Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Teatr NN

Historia mówiona

Wybrała Wioletta Wejman

Historia mówiona
Lekcja biologii w Gimnazjum Unii Lubelskiej [zbiory archiwum Julii Hartwig i Artu-ra Międzyrzeckiego]

Od szkoły dzielił mnie niecały kilometr drogi, 15 minut. [Szkoła] był to długi, parterowy barak z kilkunastoma salami. Drewniana podłoga nasączona była czarną ropą, chodziło się w obuwiu, którego gumowe zelówki „puchły” pod wpływem tejże ropy. W kątach stały węglowe piece, które zimą ogrzewały klasy. Rozbieraliśmy się z wierzchnich ubrań, wieszając je na stojakach znajdujących się w pomieszczeniach. Dzisiejsze stoliki i krzesła zastępowały nam ławki – spadzisty pulpit na stałe połączony był z siedzeniem. Na środku ławki wydrążony był otwór na szklany kałamarz, do którego dyżurni wlewali atrament. Pisało się obsadkami ze stalówką, którą często trzeba było zmieniać. Kleksy nie należały do rzadkości. Koniec lekcji oraz jej początek obwieszczał woźny ręcznym dzwonkiem.

Klasa liczyła ok. 20–25 uczniów. Oprócz Polaków uczęszczali także Żydzi. Z mojej klasy pamiętam Fajgę Tirzblat, z którą siedziałam w jednej ławce. Dzięki niej dość dobrze dawałam sobie radę z językiem niemieckim, obowiązującym wówczas w szkole jako język obcy.

Anna Wiącek, ur. 1919

 


Nauka w chederze wymagała tylko pamięci. Całe strony modlitw na pamięć, całe strony chameszu – a tu przybył ten przyrząd – pióro i kałamarz, oraz nauka trzymania strasznego pióra w rączce. W pierwszych dniach mój zeszyt wyglądał jak zbiór malowideł Picassa. Każda napisana litera – kleks, każda stronica – obraz i to trwało bardzo długo, aż do opanowania nabierania atramentu na stalówkę.

Przedmioty obowiązujące w pierwszej klasie to: język żydowski, język polski i rachunki. Język żydowski? Nie pojmowałem, czego tu można się uczyć. Przecież mówię tym językiem jak tata, mama, babka. Ale okazało się, że rudy nauczyciel do języka żydowskiego, udowodnił nam, że mówimy jak sroki, a nie jak ludzie. Na każde nasze słowo miał swoje słowo, prawdziwe, ładnie brzmiące i tak na każdej lekcji poprawialiśmy nasz język – ale tylko w zeszycie. Pytałem rodziców, czy są dwa języki żydowskie? Ojciec śmiał się i rzekł, że są trzy języki. Jeden, to ten, którym my mówimy tutaj w Lublinie, w Lubelskim. Drugi język, jaki uczy was nauczyciel, to jest język „litwaków”. Niby taki „dojczmerisz”, a trzeci język jest święty – to ten, co się uczysz w chederze, ale nikt go nie rozumie. Dodał, że są ludzie, którzy mówią i rozumieją ten trzeci język –hebrajski. Język do codziennego użytku, ale nie dla nas. Wiele z tego nie rozumiałem, ale udawałem przed ojcem że rozumiem. A miałem zaledwie ósmy roczek.

Marian Milsztajn, ur. 1919

 


Jeśli chodzi o szkołę, to należę do tych osób, które mają bardzo dobre wspomnienia szkolne. To była naprawdę świetna szkoła. Tam były takie osoby na przykład jak pani Chałubińska, która była wnuczką słynnego zakopiańskiego doktora, Chałubińskiego. Była pani Pliszczyńska, która potem była profesorem na uniwersytecie, uczennica profesora Zielińskiego. Fizyki uczyła pani Woszczerowicz, która była siostrą Jacka Woszczerowicza. To byli ludzie ogromnie oddani. Ci profesorowie rzeczywiście swój czas oddawali uczniom. Nie biegali na żadne inne wykłady i do innych szkół. Myślę, że oni byli także stosunkowo przyzwoicie opłacani. I to jest bardzo ważny element. Dzisiaj nauczyciele naprawdę bardzo źle zarabiają. Ja pamiętam te moje nauczycielki, które były zawsze bardzo ładnie ubrane. To jest taki element trochę widowiskowy. Oczywiście nie o to idzie, ale to dowodziło jakiejś klasy i poziomu oświaty. Poza tym duch, jaki panował w szkole, był bardzo piękny. Bo z jednej strony, uczono pewnej dyscypliny, ale ona nigdy nie była wyrażana w jakiś drastyczny sposób. Prawdę mówiąc, ten kto przychodził do gimnazjum, jak gdyby z góry miał takie zobowiązanie, że ma się zachowywać jak należy. Jeżeli nie był dostatecznie przygotowany do tego w domu, to mógł się tego nauczyć w szkole, obserwując dorosłych, obserwując także innych kolegów. Mieliśmy bardzo różny status społeczny. Miałam koleżankę, która była córką prezydenta miasta, a równocześnie miałam koleżankę, której matka była dozorczynią w jakiejś kamienicy. Ale tych różnic się nie czuło, bo jeżeli nawet na początku można było wyczuć pewne braki u kogoś, to one się bardzo wyrównywały. Czyli szkoła uczyła także jakiegoś takiego postępowania, zachowania. No i przede wszystkim to, czego dzisiaj zupełnie nie ma – to jest to, że szkoła wychowywała w duchu bardzo obywatelskim. I mówię „obywatelskim”, a nie ani narodowym, ani państwowym, tylko właśnie obywatelskim.

Julia Hartwig, ur. 1921

 


Chodziłam do szkoły, gdzie był wymagany strój szkolny. Nie było o tym mowy, żeby chodzić w jakichś kolorowych sukienkach czy spódnicach. Przełożona wymagała, żeby wszystkie nosiły w szkole fartuchy granatowe czy czarne, czy ewentualnie takie z alpagi, takie teraz czasem jeszcze się widuje. Pod spodem musiał być normalny mundur. To nie było mowy o sukience, tylko o mundurku. Białe bluzki do granatowych spódnic składanych. Dziewczęta, które dbały o linię, czy o figurę to przemycały spódnice gładkie, ale też granatowe. Zawsze chodziłam w składanej, plisowanej spódnicy szkolnej. Nie używało się innego koloru w szkole, nawet takie wizytowe jakieś rzeczy, jak granat, szafir. Ewentualnie w lecie to jasne, białe sukienki, ale to tylko w czasie wakacji. Szkoły były męskie i żeńskie. Tylko podstawowe, takie powszechne, zwykłe szkoły były koedukacyjne.

Maria Sobocka, ur. 1923

 


Atramentem się wtedy pisało, nie było długopisów, tylko stalówki i obsadki. Każdy sobie tę stalówkę dobrał, były krzyżówki, rondówki i jeszcze jakieś. Ja tymi rondówkami [pisałam]. Kałamarz stał, a jak ktoś się zagapił, to przewrócił, wylał atrament – [najważniejsze], żeby tylko nie na zeszyt, bo byłoby później trzeba to wszystko odtwarzać. Mnie się nie zdarzyło [wylać]. Zdarzyło mi się, że tam gdzieś chlapnęłam trochę, ale nie wylałam całego. Ale nieraz to ktoś [mówił]: „Proszę pani, mi się kałamarz przewrócił”, „Sam się przewrócił czy ty przewróciłeś?”, „No, ja tylko trąciłem”, „No, to widzisz, to nie przewrócił się sam, bo ty go trąciłeś”, „Ja trąciłem lekko”.

Zofia Klępka, ur. 1927

 

Szkoła była fantastyczna. Zostawiła ogromne piętno chyba na wszystkich jej wychowankach. To była szkoła sióstr urszulanek. Dyrektorką, czy kierowniczką, tej szkoły podstawowej była matka Michalina Jedliczka, natomiast dyrektorką gimnazjum matka Bożena Szerwentke, osoba o niezwykłej zupełnie osobowości, co zostało docenione wielokrotnie.

Miałyśmy granatowe mundurki składające się ze spódnicy plisowanej, układanej w takie fałdy i granatowej bluzy z marynarskim kołnierzem. Na brzegach tego kołnierza były białe tasiemki. To był codzienny strój. Natomiast na niedziele bądź jakieś święto to się przypinało biały kołnierz, taki można powiedzieć negatyw tego kołnierza granatowego, bo on był biały z granatowymi tasiemkami. I z przodu miał tak zwaną duszkę, to pewnie nikt nie będzie wiedział co to jest. To w tym miejscu, gdzie jest dekolt, taka poprzeczna wkładka. I na tej duszce wyhaftowana była litera, ponieważ to było do tego białego kołnierza, to też biała ta duszka, z wyhaftowaną literą „U” w takim wianuszku. Bo to było charakterystyczne dla urszulanek. Taki sam znaczek metalowy, też z tym „U” z wianuszkiem był przyszyty do beretu granatowego, który stanowił całość z naszym mundurkiem.

Ludomira Bendik, ur. 1927

Słowa kluczowe