić życia, nikogo przebłagać ani pocieszyć, niczego w życiu czyimkolwiek ani moim własnym zmienić, ale który po latach błądzenia i szamotania się we własnym mroku pogodził mnie z moim czasem pokutnym i napełnił wielkim wewnętrznym spokojem, jakiego nigdy dotychczas nie zaznałam13.
Może to być także puentą całej twórczości Modrzewskiej. Wprawdzie pamięć i nierzadko bolesna refleksja, nikomu nie wróci życia ani go nie przemieni, ale może dać głęboki spokój i poczucie spełnionego obowiązku wobec tych wszystkich, których minęła na drodze swego życia.
Z perspektywy tego spokoju i ukojenia Autorka mogła także otwarcie pisać o swoim prywatnym, najbardziej intymnym dramacie, jakim był jej transwestytyzm. Zagadnieniu własnej tożsamości płciowej poświęca wiele miejsca, zwłaszcza w ostatniej części swych wspomnień, Na krawędzi chaosu. Książka ta – opisująca w dużej mierze szwedzkie perypetie Autorki – przypomina swą budową raptularz, składający się z luźno powiązanych ze sobą wspomnień.– jak gdyby Autorka po prostu przepisywała i drukowała pamiętnik. Kompozycja ta upodabnia tę książkę do kolejnych wspomnień, wydanych w ostatnich latach życia Krystyny Modrzewskiej.

Glosy, czyli zachować w pamięci

Wydawać by się mogło, że opisanie swojego życia na kartach trzech wzruszających i do bólu szczerych książek przyniesie Autorce ukojenie, pozwoli w spokoju dożyć swoich dni. Jednakże Modrzewska czuła jeszcze potrzebę pisania. Pamięć podsuwała kolejne historie, które – zdawałoby się – warto utrwalić, a z już opisanych wydobywała niedopowiedzenia. W ostatnich czterech książkach jeszcze mocniej uwidacznia się, iż twórczość literacka Modrzewskiej wyrasta z potrzeby chwili, z konieczności zapisania określonych stanów i faktów i rządzi się tym samym prawem, co diarystyka. Szczególną cechą tych książek jest fakt, że opowiadając o swoim życiu, a więc o własnych osobistych sprawach – nierzadko bolesnych i niełatwych do wyrażenia – Modrzewska nie narzuca czytelnikowi siebie, nie przytłacza swoimi spostrzeżeniami, nie obarcza swoim bólem, cierpieniem, ani nawet radością. Poprzez pisanie o własnym życiu, przepięknie opowiada historię naszego kraju. Niczym wytrawny reportażysta poprzez jednostkową relację wydobywa ogólny sens wydarzeń, uchyla rąbek tajemnicy o nas, o Polakach XX wieku. Niemniej jednak podczas lektury tych ostatnich książek mamy nieodparte wrażenie, że stanowią one tylko notatki do „trylogii”, niejako pisane na marginesie dopowiedzenia, a nierzadko też powtórzenia myśli zawartych w trzech najważniejszych książkach Modrzewskiej.
Wśród tych swoistych dopowiedzeń i prób uchwyceń rzeczywistości wybija się opowieść o rodzinnym domu Mandelbaumów. Dom przy Bernardyńskiej, bo tak zatytułowała swe wspomnienia Autorka mają wartość nie tylko autobiograficzną, związaną z historią i opisem budynku rodzinnego domu. Drobiazgowe przywołanie szczegółów, doskonała pamięć osób, które przewijały się przez dom doktora Mandelbauma, opowieść o zwyczajach panujących w rodzinie, rozkładzie dnia i podziale ról sprawia, iż opowieść tę można traktować jak doskonały opis życia typowej inteligenckiej rodziny w Lublinie lat trzydziestych XX wieku (Autorka bowiem wraz z matką wprowadziły się na Bernardyńską w roku 1928). Opowieść ta może stanowić zatem doskonałe źródło wiedzy o historii miasta.
Historia domu rodzinnego staje się także pretekstem do powtórnego pochylenia się nad swoimi lubelskimi latami, wśród których oprócz wspomnień z dzieciństwa oraz pięknej, aczkolwiek niebezpiecznej, młodości Autorka zaznała wiele cierpienia, które przysłoniło blaski lat poprzednich tak że Lublin na zawsze miał pozostać dla Modrzewskiej złym miastem. Powrót do tych zdarzeń okazał się jednak zbawienny:
Z czasem miało się okazać, że moje rozliczenie z lubelską przeszłością wywarło największy wpływ na mnie samą i na mój stosunek do Lublina. Pisząc, w miarę powtórnego przeżywania zdarzeń sprzed ćwierćwiecza, zgoła o tym nie wiedząc, wyzwalałam się z nich. Sprawy bolesne, wypowiedziane do końca, traciły swoją moc nade mną14.
Uporanie się z „lubelską biografią” pozwoliło Modrzewskiej skupić się na tych szczegółach ze swej barwnej biografii, które przez wiele lat wydawały się nieistotne lub niewarte wspomnień. Mam nieodparte wrażenie, że w taki właśnie sposób powstała niewielkich rozmiarów książka pt. Pamiętam jeszcze… Składa się ona ze strzępów, notek, wspomnień zapisywanych jakby w przświadczeniu o konieczności ich utrwalenia, ocalenia przed własną pamięcią, której już zaufać nie można:
Teraz, kiedy przekroczyłam krąg „dziewiątego krzyżyka”, widzenie rzeczy dawnych staje się coraz ostrzejsze, natomiast gotowość pamięci najbliższej zanika stopniowo, lecz nieodwracalnie. […] Losy ludzi, zachowane w mojej uratowanej pamięci, pragnę na odchodnym podarować tym, którzy zechcą przyjąć ich sens I właściwe przesłanie15.
Historie wypełniające tę książkę niełatwo nazwać nawet szkicami, są to raczej notatki, zapiski, strzępy właśnie wydobywane z odmętów pamięci. Bohaterami opowieści są Żydzi lubelscy, ich walka o przetrwanie, o przeżycie w okupowanym kraju.
Wspomnienia spisane przez autorkę Trzy razy Lublin są wstrząsające. Jedną z bardziej poruszających jest opowieść o pewnej pani doktorowej, której bardzo misterny plan pozwolił uratować rodzinę. Podczas okupacji Lublina najpierw prowadziła sklep z bielizną, dzięki któremu wyrobiła sobie kontakty, następnie Jasię, opiekunkę jej dzieci przetransformowała w młodą żonę własnego męża. Ten z kolei przyjął inne nazwisko, by razem z Jasią oraz ze swym synem udawać małżeństwo na jednym końcu Generalnej Guberni. Pani Barbara zaś z córką, oczywiście pod innym nazwiskiem, udawała wojenną wdowę na drugim końcu Guberni. Ten wątpliwy moralnie i jakże niebezpieczny plan pozwolił przetrwać rodzinie wojnę.
Nie można tym historiom odmówić swoistego artyzmu językowego. Wszak w portretowaniu wydarzeń Modrzewska jest – nie boję się tego słowa – mistrzem, jednak wyraźnie zauważyć można brak – obecnej w poprzednich książkach – akrybii. Jednakże niewykończenie tych opowieści – pomniejszające przecież wydźwięk całości zbioru – staje się w końcu ich atutem. Bo Autorce nie o literaturę tutaj chodzi, ale o pamięć. Kiedy orientuje się, że sama już nie może zapanować nad tym, co życie zapisało w jej sercu, postanawia podzielić się tym, co ma najcenniejszego z przypadkowymi (czy tacy istnieją?) czytelnikami.
W swoich ostatnich książkach Autorka jawi się jako osoba gorączkowo zapisująca wszystko, czego jeszcze truchlejąca pamięć nie pogrzebała. Przyświeca jej przy tym przekonanie, iż znajdzie się ktoś, kto zechce jakiś urywek jej życia przejąć do pamięci własnej. Podobnie jak wiele lat wcześniej Autorka przejęła rudy warkocz nieznanej dziewczyny, z ciała którego został odcięty przez jej koleżankę poszukującą w stosach poległych zwłok własnego brata, a nie znalazłszy ich, odcinającą chociaż warkocz z włosów nieznajomej dziewczyny. Po co? By pamiętać. By mieć przy sobie materialny ślad „czasu opętania i zagłady”.

Zakończenie, czyli rozpoznanie

Modrzewska nie udawała, że jest wielkim pisarzem. Z pewnością jednak była czujnym obserwatorem i znakomitym portrecistą. Mówiąc krótko, zapisywała rzeczywistość. Utrwalała to, co wydawało jej się ważne, czym warto podzielić się z innymi. Bez mityzowania, kokieterii, mrugania okiem w stronę czytelnika. Opinię recenzenta jej dwóch pierwszych książek można śmiało odnieść do całej twórczości:
Jego [Strusia] książki nie są powieściami, nie mają one nic wspólnego z wyszukaną formą literacką. I to je znowu łączy: forma pamiętnika, w jakiej zostały napisane, szorstkość autentycznej relacji, surowa prostota dokumentu. Pierwsza osoba narracji oznacza tutaj, że autor, uwikłany w losy innych ludzi, w życie prowincjonalnego środowiska, przyjmuje, nawet jako postać “książkowa”, cząstkę odpowiedzialności, jaka spada na niego z racji uczestniczenia w tych losach i w tym życiu16.
Rzeczywiście, czytając książki Krystyny Modrzewskiej nie sposób uwolnić się od przeświadczenia, że ma się przed oczami po prostu wypreparowane fragmenty dziennika. Każda jej historia, każde opowiadanie nosi w sobie ciężar diarystycznego ujmowania świata, notowania ważnych chwil, uwieczniania momentów i wydarzeń zasługujących wedługg zapisującego na uwagę, zapamiętanie i utrwalenie. Celem Autorki było – jeśli wolno mi sądzić – nie tyle zachowanie ważnych lub bolesnych przeżyć, wartościowych osób i istotnych zdarzeń, ile opowiedzenie poprzez losy jednostki dziejów ogółu. W reporterskim, sprawozdawczym stylu, przez pryzmat samej siebie Modrzewska zapisała fascynujący rozdział historii dwudziestowiecznej Polski, a po części także Europy.
W najmniejszym, jednostkowym wymiarze twórczość Autorki Trzy razy Lublin można określić jako zmaganie się z własną tożsamością. Mam nieodparte wrażenie, że jest to niezwykle ważne zagadnienie dla całego pisarstwa Modrzewskiej. A przy tym wielowymiarowe. Po raz pierwszy własna tożsamość stała się problemem po 1939 roku. Aby przeżyć, należało ukryć swoje pochodzenie. Rodowe nazwisko poszło więc w niepamięć, spolszczone na “Modrzewska”. Jednakże po dramatycznym opuszczeniu pracy uniwersyteckiej Autorka przyjęła tę tożsamość i tę narodowość, którą hitlerowcy skazali na nieistnienie aby móc opuścić miasto i kraj, które nie szczędziły jej bolesnych doświadczeń.
Prawdopodobnie najbardziej bolesne i doniosłe w skutkach były zmagania Modrzewskiej z tożsamością osobową. Pisze o tym ostrożnie, ale otwarcie, szczerze i pewnie. Jeszcze przed faktycznymi problemami tożsamości narodowej, dotknął ją problem tożsamości płciowej. Kiedy zadała sobie po raz pierwszy pytanie „kim ja właściwie jestem”? W jednej ze swych książek zapisała pełne bólu, wiele mówiące na ten temat zdanie: „Szanuję prawdę i cierpię nad tym, że moja własna jest tak bardzo trudna”17.
Z własną niechęcią do bycia kobietą zmagała się przez większość życia, by na koniec kwestia tożsamości powróciła ze zwielokrotnioną siłą. Bliska bowiem była pytać o swą tożsamość w sensie najbardziej dosłownym. Postępująca demencja i utrata pamięci ostatecznie wyniszczała jej osobowość, czego przejmujący wyraz oddała w swojej ostatniej książce Zabłąkani w rzeczywistości. Zapisała w niej: „Odkąd poplątał mi się czas – dni uciekają w tygodnie, a tygodnie w miesiące, jak gdyby rozlewały się w nicość”18.
W nicość pragnęła także odejść Autorka. Jej ostatnią wolą było, by rozsypać jej prochy w Norwegii – jak gdyby chciała całkiem wymazać swoją obecność na świecie, pozostawiając jedynie kilkanaście książek będących świadectwem nie tylko jej życia, ale przede wszystkim pamięci o dawnym, wielokulturowym Lublinie. Sprzeniewierzając się temu życzeniu, pozostaję w przekonaniu, iż przypominanie tak osoby Krystyny Modrzewskiej, jak jej książek pozwoli nam wszystkim pielęgnować w sobie pamięć, która była przecież najważniejszym celem jej twórczości.

Artur Truszkowski

Przypisy

1. A. Struś, Rok w miasteczku, Warszawa 1962.

2. Tamże, s. 5.

3. Tamże, s. 7.

4. Tamże, s. 31.

5. Tamże, s. 73-74.

6. J. Susuł, Fragment prowincji, „Tygodnik Powszechny” 1962, nr 38, s. 6.

7. A. Struś, Jestem kim innym, Warszawa 1964, s. 39.

8. T. Burek, Portret nieobojętnego, „Tygodnik Kulturalny” 1964, nr 28, s. 4.

9. K. Modrzewska, Trzy razy Lublin, Lublin 1991, s. 177–178.

10. Tamże, s. 70.

11. S. Aleksijewicz, Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, Wołowiec 2010, s. 12.

12. K. Modrzewska, Czas przedostatni, Lublin 1992, s. 56.

13. Tamże, s. 144.

14. K. Modrzewska, Dom przy Bernardyńskiej, Lublin 1999, s. 66.

15. K. Modrzewska, Pamiętam jeszcze…, Lublin 2000, s. 5.

16. T. Burek, Portret nieobojętnego, „Tygodnik Kulturalny” 1964, nr 28, s. 5.

17. K. Modrzewska, Czas przedostatni, Lublin 1992, s. 84.

18. K. Modrzewska, Zabłąkani w rzeczywistości, Lublin 2007, s. 17.

 

Zdjęcia

Wideo

Historie mówione

Inne materiały