Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Teatr NN

Pierwszy Rząd

Dlaczego Lublin stał się siedzibą pierwszego niezależnego od zaborców polskiego rządu? Czy rząd Ignacego Daszyńskiego, choć działał zaledwie kilka dni, zapisał się mocno w historii Polski?

Marcin Bielesz

Pierwszy Rząd
Pałac Lubomirskich (tzw. poradziwiłłowski), okres I wojny światowej [pocztówka ze zbiorów Zbigniewa Lemiecha]

Początek listopada 1918 roku: w Warszawie mocno trwali jeszcze Niemcy, a w Krakowie wciąż były oddziały austriackie. Tymczasem z Lublina, okupowanego od 1915 roku przez wojska cesarsko-królewskie, armia habsburska wycofała się pozostawiając zresztą żołnierzom polskiej narodowości swobodę wstąpienia do polskich formacji wojskowych. W ten sposób Lublin został największym miastem, w którym możliwe było powstanie ośrodka nowej, już polskiej władzy.
Takie warunki polityczne w Lublinie zauważyły wszystkie liczące się stronnictwa polityczne, ale próba utworzenia rządu aspirującego do władzy nad całą Polską powiodła się lewicy. Dlaczego? Bo partie lewicowe, stawiające sobie za cel niepodległą socjalistyczną Polskę, postanowiły działać na początku listopada, gdy, jak wspominał późniejszy premier Ignacy Daszyński, o lokalizacji rządu w Lublinie przesądziła narada w warszawskim mieszkaniu Artura Śliwińskiego, polityka bliskiej Piłsudskiemu partii Stronnictwo Niezawisłości Narodowej.

W ciągu kilku dni do miasta przyjechali czołowi politycy Polskiej Partii Socjalistycznej, działającej w Galicji Polskiej Partii Socjalno- Demokratycznej i Polskiego Stronnictwa Ludowego „Wyzwolenie”, partii reprezentującej bardziej radykalną część ruchu ludowego: Ignacy Daszyński i Stanisław Thugutt. Do tego Lublin był ważnym ośrodkiem piłsudczykowskiej Polskiej Organizacji Wojskowej, której działanie w mieście koordynował *Edward Rydz-Śmigły, za którym szła opinia osoby mającej osobiste zaufanie Komendanta wciąż więzionego przez Niemców w Magdeburgu.

Z drugiej strony, władzę w Lublinie zamierzała przejąć warszawska Rada Regencyjna, która wysłała do Lublina swojego przedstawiciela w osobie Juliusza Zdanowicza. Nie zdobył on sobie wielkiego autorytetu, ale przy próbie przejęcia władzy w mieście mógł liczyć na wsparcie obecnych w Lublinie oddziałów Polskiej Siły Zbrojnej (Polnische Wehrmacht), lojalnych wobec Rady Regencyjnej.

 

Prawie wojna domowa

Żeby wczuć się w ówczesną atmosferę w mieście, trzeba pamiętać, że rewolucyjna gorączka była obecna też w Lublinie. Hasła socjalistyczne, czy wręcz komunistyczne, które przyszły z Rosji, krążyły po całej Europie i także w Polsce w każdym większym ośrodku miejskim powstawały Rady Delegatów Robotniczych, z których każda na ogół rozgłaszała wszem i wobec, że to właśnie rada jest jedyną właściwą władzą reprezentującą lud pracujący.

Sytuacja w Lublinie była jak gra o to, kto okaże się bardziej zdecydowany, szybszy i silniejszy. W tej grze najlepsze karty miała lewica niepodległościowa, czyli Polska Partia Socjalistyczna i PSL „Wyzwolenie”. Tymi kartami była obecność w Lublinie czołowych polityków obu ugrupowań, ludzi z charyzmą i cechami przywódczymi, którzy potrafili porwać tłum za sobą: Ignacego Daszyńskiego i Stanisława Thugutta. Potrafili podjąć decyzję o przejęciu władzy w Lublinie siłą, do czego trzeba było hartu ducha, bo nikt nie mógł przecież dać gwarancji, że żołnierze lojalni wobec Rady Regencyjnej, łamiąc przysięgę, przejdą na stronę nowego rządu.

I niewiele zabrakło, by w Lublinie doszło do małej wojny domowej. W chwili, gdy nocą z 6 na 7 listopada 1918 roku na murach miasta zaczął pojawiać się plakatowany manifest nowego Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej z Ignacym Daszyńskim na czele, duża część żołnierzy Polskiej Siły Zbrojnej stanęła pod bronią przeciw członkom POW. Sporo oliwy do ognia dolały prewencyjne aresztowania czołowych oficerów PSZ, a także samego Zdanowicza. Uzbrojeni ludzie stanęli naprzeciwko siebie nad Bystrzycą i nie zaczęli do siebie strzelać być może jedynie dzięki darowi przekonywania Stanisława Thugutta, który porywającym przemówieniem przekonał żołnierzy PSZ do przejścia na stronę nowego rządu.

Pierwszy rząd Polski powstał więc w wyniku kilkugodzinnego zamachu stanu, lub nawet bezkrwawej rewolucji, jak socjaliści chcieliby widzieć wydarzenia kilku nocnych godzin z 6 na 7 listopada 1918 roku w Lublinie. Twórcom rządu nie udało się zaś zbudować szerszego poparcia politycznego dla swoich działań. Choć na plakatach, informujących o powstaniu rządu, widniało nazwisko Wincentego Witosa, postaci cieszącej się już wówczas obok Józefa Piłsudskiego i Romana Dmowskiego ogromnym autorytetem w dużej części społeczeństwa, to Witos nie był w składzie rządu. Wprawdzie przyjechał do Lublina i był na spotkaniu, na którym powołano rząd, ale odmówił swojego udziału. Uważał, że taki ośrodek władzy, bez ani jednego przedstawiciela prawicy, zostanie odebrany za zbyt jednostronny politycznie i nie przetrwa długo.

Premierem został Ignacy Daszyński. Był wtedy już bardzo doświadczonym 52-letnim politykiem socjalistycznym, wręcz weteranem politycznym wśród członków rządu mniej obeznanych ze światem wielkiej polityki. Ten zaś Daszyński znał, bo był wcześniej posłem do Rady Państwa, czyli austro- węgierskiego parlamentu oraz miejskim radnym w Krakowie. Skoro Witos wycofał się z prac rządu to Daszyński był z całą pewnością najbardziej doświadczonym politykiem w rządzie lubelskim.

Przeciwko rządowi oczywiście była Narodowa Demokracja. Związany z nią przedstawiciel Rady Regencyjnej w Lublinie Zdanowicz wspominał, że wojsko podporządkowane rządowi było tak chaotyczne, że nie potrafiło nawet zaciągnąć porządnych posterunków.
Wrogo do nowego rządu odniosły się też ugrupowania prokomunistyczne. Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy, która wkrótce przekształciła się w Komunistyczną Partię Robotniczą Polski wydała odezwę, w której usiłowała przekonać robotników, że rząd lubelski nie jest po ich stronie: „Towarzysze! Rząd ten powstał nie drogą rewolucji, nie z rąk zwycięskiego proletariatu otrzymał władzę, nie z upoważnienia Rady Delegatów Robotniczych, więc rządem ludowym nie jest!”.

 

Pięć dni, które wstrząsnęły Polską

Rząd Daszyńskiego uważał się za ogólnopolski i mianował swoich komisarzy w powiatach dawnego zaboru rosyjskiego, choć jedynie tam, gdzie rozpadły się okupacyjne władze austro-węgierskie. Wszędzie tam, gdzie dość silne były oddziały POW uznawano autorytet rządu lubelskiego i rozpowszechniano jego program.

Bardzo odważny i reformatorski program! Jednoznacznie określał nową wolną Polskę jako niepodległą republikę ludową. Kwestia ustroju była niezwykle ważna, bo wcale nie było sprawą oczywistą, że Polska niepodległa ma być republiką. Celem istnienia Rady Regencyjnej, która była zalążkiem polskiej władzy, choć zależnej od cesarskich Niemiec, było przekazanie władzy po zakończeniu wojny w ręce nowego monarchy. Istniały pomysły wprowadzenia na tron polski któregoś z przedstawicieli dynastii Habsburgów. Jednak w chwili zdobycia rozgłosu i uznania przez republikański rząd lubelski próba odbudowy Polski jako królestwa w Europie, w której właśnie z hukiem waliły się wielkie monarchie: niemiecka i austro-węgierska, była nietrafionym pomysłem. Nowa Polska republiką – to było osiągnięcie rządu lubelskiego.

Rząd lubelski stanowczo też stawiał wszystkich obywateli nowej Polski na równi, bez względu na pochodzenie społeczne, płeć, status majątkowy, religię, narodowość czy poglądy. Był to też rewolucyjny punkt programu, bo na przykład w Galicji, posiadającej autonomię w Austro-Węgrzech, istniał skomplikowany system wyborczy faworyzujący bogatszą część społeczeństwa i to tę pochodzącą ze szlachty. Również Rada Regencyjna, która była zalążkiem przyszłej władzy Polski, składała się z arystokratów i dostojnika kościelnego. Kobiety nie miały prawa wyborczego w Galicji. W żadnym swoim dokumencie rada ani jej organy nie wspominały o nadaniu kobietom praw wyborczych. A rząd lubelski takie prawo przyznał Polkom natychmiast i co więcej, w pracach rządu brała aktywny udział Irena Kosmowska, która objęła funkcję wiceministra informacji i propagandy.

Kolejne punkty programu rządu przewidywały wprowadzenie ośmiogodzinnego dnia pracy oraz nacjonalizację przemysłu i reformę rolną. Kolejne rewolucyjne posunięcie, bo mimo że był to już początek XX wieku to w rodzącej się Polsce nadal żywe były relikty średniowiecznego feudalizmu, a pojęcie praw pracownika w przemyśle praktycznie nie istniało. Większość chłopów gospodarowała na małych skrawkach ziemi i wciąż pracowała na polach, należących do wielkich właścicieli ziemskich.

Skoro rząd lubelski zakończył działalność po pięciu dniach, to dlaczego wstrząsnął Polską? Bo duża część jego programu została zrealizowana. Kobiety mogły głosować w pierwszych wyborach do ogólnopolskiego Sejmu Ustawodawczego w państwie, które ukonstytuowało się jako republika. Pierwsza konstytucja II Rzeczypospolitej, przyjęta w marcu, uznawała wszystkich obywateli za równych wobec prawa i wprowadzała brak cenzury – te reguły jako pierwszy ustanowił rząd lubelski.

W dużej części na papierze pozostały postulaty o reformie rolnej. Choć chłopi byli przeważającą częścią ludności II Rzeczypospolitej, to żaden rząd nie zaspokoił oczekiwań ludności wsi dwoma reformami rolnymi przyjętymi przez Sejm w 1920 i 1925 roku. Problem ogromnego zacofania wsi, na której średnia życia wynosiła zaledwie 47 lat, pozostał nierozwiązany przez cały okres istnienia niepodległej Polski do 1939 roku.

W wolnej Polsce nie doszło też do ustawowej nacjonalizacji przemysłu, co proklamował rząd lubelski. Jednak w latach 30., w realiach wielkiego ogólnoświatowego kryzysu gospodarczego, państwo przejmowało zakłady zbliżające się do upadku. Zdarzało się jednak, że państwo inspirowało swoimi wrogimi działaniami upadek prywatnego przedsiębiorstwa, by przejąć jego aktywa i uruchomić ponownie produkcję pod swoją kontrolą. Taki proceder dotyczył głównie strategicznego dla państwa przemysłu zbrojeniowego i dotknął lubelską fabrykę Plagego i Laśkiewicza, która na skutek braku zamówień rządowych upadła, a w jej miejsce państwo uruchomiło Lubelską Wytwórnię Samolotów. Nie o taką nacjonalizację chodziło rządowi lubelskiemu.

Od 7 do 11 listopada rząd lubelski był najważniejszym ośrodkiem władzy nowej Polski. Gdy Józef Piłsudski wrócił do Warszawy jasne było, że tylko do niego należy odpowiedź na pytanie, co dalej z rządem Daszyńskiego. Premier natychmiast pojechał do Warszawy i wyraził wolę podporządkowania się Piłsudskiemu, co ten zaakceptował i polecił premierowi rządu lubelskiego, by tworzył nowy gabinet, tym razem już z siedzibą w Warszawie i jednocześnie wskazał, by rząd wycofał się z części najbardziej radykalnych reform społecznych i szukał porozumienia z innymi partiami. Data dziś symbolicznie przyjmowana za początek niepodległej Polski, którą obchodzimy jako Święto Niepodległości, była ostatnim dniem działania pierwszego niezależnego polskiego rządu z siedzibą w Lublinie.

 

Koleje losu członków rządu

Tym razem misja formowania rządu już się Daszyńskiemu nie powiodła, więc Piłsudski powierzył ją szybko jednemu z ministrów rządu lubelskiego Jędrzejowi Moraczewskiemu. Ten stworzył gabinet o lewicowym obliczu, w którym znalazło się kilku ministrów z Lublina, a wiele najważniejszych punktów programu rządu lubelskiego, jak ośmiogodzinny dzień pracy przyjął też rząd Moraczewskiego.

Warto wrócić do dwóch wielkich postaci tamtych dni: Daszyńskiego i Piłsudskiego. Obaj pochodzili z rodzin szlacheckich i obaj całe dorosłe życie spędzili jako socjalistyczni działacze (a Piłsudski wręcz jako rewolucjonista). W momencie dymisji rządu lubelskiego ich drogi zaczęły się rozchodzić. Piłsudski mówił, że wysiadł z „czerwonego tramwaju” na „przystanku niepodległość”. Czyli w swoim pojęciu przestał być socjalistą. Daszyński zaś w wolnej Polsce został jednym z liderów PPS. Był posłem, wicepremierem w okresie wojny w 1920 roku, a potem poparł przewrót majowy Piłsudskiego w 1926 roku. Zaledwie trzy lata później, gdy jako marszałek Sejmu opierał się próbom wymuszenia przez uzbrojonych oficerów wojska takiego przebiegu obrad, jakiego chciał Piłsudski, został przez niego nazwany durniem.

Stanisław Thugutt, minister spraw wewnętrznych w rządzie lubelskim, lider PSL „Wyzwolenie”, był bardzo wpływowym politykiem pierwszych lat II RP. To on montował w Zgromadzeniu Narodowym większość, która poparła kandydaturę Gabriela Narutowicza na prezydenta Polski. Można śmiało napisać, że to Thugutt i jego zręczność polityczna doprowadziły do wyboru Narutowicza. Po zabójstwie Narutowicza Thugutt uważał, że prezydentem powinien zostać Piłsudski, do czego nigdy nie doszło. Po zamachu majowym Thugutt już nie pełnił żadnych czołowych funkcji w polityce, był jednak przeciwnikiem nowej sanacyjnej władzy.

Ministrem pracy i opieki społecznej był Tomasz Arciszewski, socjalista, jeden z bliskich towarzyszy Piłsudskiego w czasach rewolucyjnych na początku XX wieku. Przez cały okres II RP należał do liderów PPS i jak cała partia zawiódł się na Piłsudskim popierając zamach majowy, który doprowadził do autorytarnych rządów Marszałka. W czasie II wojny światowej Arciszewski działał w konspiracyjnej PPS i tuż przed wybuchem Powstania Warszawskiego został przewieziony do Londynu, ponieważ wybrano go na następcę prezydenta RP Władysława Raczkiewicza. W Londynie Arciszewski został premierem rządu na wychodźstwie. Kierował nim w szczególnie trudnym i dramatycznym okresie po upadku Powstania Warszawskiego i konferencji w Jałcie i Poczdamie, po której Wielka Brytania i USA wycofały uznanie dla rządu. Arciszewski zmarł w Londynie w 1955 r.

Jędrzej Moraczewski, minister poczty i komunikacji, podobnie jak Daszyński i Arciszewski, przekonany socjalista. W przeciwieństwie do nich jednak po zamachu majowym jednoznacznie poparł Piłsudskiego i był ministrem w sanacyjnych rządach. Cieszył się osobistą przyjaźnią Marszałka, nawet mieszkali bardzo blisko siebie w Sulejówku.

Podobną drogą jak Moraczewski poszedł minister skarbu w rządzie lubelskim Medard Downarowicz, który w 1928 roku był wśród rozłamowców w PPS, którzy poparli politykę Piłsudskiego wbrew większości partii.

Największy wpływ na losy II Rzeczypospolitej miał minister wojny w rządzie lubelskim Edward Rydz-Śmigły. Według niektórych historyków to Rydz-Śmigły miał zebrać od Piłsudskiego ostrą burę za zaangażowanie się w jednoznacznie lewicowy rząd lubelski. Gdy Rydz-Śmigły zameldował się Piłsudskiemu po jego powrocie z Magdeburga, Komendant powiedział mu dosadnie „Wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić”, podsumowując talenty polityczne swojego podwładnego. Piłsudski polegał jednak na jego zdolnościach wojskowych. Rydz-Śmigły należał do czołowych dowódców armii w czasie decydujących starć wojny polsko-bolszewickiej. Choć w obliczu swojej śmierci Piłsudski wyznaczył Rydzowi Śmigłemu objęcie dowództwa nad armią, to już po śmierci Marszałka wyszły znów polityczne ambicje Rydza-Śmigłego. Podzielił się wpływami politycznymi z prezydentem Ignacym Mościckim. Wokół Rydza-Śmigłego zbudowano kult wodzowski, bliski temu, jakim otaczano Piłsudskiego. Jako wódz naczelny w czasie wojny obronnej 1939 roku popełnił błędy, w kilku przypadkach źle dobrał dowódców armii, a po ataku ZSRR na Polskę Rydz-Śmigły nie określił w swoim rozkazie tego jednoznacznie jako wrogi atak, wręcz pisał do wojska, by „z bolszewikami nie walczyć”. Zagrożony przez zbliżające się wojska sowieckie przekroczył granicę z Rumunią, gdzie go internowano. W 1940 roku Śmigłemu udało się uciec z Rumunii na Węgry. Jesienią 1941 przekradł się do okupowanej Polski i dotarł do Warszawy, gdzie chciał nawiązać kontakty z dowództwem Związku Walki Zbrojnej. Nie wiadomo, czy do tego doszło, wkrótce Rydz-Śmigły zmarł na atak serca, choć niektórzy historycy twierdzą, że zmarł dopiero w sierpniu 1942 roku po okresie przetrzymywania przez żołnierzy Związku Walki Zbrojnej w bardzo złych warunkach.

 

Ocena rządu

Piłsudski doceniał rząd lubelski jako próbę stworzenia całkowicie niezależnego ośrodka władzy polskiej. W okresie po swoim wycofaniu się z polityki i czynnej służby w wojsku w latach 1923-26 wygłaszał wiele odczytów i w jednym z nich wypowiedział swoją opinię o rządzie Daszyńskiego: „w wystąpieniach «rządu lubelskiego» jest nuta, której gdzie indziej nie ma. Nuta, która mówi o rządzie, a nie o współrządzie i dlatego jest to próba, która poszła najdalej i najsilniej w kierunku stania się rządem polskim. «Rząd lubelski» poszedł nawet tak daleko, że przedstawiał się jako rząd jedyny i żądał od wszystkich innych prób rządu, aby mu się poddały. To znaczy zrobił on pierwszą historyczną próbę zrobienia rządu jednolitego na całym obszarze Rzeczypospolitej, próbę, która jednak historycznie nie dała rezultatu”.

Ciekawe oceny formułowali liderzy PPS. Mieczysław Niedziałkowski podkreślił, że rząd lubelski udaremnił ewentualną komunistyczną rewolucję w Polsce: „W tym tragicznie trudnem położeniu Tymczasowy Rząd Ludowy w Lublinie przez fakt swojego powstania, przez swój Manifest, przez entuzjazm, który wywołał – skierował stanowczo, po męsku, nieodwołalnie, budownictwo państwowe na szlak demokracji, ściśle mówiąc, demokracji parlamentarnej. W Lublinie, w dniu 7 listopada 1918 r. zadano cios śmiertelny komunizmowi w Polsce”.

Gdy jednak komunistom było wygodnie, to przywoływali dziedzictwo rządu lubelskiego jako swoje i robił to pochodzący z Lublina Bolesław Bierut, który w listopadzie 1918 roku zasiadał w Radzie Delegatów Robotniczych w Lublinie. Wśród publikowanych tuż po wojnie przemówień Bieruta znalazło się takie z 1 stycznia 1944 roku na inauguracyjnym posiedzeniu Krajowej Rady Narodowej, komunistycznego podziemnego quasi-parlamentu, w którym Bierut odwoływał się do dziedzictwa rządu lubelskiego. Jednak w kolejnych edycjach przemówień Bieruta w PRL już tego fragmentu przemówienia nie publikowano.

Słowa kluczowe