Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Teatr NN

Zdjęcie z historią [13] Bagaż sukcesów. Rodzinna historia kolarska

W pierwszych numerach czasopisma PA.RA zaapelowaliśmy do Czytelników, by otworzyli swoje rodzinne archiwa i podzielili się z nami swoimi historiami. Jedną z takich opowieści przesłał nam lublinianin Marcin Tuora.

Zdjęcie z historią [13] Bagaż sukcesów. Rodzinna historia kolarska
Zdjęcia ze zbiorów rodzinnych Tadeusza Tuory.

Czerwona rama szosowa z chromowanymi końcówkami w rozmiarze 53 czekała na złożenie ponad dwa lata. Miała prawo stać się w międzyczasie za mała. Na siódemce odmalowanej przez pana Krzysia Kocota mój przyszły rower powstał mniej więcej po roku.

Druga połowa lat 70. poprzedniego stulecia. Sekcja kolarska i pierwsze kilometry przejechane na prawdziwym rowerze. Pierwsze buty z blokami i pedały z noskami oraz pierwsze przykre skutki zapominania o tym, że stójkę nie tak łatwo opanować. Pierwszy prawdziwy bidon otrzymany od pana Jurka, przywieziony z wyścigu w Anglii, w którym startował, spodenki z wkładką z irchy, najlepsze wówczas siodło wyścigowe Brooks i klubowa koszulka. Do tego wszystkiego nazwisko związane z kolarstwem i bagaż sukcesów ojca – Tadeusza Tuory. Predyspozycje na zawodnika w czasach, gdy rower kupowało się po znajomości albo po przestaniu w kolejce przynajmniej jednej doby.

Ojciec ścigał się przed drugą wojną światową i w latach powojennych. Mistrzostwo województwa lubelskiego rok 1936/1937 w wyścigu na 100 km, mistrzostwo klubu rok 1936/1937 Lublin – Piaski – Lublin 50 km w czasie 1 godz. 36 min, po wojnie Tour de Pologne w 1948 i 1949 roku, uliczny bieg kolarski na odbudowę Warszawy w 1949 roku. Podobnych dyplomów pozostało więcej. Dla mnie jednym z ciekawszych jest ten z 8 czerwca 1939 roku, miejsce dopiero ósme, ale za to trasa 210 km w czasie 8 godz. 27,5 min. Trzeba było mieć zapał. Ojciec wspominał kiedyś, jak wraz z panem Krzysiem wyjechali rowerami do Lwowa, wtedy w granicach Polski, żeby zobaczyć metę wyścigu Kraków – Lwów. Ruszyli w nocy. Obejrzeli końcówkę wyścigu, wsiedli na rowery i wrócili do Lublina. Łącznie mniej więcej 500 km po drogach brukowanych i poboczach, które często były lepsze od samych dróg.

Tadeusz Tuora znany był jako zawodnik, mechanik, trener, sędzia i zapalony działacz. Po wojnie siedzibą Lubelskiego Towarzystwa Kolarskiego był warsztat ojca przy ul. Cyruliczej 3. Ojciec był jednym z inicjatorów i założycieli towarzystwa.

Pierwsze mistrzostwa Polski, które zapamiętałem. Najpierw przez prawie trzy lata, co niedzielę oglądałem w sezonie letnim wyścig albo oficjalny trening. W zimie dość często przełaje. Poza tym zwykła codzienność oprócz tych dni, kiedy ojciec wyjeżdżał gdzieś w Polskę i wracał potem do domu z walizkami pełnymi różnych części, które zdobywał w sobie tylko znany sposób.

Mistrzostwa nie zaczęły się zbyt pomyślnie. Przed startem rozdawano worki żywnościowe dla zawodników i działaczy pełne smakowitości. Nie byłem samolubem i pewną ilość takich worków schowałem z myślą o kolegach z podwórka. Ta pewna ilość okazała się jednak zbyt duża. Powstało zamieszanie, gdy zabrakło dla sędziów i honorowych gości. Ojciec, będący organizatorem, szybko odkrył mój niezbyt wymyślny schowek pod siedzeniem w samochodzie. Musiał być wtedy bardzo zły, bo szybko uciekłem do mamy, która zawsze towarzyszyła ojcu w organizowanych na Lubelszczyźnie wyścigach. Nożyce do przecięcia wstęgi honorowego startu Mistrzostw Polski w Kolarstwie Szosowym podawała na błyszczącej tacy moja starsza siostra Iwona.

Wyścig wyjechał na trasę poza Lublin, aby po kilku godzinach, których nie pamiętam z powodu emocji, zmęczenia i prażącego słońca, powrócić na ulice miasta pędząc w stronę Poczty Głównej, gdzie usytuowana była meta z podium ustawionym na środku placu. Tłum zgromadzonych wzdłuż ulic ludzi kibicował kolarzom, dopingował oklaskami i okrzykami.

Meta głęboko zapadła mi w pamięć. Przed przyjazdem ostatnich kolarzy i samochodu z napisem „Koniec wyścigu” znane są już wyniki czołówki. Zawodnicy stają przed trybuną honorową. Odgrywam jedną z najważniejszych ról, do której byłem sumiennie szykowany, jeżdżąc z ojcem wszędzie. Wśród wrzawy napierającego na barierki zabezpieczające tłumu kibiców wręczam najlepszym kolarzom Polski bukiety goździków. Jest rok 1965 i mam skończone trzy lata. Jeszcze nie wiem nawet, czy chcę być kolarzem, w sumie dostają takie dobre rzeczy w tych workach, a może jednak nie chcę, bo trochę mi się nudzi jeździć klubową nyską.

W późniejszych latach, po kraksie na treningu, nie dostaję z klubu części potrzebnych do naprawy roweru, ponieważ mój jaguar jest prywatny. Ojciec stanowczo nakazuje mi zdanie klubowego sprzętu. Odnoszę spodenki, buty, koszulkę, dresy i siodełko firmy Brooks. Według ojca kolarstwo się kończy i nie będę jeździł w takim dziadowskim klubie. Aspiracje rodziców w stosunku do dzieci niekoniecznie muszą się spełniać. Kolarzem nie zostałem.

Ostatnio, w czasie rozmowy z Piotrem Kańczu-gowskim z Lubelskiego Towarzystwa Retro Cyklistów, narodził się pomysł, aby ścieżkom rowerowym nadawać imiona dawnych kolarzy. W każdym mieście znajdą się ludzie, dla których kolarstwo było wielką pasją godną prawdziwego podziwu.

_________________________________________________

Zdjęcia ze zbiorów rodzinnych Tadeusza Tuory.

Słowa kluczowe