Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Teatr NN

Otwarta Brama [14] Czytać, pisać, uczyć się… stale aktualne

Kto z nas nie chodził do szkoły? Chyba każdy, kto umie czytać, musiał chodzić do szkoły. To już nie te czasy, gdy zdarzało się niektórym uczyć się w domu. Choć wtedy chyba zdecydowanie mniej uczyło się w domu, niż było tych, którzy w ogóle do szkoły nie chodzili.

 

Tomasz Dostatni OP

W czasach II Rzeczypospolitej analfabetyzm w Polsce był olbrzymi. W 1921 roku było 33,1 proc. analfabetów, ale już w 1931 roku 23,1 proc., a w 1939 roku 18 proc. Działania, aby zmniejszyć ten procent, były podejmowane wszędzie. Na przykład już w 1919 roku wprowadzono przymus nauki czytania i pisania dla analfabetów w wojsku. Ale byli też obywatele II Rzeczypospolitej, którzy nie byli Polakami. Wśród Żydów analfabetyzmu prawie nie było, olbrzymie grupy analfabetów były wśród Ukraińców i Białorusinów.

Ale wracając trochę do refleksji innego typu. Myślę, że wielu z nas wspomina swoją szkołę dobrze. Zarówno tę podstawową, jak i średnią. Do mnie stale wracają obrazy z dzieciństwa. Koleżanki, koledzy – jak byliśmy dziećmi. Choć nie z wieloma utrzymuję dziś kontakt. Rozjechaliśmy się z mojego rodzinnego Poznania, lub tak wyrośliśmy, że pewnie niektórych nie poznalibyśmy. Pamiętamy nauczycieli. Ale też pewnie, w moim przypadku, wielu z nich już nie żyje. Szkoła średnia, liceum to już inne czasy. I człowiek bardziej dojrzały, choć przed głupotami, w moim wykonaniu niemałymi, owa dojrzałość młodzieńcza nie broniła. Moje liceum w Poznaniu przy ulicy Różanej doczekało się nawet opisu w literaturze. Małgorzata Musierowicz w tej szkole ukazała historię jednej ze swoich bohaterek.

Całkiem niedawno przeczytałem książkę wybitnego polskiego dziennikarza Mirosława Ikonowicza „Pohulanka” o jego dzieciństwie w Wilnie w czasie II wojny światowej. Opisuje miasto i swoje przygody oczyma dziecka dwunasto-, czternastoletniego. Wejście w świat dziecka, po wielu latach, ale opisane jakże mistrzowsko, pozwala przeżywać to, co ów Mirek wtedy widział i przeżył. Dużo jest wspomnień spisanych, ale niewiele reportaży, czy też powieści.

Druga książka, o której myślę, gdy patrzę na czas dzieciństwa, to wstrząsający „Pamiętnik”, pisany w getcie przez Starego Doktora – Janusza Korczaka. Całe swoje życie poświęcił dzieciom. Był lekarzem i pedagogiem. Jest symbolem, nie tylko w Polsce, poświęcenia aż do końca, w czasach dramatycznych.

Znam wielu nauczycieli z powołania. Nie musieli stawać przed taką próbą jak Korczak, ale dzieci, szkoła to cały ich świat. Trudny to zawód, z tym przysłowiem, trochę też przekleństwem; „obyś cudze dzieci uczył”. Bo to nie jest świat idealny, bez napięć, gniewu. Ale świat, przez który właśnie każdy musi przejść. Szkoła nas kształtuje, nauczyciele wychowują. Dlatego tak ważne są konteksty i programy. Ale też, abyśmy, my dorośli, potrafili patrzeć na dziecko także jak na małego człowieka. I wystrzegali się traktowania dzieci jako naszej własności, i formowania, wychowywania dzieci tylko na swój obraz i podobieństwo.

Smutny jest ten pamiętnik Korczaka, pełen refleksji o starości, ze świadomością, którą Doktor na pewno posiadał, że to zakończy się tragicznie. Ale pozostaje on znakiem i symbolem całkowitego oddania się małemu człowiekowi. Trochę szkoda, że dziś sztuki i powieści Korczaka odchodzą w zapomnienie. Król Maciuś Pierwszy był bajką moją i wielu pokoleń. Warto do niej wracać.

 

A ja, wracając jeszcze do braku analfabetyzmu u Żydów, taki to fragment przypomnę z książki Joanny Olczak-Ronikier, biografii Janusza Korczaka: „W żydowskim domu, choćby najbiedniejszym, zawsze był zbiór pobożnych ksiąg, przekazywanych z pokolenia na pokolenie i studiowanych przez mężczyzn w rodzinie. Kiedy żydowscy chłopcy zaczynali mówić, kazano im powtarzać wersety z Biblii. Kiedy skończyli trzy lata, uczono ich rozróżniać hebrajskie litery. Od czwartego, czasami nawet od trzeciego roku życia chodzili do chederu – religijnej szkoły. Pisanie, czytanie po hebrajsku, tłumaczenie świętych tekstów, cztery działania rachunkowe, zasady moralności i dobrego wychowania – to program, który musieli opanować, nim skończyli osiem lat. Od ósmego roku życia do trzynastego studiowali Talmud i komentarze do Talmudu. Obowiązywał pamięciowy system nauczania; uczniowie tak długo powtarzali każdą nową wiadomość, aż utkwiła im w głowie. Ośmieszane przez gojów kiwanie się nad księgami było sprawdzoną przez wieki metodą na usprawnianie mózgu i pamięci”. Pamiętajmy, myśląc o przedwojennym Lublinie, o jego szkołach, uczniach i nauczycielach, że jedna trzecia mieszkańców miasta do takich szkół żydowskich chodziła.

Słowa kluczowe