Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Teatr NN

Madame Goldfeder | Piotr Nazaruk

„Zanim nie przeczytałem o tym w prasie w języku jidysz – wyznał pod koniec 1948 roku dziennikarz amerykańskiej gazety »Jewish Post« – nie miałem pojęcia, że nowojorską madame Curie jest pochodząca z Polski dr Anna Goldfeder, dyrektorka badań nad nowotworami w Wydziale Szpitali Nowego Jorku i pracownica naukowa Uniwersytetu Nowojorskiego. Drobna dr Goldfeder – dodał – znajoma prawdziwej madame Curie, zaślubiona jest wyłącznie z pracą, a pracuje po dwanaście godzin na dobę”.

Rzeczywiście, z gazet w jidysz można dowiedzieć się wielu interesujących rzeczy. Na przykład, że w długą podróż do Ameryki dr Anna Goldfeder wyruszyła z Lublina.

Piotr Nazaruk

Madame Goldfeder | Piotr Nazaruk
Dr Anna Goldfeder w swoim laboratorium na Uniwersytecie Nowojorskim, 1977. Photo © Todd Weinstein.

Tekst jest skróconą wersją artykułu, który po raz pierwszy ukazał się na blogu Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN”: Madame Goldfeder

„Od kilku lat w Nowym Jorku przebywa lublinianka, dr Anna Goldfeder – wspomniał we wrześniu 1935 roku Jakow Nisenbaum, czołowy publicysta naszego »Lubliner Tugblat«. – Dr Goldfeder, która zdobyła już uznanie w świecie medycyny, do Nowego Jorku wyjechała na zaproszenie Instytutu Naukowego Rockefellera. Dyrektor szpitala żydowskiego w Lublinie, dr Hersz Mandelbaum, który nie przepuszcza żadnej okazji, żeby zrobić coś na rzecz swojej placówki, wykorzystał obecność dr Goldfeder w Nowym Jorku i po tym, jak nominował ją ambasadorką szpitala, za jej pośrednictwem skontaktował się z lublinianami za oceanem”.

W Nowym Jorku dr Goldfeder przedstawiła krótko ówczesne położenie szpitala, które nie należało do najlepszych – w placówce brakowało sprzętu medycznego, a budynek wymagał remontu. Za jej radą, do lublinian mieszkających w USA wystosowano prośbę o wsparcie, ponieważ społeczność w Lublinie – wciąż cierpiąca z powodu skutków wielkiego kryzysu – nie była w stanie sama udźwignąć tak dużego ciężaru finansowego. „Obecnie dr Goldfeder jest z powrotem w Lublinie – dodał Nisenbaum – ale zbiera się już do kolejnego wyjazdu, ponownie na zaproszenie Instytutu Rockefellera. […] Opowiadała, że poruszyło ją, z jakim entuzjazmem lublinianie w Ameryce mówili o swoim starym domu. Przywoływali nazwiska, daty, ulice, budynki, zupełnie jakby wyjechali z Lublina wczoraj, chociaż wszyscy, z którymi rozmawiała, mieszkają w Ameryce już od kilkudziesięciu lat”.

Nowy i stary dom

„Z radia, stojącego w stróżówce, słychać dźwięki harmonijki rozchodzące się po pustym gmachu, który do niedawna był ruchliwym szpitalem Delafielda – pisał w marcu 1977 roku Francis X. Clines na łamach »The New York Times«. – W pomieszczeniach niżej 80-letnia dr Anna Goldfeder nie ma zamiaru porzucić pięćdziesięciu lat pracy wśród myszy i tajników badań nad rakiem. Kupiła grzejniki, żeby jej myszy przetrwały grasującą po opuszczonym szpitalu zimę. I nawet kiedy miasto odcięło jej fundusze, zdołała uzyskać grant federalny pozwalający na utrzymanie trójki laborantów i prowadzenie dalszych badań nad nowotworami. Chociaż dwa lata temu szpital został zamieniony na magazyn, dr Goldfeder nie ma zamiaru się wynosić. Uniwersytet Nowojorski obiecał jej co prawda pomieszczenia, ale nie ma środków na remont – sześćdziesięciu tysięcy dolarów na przeniesienie wszystkich klatek, mikroskopów i aparatury rentgenowskiej. »Potrzebuję pieniędzy! Na moim nowym biurze umieszczę oczywiście stosowną tabliczkę pamiątkową« – mówi”.

W 1977 roku dr Anna Goldfeder była już utytułowaną badaczką, jedną z pionierek w dziedzinie radiologii i badań nad rakiem, co nie znaczy, że nie musiała mierzyć się z bezlitosną polityką cięć budżetowych. Ostatecznie przezwyciężyła i te trudności i jeszcze przez dekadę, niemal do swojej śmierci, pracując siedem dni w tygodniu po dwanaście godzin na dobę, prowadziła badania nad nowotworami. Zanim jednak zajęła się swoimi badaniami, opuściła Lublin, ukończyła gimnazjum w Radomiu i w 1918 roku rozpoczęła studia na Uniwersytecie Karola w Pradze. Jeszcze podczas studiów pracowała na Uniwersytecie Masaryka w Brnie, potem w Wiedniu, aż w końcu wyjechała do USA, po raz pierwszy w 1931 roku, na zaproszenie wspomnianego Instytutu Rockefellera.

Przy Karmelickiej 3 w Lublinie dr Goldfeder zostawiła rodzinę – ojca Chaima, matkę Taubę oraz rodzeństwo. Jej rodzice pochodzili z Józefowa nad Wisłą i również tam przyszła na świat ich córka, ale na początku XX wieku, kiedy Anna Goldfeder miała kilka lat, cała rodzina przeniosła się do Lublina. Goldfederowie na pewno nie byli biedotą z Podzamcza. Posiadali część kamienicy, jej ojciec był zamożnym kupcem i stać ich było na studia córki w Czechach. Kiedy jednak dr Goldfeder dotarła do Nowego Jorku – jak opowiadał mi Dennis M. Brown, w drugiej połowie lat 70. jej asystent – początkowo musiała mieszkać w żeńskim akademiku. Jej kariera naukowa szybko jednak nabrała tempa i już w latach 40. stale publikowała na łamach amerykańskiej prasy medycznej. W kwietniu 1942 roku „The New York Times” donosił o wynikach jej badań, które dawały nadzieję na odnalezienie sposobu zahamowania rozwoju nowotworów. Nie mogła tego wiedzieć, ale w tym czasie trwała likwidacja lubelskiego getta, w którym straciła całą najbliższą rodzinę.

Foto: Dr Anna Goldfeder w swoim laboratorium na Uniwersytecie Nowojorskim, 1977. Photo © Todd Weinstein.

X/gf

Kiedy zapytałem wspomnianego dr. Dennisa M. Browna czy dr Goldfeder opowiadała mu cokolwiek o swojej młodości, II wojnie światowej i stracie bliskich, odpowiedział, że nie rozmawiała z nim na takie tematy. „Wiedziałem o jej studiach na Uniwersytecie Karola oraz że do Stanów przyjechała na stypendium Rockefellera. Część badań prowadziła wówczas na Harvardzie z dr. Shieldsem Warrenem, pionierem w radiologii. Poznałem jednego jej krewnego – dodał – Jerry’ego, który uciekł z Polski po wybuchu wojny i w końcu dotarł do Nowego Jorku. Wydaje mi się, że wiele dla niego zrobiła po jego przyjeździe, on natomiast pomógł jej z przeniesieniem laboratorium na kampus Uniwersytetu Nowojorskiego. Chociaż mierzyła zaledwie półtora metra i była bardzo szczupła, była twardą osobą – powiedział mi – ale jednocześnie hojną w stosunku do swoich przyjaciół i współpracowników. Przekazywała pieniądze na wiele organizacji charytatywnych i oczywiście miała przyjaciół i znajomych wśród ludzi z całego świata, w tym również laureatów Nagrody Nobla”. A czy to prawda, że rzeczywiście znała Marię Curie? – dopytałem. Brown odpowiedział: „Tak, poznała ją. Łączyło je zainteresowanie potencjalnymi korzyściami medycznymi z zastosowania promieni rentgenowskich. Zresztą – dodał – w latach 30. i 40. w nauce było bardzo niewiele kobiet, a dr Goldfeder miała w swoim laboratorium ich zdjęcia”.

O dr Goldfeder zapytałem również prof. Richarda Axela, laureata Nagrody Nobla z dziedziny fizjologii i medycyny w 2004 roku, który na początku lat 70. miał z nią bliskie kontakty zawodowe. Prof. Axel odesłał mnie do artykułu biologa molekularnego Sola Spiegelmana, który poznał ją pod koniec lat 60. „Wkrótce potem – pisał Spiegelman – wydarzył się pewien incydent, który na lata zatrzymałem dla siebie i nie wspominałem o nim dr Goldfeder. Otrzymałem list od komisarza zdrowia publicznego Nowego Jorku, który pisał: »Szanowny Panie, na naszej liście płac znajduje się dr Anna Goldfeder. Już dawno jednak przekroczyła ona obowiązkowy wiek emerytalny. Byłbym niezwykle wdzięczny, gdyby zechciał mnie Pan poinformować, czy jej praca jest aż tak istotna, by utrzymywać ją na liście płac, mimo że działanie takie jest jawnie bezprawne«. (…) Byłem pewien – pisał – że dr Goldfeder przetrwała już nieco więcej i dłużej niż ów komisarz i zapewne przetrwa i jego. Ostatecznie zdecydowałem się na najprostszą i najbezpieczniejszą rzecz – postanowiłem zignorować list i pozwolić komisarzowi zniknąć. I rzeczywiście, po roku komisarz już nie pracował i razem z nim skończyły się groźby pod adresem dr Goldfeder”.

Wszystkie źródła zgodnie podkreślają, że osiągnięcia dr Goldfeder i jej wkład w rozwój współczesnej medycyny są nie do przecenienia. Dziedzina, którą się zajęła jest jednak bardzo niewdzięczna. Nowotwory wciąż stanowią jedną z największych zagadek medycyny, która stale wymyka się naszym próbom zrozumienia ich natury. „Rak – pisał Spiegelman – należy do tych problemów, których rozwiązanie w jakimś sensie być może w ogóle nie istnieje, ale można w tej dziedzinie czynić pewne, częściowe, postępy, usprawniające diagnostykę lub terapię na długo przed zrozumieniem istoty samego problemu. Takie osiągnięcia są trudne do wychwycenia i rzadko kiedy doceniane. Zajęcie się badaniami tego rodzaju wymaga odwagi osób takich jak Anna Goldfeder”.

Na pewno jednym z największych jej osiągnięć było wyhodowanie szczepu albinotycznych myszy laboratoryjnych, które nazwała od swoich inicjałów X/gf. „Szczep ten – wyjaśnił mi Brown – ma nie tylko wyjątkowy system immunologiczny, ale też odporność na promienie X i niektóre laboratoria ciągle wykorzystują go w badaniach”. Kiedy dopytałem go, w jaki sposób dr Goldfeder zaczęła swoją hodowlę, odpowiedział śmiejąc się: „Wyznała mi kiedyś, że po prostu poszła do sklepu zoologicznego, kupiła pierwszą parę i zaczęła je rozmnażać”. Wśród innych jej osiągnięć Spiegelman wymienił między innymi: „Była jedną z pierwszych, którym udało się wyhodować in vitro kulturę ludzkich komórek nabłonka – osiągnięcie tym bardziej doniosłe, że dokonała tego przed wprowadzeniem antybiotyków”. Ponadto dr Goldfeder była pionierką w hodowli kultur ludzkich komórek nowotworowych piersi. Inne z jej dokonań, opisywane na łamach fachowej literatury medycznej, wymykają się rozumieniu laików, ale wiele z wypracowanych albo udoskonalonych przez nią metod do dziś stosuje się w badaniach nad nowotworami.

15 lutego 1993 roku, kiedy zmarła, dr Goldfeder miała za sobą bardzo długą i wyboistą drogę, która poprowadziła ją z Józefowa nad Wisłą, gdzie się urodziła, Lublina, gdzie dorastała, aż na odległy i obcy Manhattan, który stał się jej prawdziwym domem. Jej życie prywatne w Ameryce pozostaje zagadką – nie wiadomo, czy była z kimś związana i czy poza godzinami pracy i słuchaniem muzyki klasycznej cokolwiek wypełniało jej codzienność. Przez większość życia dr Goldfeder usiłowała rozwikłać wielkie zagadki medycyny. W 1977 roku, kiedy borykała się z problemami w szpitalu Delafielda, prowadziła izotopowe badania nad rozwojem komórki. „To tajemnica samego życia!” – podsumowała swoją pracę. Była łagodną olbrzymką – jak pisał o niej Spiegelman – która cicho przemierzała nasz świat i zostawiła go nieco lepszym, niż zastała.

 

 

Słowa kluczowe