Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Teatr NN

Niepodległość przyszła stopniowo

O niepodległość Polski w setną rocznicę jej odzyskania zapytaliśmy lubelskiego opozycjonistę Wojciecha Samolińskiego:

Niepodległość przyszła stopniowo
Codzienność PRL - kłopoty z zaopatrzeniem. Kolejka po konserwy, przełom lat 60. i 70. XX w. Fot. Jan Trembecki [kolekcja Kuriera Lubelskiego]

W drugiej połowie lat siedemdziesiątych miesięcznik „Znak” opublikował tekst Bohdana Cywińskiego „Dzieje sześciu pokoleń”, z którego zapamiętałem bardzo interesującą analizę, jak rozumienie niepodległości jako celu działań, doświadczenie kolejnych prób jej odzyskania, dyskusja o metodach jej przybliżania czy wywalczenia kształtowały świadomość i aspiracje polityczne, kulturalne i społeczne sześciu pokoleń Polaków, które żyły w czasie, gdy Polska niepodległości była pozbawiona. Tak postawiony problem i próba odpowiedzi na pytanie, czym jest niepodległość dla konkretnego pokolenia i jak dążenie do zachowania (lub odzyskania) niepodległości kształtuje nasze myślenie o Polsce i Polakach zachowało – jak mi się wydaje – znaczenie także dla pokoleń współczesnych.

Dla pokolenia Polaków, które przeżyło II wojnę światową i instalację władzy komunistycznej, marzenia o niepodległości skończyły się wraz z podziałem świata na blok sowiecki i blok demokratyczny oraz z rozbiciem podziemia poakowskiego. Późniejsze doświadczenie stalinizmu i lekcja węgierska – czyli krwawe stłumienie próby wyzwolenia się od zależności od Sowietów podjętej przez Węgrów w końcu 1956 roku – sprawiały, że przez następne lata postulat odzyskania niepodległości w polskim życiu publicznym właściwie się nie pojawiał. Myślenie w kategoriach „niepodległościowych” zastąpił paradygmat „reformatorski”, czyli dążenia do takiego ułożenia stosunków politycznych, gospodarczych i społecznych w Polsce, żeby dało się żyć normalniej, ale jednak według reguł akceptowanych w Moskwie. Było to szczególnie widoczne, kiedy Polacy z kraju konfrontowali swoją postawę np. z polskimi emigrantami z londyńskich środowisk związanych z Rządem PR na Uchodźstwie. Z jednej strony padało pytanie, co zrobić, by niepodległość odzyskać; z drugiej odpowiadano: popatrzcie na mapę i układ sił, myślenie o niepodległości jest mrzonką.

W masowych ruchach społecznych ani po Październiku ’56, ani 12 lat później w Marcu ’68, ani 14 lat później w Grudniu ’70, czyli podczas kolejnych fal społecznego niezadowolenia i protestu, o niepodległości było cicho. Jeden z moich przyjaciół, przemawiając do robotników zgromadzonych przed KW PZPR w Gdańsku w grudniu 1970 roku, próbował mówić o niepodległości, ale organizatorzy… potraktowali go jak prowokatora i zabrali mikrofon. Oczywiście ta „niepodległościowa mrzonka” – gdyby jakimś cudem się ziściła – byłaby przyjęta z najwyższą aprobatą, ale w urodzonym już po wojnie pokoleniu niemal nikt nie przypuszczał, że może się to Polsce przydarzyć.

Pewna zmiana pojawiła się dopiero w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, gdy powstały w opozycji do systemu władzy niezależne ruchy społeczne. Najpierw powstał ruch korowski, nastawiony przede wszystkim na pomoc osobom prześladowanym, potem poszerzający swoje działania także na walkę o przestrzeganie praw i wolności obywatelskich. Później powołano Ruch Obrony Praw Człowieka, który postulat niepodległości sformułował expressis verbis. Ale – uwaga – raczej jako postulat moralny niż programowy. W niezależnej prasie wywołało to ciekawą dyskusję – z jednej strony zwolenników tzw. myślenia niepodległościowego, z drugiej tych, którzy władzy chcieli się przeciwstawiać, ale uznawali, że niepodległość nie powinna być uznana za główny cel działań opozycji. Przyznaję, że wtedy bliższe mi było to drugie stanowisko. Wywalczenie wolności obywatelskich (słowa, zgromadzeń, zrzeszania się), racjonalizacja życia gospodarczego, przynamniej częściowe ograniczenie władzy monopartii – takie postulaty wyznaczały horyzont tego, co możemy osiągnąć. Byłem przekonany, że za mojego życia na niepodległość nie mamy szans, że nie mamy rozsądnych środków i metod, żeby taki cel sobie stawiać i zrealizować, wreszcie, że mówienie o niepodległości odstręcza tzw. zwykłych ludzi od przeciwstawiania się władzy (bo jest oczywiście nierealistyczne). Ale – jak pamiętam – jak przyszło do tworzenia jakichś dokumentów programowych, to uważałem, że zupełnie rezygnować z postulatów niepodległościowych nie można.

Nurt Niepodległościowy (dokładnie taką nazwę nosiła poprzedzająca Ruch Obrony Praw Człowieka organizacja powołana w połowie lat 70.) mniejsze znaczenie przywiązywał do działań społecznych, większe do działań w sferze symboli i wychowania do niepodległości. Podnosił znaczenie niepodległości jako podstawowego prawa człowieka, przekazywał tradycję niepodległościową, obchodził święta narodowe itp. Nie pojawiał się jednak (przynajmniej ja nic o tym nie wiem) postulat przygotowania się do zbrojnej walki o niepodległość. Raczej szło o to, byśmy nie zapomnieli, że PRL nie jest państwem niepodległym i nie zaakceptowali tego jako normy.

Nie mogę w tym miejscu oprzeć się przypomnieniu wydarzenia z roku 1979. Za udział w obchodach rocznicy 11 Listopada w Warszawie przed Grobem Nieznanego Żołnierza Bronisław Komorowski, Andrzej Czuma (minister sprawiedliwości w rządzie Tuska) i Wojciech Ziembiński zostali skazani na 3 miesiące aresztu. Wyroki odsiedzieli. Skazywał Andrzej Kryże, później wiceminister sprawiedliwości w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Wtedy niepodległościowcem nie był…

Znaczące jest także, że ani w Sierpniu ’80, ani w okresie karnawału postulat niepodległości nie pojawiał się w głównym nurcie myślenia związkowego. W czasie układania 21 postulatów w Sierpniu ’80 zgłoszono projekt zażądania wolnych wyborów do Sejmu. Pomysł nie zyskał akceptacji, członkowie Komitetu Strajkowego uznali, że władze nie mogą się na to zgodzić, bo Rosjanie nie pozwolą. W „Solidarności” zastanawiano się raczej dokąd możemy się posunąć nie ryzykując interwencji Armii Czerwonej niż jak uzyskać niepodległość. Nie domagaliśmy się wycofania wojsk radzieckich, ani wystąpienia z Układu Warszawskiego czy RWPG. Chcieliśmy więcej wolności, ale wiedzieliśmy, że są granice, których przekroczyć się nie da. Solennie świętowaliśmy rocznicę 11 Listopada, przypominaliśmy twórców Niepodległej, ale wybicie się na niepodległość ciągle pozostawało w sferze marzeń.

Także później, przy Okrągłym Stole i w programie Komitetu Obywatelskiego, postulat odzyskania niepodległości nie pojawia się wprost. Było oczywiste, że odsunięcie komunistów od władzy jest warunkiem koniecznym, ale wcale nie było pewne, czy i kiedy to się uda i czy przyniesie niepodległość. Udało się, ale niepodległość przyszła stopniowo i nawet z dzisiejszej perspektywy trudno jednoznacznie wskazać moment, od którego staliśmy się państwem niepodległym. Czy już 4 czerwca 1989 r. w dniu wygranych przez „S” wyborów, czy w dniu powołania Tadeusza Mazowieckiego na urząd premiera, a może wtedy, gdy Sejm zmienił konstytucję, przywracając godłu koronę i nazwę Rzeczpospolita bez przymiotnika „ludowa”, a może w dniu wybrania Lecha Wałęsy na prezydenta, a może dopiero po wycofaniu z Polski ostatnich jednostek Armii Czerwonej. Ale obojętnie, jaką datę przyjmiemy – mrzonka stała się twardym faktem.

Józef Piłsudski przestrzegał, że niepodległości nie da się dostać „za dwa grosze i dwie krople krwi”. I nie miał racji – nam się udało, mimo że idea niepodległości nie była ogniskową masowych ruchów społecznych – była w nich obecna, ale raczej w tle, jako postulat moralny, a nie realny cel, który mamy osiągnąć. Udało się, mimo że jako jedyne pokolenie Polaków w ciągu ostatnich dwóch wieków nie musieliśmy ryzykować życiem w powstaniach, nie byliśmy wywożeni na Sybir, a i w więzieniach siedzieliśmy raczej krótko.

Wojciech Samoliński

Wojciech Samoliński (ur. 1953 w Gdańsku). Absolwent Uniwersytetu Gdańskiego (1976)i Katolickiego Uniwer-sytetu Lubelskiego (1979). W latach 1976‑77 współpracownik Komitetu Obrony Robotników, jeden z organizatorów pomocy dla robotników w Radomiu. W latach 1977‑80 redaktor i drukarz niezależnego pisma katolickiego „Spotkania”. 13 grudnia 1981 internowany, więziony m.n. w zakładach karnych we Włodawie i Załężu. Zwolniony w grudniu 1982 roku.

Słowa kluczowe