Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Teatr NN

Kazimierz Wierzyński: Belweder

Kazimierz Wierzyński

Belweder

 

Co teraz? Zamknąć wszystko w tych ścianach i nosić

Po pokojach los trudny i ziemię rozległą.

Zdawało się, że wolność to już będzie dosyć,

A to jest tylko tyle, ilu ich poległo.

 

Gdzie patrzeć przez te ściany?

 

                                            Oto rzeka rwąca

Niewstrzymanego niczym toczy nurt istnienia,

Deltami się rozwidla i groble roztrąca,

Iłem brzegi zanosi i prąd kręty zmienia.

Na brzegach siedzą rzędem, patrzą w nurt zagadki

Mędrcy obsiani szeptem nad głuszą tajemną

I tropią w lustrach wody głąb topieli gładkiej

I dno jej odgadują. A na dnie jest ciemno.

Więc wstają i wzruszywszy ramionami, bladzi,

Umywają swe ręce od własnej niemocy

I odchodzą znad brzegów, fałszywi prorocy.

 

Nikt nurtu nie wywróży, losom nie poradzi.

 

A w górze słychać młyny, rozpędzone młyny,

Jak tną wieczystą miazgę, jak grzmot kołowrotów

Dzieli przestrzeń na ludzi i czas na godziny:

Rodzi światy. Ja patrzę, czy nasz będzie gotów.

 

Słychać młyny. Los mielą na żarnach powoli

I na dół odrzucają zatoczone kręgi.

Słyszę, jak się ulepia mój czas, moja kolej,

I uszy mnie napięte bolą od potęgi.

 

Ten słuch – to los mój wieczny. Te młyny – to dla mnie.

Dla was wszystko, do czego mój pośpiech nie zdąży,

Czego tutaj nienawiść moja nie rozłamie,

Miłość nie zdoła zbudzić a dłoń nie okrąży.

Dla was są tamte młyńskie kamienie i rzeki,

Niemoc, którą przeklinam – moc, którą zostawiam:

Wiem, jak ten pochód trudny i jak jest daleki.

Idźcie. Biję was ogniem i mieczem rozkrwawiam.

 

Wszystkie widma wyświecić i pędzić je z domu,

Gdzie portret schodzi w nocy ze ścian i gdzie straszy

Dziki kurant przeszłości i chichot rozgromu,

Cała pańskość plugawa, lamus hańby naszej.

Ratunku nie wychytrzy, nie wygra się w kości,

– Co na dno się potoczą, zaciążą jak ołów –

Za głód, za nocny skowyt psich bud bezdomności,

Miasta dymiące w szynku, wsie w słomie chochołów,

Kraj milionów tuczony na otrębach nędzy,

Zaduch gęb rozgadanych, gnuśność co mnie dusi.

Cały jarmark programów!

                                      Idźcie, mówię, prędzej

Za słuchem, co was uczył, żeście byli głusi.

 

Bo chyba wam żebracze torby trzeba poszyć

I psami pędzić naprzód, jak trzodę rozbiegłą!

– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –

Zdawało się, że wolność to już będzie dosyć,

A to jest tylko tyle, ilu ich poległo.

 

____________

Przedruk za: Kazimierz Wierzyński, Wybór poezji, wybór, opracowanie i wstęp Krzysztof Dybciak, komentarze Katarzyna Dybciak i Krzysztof Dybciak, Wrocław 1991, s. 149-151.