Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Teatr NN

Losy

We wrześniu 1938 roku w Lublinie wybuchła mała sensacja – jeden z warsztatów stolarskich wygrał w loterii państwowej. W związku ze zbliżającym się ciągnieniem – tak przed wojną nazywano losowanie – pięcioosobowa załoga złożyła się na „ćwiartkę”. I nie chodziło wcale o butelkę wódki, tylko o ćwierć losu w kolekturze Morajnego.

Piotr Nazaruk

Losy
Siedziba Domu Bankowego M. Morajne w Lublinie [kolekcja szklanych negatywów z kamienicy Rynek 4]

Ponieważ jeden z pracowników warsztatu był wychowankiem Ochronki przy Grodzkiej, zaproponował, żeby do wskazania szczęśliwego numeru posłużyć się „sierotką”. Zasugerował pewnego podrzutka, pięcioletniego chłopca z Ochronki. I wyobraźcie sobie – pisał dziennikarz „Lubliner Sztyme”, ukrywający się pod pseudonimem Der Ejgener – numery wytypowane przez podrzutka warte były okrągłą sumkę 50 tysięcy gildenów, czyli polskich złotych, jak nazywali je czasem Żydzi. „Ćwiartka”, na skutek jakiegoś skomplikowanego algorytmu, przyniosła szczęśliwcom, po podziale, może mniej powalające, ale wciąż atrakcyjne 8 tysięcy.

 

Plakat reklamujący kolekturę MAorajnego [zbiory Lubelskiego Archiwum Cyfrowego / Archiwum Państwowego w Lublinie]
Plakat reklamujący kolekturę Maorajnego [zbiory Lubelskiego Archiwum Cyfrowego / Archiwum Państwowego w Lublinie]

 

Szczęściarz, co? – pytał dziennikarz. – Ale kim jest ów chłopiec? Jak ma na imię? Gdzie są jego rodzice? Może to owoc nielegalnego związku, może po prostu odrzucony przez zdesperowaną i pozbawioną nadziei matkę? Któż to może wiedzieć? Jedno jest pewne: gdyby dojść, kim są jego rodzice, odszukać matkę i pozwolić jej mówić, poznalibyśmy jeszcze jedną tragedię, nienależącą dziś, niestety, do rzadkości. Tragedię wynikającą z nędzy, desperacji i bezdennych braków materialnych, które prowadzą do tego, że matka zmuszona jest porzucić na środku ulicy najcenniejsze, co tylko posiada – własne dziecko – z karteczką przypiętą do ubranka: „Gute menczn hot rachmunes!” – „Dobrzy ludzie, miejcie litość!”.

Ogłoszenie ze zwycięskimi numerami wytypowanymi przez chłopca z lubelskiej Ochronki („Lubliner Sztyme”, 23 września 1938)

Ogłoszenie ze zwycięskimi numerami wytypowanymi przez chłopca z lubelskiej Ochronki („Lubliner Sztyme”, 23 września 1938)

 

Szczęściarz z Ochronki, jak wielu jemu podobnych, nie miał imienia. Wołali na niego po prostu Majerek. Dlaczego Majerek? A dlaczego Herszek, Lejbuś albo Chaimek? Ot, imię i tyle. Jakoś trzeba się nazywać, więc w Ochronce padło na Majerka. Imienia może i nie miał, ale szczęście: owszem! – konstatował dziennikarz. Co się zaś tyczy Morajnego, to w przedwojennym Lublinie był postacią powszechnie znaną, chociaż wiadomo o nim stosunkowo niewiele. Oficjalnie na imię miał Michał, ale tak naprawdę nazywał się chyba Majlech, czyli król, a nieprzychylni przezywali go władcą loteryjnym. Nazwisko też miał pierwszej klasy, bo i do dzisiaj niektórzy używają już nieco zapomnianego związku frazeologicznego szajne morajne albo częściej szejne morejne, który oznacza Żyda z wyższych sfer, jakby wielmożnego pana. Urodził się zapewne jeszcze w XIX wieku, gdzie – trudno powiedzieć. Wiadomo na pewno, że kolekturę – wówczas Królewskiej Węgierskiej Loterii – prowadził w Lublinie już w trakcie pierwszej wojny światowej. W 1928 roku firma M. Morajne zmieniła nazwę na Dom Bankowy M. Morajne i gdzieś po drodze z hotelu „Victoria” przeniosła się do gmachu własnego przy Kapucyńskiej 3. Działająca w jej ramach kolektura nosiła nazwę „Uśmiech Fortuny” i posiadała kilka oddziałów – przy Lubartowskiej 8 w Lublinie oraz w Bydgoszczy i Toruniu.

Na ladach kolektury Morajnego rozłożone były podobno setki losów. „Wystarczy tylko wejść, sięgnąć własną ręką po los według własnego upodobania” – pisał w 1931 roku na łamach „Ziemi Lubelskiej” niejaki Eugeniusz Rafalski. Dodawał przy tym, że jeżeli chce się sprawić prezent bliskiej osobie, lepiej dać jej pieniądze na zakup losu niż sam los. Kilkusetletnia praktyka miała dowodzić, że fortunę przyniesie tylko własnoręczny wybór numerów. Cóż, w przypadku warsztatu stolarskiego system się nie sprawdził, ale chodzi tu najpewniej o to, że moc „sierotki” przewyższała moce „własnoręczne”.

Dziennikarz z „Lubliner Sztyme” wybrał się we wrześniu 1938 roku do Ochronki i znalazł bohatera sensacji. Trafił akurat na porę obiadową. Ów szczególny „osobnik” okazał się małym, szczupłym chłopcem z parą bosych stópek. Siedział, jak wszystkie dzieci, pochłonięty jedzeniem. Zawołano go do mnie – relacjonował. – Bacznie mi się przyjrzał. Miał parę mądrych oczek nieokreślonego koloru. Trochę brązowe, a trochę zielone. Wyglądał na psotnika i prawdziwego łobuziaka.

– Jak się nazywasz? – zapytał.

Chłopiec opuścił oczy. Prawdopodobnie zawstydził się przed nieznajomym. Zgromadzone dookoła dzieci zaczęły mówić za niego:

– On nie ma imienia. Wołamy na niego Majer.

– Jaki Majer? – dopytywał.

– Drzewo. Majer Drzewo.

– Dlaczego Drzewo?

– Bo powiedział – mówiły dalej w jego imieniu – że przywiązali go do drzewa i tak go znaleziono. Ale gdzie, to nie wiadomo. Jedni mówią, że na drodze z Piask, a inni, że gdzieś na Piaskach. Przyniesiono go do Ochronki z ulicy jakiś rok, dwa lata temu. Teraz ma chyba około pięć lat. Proszę pana, on się nie lubi uczyć i nie chce iść do chederu.

– A do szkoły chciałbyś chodzić? – raz jeszcze spróbował zagadnąć małego. – Jestem nauczycielem. Chciałbyś się u mnie uczyć?

– Nie!

Majerka najwyraźniej nie interesowała cała ta historia z odpytywaniem. Nawet to, że wytypował los wart 50 tysięcy – w środku pogawędki obrócił się na pięcie i szybko pobiegł z powrotem do talerza. Do kogo może być podobny? Do mamy, może do taty? – zastanawiał się dziennikarz, ale skończył te rozważania przykrą refleksją: jego ojcem i matką jest ulica. Zimna, obca i beznamiętna ulica. Ilu takich wspaniałych i mądrych Majerków marnuje się i przepada zupełnie, ponieważ nie mają zapewnionych właściwych warunków i wychowania, by wyrosnąć na pożytecznych i twórczych ludzi?

Morajne przeżył i próbował po wojnie wznowić działalność. Podobno w 1945 roku reklamował się hasłem „Wrócił Morajne, szczęście wróciło do Lublina”. W nowych warunkach nie było już jednak dla niego miejsca. W lipcu 1947 roku rozporządzeniem Rady Ministrów firma Dom Bankowy Michał Morajne w Lublinie straciła koncesję i została zlikwidowana. Dalsze losy chłopca są nieznane, choć – niestety – łatwe do przewidzenia. Obok jego historii, opisanej w 1938 roku na łamach „Lubliner Sztyme”, znalazło się ogłoszenie: „Wielka wygrana 4 klasy Loterii Państwowej w wysokości 50 tysięcy złotych padła na los numer 20822, zakupiony w znanej ze szczęścia kolekturze Domu Bankowego M. Morajne w Lublinie”.

 

_________________________________________________________

Tekst, który po raz pierwszy ukazał się na blogu Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN” (blog.teatrnn.pl) powstał na kanwie reportażu „Kejn nomen hot er niszt, mazl – jo… Dos untergeworfene jingele fun der »Ochrone«, wos hot ojsgeklibn dem gliklechn »los« baj Mojrajnen” autorstwa dziennikarza podpisującego się pseudonimem Der Ejgener, „Lubliner Sztyme”, nr 38, 23 września 1938. Ochronka zajmowała kamienicę przy ul. Grodzkiej 11.

Słowa kluczowe