Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Teatr NN

Historia Mówiona [9]: Wrzesień 1939

Historia mówiona to relacja z przeszłych wydarzeń, opowiedziana z indywidualnej perspektywy i poddana subiektywnej ocenie. Jako metoda badawcza jest wykorzystywana w wielu dyscyplinach naukowych. Polega na rejestrowaniu, analizowaniu i archiwizowaniu wspomnień istniejących w pamięci jednostkowej i zbiorowej.

W działalności Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN” obecna niemal od początku jego istnienia. Pierwsze nagrania ze świadkami historii powstały w 1998 roku. Wtedy niewiele osób w Polsce słyszało o historii mówionej. Do dzisiaj udało się nam zarejestrować wspomnienia 2 420 osób. To 275 877 minut nagrań.

wyb. Wioletta Wejman

Historia Mówiona [9]: Wrzesień  1939
Fot: Portyk katedry

Różka Doner, ur. 1920

15 sierpnia 1939 roku to była taka noc, kiedy spadały gwiazdy. Siedziałam i prosiłam, aby wojny nie było. Pamiętam dobrze, że wierzyło się, że jak spada gwiazda i o coś się prosi to się spełnia. Od małego bardzo się bałam wojny. Nic o wojnie nie wiedziałam jeszcze wtedy, nie czytałam, ale bałam się.

Fot: Gmach Starostwa Grodzkiego, ul. Staszica 3

Anna Mass, ur. 1921

Kilka dni przed wybuchem wojny wracałyśmy z kąpieli w Bystrzycy z Andzią Borensztajn. Ludzie stali i czytali ogłoszenie o mobilizacji. To, że wojna wybuchnie już się czuło. Stanęłyśmy przed tym ogłoszeniem i ja ją wtedy spytałam: „No, Andzia, jak ty powiesz, przeżyjesz wojnę, czy nie?”, ona mówi: „Nie, ja wojny nie przeżyję”, ja mówię: „A ja przeżyję”. Przeżyłam, a ona zginęła.

Maria Rzeźnicka, ur. 1927

Dowiedziałam się o tym koło południa. Rodzice wiedzieli wcześniej, ale nie chcieli powiedzieć dzieciom. Samoloty przyleciały, ale początkowo braliśmy to za próby. Bo od połowy sierpnia były urządzane próbne alarmy. Dopiero jak poleciały bomby to myśmy się dowiedzieli, że to naprawdę. Pamiętam taką scenę. Poszliśmy w niedzielę z tatusiem do kościoła. Chcieliśmy dojść do katedry albo przynajmniej do Kapucynów. Szliśmy po Krakowskim, ale chodnik był trudny do przejścia. Wszędzie leżały odłamki szkła, kawałki muru, jakieś papy z dachu. Trzeba było iść ostrożnie, żeby nie nadziać się na jakieś szkło. Podchodzimy do kościoła Kapucynów i wychodzi z niego para młoda. Ona w białej sukni, w tych swoich ślubnych pantofelkach. Idzie podnosząc nogi, żeby nie urazić się szkłem. To było śmieszne, ale i tragiczne, jak się patrzyło. Pomyślałam wówczas: „Ale będą mieli życie!”.

Fot.: ulica Bernardyńska

Krystyna Modrzewska, ur. 1919

Siedziałam wtedy w wannie. Siedziałam w wannie i nie przejmowałam się absolutnie. To było drugiego [września]. No, ale jak gruchnęło porządnie, to na zawsze już pożegnałam się z tą wanną. U nas w domu nie było bomby, ale dookoła domy się waliły. Natychmiast zgłosiłam się do biura przysposobienia wojskowego w magistracie. Przedstawiłam się i zameldowałam się drużynowym, które tam siedziały. Powiedziałam, że mam skończony kurs przysposobienia wojskowego, podałam im nazwisko mego ojca. Na to [one] powiedziały: „My obronimy Polskę, bez Żydów”. Porzucając wszelką ambicję, pobiegłam do parafii, żeby wydostać moją metrykę chrztu. Nie wiem, czy ją zaniosłam im, czy nie. Kazano nam zbierać koce, prześcieradła, a ludzie padali przecież ciurkiem. Już wtedy się nie pytali o tą parafię. Ludzie dawali składane łóżka, różne koce, prześcieradła. Pełno leżało na ziemi trupów albo rannych. Znosiło się ich do lazaretów.

Jerzy Szewczyk, ur. 1932

Jak zaczęły samoloty lecieć, to do szkoły przybiegali rodzice i zabierali swoje dzieci. Mama zabrała mnie i siostrę, schroniliśmy się w piwnicy. Ktoś rozpuścił informację, że Niemcy będą używali gazu, więc mama przykładała nam do ust wodę z sodą na szmatce, robiła takie okłady, żebyśmy się nie zatruli, ale oczywiście żadnego gazu nie było. W mieście zapanował wtedy wielki chaos, ludzie krzyczeli, chowali się po piwnicach. Był olbrzymi kontrast między tymi strasznymi wydarzeniami a piękną słoneczną pogodą, która była tego dnia.

Fot.: Rynek(pierzeja południowa)

Bronisława Friedman, ur. 1932

Jak uciekliśmy [z Lublina] i bombardowanie złapało nas na drodze, wyskoczyliśmy z auta i wskoczyliśmy w jakiś las. Ja złapałam drzewo i tak się trzymałam mocno, że było ciężko mnie oderwać.
To ja pamiętam doskonale. A innym razem to jak było bombardowanie, to między kartoflami położyliśmy się tak, żebyśmy byli niewidoczni, żeby te liście nas pokryły.

Janusz Winiarski, ur. 1933

Moment bombardowania pamiętam, bo byłem z matką na takiej plantacji malin w odległości jakichś dwóch, trzech kilometrów od śródmieścia Lublina, na tak zwanych Bursakach. Pamiętam te czarne słupy dymu nad miastem i my tacy skamieniali z wrażenia patrzyliśmy na to bombardowanie. Tu się film urywa, co dalej było, nie pamiętam. Pamiętam wizytę pierwszego Niemca u nas w ogrodzie. Przyszedł jakiś taki niewydarzony żołnierz w okularach i łamaną polszczyzną pytał, czy my nie mamy broni, bo jest okupacja i trzeba zdać broń.

Fot.: tyły Ratusza(widok od strony ulicy nowej)

Sarah Tuller, ur. 1922

Byłam młoda. Miałam nowego chłopca i byłam zakochana po uszy. Nie myślałam o wojnie. Pierwsza bomba spadła na Lublin o dziewiątej rano. Myśmy siedzieli przy stole, jedliśmy śniadanie i słyszymy tę bombę. Wychodzimy na balkon, widzimy ten samolot, a moja mama mówi, po żydowsku: „Boże święty, to jest niemiecki samolot”. Mój ojciec mówi: „To nieprawda. Ameryka i Anglia nie dopuści do wojny. To może być amerykański albo angielski”. To był niemiecki samolot. Trzy dni później Lublin był zajęty przez Niemców.

Ryta Załuska Kosior, ur. 1928

Gdy zaczął się nalot, wszyscy lokatorzy pouciekali do schronów. W opustoszałym domu został tylko jeden lokator, pan Bujalski, jako ochrona naszych mieszkań. Podziwiam go za odwagę. Na pewno bał się. Siedział na klatce schodowej i śpiewał: „Kto się w opiekę podda Panu swemu”. To on właśnie po skończonym nalocie zabezpieczał otwarte mieszkania, zabijając drzwi deskami.

Fot.: ulica Jezuicka(widok w stronę Bramy Krakowskiej)

Josef Wakszul, ur. 1919

Był piękny dzień, wyszliśmy na spacer. I przyleciały samoloty, zaczęli bombardować. To był początek wojny. Bez żadnej wiedzy, bez niczego, [nic] nie mówiono. Wojna zaczęła się od bombardowania. Ja byłem na Krakowskim Przedmieściu, jak zrobili alarm. Zaczęliśmy iść do domu, stanęliśmy na Świętoduskiej, w bramie, naprzeciwko straży ogniowej, potem powiedzieliśmy: „Nie. Pójdziemy dalej”. Zaczęliśmy iść dalej, a tam, gdzie przed chwilą staliśmy, wpadła bomba. U nas w domu też upadła bomba. Przyszedłem i widziałem, że sufit leży na szafie.

Cipora Borensztejn, ur. 1918

Wybuch wojny? O, jeszcze jak pamiętam. To było w piątek, pierwszego września. Już na drugi dzień bombardowali Lublin. [Kiedy Niemcy weszli], to było o świcie, bo myśmy nie spali, przez całą noc bombardowali. Z rana kolega mój, Abram Akierman, chciał [Niemców] spotkać i on nie słyszał, i zastrzelili jego. Niech pan to zapisze. Abram Akierman z ulicy Nadstawnej.

Fot.: wraki samochodów(ul. Kapucyńska)

Regina Winograd, ur. 1927

Wkroczyli Niemcy do Lublina i wszyscy krzyczeli – zamykać okna! Bo jak Niemcy przejeżdżali, jak wojsko przejeżdżało nawet przez Lubartowską, jeżeli ktoś stał w oknie, to oni strzelali w okna. Baliśmy się bardzo, ponieważ moja mamusia wiedziała, że to są szwaby, nie wychodziliśmy na ulicę, aż wojsko przejechało. Wtedy zaczęły się łapanki, szukali Żydów, wpadali do domów i wyciągali ich na ulicę, katowali, bili.

 

Zdzisław Suwałowski, ur. 1932

To była ogromna panika, jak zaczęły bomby lecieć. Wtedy było najgorzej. Dużo w młyn bomb leciało, słupy torfu leciały aż w górę przy tym młynie na Bystrzycy, tam były łąki. Jak jedna bomba upadła, to słup tego torfu przysypał matkę i brata, bo byli nad rzeką, brat miał wtedy 2,5 roku. Ale przysypało ich tak, że jakoś mogli się wydostać. Po zbombardowaniu Krawieckiej, Starego Miasta, byliśmy odcięci od okolic Zamku. Zburzony był Urząd Miejski, magistrat. Była taka autentyczna historia o takim woźnym, który złapał bombę w ręce, on sam zginął, ale bomba nie wybuchła.

Fot.: ulica Szopena(róg ulicy Hipotecznej)

Janina Grudzińska, ur. 1927

Jak wybuchła wojna, to ja mieszkałam na ulicy Dawnej, na Wieniawie. Usłyszeliśmy alarm i już nas przygotowali – w szkole każdy mówił, że jak będzie alarm, to trzeba maski gazowe z mydłem na twarz przyłożyć. W mieszkaniu mieliśmy przygotowanych kilkanaście kawałków gazy. Nie mydliło się jej przed czasem tylko kiedy usłyszeliśmy samoloty to wtedy wszyscy jak jeden mąż do tej gazy, mydliliśmy ją i przykręcaliśmy do ust. Jednak o gazie nie było mowy, żadna bomba gazowa nie upadła, tylko upadły te bombardujące, które niszczyły wszystko, paliły.

Fot.: Krakowskie Przedmieście 46 i 48(obok poczty)

Diana Bach, ur. 1934

W [19]39 roku w lecie byliśmy w Druskiennikach. Były strzały z drugiej strony Niemna i żeśmy wówczas wracali bardzo prędko do Lublina, gdyż zaczęła się też mobilizacja do wojska. W chwili, kiedy wybuchła wojna, zeszliśmy na dół [domu na ulicy Kościuszki 7 w Lublinie], bo to było na pierwszym czy drugim piętrze, do klatki schodowej i ojciec skądś wytrzasnął małą maskę gazową dla mnie. Ojciec mnie wziął na ramiona. Miałam czerwony szlafroczek i poszliśmy do dziadków.

Fot.: ulica Jezuicka(widok w stronę Wieży Trynitarskiej)

Stanisława Ziemnicka, ur. 1921

Zobaczyłam zbombardowane miasto, uszkodzone sklepy, witryny okienne, powyrzucany towar na ulicę. Na Krakowskim był taki duży sklep spożywczo-kolonialny, widziałam wystawione ze sklepu beczki z masłem. I nawet nikt tego nie ruszał. Ogólne przerażenie, ogólny strach był. Wrażenie okropne.

 

Halina Chamerska, ur. 1922

Ja do godziny dwunastej 1 września jeszcze nie wiedziałam, że jest wojna. Bo poszłyśmy sobie z koleżanką, Stachą, jedną z tych naszych koleżanek, z którymi zdawałam maturę, do Ogrodu Saskiego i spacerowałyśmy sobie tam, chodziłyśmy sobie, gadałyśmy sobie i tak dalej i nic nie wiedziałyśmy, że wybuchła wojna, bo pierwsze bombardowanie Lublina było 2 września, a pierwszego tu się jeszcze nic takiego w tym parku nie działo. Dopiero wracamy do domu i tam się dowiadujemy – orędzie Mościckiego, wojna wybuchła, prawda. Ale nie spodziewałyśmy się, że to pójdzie tak, jak poszło.

 

Biruta Fąfrowicz, ur. 1926

Jak przyszła wojna w [19]39 roku, to sobie w ogóle nie zdawałam sprawy z tego, że to może być taka zagłada. Nawet się bardzo cieszyłam, że pierwszego września nie ma lekcji. A drugiego września było już bombardowanie Lublina, to znaczy – tu – okolic lotniska, tam, gdzie w tej chwili jest Lotnicza ulica. Moja mama była kierowniczką w tej kamienicy, w której mieszkaliśmy – Szopena 18, która miała i środki opatrunkowe, i gazowe maski, i tak dalej i ja jedną taką torbę nosiłam z czerwonym krzyżem i byłam bardzo dumna i bardzo się cieszyłam, że ja będę może jakąś sanitariuszką.

Fot.: ulica 1 Maja

Jerzy Duchniewski, ur. 1932

Jeszcze przed wybuchem wojny była psychoza robienia sucharów, bo twierdzono, że będzie długa obrona, a więc nie będzie chleba. Rzeczywiście narobiliśmy tych sucharów. Jeszcze w czasie wojny, na patelnię nalewało się wodę i podsmażało się suchary tak, jak smażony chleb z tłuszczem, smalcem.
Na rogu Narutowicza i Okopowej był sklep spożywczy. Pierwszego czy drugiego września wysłano mnie po cukier. Warunki materialne były takie, że trzeba było kupować na bieżąco. Poszedłem po ten cukier i tam mnie złapał nalot. Wszyscy uciekali, gdzie kto mógł. Ja też do jakiejś najbliższej bramy się schroniłem. Nalot nie trwał długo, gdy skończył się kupiłem cukier i wróciłem do domu. Któregoś września pobiegłem jako ministrant do Kapucynów, tam leżał ogromny zabity koń, belgijski. Ubito go na Krakowskim, leżał tam przez kilka dni i nie miał go kto usunąć, bo bez przerwy trwały bombardowania. Dosłownie co chwila wyły syreny, ludzie uciekali.

Teresa Piaseczyńska, ur. 1930

Swoje wczesne dzieciństwo wspominam bardzo dobrze. Wszystko skończyło się w 1939 roku. Pierwsze bombardowanie. Byliśmy na podwórku i oglądaliśmy samolot srebrny na niebie i potem się zaczęło. I od tego czasu już szybko było bombardowanie i strach. I pamiętam jak ojciec, to chyba było 9 września, wrócił do domu, to wtedy bomba uderzyła tam w plac Litewski. 9 września zostaliśmy ewakuowani na Wschód. Jechaliśmy ciężarówką. Całe szczęście, że mama była na tyle przezorna, że zabrała z sobą wszystkie rzeczy, te zimowe też. Bo nie wiem, jak byśmy przetrwali tam do grudnia 39 roku.

 

Zdjęcia pochodzą z albumu „Zniszczenia w Lublinie na skutek bombardowania przez Niemców 9 IX 1939 roku”. To 100 zdjęć dokumentujących Lublin po jednym z pierwszych bombardowań miasta podczas II wojny światowej.
Tego dnia spłonęły takie obiekty, jak: hotel „Victoria” (róg Krakowskiego Przedmieścia i ulicy Kapucyńskiej), kino „Stylowe” (Krakowskie Przedmieście 48), a uszkodzeniu uległa część poczty, pałac Radziwiłłowski oraz wiele innych budynków.
W albumie znajdują się fotografie przedstawiające zniszczoną podczas bombardowania architekturę. Jest też kilka ujęć mieszkańców odgruzowujących Lublin. Na jednym ze zdjęć widać natomiast woźnego ratusza Jana Gilasa. Po tym, gdy jedna z bomb spadła na magistrat i nie wybuchła, postanowił wynieść ją poza budynek. W trakcie przenoszenia bomby zmarł na atak serca.
Album z fotografiami był przechowywany w Archiwum Urzędu Miasta Lublin, obecnie znajduje się w zasobie Archiwum Państwowego w Lublinie. Pracownikom archiwum udało się ustalić, że autorem zdjęć jest Ludwik Hartwig (1883-1975).

Joanna Zętar

Słowa kluczowe