Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Teatr NN

Historia Mówiona [2]

Relacje z Pracowni Historii Mówionej Ośrodka "Brama Grodzka - Teatr NN".

Wyb. Wioletta Wejman

Jacek Ossowski, ur. 1929

Ulice Starego Miasta były oświetlone lampami gazowymi. Pod wieczór chodził urzędnik z gazowni z długim kijem i zapalał lampy. Rano musiał je gasić i znów zapalać. Miał specjalną, okrągłą czapkę i kij, na końcu którego był haczyk. Przy lampie zawsze wisiał okrągły drut i on tym kijem zaczepiał o to kółko, pociągał i wtenczas ona się zapalała. Każdą lampę musiał zapalić oddzielnie. A lamp było dużo. Niektóre były wolno stojące, niektóre były przyczepione do muru. Lampa była kształtu sześciokątnego. Dawała inny kolor niż lampy elektryczne. Zielonkawy, seledynowy, chłodny. To było bardzo romantyczne.

 

Zofia Matysiak, ur. 1927

Samochodów było mało. Pamiętam tylko, że jeden pan miał fiata. Na skrzyżowaniu ulic ten samochód zatrzymywał się. Trzeba było wyjść z korbą i zakręcić silnik. Kiedy coś zaskoczyło, samochód jechał dalej. Miasto można było przemierzyć dorożką. Autobusów miejskich było niewiele. Zapamiętałam zajezdnię autobusów międzymiastowych. Mieściła się z tyłu Ratusza, między ulicą Nową a Świętoduską. Stamtąd wyjeżdżaliśmy na wakacje do Puław czy Kazimierza. Po drabince, znajdującej się z tyłu, wchodził kierowca albo konduktor i umieszczał nasze bagaże. Na wierzchu było specjalne miejsce, gdzie kładło się wszystkie kosze, walizy i toboły. Przywiązywało się je pasami. Do tego można było też wynająć bagażowych. Najczęściej tymi bagażowymi byli Żydzi. I oni właśnie podawali te wielkie toboły na wierzch. W okresie wakacyjnym przez miasto jechała taka piramida.

 

Czesław Luty, ur. 1922

Można było kupić hajse bubałe. To były babeczki wypiekane z mąki i kaszy gryczanej. Jadło się je na gorąco, przecinając je w trzech miejscach. Sprzedawano je w ceramicznych foremkach, tak jak teraz niektóre znicze. Były gorące. Żydówka trzymała to w koszu nakrytym parcianym workiem i chodziła po ulicy. Na Lubartowską bały się wychodzić, bo policjanci nie pozwalali. Wołały: „Hajse bubałe! Hajse bubałe!”. Najczęściej kupowali je Żydzi. Nie miałem do tego zaufania, ale raz się skusiłem. Przeciąłem babeczkę na trzy i włożyłem plasterek masła. To było pyszne.

 

Mosze Korn, ur. 1918

Matka była chora i nie mogła prowadzić swojego małego sklepiku. Nie dawała rady dźwigać paczek z towarem, które ważyły 15 kilo. Bieda była duża. Mieszkaliśmy w jednym pokoju. Podłoga była z ziemi. Kiedy na dworze padał deszcz była zimna i wilgotna. Znajomy stolarz widział, jak żyje moja rodzina. Dwa razy w tygodniu dawał nam trociny ze swojego warsztatu. Kładliśmy je na ziemię.
Głodu nie było, bo był chleb. Jedliśmy go ze wszystkim. Zupa zawsze była z chlebem. W niedzielę mama kupowała kilo cukru. Kroiła chleb na małe kawałki i posypywała cukrem. Jedliśmy też kartofle. Jak na zimę w piwnicy mieliśmy kartofle, to było coś. Wtedy było w domu wesoło. W lecie chodziliśmy boso. Lepiej ubierałem się w sobotę i święta. W 1935 roku moja siostra wyszła za mąż za bogatego człowieka. Miał sklepy na Krakowskim Przedmieściu. Posłała po stolarza, żeby zrobił podłogę w naszym domu. To był dla nas raj. Co tydzień dawała matce kilka złotych, żeby było można lepiej zjeść.

 

Eliezer Orenstein, ur. 1919

W ostatnim roku przed wojną pracowałem we młynie parowym. Robiłem wypłaty. Były co środę. Mieliśmy czterdzieści, pięćdziesiąt robotników. To było w czerwcu. Spacerowałem po Krakowskim Przedmieściu i widziałem jednego z robotników, jak stał i pikietował. Nie dawał Polakom wejść do sklepu żydowskiego. To był sklep z artykułami piśmiennymi braci Kestenberg. W środę podszedłem do niego i powiedziałem: „Żyjesz z pracy, pracujesz u Żydów. Jesteśmy z ciebie zadowoleni. Jak ty możesz tam stać? Tak się nie robi”. Ostrzegłem go, że jeżeli jeszcze raz zobaczę go na pikiecie, to nie będzie dla niego miejsca u nas.

 

Jochewed Flumenker, ur. 1919

Na Święto Konstytucji 3 Maja i na Święto Niepodległości, 11 listopada, chodziłyśmy do synagogi. Podczas uroczystości było przemówienie rabina i pochwały dla prezydenta Mościckiego. Rabin mówił ładną polszczyzną. Potem była defilada. Szły wszystkie szkoły. Nasza jako ostatnia szkoła żydowska.

 

Zofia Klępka, ur. 1927

Kiedyś od Bramy Krakowskiej do Kowalskiej szła ulica Nowa. Po jednej stronie były kamienice, po drugiej stronie rynek oraz kramy i budy z pieczywem. W głębi był targ, a na nim cały rząd jatek, pełno mięsa. Żydówki na placu handlowały śledziami w beczkach i kiszonymi jabłkami w wiadrach. Każdy, kto chciał takie jabłko, to kupował na sztuki.
Przy ulicy Nowej było mnóstwo sklepików. Wędliniarnia polska, a dalej galanteria i sklep bławatny Chawkina. Kiedy moja mama przechodziła obok tego sklepu wołał: „Pani Trojniakowa, mam dla pani sam cymes!”. Wszystko było cymes, wyciągał belki materiału i rozkładał: „To na bluzeczki, to na mundurki, to dla Zosi, to dla Irenki, to dla pani. Och, co ja tu mam dla pani!”. „Panie Chawkin, ale ja nie mam tyle pieniędzy przy sobie”, „A czy ja się pani pytam o pieniądze. Niech pani bierze i niech pani idzie z Bogiem. Ja się pani nie pytam, bo pani i tak przyniesie”. Mama pierwszego brała wypłatę i rozliczała się.

 

Anna Mass, ur. 1921

U nas w domu czulent robiło się klasycznie: z kartofli, cebuli, soli, pieprzu i kiszki wołowej. Oczyszczoną kiszkę wołową z łojem kupowało się na metry w jatkach żydowskich. I potem te czyste, wyskrobane, pachnące kiszki nadziewa się bułką, solą i pieprzem. Nic się więcej nie dodaje. Potem trzeba to zszyć. Do żeliwnego garnka kładzie się kartofle, a na wierzchu nadzianą kiszkę. Garnek zamyka się przykrywką, okręca szmatami i papierem z wierzchu. To musi się dobrze trzymać, żeby para nie ulotniła się. Tłuszcz ścieka na kartofle, a one rumienią się przez dobę siedząc w piecu. W domu był kaflowy piec z duchówką. Jak tam się napaliło i wstawiło czulent to na drugi dzień wyjmowało się gorący. Miał taki kolor, jaki powinien mieć.

Słowa kluczowe