Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Teatr NN

Historia mówiona

Program Historia Mówiona realizowany jest w Ośrodku „Brama Grodzka – Teatr NN” od 1998 roku. Polega on na rejestrowaniu, opracowywaniu oraz udostępnianiu wspomnień mieszkańców Lublina i Lubelszczyzny. Zebrane wspomnienia – od całych biografii po drobne szczegóły i wrażenia – budują obraz przeszłości miasta i regionu, zachowując go dla przyszłych pokoleń. W archiwum Pracowni Historii Mówionej znajdują się wspomnienia ponad 2 500 osób. To ponad 5 200 godzin rozmów. Główne tematy poruszane w trakcie rozmów to: dzieciństwo, życie codzienne, szkolnictwo, wielokulturowość, kultura ludowa Lubelszczyzny, stosunki polsko-żydowskie, II wojna światowa, Zagłada, opozycja polityczna i niezależny ruch wydawniczy w PRL, życie kulturalne w Lublinie oraz wspomnienia związane z przełomem politycznym w 1989 roku. Relacje udostępniane są online na stronie www.historiamowiona.teatrnn.pl.

 Łukasz Kijek

Historia mówiona
Tadeusz Mańka i Ewa Michońska, autor nieznany, zbiory Ewy Michońskiej. Logo Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” Województwa Lubelskiego, zbiory Ewy Michońskiej.

OKRĄGŁY STÓŁ

Niezwykle ważna i bardzo pozytywna rzecz
Stasio Węglarz przywiózł wiadomość z Warszawy, z posiedzenia „Krajówki”, że władze chcą rozmawiać, i pytanie, co my na to, czy my się zgadzamy. Wśród nas byli ludzie, którzy mówili: „Nie, my tu z komunistami...”. Większość uważała, że należy rozmawiać, bo nie doczekamy już takiego zaangażowania społeczeństwa, jak w czasie pierwszej „Solidarności”. Dla mnie niezwykle ważna i bardzo pozytywna rzecz to był Okrągły Stół. Wiedzieliśmy, że nie damy inaczej rady, tylko trzeba rozmawiać i coś wywalczyć w rozmowach.
Z naszego regionu Stasio Węglarz został oddelegowany i jako członek Komisji Krajowej wszedł w skład negocjatorów przy Okrągłym Stole. Przywoził różne wiadomości, kiedy zaczęły się rozmowy. Chcieliśmy, żeby związek zaczął działać – liczyliśmy, że jeżeli będzie on samodzielny, niezależny, jeżeli będzie mógł działać jako związek zawodowy, to z czasem, po latach, może coś wywojujemy – władze będą po trochu ustępować. Jeżeli ktoś mówi, że oczekiwał wtedy wiele, dla mnie jest to nieprawda. Niczego nadzwyczajnego się nie spodziewaliśmy. Dlatego efekt Okrągłego Stołu, trzydzieści pięć procent do Sejmu, sto procent do Senatu, był dla nas ogromnym zaskoczeniem. Dziwiliśmy się, że komuniści na to wszystko się zgodzili.
Andrzej Sokołowski

Fasada „dialogu”?
Dla mnie polityka zaczęła się trochę wcześniej. Sympatyzowałem mocno z KPN-em, kolportowałem jakieś gazetki. Nie wierzyłem w Okrągły Stół, tak jak całe moje środowisko. Kiedy się zaczął, uważaliśmy, że komuniści robią nas wszystkich w jajo. Prawda jest taka, że ja zacząłem w trakcie Okrągłego Stołu wierzyć w jego powodzenie, bardzo powoli. Nie wychodziłem z założenia, jak dzisiaj wielu opowiada, że to była zdrada. Obawiałem się raczej, że to kolejna fasada „dialogu”, która ma wykazywać dobrą wolę reżimu, nie spełniając jednocześnie postulatów opozycji. Uważałem, że negocjacje z komunistami są drogą wyjścia z tego wszystkiego, ale nie wierzyłem w ich dobrą wolę. Prawdę mówiąc, zacząłem wierzyć, kiedy usłyszałem o Senacie, czyli o tym, że mogą być wolne wybory do tej Izby. Wtedy zacząłem sobie układać, że to może mieć sens, że może oni tym razem nie dadzą rady nas oszukać, że powstają fakty dokonane, z których trudno będzie się im wycofać. Wtedy też zdecydował się kandydować Darek Wójcik. Startował przeciwko kandydatowi z Komitetu Obywatelskiego. Trzeba było wybrać między KPN-em i KO. Wtedy uznałem, nie znając tych wszystkich subtelności i rozmów Leszka Moczulskiego z otoczeniem Wałęsy, że KPN źle robi, występując przeciwko kandydatom Lecha Wałęsy.
Marcin Celiński

KAMPANIA WYBORCZA W LUBLINIE


Pytania i odpowiedzi
Spotkania wyborcze organizowali miejscowi działacze, zapraszali mnie i z reguły wysyłali samochód, bo ja do dziś nie umiem jeździć. Ludzi przeważnie przychodziło dużo, nawet w niepogodę. (...) Na spotkaniach ludzie pytali, czy Ruscy przyjdą, jaki jest nasz stosunek do komunistów, co z cenami. Rolnicy skupiali się na warunkach materialnych, pytali, czy będzie drożyzna. Inteligencja pytała, czego będziemy uczyli w szkołach. Odpowiadałem: „Co ci wiedza i serce mówi, możesz, nauczycielu, mówić bez ograniczeń – i powinieneś mówić”. Interesowali się, czy komunistyczni działacze poniosą konsekwencje. Odpowiadaliśmy, że konsekwencje tak, ale prawne, terroru nie będzie, prawo będzie decydowało o tych sprawach. Poruszano temat gospodarki, ale robotnicy mówili nie tyle o prywatyzacji zakładów, co o reformie nieudolnej gospodarki PRL. Natomiast rolnicy uparcie trwali przy prywatnej własności ziemi. Atakowali PGR-y (Państwowe Gospodarstwa Rolne), ośmieszając ich nieudolność.
Zygmunt Łupina

Spotkania z wyborcami
Mańka sam jeździł swoim samochodem na spotkania wyborcze. Dlatego tyle tych wieców mogliśmy obskoczyć. Jeździliśmy również po wsiach. Spałam krótko, ciągle w trasie, ludzie zapraszali nieraz po wiecach do siebie, do swoich miejscowości czy zakładów pracy. Na odpowiedź, że my już jutro nie mamy czasu, pytali, o której mamy ostatnie spotkanie. Mówiłam, że o 20.30. W odpowiedzi słyszałam: „To przyjdźcie po nim, będziemy czekać”.
A jeśli ktoś się nie dopchał, nie zadzwonił, nie umówił spotkania z nami, to pytał: „No a rano?”. – „Zaczynamy o 9”. – „To my będziemy czekali o 7”. Faktycznie 23 maja o godzinie 7 mieliśmy spotkanie w centrali rybnej, nie pamiętam gdzie. Dziennie, szczególnie w drugiej połowie maja, jak się trafił dzień z sześcioma wiecami, to było mało... Bo zdarzało się dziesięć i więcej, na przykład 23 i 26 maja. (...) Wystąpienia Mańki przeważnie były przygotowane. On przemawiał, a potem następowały pytania. Na ich część odpowiadał on, a na część ja. Muszę przyznać, że Mańka bardzo szybko i sprawnie się wypowiadał. Na placu Litewskim w Lublinie to on wypadł najlepiej z wszystkich kandydatów. Taki był wtedy odbiór jego wystąpienia. Budził wśród ludzi duże zaufanie. Mówił krótko i mocno, a tego ludzie chcieli słuchać. Nie przypominam sobie, żeby na wiecach miał jakieś specjalne kłopoty.
Ewa Michońska

Akcja plakatowanie
Byłam odpowiedzialna za plakatowanie. Pracowałam przy tym z Wojtkiem Kowalskim. Mieliśmy w komitecie do dyspozycji taką małą kapciurkę. Przyjeżdżał samochód załadowany plakatami i ulotkami, a myśmy to rozsyłali na całe województwo.
Był duży problem, bo przecież trzeba było w każdej wsi i w każdym miasteczku znaleźć ludzi, do których można było to wrzucać, nie dalibyśmy rady sami biegać po każdej miejscowości, żeby to rozwieszać. Bardzo nam pomógł Janusz Winiarski z ludźmi z „Solidarności” Rolników Indywidualnych.
Pracowaliśmy z Wojtkiem często całą noc, czasem ktoś nam pomagał. Pamiętam, że jak wychodziliśmy o trzeciej, czwartej rano, mieliśmy radość, bo na „ich” plakatach były dopisane bądź dorysowane różne fajne komentarze. Nasza młodzież działała. W ciągu dnia to znikało.
Był też problem z dostarczeniem plakatów do poszczególnych miejscowości, ale z czasem zgłosili się ludzie z samochodami, którzy to rozwozili. Był taksówkarz – nie pamiętam, jak się nazywał – on najczęściej nam pomagał, oczywiście za darmo. Do niektórych wystarczyło zadzwonić, sami przyjeżdżali i odbierali, ale nie wszyscy mieli telefon, były trudności – nie było przecież Internetu, telefonów komórkowych. W Lublinie zgłaszali się ludzie do rozwieszania plakatów, robiliśmy to też sami.
Kiedyś zastanowiło nas to, że kilku młodych ludzi przychodzi, bierze duże ilości plakatów i ulotek. Po bardzo niedługim czasie przychodzą po następne i tak kilka razy dziennie. Zaczęliśmy podejrzewać, że to od „czerwonych” biorą i gdzieś wyrzucają. Sprawdziliśmy – nie wyrzucali. Jak się dowiedzieliśmy później – był to Marcin Celiński z kolegami. Pomagali nam też nasi harcerze niezależni. Pamiętam też Michała Stanowskiego.
Do przyklejania plakatów robiło się klej domowym sposobem, tak samo jak w stanie wojennym – z mąki. Do wrzątku wlewało się rozrobioną z wodą mąkę i szybko mieszało, żeby nie zrobiły się grudy. Przelewało się do wiaderka i jak była odpowiednia gęstość, pędzlem malarskim rozprowadzało się i przyklejało plakaty. Była taka wojna plakatowa – jedni drugim zaklejali plakaty.
Barbara Pastuszek

4 CZERWCA W LUBLINIE

„Szelest długopisów”
4 czerwca była słoneczna niedziela, poszedłem głosować z żoną. Niepowtarzalny był szelest, kiedy ludzie długopisami skreślali listę krajową, bo to się słyszało, stojąc w kabince. Myślę, że dla bardzo wielu ludzi było to wyraźnie odreagowanie psychiczne. Powiadają, że pierwszy, czyli Kozakiewicz, i ostatni, nie pamiętam kto, ktoś na „Z”, tylko dlatego przeszli, że ludzie kreślili znakiem „X” na całej karcie do głosowania i te dwa nazwiska omijali. Jestem starym korektorem i nie popełniłem tego błędu. Każdego wykreśliłem bardzo starannie, korektorską metodą i nie było wątpliwości, u mnie nikt z tej listy nie przeszedł.
Józef Krzyżanowski

Mąż zaufania z ramienia PZPR wyszedł i już nie wrócił
Istniała obawa fałszerstwa, dlatego w każdej komisji wyborczej znalazła się jedna osoba, co najmniej w randze wiceprzewodniczącego, wyznaczona przez Komitet Obywatelski „Solidarności” do pilnowania przebiegu wyborów. Oprócz tego każda partia, każda grupa, która startowała w wyborach, mogła mieć w komisji swojego męża zaufania, czyli kogoś, kto nie wchodził w skład komisji, ale mógł patrzeć na ręce, obserwować wszystkie czynności. Byłem właśnie takim mężem zaufania w jednej z komisji wyborczych w Lublinie. Mieściła się w budynku tak zwanego motelu przy ulicy Prusa. Ciekawie było po zamknięciu lokali. Liczenie odbyło się w taki sposób, że wszystkie kartki z urny zostały wysypane na stół. Należało opracować jakąś procedurę liczenia tego wszystkiego. Oprócz mnie w komisji był mąż zaufania z ramienia PZPR. Pamiętam, że wziął jedną kartkę, przeczytał, wziął drugą, przeczytał, kolejną, jeszcze jedną… Po czym wyszedł i więcej nie wrócił. Nie wiem, co tam zobaczył, ale miałem wrażenie, że coś go przeraziło.
Właściwie nie powinienem się do tego przyznawać. Żaden z członków komisji nigdy w czymś takim nie uczestniczył. W ogóle nie byli przygotowani, żeby cokolwiek liczyć. Bardzo trudno było im się zorganizować. Ja jako mąż zaufania nie miałem prawa w to ingerować, mogłem tylko obserwować. Po pewnym czasie, widząc, jak oni to nieudolnie robią, zacząłem im doradzać, w jaki sposób zorganizować liczenie. W pewnym momencie wszyscy padli i posnęli. I co? Wziąłem to wszystko i policzyłem, uczciwie. Oni potem, nie sprawdzając niczego, podpisali protokół. Więc jeżeli ktoś mógłby sfałszować, to ja. Oni po prostu nie byli w stanie sobie z tym poradzić. Nie wiem, co by się stało, gdybym zachował się tak, jak powinienem się zachować – czyli nic nie zrobił. W końcu pewnie zostaliby zmuszeni do policzenia przez komisję nadrzędną. Po podpisaniu protokołów komisja miała obowiązek zawieźć wyniki do komisji miejskiej. O ile pamiętam, ta komisja urzędowała w ratuszu. Uparłem się, że jadę z nimi, żeby po drodze coś się nie stało.
Andrzej Pleszczyński

Wybory okiem członka Okręgowej Komisji Wyborczej w Lublinie
Zostałem wiceprzewodniczącym Okręgowej Komisji Wyborczej w wyborach do Sejmu 1989 roku. W wyborach do Senatu komisja nazywała się trochę inaczej, Wojewódzka Komisja Wyborcza. Jej wiceprzewodniczącym był pan Włodzimierz Blajerski, z poruczenia Komitetu Obywatelskiego. Przewodniczącymi we wszystkich tego typu komisjach zostali chyba przedstawiciele strony rządowej.
Okręgowa i Wojewódzka Komisja Wyborcza rozstrzygały wiele występujących na bieżąco problemów. Nie chciano na przykład dopuścić do głosowania osób, które mieszkały w tak zwanym mędrku. Na miasteczku uniwersyteckim stoi budynek, który wtedy stanowił mieszkanie dla wielu młodych asystentów UMCS i ich rodzin. Oni się tam gnieździli w takich niewielkich klitkach, ale mieli jakieś lokum, co w warunkach PRL było sprawą istotną. Powiedziano im, że ponieważ część z nich w ogóle nie jest zameldowana w Lublinie, to nie będą głosować. To dotyczyło również studentów. Uważam to za pociągnięcie polityczne. Pamiętam, że rozstrzygnięcie było na ich rzecz, za naszą sprawą. Zainteresowani długo to pamiętali.
Przez kilkadziesiąt lat nie funkcjonowały demokratyczne procedury, stąd udział w wolnych wyborach stanowił nowość. To były pierwsze zachowania demokratyczne i bardzo ważne społecznie, bo pokazywały podmiotowość społeczeństwa.
W miarę jak napływały informacje o wynikach głosowania, widziałem, że stronie rządowej rzedły miny. Oni się chyba jednak nie spodziewali, że porażka będzie tak znacząca. Szczególnie, że przy okazji wyszła kwestia listy krajowej, która gdyby była kreślona na krzyż, dokładnie od rogu do rogu, to by wszyscy przepadli. Część ludzi kreśliła takim zamachem, że w efekcie pierwszy kandydat i ostatni ocaleli.
Zawiozłem wyniki wyborów do Warszawy. Nie odważyłem się zasnąć do momentu, póki nie wsiedliśmy do samochodu, jadąc z wynikami. Wybory trwały dwa dni – moment samych wyborów, potem obliczanie głosów, przewiezienie wyników. To nie było tak, że w jednej chwili wyniki przychodziły z poszczególnych gmin i natychmiast je zliczano. Nie było zresztą takiego uzbrojenia technicznego, jakie jest dzisiaj, gdy wrzuca się do komputera informacje i za moment są wyniki. Całkiem inaczej wyglądało to w tamtym czasie. Choć było też elektroniczne stałe zabezpieczenie, oczywiście jak na możliwości tamtego okresu. Zasnąłem w służbowym samochodzie wiozącym nas do Warszawy z wynikami zbiorczymi, wcześniej dwie noce nie spałem. Po przebudzeniu wystraszyłem się, że coś się stało. Na szczęście nie.
Paweł Bryłowski


ZNACZENIE WYBORÓW 4 CZERWCA


Analogia do Powstania Warszawskiego
Byłem uderzony pewnymi rzeczami. Między innymi moja ręka odegrała tu pewną rolę. W bliższych rozmowach często moich rozmówców intrygowało, dlaczego nie mam prawej ręki. Ja im wtedy mówiłem wszystko o Powstaniu Warszawskim, w którym zostałem ranny. Wtedy pojawiało się porównanie. Zwłaszcza w środowiskach robotniczych, z którymi szczerze rozmawialiśmy. Mówili mi: „Wie pan, to my robimy to samo, co wyście w powstaniu chcieli zrobić, tylko my teraz inaczej walczymy”. Ja odpowiadałem: „No tak, jak najbardziej, ja się z wami zupełnie zgadzam”. To ta sama idea, myśmy też walczyli, żeby Polska była niezależna i niepodległa. W tej chwili to jest rodzaj powstania, tylko broń Boże, nie możemy używać siły, bo panuje inna sytuacja. Byłem tym absolutnie uderzony, że oni do tej analogii doszli.
To zostawało w pamięci tych właśnie ludzi. Wielkim patriotą był ksiądz Brzozowski. Czasem mówił: „Słuchaj, bardzo dobrze, że ty tę tradycję powstańczą przedstawiasz”. Chodzi przecież o patriotyzm. Oficjalnie „Solidarność” była związkiem zawodowym. Dla mnie było rzeczą zupełnie jasną, że pod całą walką o prawo związkowe jest też kwestia uzyskania pełnej niepodległości.
Jerzy Kłoczowski

To był sukces
To był po prostu plebiscyt. Polacy wówczas powiedzieli, czego chcą, jaki ma funkcjonować system w Polsce. To niezwykle ważne wydarzenie. Mimo że wybory nie były w pełni demokratyczne. W takim stopniu, w jakim były demokratyczne – były demokratyczne w stu procentach. Osiągnęliśmy to, co chcieliśmy osiągnąć od lat. Społeczeństwo wypowiedziało się, jakiej Polski chce. Niezależnie od tego, że obowiązywała umowa Okrągłego Stołu, to jednak w skali globalnej Polacy powiedzieli komunistom „dziękujemy”. Uważam, że wybory roku 1989 to wydarzenie przynajmniej tak ważne, jak uzyskanie niepodległości w 1918 roku. Drogą parlamentarną, drogą głosowania, jakby referendum, naród wypowiada się, jakiego ustroju chce, w jakim kierunku chce zmierzać. To niespotykane na skalę światową wydarzenie.
Mieliśmy do zagospodarowania pewną przestrzeń i robiliśmy wszystko, żeby ją zagospodarować maksymalnie, w stu procentach. I to osiągnęliśmy. Byliśmy wykonawcami tego, co zostało postanowione, i trudno było nad tym się zastanawiać, dyskutować. Dopiero potem, po tych wyborach, po przejęciu władzy zaczęły się głosy, że to była umowa niedemokratyczna. Pojawiały się tego rodzaju komentarze i zarzuty, zresztą stawiane przez ludzi, którzy się w ogóle nie przyczynili do uzyskania niepodległości przez Polskę. Ale zostawmy to. Ja się nad tym w ogóle nie zastanawiałem. Nie miałem czasu na myślenie, na rozpamiętywanie. Co, miałem siąść i płakać, że takie są ustalenia? Ja miałem zagospodarować to, co mi dano do zagospodarowania, pokazać, że potrafię to zrobić. To było niezwykle ważne, że w ramach tych trzydziestu pięciu procent jesteśmy w stanie wziąć wszystko. To się powiodło. I to jest sukces.
Tomasz Przeciechowski

 

Słowa kluczowe