Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Teatr NN

Miasto aspiracji

„To miasto, jakiego nie widzieliśmy: ulice z eleganckimi kamienicami, gdzie przechadzają się dystyngowane pary, a niedaleko smrodliwe zaułki przeludnione przez biedotę”. Gdybyśmy odnaleźli zapiski Amerykanów, którzy w latach 20. zjawili się w Lublinie, to zapewne przeczytalibyśmy takie skrajne opinie o mieście, w którym narodziła się Niepodległa.

Marcin Bielesz

 

Miasto aspiracji
Samoloty Lublin R-X i R-IX wyprodukowane w fabryce, 1929 r. [Narodowe Archiwum Cyfrowe]

Przyjechali zza oceanu, by zbudować wodociąg z prawdziwego zdarzenia. Były już lata 20. XX wieku, Polska była wolna od kilku lat, granice obronione, sytuacja ustabilizowana, a w Lublinie w większości mieszkań nie było wody i ludzie nosili ją ze studni albo kupowali od nosiwodów. Od 1899 roku była prywatna, choć eksploatowana przez miasto, instalacja wodociągowa zbudowana przez inżyniera Adolfa Weisblata, ale już w tak kiepskim stanie po latach okupacji w czasie I wojny światowej, że jej wydolność była znikoma.

Stolica bez wody, prądu i gazu

Duże miasto, stolica województwa. Siedziba bardzo ważnych urzędów, w tym administracji wojskowej, a armia była oczkiem w głowie władz II Rzeczypospolitej. A tu taki problem z wodą, i nie tylko, bo brak elektrowni i gazowni. Były za to ogromne aspiracje mieszkańców i władz, skoro już sam status miasta wojewódzkiego zobowiązywał do nadania Lublinowi sznytu wielkomiejskości. W 1925 roku magistrat uchwalił plan rozwoju Lublina, postanowił też zaciągnąć pożyczkę w dolarach, z której opłacane miały być wielkie inwestycje, jakich Lublin jeszcze nie widział.

Przy tym, co widzimy w polskich miastach dzisiaj, gdy w ciągu roku czy dwóch powstają nowe drogi, remontowane są stare, a do tego powstają stadiony, hale sportowe, centra kultury to międzywojenny boom w Lublinie niczym nie może zaimponować, ale jak na tamte czasy to była rewolucja. Amerykanie z firmy „Ulen & Company” zbudowali wodociąg, powstały kanalizacja, elektrownia i gazownia. Dobrodziejstwa cywilizacji nie dotarły w każdy zakątek miasta, ale pod koniec lat 20. „salon” miasta zaczął prezentować się już prawdziwie wielkomiejsko. 

Elita akademickich miast 

Jak na warunki ówczesnej Polski Lublin rzeczywiście był dużym miastem. Status stolicy województwa to jedno, a ze 116 tysiącami mieszkańców (dane z 1938 roku) Lublin był 11 polskim miastem pod względem liczby ludności. Miał swój „salon” z eleganckimi ulicami: Krakowskim Przedmieściem, Narutowicza, Kołłątaja, Chopina oraz dużą przestrzenią placu Litewskiego, gdzie w latach 20. rozebrano wielki, dominujący nad śródmieściem prawosławny sobór. Tam popołudniami i w weekendy klasa średnia i oficerska przechadzała się, popijała kawę i jadła ciastka w popularnych kawiarniach „Semadeni” i „Chmielewski”, a uliczni fotografowie uwieczniali spacerujące pary na zdjęciach. Czas wolny spędzano w kinach lub w Teatrze Wielkim, jak wówczas nazywano obecny Teatr im. Osterwy przy ul. Narutowicza.

Lubelskie elity musiały pękać z dumy w lecie 1938 roku, niemal w 20-lecie niepodległości, gdy miasto organizowało II Krajową Wystawę Koni. Wśród gości był minister spraw zagranicznych Józef Beck, czyli jedna z najważniejszych osobistości ówczesnego rządu i do tego generalicja z wiceministrem spraw wojskowych generałem Bronisławem Regulskim na czele. 

Dziś Lublin szczyci się swoimi pięcioma wyższymi publicznymi uczelniami, co nie jest już tak bardzo prestiżowe, skoro uczelnia jest w każdym dużym mieście. W II Rzeczypospolitej Lublin był jednak w ścisłej elicie akademickich miast. Dzięki założonemu w 1918 roku, u zarania niepodległości, Uniwersytetowi Lubelskiemu (któremu w 1928 r. dodano nazwę Katolicki) w nowym państwie był wśród zaledwie sześciu uniwersyteckich miast, obok Warszawy, Krakowa, Poznania, Lwowa i Wilna. 

 

fot. Edward Hartwig, Wnętrze jednej z lubelskich fabryk, lata 30.
fot. Edward Hartwig, Wnętrze jednej z lubelskich fabryk, lata 30.

Stolica przemysłu lotniczego

Tak bez przesady można nazwać przedwojenny Lublin. Był przecież siedzibą pierwszej polskiej fabryki samolotów. Zaczęło się od... kotłów, bo ich wytwarzaniem zajmowała się przed I wojną światową fabryka E. Plage i T. Laśkiewicz. W czasie wojny Rosjanie starali się wywieźć na wschód jak najwięcej wyposażenia przemysłowego i ten rabunek nie ominął również zakładu Plagego i Laśkiewicza. Po wojnie właściciele szukali więc nowego pomysłu na biznes i przestawienie się z kotłów na produkcję samolotów na potrzeby rodzącego się polskiego lotnictwa wojskowego, co przez długie lata wydawało się strzałem w dziesiątkę.

Lubelska fabryka dostała wojskowe zamówienia i produkowała maszyny na włoskich i francuskich licencjach. Te pierwsze, marki Ansaldo, były wyjątkowo kiepskie, czasem nazywano je „latającymi trumnami”, a ówcześni mieszkańcy miasta długo opowiadali sobie o pewnym fatalnym locie próbnym, gdy samolot wyprodukowany w fabryce Plagego i Laśkiewicza rozpadł się w powietrzu, a szczątki dwóch nieszczęsnych lotników leżały na łąkach nad Bystrzycą. Ansaldo zastąpiono na pewien czas francuskimi samolotami Potez. W lubelskiej fabryce myślano już jednak, że własna, oryginalna konstrukcja będzie znacznie lepszym rozwiązaniem i dla zakładu, który był największym pracodawcą w mieście, i dla wojska.

Lublin i fabryka miały to szczęście, że pracę w zakładach zaczął były pilot wojskowy inżynier Jerzy Rudlicki. To był ogromny krok naprzód, bo Rudlicki szybko zaproponował nowe konstrukcje, opracowane już na miejscu, w biurze technologicznym fabryki. Tak narodziła się cała seria samolotów o dumnej nazwie „lublin”. Polskie lotnictwo używało ich przez szereg lat, także we wrześniu 1939 roku. Rudlicki projektował przeróżne modele „lublina”: myśliwskie, rozpoznawcze, tzw. towarzyszące, a także wodnosamoloty. Wynalazł także tzw. usterzenie Rudlickiego, które montowano od początku lat 30. w „finalnym” modelu serii „lublinów”. Lubelski inżynier wyprzedził swoją epokę, bo usterzenie Rudlickiego, stosowane rzadko w konstrukcjach samolotowych, wykorzystano na dużą skalę w USA (gdzie Rudlicki mieszkał po II wojnie) dopiero w latach 80., w supernowoczesnym, niewidocznym dla radarów samolocie F-117.

Kryzys lat 30. i coraz mniej przyjazna polityka gospodarcza armii, która wolała zamawiać wyposażenie w państwowych wytwórniach sprawiły, że fabryka Plagego i Laśkiewicza podupadła, aż przejęło ją państwo, co mogło być celowym działaniem wojska. Samoloty aż do 1939 roku powstawały w Lublinie, tyle że już nie pod szyldem „Plage i Laśkiewicz”, lecz w zakładzie o dumnej nazwie Lubelska Wytwórnia Samolotów.

Miasto w mieście

Taki był żydowski Lublin. Mieszkanka ówczesnego Lublina Róża Fiszman-Sznajdman w wydanych po wielu latach wspomnieniach „Mój Lublin” pisała o zatęchłych podwórkach kamienic przy ulicy Lubartowskiej. Te domy stoją do dziś, z powierzchni ziemi zniknęły inne tworzące resztę dzielnicy lubelskich Żydów: Szeroka, Krawiecka, Jateczna i inne. Nie ma wielkiej synagogi Maharszala. Pełno tam było ludzi utrzymujących się z dorywczych prac, drobnego handlu, masa bezrobotnych. Żydowskie szkoły – chedery, prywatne domy modlitwy, piekarnie, zakłady szewskie, krawieckie, kury, kaczki, bo je hodowali ludzie, a tuż obok miasto już się kończyło. Nad Bystrzycą były wielkie łąki.

Ale żydowski Lublin też miał swoje wielkie aspiracje. Do gminy żydowskiej należał najnowocześniejszy w międzywojniu szpital, mieszczący się przy ul. Lubartowskiej. Niezwykle charyzmatyczny i operatywny rabin Majer Szapira był bardzo sprawnym menedżerem. Organizując zbiórkę wśród Żydów całego świata zgromadził wystarczająco dużo pieniędzy na budowę imponującego gmachu na samym końcu ulicy Lubartowskiej, tuż przy rogatce lubartowskiej, w którym w 1930 roku rozpoczęła działalność Jeszywas Chachmej Lublin, największa na świecie uczelnia kształcąca rabinów. Pozycję, jaką miał Szapira, poseł na sejm Rzeczypospolitej, pokazał jego pogrzeb w 1933 roku. Rabina żegnał cały Lublin, a ceremonia, oprócz religijnej, miała również oprawę państwową, bo trumnę po ulicach miasta odprowadzali również wysocy oficerowie Wojska Polskiego, najważniejszej instytucji ówczesnego państwa.

Lubelscy Żydzi potrafili się także dobrze odnaleźć w życiu politycznym miasta. Żydowskie stronnictwa były zwykle języczkiem u wagi w radzie miasta i to o głosy żydowskich rajców zabiegali raz socjaliści, raz narodowcy, by móc rządzić miastem i desygnować kolejnych kandydatów na urząd prezydenta Lublina. Ich wpływ na radę miasta nie oznaczał jednak, że Żydzi awansowali do elity miasta. Fakt, wielu lublinian pochodzenia żydowskiego, „zasymilowanych” Żydów mieszkało w eleganckich kamienicach przy ul. 3 Maja, na Krakowskim Przedmieściu, na Wieniawskiej czy ul. Chopina, ale większość Żydów zajmowała się handlem, czy rzemiosłem, lub po prostu klepała biedę jako bezrobotni. I nic tu nie mógł zmienić apel miejskiej radnej Beli Szyffer, zgłoszony w 1920 roku, by w służbie publicznej zatrudniać więcej mieszkańców Lublina pochodzenia żydowskiego, skoro stanowią tak duży odsetek ludności miasta.

A gdyby Niepodległa istniała...

Zawodowi historycy unikają „gdybania” i z pogardą traktują wszelkie rozważania o historii alternatywnej, „gdybologię”. Ale tutaj możemy zadać sobie pytanie: jaki byłby Lublin, gdyby nie II wojna światowa? Pozostałaby cała wielka dzielnica zamieszkana przez Żydów, którą wyburzyli Niemcy, a resztki uprzątnięto po wojnie. Może nie byłoby więc brzydkiego dworca autobusowego, który jak drzazga tkwi tuż obok pięknego Starego Miasta? Po II wojnie światowej szybko zwiększyła się liczba ludności miasta i prawdopodobnie byłoby tak, gdyby II Rzeczpospolita przetrwała. W wizji rządowych planistów, w tym wybitnego ministra Eugeniusza Kwiatkowskiego, Lublin miał być częścią Centralnego Okręgu Przemysłowego, zaplanowanego jako nowe centrum przemysłowe kraju, trochę jako przeciwwaga dla Śląska i lepiej położone strategicznie, dalej od niepewnych granic z Niemcami i dość daleko od granicy z Sowietami. Realizacja COP-u zaczęła się z rozmachem uciętym przez wybuch II wojny światowej. Czy jednak powstałby drugi wielki uniwersytet w Lublinie: UMCS założony przez nowe „ludowe” władze w 1944 r. jako ideologiczna przeciwwaga dla KUL? Dziś nie da się wyobrazić sobie akademickiego Lublina bez Uniwersytetu Marii Curie- Skłodowskiej.

 

Słowa kluczowe