Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Teatr NN

Historia Mówiona [7]

Relacje z Pracowni Historii Mówionej Ośrodka "Brama Grodzka - Teatr NN".

Wyb. Wioletta Wejman

Historia Mówiona [7]
Pracownicy Komitetu Obywatelskiego na Krakowskim Przedmieściu 62, fot. Waldemar Maluga [archiwum autora]

Okrągły Stół

Interesowałem się Okrągłym Stołem tak, jak wtedy chyba wszyscy, ale nie sądziłem, że to się tak skończy. Jestem wielkim zwolennikiem Okrągłego Stołu, to była znakomita sprawa, ale wtedy podchodziłem do tego jednak trochę sceptycznie; nie z racji tego, że mi się nie podobało, że takie rozmowy są, tylko nie wierzyłem, że cokolwiek z tego wyjdzie. Obserwowałem wszystko z dość dużym dystansem.
Jan Pleszczyński, ur. 1958

[Komitet Obywatelski miał siedzibę] na Krakowskim Przedmieściu, gdzie był [Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu i Leninizmu] w podwórku, w oficynce. Po lewej stronie [jest] taki parterowy budynek. Nie było to obszerne, tam były dwa albo trzy pomieszczenia w amfiladzie. [Oprócz komitetu] mieściła się tam też „Solidarność” Rolników Indywidualnych. Pan [Roman] Wierzbicki urzędował ze swoimi kolegami, przychodziło [do nich] sporo rolników. Dostaliśmy ten lokal od pana prezydenta Leńczuka, nikt nam nie przeszkadzał, nie było żadnych przypadków szkodzenia komitetowi. Co prawda raz uszkodzono mój samochód, który stał w podwórku. Ale to po prostu [zrobiło] dwóch pijanych żołnierzy na przepustce, czyli to nie był w żadnej mierze sabotaż. Tak że z sabotażem nie zetknęliśmy się, prócz zrywania plakatów, ale to i dziś się zdarza.
Marek Ciołek-Poniatowski, ur. 1941

Mąż zaufania, czyli mój 4 czerwca

Zgłosiłem swoją kandydaturę na męża zaufania do komisji wyborczej. (…) 4 czerwca poszedłem na Stare Miasto. Była ładna pogoda, komisja wyborcza mieściła się w Ośrodku Dokształcania Nauczycieli przy [ulicy] Archidiakońskiej. Mężów zaufania była spora grupa, bo partii trochę było. Zaopatrzyłem się w jakieś jedzenie, żeby nie opuścić [punktu wyborczego], nie daj Boże, bo coś może się stać. (...) Było przede wszystkim radośnie. Nie oszukujmy się, nie było stuprocentowej frekwencji. Napór [wyborców] był po mszach, ale w porze obiadowej – wyciszenie.
Przed lokalem wyborczym była agitacja, ale do lokalu agitatorów nie wpuszczaliśmy, a próbowali się dostać z jakimiś plakatami. Agitatorowi tłumaczyło się, że chodzi o to, żeby nie było presji, że każdy ma wolny wybór. Ważne było, żeby ludzie korzystali z kabin. Bardzo mile to wspominam. Napięcie było, ale innego rodzaju – czy nam się uda? To było podstawowe pytanie. Męczące było rozdzielanie kartek i liczenie – praktycznie trwało do rana. Jak podliczyliśmy głosy, było uczucie wielkiej satysfakcji, że wygraliśmy w tej akurat komisji wyborczej. Braliśmy udział w liczeniu, chociaż nie powinniśmy, ale pomagaliśmy. Człowiek był nastawiony: trzeba pilnować. I oczywiście bardzo pilnowaliśmy. Wyniki spisaliśmy bardzo szybko, niezależnie od protokołów, które szły do głównego komitetu [wyborczego] w Lublinie. Niezależnie od tego wysyłaliśmy swoje [protokoły do Komitetu Obywatelskiego]. Dużo wcześniej wiedzieliśmy, kto wygra, niż oficjalnie [wyniki] zostały podane. A później oczywiście [była] euforia wielka. Z otwartą gębą wszyscy słuchali [komunikatów] i kibicowali naszym.
Maciej Sobieraj, ur. 1951

Pamiętam raczej atmosferę niż konkretne spotkania przedwyborcze. (..) Często jeździłam na zebrania na wieś. Pamiętam, że w Krzczonowie była msza partyzancka w lesie. Po mszy wezwano mnie niespodziewanie do zabrania głosu, co mnie strasznie krępowało. Jako prosta katoliczka byłam przekonana, że od ołtarza może przemawiać tylko duchowny. Jakieś krótkie bogoojczyźniane przemówienie wygłosiłam, ale przeżyłam to strasznie. Pamiętam też burzliwe spotkanie w Fajsławicach. Spotkania na wsi były trudne – ludzie na wsi byli przekonani, że posłami chłopskimi mogą być tylko chłopi. Nie wystarczyło, że ktoś był nauczycielem wiejskim, mieszkał na wsi albo pracował w rolniczych instytucjach. Po prostu pytali: „On chłop? Ile ma hektarów?”, „Sam sieje na tych hektarach, czy wydzierżawił?”. Było przekonanie, że chłopów może dobrze reprezentować tylko ktoś, kto zna ciężką dolę chłopa. Odpowiadałam, że jestem chłopską córką, mówiłam, ile dziadek miał hektarów i że w wakacje plewiłam zawsze buraki. Niektórzy zaświadczali, że mnie znają, że pomagam w gospodarstwie mamy. Było dużo pretensji, że im się żyje tak ciężko, a w mieście jest tak dobrze. Pytali, co do tej pory zrobiłam dla wsi. Aż się bałam tam jeździć, bo te pretensje i oczekiwania przerastały mnie. Spotkania w miastach i miasteczkach były zupełnie inne. Tam był entuzjazm prawie taki, jak w 1980 roku, jak była „Solidarność”. Każdy nasz kandydat wzbudzał brawa, aplauz, wszystko właściwie się w nim podobało.
Teresa Liszcz, ur. 1945

Spieraliśmy się o to, kto wrzuca kartę do głosowania. Ten moment wrzutu, to był każdorazowo moment sporu między moją siostrą a mną o to, kto wrzuca. Wiele razy polały się drobne łzy o to, kto ma to zrobić, więc często wrzucaliśmy we dwójkę, wspólnie. Pamiętam ogólnie te różne głosowania. Dokładnie nie pamiętam tego 4 czerwca, czy to ja trzymałem kartkę, czy ona, a może razem, ale pamiętam to głosowanie i ten właśnie kluczowy czerwiec 1989 roku. Głosowaliśmy w moim byłym przedszkolu, które jest w tym kwadracie kilku z głównych ulic centrum, gdzie mieszkaliśmy. Tam również była Obwodowa Komisja Wyborcza i tam odbywały się głosowania, dlatego to przedszkole jeszcze bardziej utkwiło mi w pamięci.
Michał Przeciechowski, ur. 1980

Biuro Prasowe

5 kwietnia [1989 roku] skończyły się obrady Okrągłego Stołu, a myśmy 15 kwietnia przystąpili do organizowania wyborów, które były 4 czerwca. Proszę sobie wyobrazić, ile rzeczy trzeba było zrobić. Po pierwsze wybrać [kandydatów], a po drugie tak przygotować wybory, żeby ludzie wiedzieli, jak głosować. Ogrom pracy – chcę podkreślić – był to ogrom pracy. We dwójkę, razem z Wackiem Białym (który już nie żyje) tworzyliśmy Biuro Prasowe [odpowiedzialne za wszystko], co wiązało się z mediami. Przygotowywaliśmy kandydatów do występów w radiu i telewizji, pisaliśmy codzienną gazetkę, bo wychodziła gazetka [informująca] o tym, co dzieje się w Komitecie Obywatelskim. Robiliśmy tysiące rzeczy, które były związane z szeroko rozumianą nie tyle propagandą, co kampanią wyborczą. Mam [jeszcze] identyfikatory – jeden tymczasowy, bez zdjęcia, i drugi ze zdjęciem, na którym widnieje napis „Solidarność” zrobiony solidarycą, bo tak się mówiło na [krój pisma z logo „Solidarności”] – z pieczątką: „Komitet Obywatelski «Solidarność» Województwa Lubelskiego”, z adresem: Lublin, Krakowskie Przedmieście 62 i telefonem. Pod nim podpis: Jadwiga Koc. Biuro Prasowe.
Przychodziłam rano i zbierałam wiadomości o tym, co wydarzyło się w regionie. [Z innych komitetów] dzwonili i mówili, czy mają jakieś istotne informacje. Na mojej głowie była organizacja biura prasowego, konferencji prasowych, przygotowywanie [do nich] kandydatów. Na przykład przychodzili dziennikarze i chcieli się umówić na wywiad z kandydatem albo chcieli rozmawiać z Tomkiem Przeciechowskim, czy z kimś innym. Teraz to jest śmieszne, ale wtedy tak naprawdę rodziło się niezależne dziennikarstwo.
Jadwiga Koc, ur. 1959

Pracowałam w laboratorium na terenie lokomotywowni. Mieliśmy bardzo ścisły związek z warsztatem, który dokonywał napraw lokomotyw spalinowych. Robiliśmy dla pracowników tego wydziału różne analizy. Wiem, że od późnej jesieni 1979 roku, kiedy były trudne warunki atmosferyczne, ludzie zaczęli się buntować z powodu złych warunków pracy. Warunki były koszmarne, było bardzo zimno, warunki socjalne żadne, wprawdzie była łaźnia, ale taka naprawdę jej nieprzypominająca. Zarobki były straszne. Robotnicy nie wytrzymywali nerwowo. Do dyrekcji udawały się delegacje. Pracownicy lokomotywowni chodzili i próbowali zwrócić uwagę na swoje warunki bytowe i płacowe, ale nikt się tym nie przejmował. Wszędzie byli zbywani. W 1980 roku brakowało wszystkiego, również części do lokomotyw. Żeby naprawić lokomotywę pracownicy musieli wykonywać ręcznie te części i przez to opóźniał się proces naprawy danej lokomotywy i zdarzało się, że lokomotywa na czas nie była wydana i wtedy pracownicy tracili premie, co było oburzające. Dziś, gdy słyszę, że ludzie mówią, że w Świdniku zaczęło się od kotleta to mnie to denerwuje. Ja wiem, że jak człowiek jest głodny to jest zły, ale tu przyczyna była zgoła inna.
Renata Ostapczuk, ur. 1950

Miałem wtedy praktykę studencką, zawodową, w Zakładach Mięsnych w Lublinie na Turystycznej. Któregoś dnia po przyjściu do pracy, po prostu nie zostałem wpuszczony na teren zakładu. Okazało się, że jest strajk. Przez bramę widziałem tłum ludzi w białych kitlach przed budynkiem biurowca. Już było wiadomo, że coś się dzieje na kolei. Nie pamiętam, czy tego dnia jeszcze komunikacja miejska jeździła, czy już nie, ale wkrótce stanęła. Pojawiła się jakaś komunikacja zastępcza. Szczegółów nie pamiętam, w każdym razie przez kilka dni miasto rzeczywiście żyło tym strajkiem, bo nie sposób było tego nie zauważyć, głównie z powodu braku komunikacji miejskiej. Pojawiły się ciężarówki, które próbowały dowozić ludzi do pracy, zamiast MPK. Dworzec kolejowy w Lublinie przeniósł się chyba, o ile pamiętam, do Motycza i pasażerowie byli ciężarówkami, czy autobusami dowożeni do Lublina. Z tego, co pamiętam, pojawiły się fajne objawy solidarności ludzkiej, ponieważ było ciężko gdziekolwiek dojechać, zatrzymywały się samochody prywatne i ludzie podwozili się. To był taki pierwszy objaw solidarności, wtedy jeszcze przez małe „s”, który pamiętam.
Wojciech Guz, ur. 1959

Lublin w czasie strajków w lipcu 1980 r. Transport zastępczy w Lublinie, na przystanku przy ul. Buczka, obecnie ul. Zamojska, fot. Grzegorz Józefczuk [archiwum autora]

 

W lipcu 1980 roku w Lublinie panowała euforia. Byłam wówczas z dziećmi pod Lublinem. Przyjechałam do Lublina po prowiant i nie mogłam się dostać z powrotem do moich dzieci. Natomiast widziałam ludzi na dworcu – nikt nie narzekał, że nie może wyjechać z Lublina. To była wielka euforia, wielka radość, że coś się dzieje, nie było narzekania, że muszę się gdzieś dostać, a nie mogę, to była fantastyczna atmosfera, wielka radość, taki oddech wolności.
Danuta Michocka, ur. 1938

Ludzie o strajku różnie mówili, ale dość często się słyszało: „dobrze im tak, nareszcie im dołożą, wreszcie się skończy ich panowanie, być może dobry wujek, czy stryjek ze Wschodu się odczepi itd.”. O, takie rzeczy, takie rozmowy były. (…) Co jeszcze zapamiętałem? Masę ulotek. Wszędzie, nie tylko dawanych do rąk, ale wszędzie, ponaklejanych na ścianach, na słupach.
Marian Mika, ur. 1947

Wszystkich ogarnęła ogromna euforia. Chodziliśmy do pracy piechotą wskutek strajków i nikt nie złorzeczył. To był taki waży moment, bo ludzie poczuli swoją siłę. Zobaczyliśmy, że jest nas dużo takich, którzy myślą inaczej niż władze by sobie tego życzyły.
Halina Capała, ur. 1950

Nieprawdą jest, że ludzie psioczyli na kolejarzy, że nie mogą nigdzie dojechać. Przychodzili i mówili, że dobrze, że strajkujemy. Dziękowali nam.
Stanisław Dobosz, ur. 1935

Wyb. Wioletta Wejman

Słowa kluczowe