Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Teatr NN

Otwarta Brama [17] Jak się mieszkało...

Dla tych, co mieszkają w miastach, często już dziś jest niezauważalne, że miasta miały swój szybki, a często za szybki rozwój. Dynamika rozrastania się miast w dziki sposób była plagą. Wypływało to często z biedy i niewiedzy oraz z trendu, że wielu w miastach szukało szczęścia. Pochodzę z Poznania i mówiąc o okresie międzywojennym posłużę się dwoma obrazami. „Dzikie osiedla”, koczowiska, powstające w czasie tak zwanego „Wielkiego kryzysu”, od 1929 roku wyglądały tak, jak pisze pewna autorka, sama pochodząca z takiego społecznego środowiska, jakie opisuje: „Do tego czasu uważałam się za ostatnią nędzarkę, a jednak wobec tego, co ujrzałam, poczułam się burżujką. Otóż przytulone, jakby w dziwnej niemocy stały jedna przy drugiej budy, budki, budeczki, lecz z czego je pobudowano, przechodziło ludzkie pojęcie. To wozy lub części, jakieś powyginane kawały blachy reklamowej, dykta, deseczki, glina, gips, darń. Tu i ówdzie lśniły kawały szyb, zastępując okna. Wyglądało to tak dziwnie i fantastycznie, że się zdawało, że przeniesiono nas w krainę złych baśni, gdzie dzieci olbrzymów próbowały nad brzegiem zbudować ludzkie osiedla. Lecz jeśli ktoś myśli, że te karykatury rozśmieszały, myli się, one przerażały, były widmem teraźniejszości i groźnym mementem przyszłości”. Slumsy były bez wątpienia i w innych miastach. Lublin miał także swoją biedę, robotniczą i biedę żydowską. Mam przed oczyma zdjęcia, obrazy z Podzamcza, Bronowic, Wieniawy. Społeczne, socjalne uwarunkowania prowadziły do życia tam dużej liczby ludzi.

Tomasz Dostatni OP

Otwarta Brama [17] Jak się mieszkało...

Ale znam i drugi opis mieszkań w Poznaniu, tych mieszczańskich z tego samego okresu końca lat 20. i początku lat 30. XX wieku. Architekt lwowski Władysław Czarnecki, zanim przyjechał do Poznania, od kolegów dowiedział się o wystroju i podziale typowego mieszkania poznańskiego. „Kuchnia musi być duża, bo nawet tak zwana inteligencja jada w kuchni; jadalnia z ciężkimi meblami używana jest tylko dla gości. Najgorszy i najbrzydszy pokój przeznacza się na wspólną sypialnię. Zamożniejsza burżuazja musi mieć »gabinet«, coś w rodzaju salonu dla gości. Tam meble pluszowe i fotele pluszowe na co dzień zasłonięte są pokrowcami, pokoik zamknięty jest dla domowników. Używa się go na święta, imieniny i ewentualnie na specjalne przyjęcia dla gości”. A później następuje w opisie porównanie poznaniaków z warszawiakami, ciekawe, gdzie lublinianie poczuliby się bardziej u siebie. „Z ogólnego porównania warszawiaków z poznaniakami wynikało, że warszawiacy mieszkają źle i nie dbają o mieszkanie, natomiast lubią ubierać się ładnie i modnie, dobrze zjeść i popić, posiedzieć w kawiarni i poplotkować. Poznaniacy mieszkają dobrze i dbają o mieszkanie, oszczędzają na jedzeniu, ubierają się skromnie i po kawiarniach nie siedzą. Pracują pilnie i solidnie, a warszawskie kanty i cwaniactwo nie są im znane. Nie mają też poczucia humoru, wszystko traktują serio i dosłownie”. Lublin też ma swoje nowoczesne domy, modernistyczną architekturę inteligencką i mieszczańską. Dla mnie symbolem jest np. ulica Chopina, czy domy przylegające do Ogrodu Saskiego od strony ulicy Wieniawskiej. Lublin, jak każde polskie miasto II Rzeczypospolitej, był konglomeratem nowoczesnych poszukiwań i budynków wzniesionych w latach secesji i modernizmu oraz owych „dzikich miejsc” z uwzględnieniem prawdziwej biedy żydowskiej.

Sam gdy dziś, już w XXI wieku, odwiedzam moich przyjaciół, którzy mają piękne domy, mówię sobie wtedy, Dostatni nie zazdrość, bo i ty nie najgorzej mieszkasz. Tak, bo klasztor Dominikanów na Starym Mieście w Lublinie nie jest najgorszą miejscówką. Ale muszę podkreślić, że choć mieszkam tu już ponad osiemnaście lat, to ciągle nie mogę się nadziwić, że okoliczne piękno starej architektury ciągle nie może się doczekać swojego czasu i swoich ludzi w przywracaniu uroków ukrytych w kamieniach. Stare Miasto w Lublinie nie może się ciągle podnieść z zapuszczenia, zaludnienia lokatorami po Zagładzie, ich potomkami. Miasto wokół mnie żyjące zasługiwałoby na więcej. Ale cóż, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. I tyle stary Lublinie, pamiętający dużo starsze czasy niż II Rzeczypospolita.

 

Słowa kluczowe