Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” w Lublinie jest samorządową instytucją kultury działającą na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” w Lublinie jest samorządową instytucją kultury działającą na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Bajkoterapia

„Wspólne słuchanie gawęd – nowa fanaberia wielkomiejskiej inteligencji czy jedyny ratunek dla naszej psychiki wymęczonej życiem w świecie króciutkich informacji?

Spis treści

[RozwińZwiń]

Magiczna noc opowieściBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

Dobra wiadomość dla tych, którzy czują, że sączące się z telewizora historie o nieuczciwych policjantach czy rozedrganych politykach powoli zatruwają im organizm. Nadchodzący miesiąc przyniesie nam kilka porcji doskonałej odtrutki. 8 czerwca w stołecznej Starej Prochowni, 9 czerwca w Wielkopolskiej Zagrodzie w Poznaniu, a 11 czerwca w podwarszawskim Konstancinie odbędzie się „Magiczna noc opowieści”. Zamiast o Ryszardzie Kaliszu czy Lechu Kaczyńskim będzie można posłuchać o miedzianowłosej Sarai i potężnym dżinie, o lwie, który zakochał się w myszy, o błądzącej po pustyni karawanie i o Nasredinie, który chciał oduczyć jeść swego osła. O tych wszystkich cudach opowie czarnooki Jihad Darwiche, 50-letni wybitny „storyteller” z Libanu, i Magda Lena Górska, najlepsza polska opowiadaczka.

Jihad i Magda przywodzą na myśl opowiadaczy, którzy jeszcze kilkadziesiąt lat temu funkcjonowali w każdej polskiej wsi i miasteczku. Byli nie do zastąpienia o szarej godzinie, gdy kończyła się już praca, ale za wcześnie było na sen. Domownicy siadali wtedy przy stole i słuchali podań z dawnych czasów, z dalekich krain, przekazywanych z ust do ust przez dziesiątki i setki lat. Opowiadacze zniknęli nagle i niezauważalnie. Przestali być potrzebni, kiedy czas zaczęliśmy wypełniać najpierw audycjami radiowymi, potem telewizją i wreszcie surfowaniem w sieci. Przytłoczyła nas obrazkowa kultura coraz szybszych i bardziej powierzchownych informacji.

Opowieśc buduje wspólnotęBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

Imprezy w stylu „Magicznej nocy opowieści” nie są więc wyłącznie kolejnym przejawem fanaberii wielkomiejskiej inteligencji, która nie wie, co zrobić z wolnym czasem.   To próba ponownego dopuszczenia do głosu naszych elementarnych potrzeb. Psychologowie nie od dziś zwracają uwagę na to, że słuchanie i opowiadanie historii buduje poczucie wspólnoty, rozwija wyobraźnię, uczy dialogu. Żyjąc w świecie komiksowych komunikatów, coraz częściej na rozmowę z bliskimi poświęcamy zaledwie kilka minut dziennie. Przestajemy budować zdania wielokrotnie złożone, nasze słownictwo się zubaża, a umiejętność „malowania słowem” emocji, uczuć i wydarzeń jest mniejsza. Umiemy przedstawić prezentację na biznesowej konferencji, ale nie potrafimy wyrażać uczuć podczas wieczoru z przyjaciółmi. Nie umiemy już rozmawiać, umiemy tylko szukać informacji.

I kręcimy bat na siebie samych. Doktor Ned Kock z Uniwersytetu w Temple trzy lata temu opublikował badania, z których wynika, że niedługo w ogóle możemy stracić umiejętność komunikowania się z bliźnimi. – Ewolucja przez pięć milionów lat przystosowała nas do rozmów twarzą w twarz, a nie do używania telefonów czy poczty elektronicznej – twierdzi Kock. – Ta sama konwersacja trwa kilka razy dłużej, jeśli prowadzimy ją przez telefon niż podczas osobistego spotkania. Nie widzimy wtedy mimiki, uczuć i emocji. – Odzwyczajając się od rozmów z bliskimi, tracimy te umiejętności i stajemy się mało wiarygodni.

Profesor Daniela O’Neill z Uniwersytetu w Waterloo zwraca z kolei uwagę na to, że opowiadanie historii może mieć zbawienny wpływ na zdolność logicznego myślenia. O’Neill pokazywała trzy- i czterolatkom obrazki z lalkami i prosiła o opowiedzenie ich historii. – Dowiadywałam się na przykład, że żaba z ilustracji poszła do restauracji i zaczęła skakać dookoła stolików – śmieje się prof. O’Neill. Po dwóch latach zaprosiła te same dzieci do laboratorium. Tym razem, aby sprawdzić ich zdolności matematyczne i logiczne myślenie. Okazało się, że dzieci z najlepiej rozwiniętym zmysłem opowiadania miały najlepsze wyniki z matematyki. Wniosek jest prosty. – Nie dzielmy dzieci na humanistów i umysły ścisłe, tylko poświęcajmy pół godziny dziennie na opowiadanie im historii – przekonuje O’Neill.

StorytellingBezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

Na Zachodzie „storytelling”, czyli opowiadanie historii, wraca do łask mniej więcej od trzech dekad. Pierwsi byli Amerykanie, którzy w latach 70. na fali wyrzutów sumienia związanych z „problemem indiańskim” zaczęli uważniej słuchać plemiennych legend rdzennych mieszkańców kontynentu. Reanimację tradycji mówionej w Europie rozpoczął francuski poeta i pisarz Bruno de La Salle, twórca Centrum Literatury Oralnej w Vendôme. 36 lat temu na festiwalu kultury w Awinionie publiczność prawie do białego świtu wsłuchiwała się w wygłaszaną przez niego „Odyseję”. Dziś jest tam ponad 600 zawodowych opowiadaczy. Francuzi słuchają egzotycznych gawęd pochodzących z dawnych kolonii oraz historycznych eposów. Elementy nauki opowieści umieścili w obowiązkowym programie nauczania w szkołach. Każda biblioteka co tydzień organizuje spotkanie z opowieścią. Amerykanie uwielbiają „opowieści z życia”. Duże firmy (m.in. Hallmark) zapraszają „storytellerów” na swoje konferencje, żeby zrelaksować pracowników i podnieść poziom ich kreatywności. Hiszpanie co roku w Guadalajarze organizują 46-godzinny maraton opowieści, podczas którego swoje pięć minut ma każdy z przedstawicieli reprezentowanych w mieście zawodów.

W Polsce profesjonalnym opowiadaniem zajmuje się na razie kilka osób. Występują podczas stosunkowo rzadkich festiwali. Magda Górska, która w styczniu reprezentowała Polskę wśród 14 czołowych opowiadaczy świata podczas Nocy Epopei w Vendôme we Francji, a w tym roku po raz pierwszy jedzie opowiadać do Hiszpanii, raz na miesiąc „maluje słowem” baśnie w warszawskim przedszkolu. Niektórzy rodzice na początku mieli wątpliwości, czy to dobry pomysł. Podobnie jak sąsiad Michała Malinowskiego z Czarnowa koło Warszawy, który po jednym z takich festiwali wyznał mu, że idea jest fajna, ale bez sensu było zapraszać dzieci, bo się strasznie wynudziły. Zdziwił się, kiedy kilka dni później zobaczył swoje pociechy zamieniające łazienkę w muzeum opowiadaczy i zapraszające rodziców na opowieść.

Pomysł dzieci zapożyczyły od Malinowskiego, który takie właśnie Muzeum Opowiadaczy Historii urządził na parterze swego domu. Jego motto brzmi: „Na Zachodzie dzieciom opowiada się, aby je uśpić. Afrykanie opowiadają, aby je budzić”. Michał zgromadził na kasetach kilkanaście tysięcy godzin opowieści z całego świata. Na bordowych ścianach wiszą zdjęcia afrykańskich opowiadaczy i 100-letnie religijne obrazy kupione od polskich chłopów, na podłodze stoją figurki z Indii, a na półkach – książki o „storytellerach”. Naprzeciwko niedużej sceny dla opowiadaczy stoi rząd białych krzeseł.

Malinowski uważa, że opowiadanie to trudna sztuka. Porównywalna z wysiłkiem, jaki człowiek wychowany na muzyce pop musi włożyć, by nauczyć się śpiewać białym głosem. Magda Górska jest podobnego zdania. Przygodę z opowieściami zaczęła jakieś 10 lat temu. – Z grupą przyjaciół spotykaliśmy się, żeby pośpiewać, grać i dyskutować. Nagle ktoś rzucił: może zacząć opowiadać? Niby wygląda to prosto: siadasz i mówisz. Okazało się jednak niezręczne, niepoważne i nienaturalne. Łatwo opowiedzieć kawał w knajpie czy bajkę dziecku. Ale żeby snuć historię bez przyczyny, trzeba przejść długą drogę – przyznaje Magda.

Długo szukali sposobu na opowiadanie. Próbowali widowisk narracyjnych, jakby wyjętych ze starogreckich sympozjonów: przy stole zasiadali goście, biesiadnicy i zaproszeni eksperci – historycy sztuki, literatury, antropologowie. Ktoś opowiadał, ktoś grał, wszyscy jedli, a naokoło brzmiały piękne słowa. Od trzech lat jako nieformalna grupa Studnia O opowiadają przed publicznością.

Opowiadacz w XXI w.Bezpośredni odnośnik do tego akapituWróć do spisu treściWróć do spisu treści

Wszyscy, którzy zetknęli się z tematem, przyznają, że najtrudniejsze w pracy opowiadacza jest wyjście z naturalnej roli człowieka XXI wieku – informatora, który ma powiedzieć coś i zniknąć. Opowiadacz musi wejść w kontakt z audytorium. – Tradycyjni gawędziarze cieszyli się wzięciem, jeśli umieli reagować na potrzeby słuchaczy. Siadali w kręgu i snuli historię, a słuchacze ją współtworzyli – mówi 30-letnia Monika Gajdzińska, teatrolog z Gdańska. Jej babcia Felicja była bajarką z Drohiczyna nad Bugiem. Wprowadzała wnuczkę w świat zaczarowanych lasów, duchów leśnych, stworów w rzece i czarodziejskich koni. Dziś Monika raz na miesiąc opowiada historie w sopockiej knajpce Zaścianek: o Latającym Holendrze, kapitanie statku widmo błądzącego po oceanach od bieguna do bieguna.

Zdarzył się jej kiedyś spektakularny przykład synergii słuchacza i opowiadacza. Któregoś wieczoru w Zaścianku siedział pijany marynarz. Głowa mu opadała na piersi, prawie zasypiał, podpierając się ręką. Kiedy opowieść Moniki dobiegała do połowy, rozbudził się i łypnął okiem z niedowierzaniem. Walnął pięścią w stół. – Co to za bzdury? – krzyknął. I zaczął snuć swoje morskie opowieści.

Monika słuchała z uwagą: o sztormach, portach i kapitanie choleryku. Opowiadacz musi błyskawicznie reagować. Czasem po prostu zamieniając się w słuchacza.


Maja Gawrońska