Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Teatr NN

Józef Łobodowski: Pogrzeby

Józef Łobodowski

Pogrzeby

 

Mała garsteczka prochu, ale duch się krząta,

ciało wyschnięte, a myśl się szamoce;

na miastach zatraconych, przehulanych lądach

już się rozpościerają narodowe noce.

A tutaj wnoszą trumny w srebrze i purpurze

jak pocisk wymierzone ku idącym czasom,

gdy ten, co wichry zasiał,

i ten, co zbierał burze,

naprzeciw siebie stanęli sam na sam.

 

Dzwony, rozkołysane doczesnym parafiom,

oczy, w postnej żałobie pogrążone skromnie.

Znają ten czarny obrzęd i dobrze potrafią

dzisiaj skomleć nad grobem, a jutro zapomnieć,

od dzieciństwa przywykli ku starym cmentarzom

nosić w skrzynkach sosnowych mogilny urodzaj…

– Z bólem i strachem wykrzywioną twarzą

kogo grzebiecie? – poetę, czy wodza?

 

Wyznawcy błaznów, wielbiciele pawia,

jednogodzinnych dysput myśliciele!

Każda klęska miniona na was się odnawia,

w spróchniałych młynach to samo się miele,

potem szczekacie w nikczemnej boleści,

jak szczenięta, kopnięciem zbudzone ze śnicy,

wzdychacie nadaremnie po straconej cześci,

znowu wygnańcy i znów niewolnicy.

 

I tylko tyle myśli, ile w starych księgach,

tyle sławy i dumy, co w przedwiecznych grobach.

Jasnego światła ślepiąca potęga

szła ponad wami, jak wielka osoba

Bożego Ducha, ale nie starczyło

tchu, kiedy wichrem was w serca uderzył.

Umarł.

            Ze śmiercią skończyła się miłość

i stara wierność kokoszych żołnierzy.

 

Umilkły nocne pieśni nad groźnym poetą,

nie dzwonią srebrne dzwony nad milczącym wodzem.

Jesień dmie w usta oniemiałym fletom,

zawieją liści kołuje na drodze, –

ach, jesień polska, jesień smutnoczoła,

świerszczem cyka wśród bierwion, głosem wiatru woła,

skuli się drzewkiem zgarbionym przy oknie, –

i zgniła słoma na starych chochołach

raz jeszcze krwią nadaremną przemoknie.

 

Więc znowu zaczynacie szlacheckim zwyczajem

szukać źdźbła w cudzym oku i braci podglądać;

gdy widmo dni minionych usnąć wam nie daje,

kogóż stawicie na pieniackich sądach?

Myślicie: przemoc wroga! – szepczecie: żelazo...

Jakby nie przeto moc swą wykowali zbójcy,

że przeciw duchów niezłomnym rozkazom

chcieliście sami tak żyć, samobójcy!

 

A były ręce krzepkie i wojenny naród,

co już się brał za bary z zeszłowiecznym mrokiem.

Gdy dymne skrzydła groźnego pożaru

daleką łuną powiały do okien,

któż z maluczkich odmówił swej krwi i ubóstwa,

kto z młodych pożałował bujnych żył i ścięgien?

Ptaki pieśni zrywały się na naszych ustach,

do brzegów przybijały ładowne komięgi,

rwał krok żołnierski.

                                Ale głosów ducha

nikt z was nie pragnął, i nikt ich nie słuchał,

gdy nad głowami się wichrzą, –

dłoń się wzniosła i oto

w huku fal nadszedł potop,

napływając ku domom i spichrzom.

 

Takeście stali głusi na wielkich pogrzebach

i, wieka zatrzasnąwszy, powracali do dom.

A oni, wciąż niesyci niebieskiego chleba,

jeszcze nas przywołują ku wielkim przygodom,

nocą kreślą na ścianach mroczne pentagramy,

do szyb pukają coraz ciszej i samotniej...

 

Albo będziecie na miarę ich samych,

albo zginiecie

i już bezpowrotnie.

 

 ____________ 

Wiersz z tomu: Z dymem pożarów, Nicea 1941. Przedruk za: W blasku legendy. Kronika poetycka życia Józefa Piłsudskiego, opracowanie, noty i posłowie Krzysztof A. Jeżewski, Paryż 1988, s. 450-452.

Słowa kluczowe