Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Teatr NN

Szlifowanie bruków

Żadna inna ulica Lublina nie ma tak bogatej dokumentacji fotograficznej jak Krakowskie Przedmieście. Nazywana najpiękniejszą z lubelskich ulic, salonem Lublina, była – i chyba jest nadal – popularnym miejscem spotkań mieszkańców. Od czasu upowszechnienia fotografii pojawia się często na zdjęciach, zazwyczaj jako tło osób sportretowanych na ulicy. Duży udział w uwiecznianiu wyglądu Krakowskiego Przedmieścia mieli uliczni fotografowie, tzw. lajkarze.

Marcin Fedorowicz

Szlifowanie bruków
FOTO: Gimnazjaliści na Krakowskim Przedmieściu, lata 30. XX wieku. W środku Lechosław Dymowski i Andrzej Pieczyrak [zbiory rodzinne Lechosława Dymowskiego].

Ich nazwa pochodziła od aparatów niemieckiej firmy Leica, które umożliwiały szybkie, „reporterskie” zrobienie zdjęcia. Fotografie wykonane przez lajkarzy stanowią największą grupę zdjęć w zbiorach rodzinnych z okresu międzywojennego. Niemal w każdym rodzinnym albumie z tego okresu można znaleźć przynajmniej kilka, a czasem nawet kilkadziesiąt, tego rodzaju fotografii. Lajkarze najczęściej wykonywali zdjęcia na Krakowskim Przedmieściu: na placu Litewskim, przy Poczcie Głównej, kościele Kapucynów i hotelu Victoria, nieco rzadziej w sąsiedztwie Kasy Przemysłowców Lubelskich (obecny Grand Hotel Lublinianka). Dzięki nim zostało uwiecznione na fotografiach życie codzienne na głównej ulicy Lublina. Lajkarze fotografowali wszystkich przechodniów, bez względu na płeć czy wiek: mężczyzn, kobiety, dzieci. Nic więc dziwnego, że na ich zdjęciach zostali uwiecznieni także uczniowie lubelskich szkół.

Na prezentowanej fotografii widzimy czterech gimnazjalistów idących Krakowskim Przedmieściem na wysokości placu Litewskiego. Za ich plecami Hotel Europejski, a po przeciwnej stronie ulicy, przy prawej krawędzi zdjęcia, nieistniejący hotel Victoria. Fotograf uchwycił młodych ludzi w gwarny, słoneczny dzień. Prawdopodobnie jest wczesna wiosna – jeszcze ciepło ubrani, ale porozpinane płaszcze świadczą o tym, że słońce grzeje już znacznie mocniej. Pod płaszczami mają szkolne mundurki. Dzięki temu, że zachowało się inne zdjęcie, na którym widać dwóch uczniów z tej fotografii (znamy nawet ich nazwiska; to Lechosław Dymowski i Andrzej Pieczyrak), możemy powiedzieć z jakiej byli szkoły. Identyfikację umożliwia tarcza na rękawie z numerem 494 oznaczającym Gimnazjum i Liceum imienia Hetmana Jana Zamoyskiego mieszczące się przy ul. Ogrodowej.

We wspomnieniach dawnych mieszkańców Lublina powtarza się informacja o zwyczaju przedwojennej młodzieży, zarówno uczniów, jak i studentów, chodzenia po zajęciach na spacer po Krakowskim Przedmieściu. Sergiusz Riabinin wspominał: „Miejscem «szlifowania bruków» przez młodzież szkolną, zwłaszcza po lekcjach lub w godzinach popołudniowych, było Krakowskie Przedmieście na odcinku od ul. Chopina do Kapucyńskiej (...). Miejsce chyba nieprzypadkowe, wszak przez ul. Kapucyńską wracały ze szkoły dziewczęta z czterech gimnazjów: Arciszowej, Unii Lubelskiej, Urszulanek i Czarneckiej”. Ta „nieprzypadkowość” miejsca wyjaśnia cel tych spacerów: był to sposób na zawarcie nowej znajomości; wstępne poznanie się, przynajmniej z widzenia. W tamtych czasach nie było to takie proste. Jedna z uczennic Gimnazjum Żeńskiego im. Unii Lubelskiej wspominała „W starszych klasach (...) przełożona przyszła i powiedziała, że od trzeciej, od czwartej klasy wolno nam było chodzić z chłopcami, bo przedtem nie wolno było”. Oczywiście były pewne zastrzeżenia: „wolno nam było chodzić z chłopcami, tylko nie po ciemnych ulicach”. Ta sama, anonimowa, uczennica wspominała: „wolno nam było chodzić tylko na dwie zabawy w ciągu roku. I to musiały być szkolne zabawy. Pamiętam, któraś z koleżanek poszła na jakąś prywatną zabawę, to już było w gimnazjum. Nie wiem, jak to dotarło do naszej wychowawczyni czy do przełożonej, w każdym razie (...) była taka awantura, że z początku chciano ją wyrzucić w ogóle ze szkoły, ale w końcu stanęło na tym, że obniżono jej tylko stopień z zachowania, ale ponieważ była bardzo dobrą uczennicą, to jej pozwolono zostać w szkole”.

Zdaniem Janiny Smolińskiej, także uczennicy gimnazjum im. Unii Lubelskiej „w szkole panowała ostra dyscyplina, nawet w najdrobniejszych sprawach (...) Na ulicy można było przebywać uczennicom tylko do godziny 20 w towarzystwie rówieśniczek lub starszych osób, bezwarunkowo w przepisowych strojach”. I jeszcze raz Sergiusz Riabinin: „wszyscy uczniowie w mundurkach, z tarczami szkoły na ramieniu. Było jak zawsze wśród młodych wesoło, ale bez chuligańskich wyrażeń i wybryków”. Choć, kto wie, może jednak były jakieś wybryki, skoro jedna z uczennic, mówiąc o obowiązku noszenia tarcz, dodawała „Bo przynajmniej jak była tarcza, to jak ktoś tam rozrabiał ze szkoły, to wiadomo było z jakiej”. Ale tak to już jest z ludzką pamięcią, że przeszłość ulega z czasem idealizacji i na zawsze utrwala się obraz, jak z prezentowanej fotografii – słonecznej ulicy i roześmianych młodych ludzi.

Słowa kluczowe