Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Teatr NN

Historia Mówiona [4]

Relacje z Pracowni Historii Mówionej Ośrodka "Brama Grodzka - Teatr NN".

 Wyb. Wioletta Wejman

Dorota Cichocka, ur. 1966

[Bary mleczne] to było zjawisko, za którym tęsknię. Wspominam je z łezką w oku. Wtedy uznawane były za coś pospolitego i taniego. to były bary dla wszystkich, dla ludzi mniej zamożnych. Można tam było zjeść pyzy, kopytka, kartofle z sosem, kaszę gryczaną, wypić zsiadłe mleko bądź jakąś cienką zupę. Było wiadomo, że to wszystko jest świeże, że to nie są przechowywane przez wiele dni produkty, ponieważ one szły na bieżąco. To były duże przeważnie bary z dużą ilością stołów, krzeseł, z aluminiowymi sztućcami i niewyszukanymi, pospolitymi talerzami, ale – pachniało tam dosyć swojsko.

 

Joanna Basznianin, ur. 1959

W sklepach nie było takiego wyboru, jak obecnie. [Musiałyśmy sobie radzić]. Nauczyłyśmy się farbować tkaniny. Wykorzystywałyśmy zwykłe, taniutkie materiały. Farbowałyśmy tetrę, która była przeznaczona na pieluchy, bandaże, firanki, niepotrzebne obrusy. Po ufarbowaniu bawełna otrzymywała wspaniały, intensywny kolor. Kolorystyka była raczej stonowana. Dominowały kolory ziemi i oczywiście czerń. Nie widziało się kolorów żółtych lub pomarańczowych. Trzeba było być niesamowicie odważnym, żeby ubrać się w cytrynowy, pomarańczowy, czy różowy kolor.

Pamiętam swój sylwestrowy szal, który zrobiłam z bandaża. Ufarbowałam go na granatowo. Ze wstążki pasmanteryjnej wyciągnęłam metalowe nitki i powplatałam w granatowy bandaż. Wykończyłam go pomponikami i perełkami z korali. Robiłyśmy też torby ze sznurka do snopowiązałek. Miał taki fajny słomkowy kolor, był lekko kędzierzawy i nazywał się sizal.

 

Danuta Połoncarz, ur. 1934

W kinie „Kosmos” robiliśmy Maratony Sylwestrowe. Ile lat byłam, tyle lat to prowadziłam. Traktowałam widzów uroczyście, tak jak wskazywał na to dzień – sylwester. Trzy filmy wtedy były, już nie dwa. Kawiarnia była czynna. Oczywiście alkoholu ani piwa nie było, ale wiem, że ludzie przynosili szampany. Kabina o dwunastej przerywała film i dwanaście gongów na salę szło. Ludzie składali sobie życzenia na sali i ja po dwunastym uderzeniu ze starszym bileterem wychodziłam na scenę z szampanem, składałam życzenia i życzyłam dobrego roku następnego i wszystkiego, czego pragną. [Następnie chętnych] zapraszałam na dół. Trzeci film dawałam najsłabszy, bo byli tacy, którzy już tego filmu nie oglądali, tylko siedzieli przy stolikach na dole. Tam szła cicha muzyczka.

 

Ewa Krojec, ur. 1950

Gdzie myśmy czas spędzały? Raczej w domach, spotykałyśmy się u kogoś. Był adapter „Bambino”, płyty kupowało się na targu, to były płyty pocztówkowe z nagraniami. Nie pamiętam, co było modne, ale Beatlesi na pewno. Można było nawet na targu nagrać sobie płytę z życzeniami dla kogoś. Nieraz do „Czarciej Łapy” szło się na pączka i kawę. Pamiętam, że pączek z kawą razem kosztował dwa złote, a papierosy „Sporty” – „dziesiątek” – złoty pięćdziesiąt. W czasach studenckich to już chodziło się do „Lublinianki” na piwo, poza tym były organizowane potańcówki – nie dancing, bo nie wieczorem, na dancing to trzeba było być w odpowiednim stroju i na kolację. W „Lubliniance”, była kawiarnia, były na piętrze organizowane tańce i chodziło się na [nie].

 

Wanda Lotter, ur. 1939

[Na Krakowskim Przedmieściu] była księgarnia, której mi szalenie brakuje. W tej chwili [w tym miejscu] sprzedają telefony komórkowe. Tam pracowali księgarze znający się na książkach. Można było kupić, jeżeli nie od ręki, to spod lady jakieś rarytasy. Oni wiedzieli o książce wszystko. To była frajda przyjść do takiego sklepu, gdzie można było po prostu o książce porozmawiać. Sklep był duży, księgarnia była piękna, z księgarzami z prawdziwego zdarzenia. Dzisiaj to się już nie zdarza.

 

Helena Szaciłowska, ur. 1928

Kino „Rialto” było na Starym Mieście. Widać było, że kiedyś to był mały teatr. Dookoła były loże i galeryjki na parterze i na piętrze. Straszne było to kino, bo na górnych galeryjkach siedziała chuliganeria i pluła na dół różnymi pestkami, nie pestkami i tak dalej, dlatego trzeba było uważać, żeby nie siadać pod [balkonami], tylko raczej na środku, bliżej ekranu.

Słowa kluczowe