Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Teatr NN

Głośniej nad Spółdomem

Przed II wojną światową Spółdom stał się dumą i wzorem żydowskiej spółdzielczości, a z czasem najlepszym przykładem żydowsko-polskiej współpracy. Chociaż był dziełem ludzi o skrajnie różnych poglądach, nie było w nim miejsca na walkę polityczną. Celem spółdzielni była budowa tanich i nowoczesnych mieszkań, które będą wspólnym domem ludzi różnych przekonań i religii. Twórcą i spiritus movens Spółdomu był Lejb Geliebter. Jego talenty organizacyjne przewyższały wszystkich w Lublinie i skrojone były chyba na potrzeby znacznie większego i zamożniejszego miasta. Mierzył wysoko, a w snutych przez siebie planach sięgał coraz wyżej i dalej i jakimś nadludzkim wysiłkiem piął się na szczyt. Będąc na samej górze, potknął się, a wraz z jego talentem wypaliły się na zawsze ambitne plany Spółdomu.

Piotr Nazaruk

Głośniej nad Spółdomem
Rada, Zarząd i mieszkańcy Spółdomu na podwórzu kamienicy na Probostwie. Na lewo od siedzącego w środku Lejba Geliebtera być może inż. Henryk Bekker. Na fotografii znajduje się także Jakow Nisenbaum (jako jedyny w drugim rzędzie od góry), Szaul Stupnicki (stoi w drugim rzędzie od dołu po lewej stronie) oraz prawdopodobnie Aron Jakow Kantor (siedzi ostatni w drugim rzędzie od dołu po prawej) i Mojsze Gradel (pod Nisenbaumem w ciemnej marynarce), Spółdom… 1930.

UŁAGODNIENIE GŁODU

Spółdzielcze Stowarzyszenie Mieszkaniowe Spółdom powstało po wyborach samorządowych z czerwca 1927 roku, kiedy większość w Radzie Miejskiej uzyskały lewicowe PPS, Bund i Poalej Syjon Lewica, a prezydentem miasta został Antoni Pączek. Jednym z priorytetów nowej koalicji było uruchomienie znacznych środków finansowych, przekazywanych za pośrednictwem Komitetu Rozbudowy m. Lublina instytucjom i osobom prywatnym, budującym i remontującym domy. W latach 1921-1930 w mieście wybudowano 534 budynki, w których znajdowało się niecałe 3000 izb. W tym samym czasie ludność Lublina wzrosła o ponad 26 tysięcy osób. Tak radykalny wzrost liczby mieszkańców przekładał się na znaczne pogorszenie sytuacji mieszkaniowej, która zaczęła przybierać charakter niemal katastrofy. Wysokim czynszom i narastającemu zagęszczeniu, nawet w lepszych dzielnicach, towarzyszył często zupełny brak instalacji elektrycznych, kanalizacji i bieżącej wody oraz centralnego ogrzewania. Sytuacja wyglądała jeszcze gorzej w tak zwanej dzielnicy żydowskiej. O ile wokół ulicy Lubartowskiej zdarzały się nowoczesne instalacje, a domy były stosunkowo duże, o tyle na Podzamczu i Starym Mieście warunki sanitarne często urągały elementarnym wymogom higieny, a znajdujące się tam budynki niejednokrotnie groziły zawaleniem. Spółdom powstał w celu choć minimalnej poprawy tej sytuacji albo – jak pisali sami przedstawiciele spółdzielni – „dla ułagodnienia głodu mieszkaniowego”. Najpierw na żydowskiej ulicy, a potem w całym Lublinie.

Młoda spółdzielnia uzyskała od miasta ogromne wsparcie. Bez kredytów przyznanych przez Komitet Rozbudowy Miasta jej początkowa działalność byłaby niemożliwa i inicjatywa pozostałaby jedynie w sferze marzeń. Na posiedzeniu komitetu z 9 maja 1928 roku Spółdomowi przyznano pierwszy duży kredyt – 400 tysięcy złotych. Decyzja na jakiś czas wydrenowała budżet komitetu, ale dla Spółdomu była przełomowa i odbiła się dość mocnym echem w lokalnej prasie żydowskiej. Umożliwiała bowiem rozpoczęcie prac budowlanych na placu przy Probostwie, które wkrótce miało stać się miejscem flagowej inwestycji spółdzielni.

Co ciekawe, osoby zaangażowane w powstawanie i rozwój Spółdomu reprezentowały w zasadzie całe spektrum żydowskiej sceny politycznej ówczesnego Lublina. Geliebter był jednym z przywódców ruchu syjonistycznego, w dodatku jego radykalnego odłamu, zwanego syjonizmem rewizjonistycznym. Henryk Bekker oraz związany ze spółdzielnią Mosze Gradel zasiadali w kierownictwie Żydowskiej Partii Ludowej, nastawionej do syjonizmu dość nieprzychylnie i akcentującej raczej potrzebę wzmacniania świeckich społeczności żydowskich w diasporze. Jeszcze ostrzej do syjonizmu ustosunkowany był zapewne Szlojme Herszenhorn, jeden z przywódców lokalnego Bundu, zatem partii programowo antysyjonistycznej. Na orbicie podobnej do Geliebtera, ale zabarwionej dodatkowo religijnie, sytuował się natomiast związany ze Spółdomem Aron Jakow Kantor, rabin i działacz religijno-politycznego ruchu Mizrachi. „Spółdom to jedyne miejsce, gdzie nawet dziennikarz może przyjemnie spędzić godzinę. Przy jednym stoliku siedzą ludzie ze skrajnej lewicy i prawicy, ale nie ma tam żadnych walk partyjnych. Spokojnie analizują plany, projekty i budują” – pisano na łamach „Lubliner Tugblat”.

 
KAMIEŃ Z GROBU PRAMATKI RACHELI

Budowę trzypiętrowej kamienicy na Probostwie rozpoczęto dokładnie 5 czerwca 1928 roku o godzinie 13 od uroczystego wmurowania kamienia węgielnego. Akt erekcyjny spisany w językach polskim, hebrajskim i żydowskim został podpisany przez wszystkich zgromadzonych. Do specjalnego pojemnika, w którym umieszczono akt, Geliebter włożył kilka polskich i palestyńskich monet – oraz – kamień z grobu pramatki Racheli. Rzekomy grób żony Jakuba zwanego Izraelem znajduje się nieopodal Betlejem i stanowi trzecie najświętsze miejsce judaizmu, a za święte uznawane jest także przez muzułmanów i chrześcijan. Geliebter jako syjonista pragnął przenieść się do Palestyny, jednak z różnych względów planów tych nigdy nie zrealizował. Udało mu się jednak odwiedzić Palestynę, a podczas podróży odbyć pielgrzymkę do grobu pramatki. I tak po dziś dzień w fundamentach domu na Probostwie zatopiony jest kamień z jednego z najświętszych miejsc świata, matriarszego grobowca nieopodal Betlejem.

Kiedy chłodną, czwartkową noc sylwestrową 1929 roku rozgrzewał do czerwoności czeski film „Erotikon”, grany na ekranach kina „Wir” przy Krakowskim Przedmieściu, a tłumy kłębiły się pod kinem „Corso”, gdzie występowała bogini Ida Kamińska, na placu przy Probostwie trwała skromniejsza, ale nie mniej piękna uroczystość. Tego dnia wręczono klucze pierwszym lokatorom kamienicy Spółdomu. „Kiedy tam przyszliśmy – relacjonowali Jakow Nisenbaum i Szaul Icchok Stupnicki z „Tugblatu” – zwyczajnie nie poznaliśmy miejsca. Jeszcze niedawno był tam po prostu pusty plac, a dosłownie przed chwilą opisywaliśmy uroczystość wmurowania kamienia węgielnego pod pierwszy dom. A teraz? Wznosi się tu potężny budynek. Poprawka – trzy budynki, a w jednym zamontowano już szyby i instalację elektryczną. Jedynie okna nie są jeszcze zaciągnięte zasłonami i widać przez nie szczęśliwe twarze nowych lokatorów, owych wybrańców, którzy do niedawna mieszkali w jakichś kątach jako współlokatorzy, a teraz mogą cieszyć się własnymi mieszkaniami”.

Decyzja o rozdaniu pierwszych kluczy w ostatnią noc 1929 roku była dobrze przemyślana. Na krótko przed końcem roku zarząd Spółdomu zadał członkom następujące pytanie: czy powinno się kontynuować prace budowlane nim wszystkie mieszkania nie zostaną wykończone i wydać je naraz, czy może przekierować środki na szybsze wykończenie części lokali, dzięki czemu możliwe będzie udostępnienie ich osobom najbardziej potrzebującym? W wyniku dyskusji członkowie spółdzielni postanowili – mimo że wszyscy czekali na swoje mieszkania – wznieść się ponad egoizm i upoważnić zarząd do wykończenia kilku lokali. Przedstawiciele specjalnej komisji odwiedzali wszystkich członków i na podstawie dokonanych przez siebie obserwacji wyłonili grupę pierwszych lokatorów. Przeznaczono dla nich 9 mieszkań w lewym skrzydle kamienicy, które co prawda formalnie należały do innych osób, ale które zajmować mieli jedynie tymczasowo, nim nie ukończy się całego budynku. Dla owej grupy wybrańców był to prawdopodobnie najszczęśliwszy i najbardziej pamiętny sylwester ich życia.

 

Okładka i karta tytułowa broszury „Spółdom”, gezelszaft cu lindern di dires-nojt in Lublin / „Spółdom”, spółdzielnia dla ułagodnienia głodu mieszkaniowego w Lublinie, Lublin 1930. Na okładce front pierwszej kamienicy Spółdomu na Probostwie.Okładka i karta tytułowa broszury „Spółdom”, gezelszaft cu lindern di dires-nojt in Lublin / „Spółdom”, spółdzielnia dla ułagodnienia głodu mieszkaniowego w Lublinie, Lublin 1930. Na okładce front pierwszej kamienicy Spółdomu na Probostwie.

 
NOWA DZIELNICA

Nim oddano do użytku wszystkie mieszkania na Probostwie, w marcu 1930 roku odbyło się kolejne walne zebranie członków Spółdomu, podczas którego Geliebter przedstawił zgromadzeniu ambitny projekt, który najłatwiej określić chyba planem budowy całkiem nowej dzielnicy. Przedsięwzięcie zakładało postawienie szeregu domów, w których łącznie miało znaleźć się 700 izb. Trudno oszacować, jaką ilość budynków zakładał nowy plan Geliebtera. Najprawdopodobniej miały powstać na Probostwie, gdzie Spółdom zakupił dwa duże place pod numerami 12 i 17 o łącznej powierzchni niemal 30 tysięcy metrów kwadratowych. Na pewno wszystkie miały być nowoczesne i stosunkowo tanie w budowie i eksploatacji. Plan z pewnością zakładał także przyłączenie ich do instalacji elektrycznych, grzewczych i sanitarnych, a trzeba pamiętać, że w międzywojniu toaleta znajdująca się wewnątrz mieszkania stanowiła rzadki luksus.

Geliebter i inż. Bekker zreferowali także szczegóły porozumienia, które spółdzielnia zawarła z Towarzystwem Ubezpieczeniowym Przezorność. Towarzystwo zaproponowało Spółdomowi pożyczkę w wysokości półtora miliona złotych, natomiast w krajowych bankach spółdzielnia planowała zaciągnąć kredyt w wysokości kolejnych 500 tysięcy, co dawało sumę tyleż okrągłą, co astronomiczną. Podano również do wiadomości, że dzięki pożyczce udzielonej przez Komitet Rozbudowy Miasta już w lipcu bieżącego roku uda się wykończyć wszystkie mieszkania w dwóch domach przy Probostwie i rozdać klucze nowym lokatorom. Jednocześnie 80 proc. nowych członków Spółdomu opowiedziało się za budową kolejnego budynku także w centrum miasta, a jedynie 20 proc. za kontynuowaniem inwestycji wyłącznie na Probostwie. Opinia nowych członków Spółdomu przeważyła i ostatecznie zdecydowano się na budowę nowego domu również poza Probostwem. Były to pierwsze oznaki pęknięcia, które niebawem nabrało wyraźnych kształtów i uwidoczniło się w postaci podziału na lokatorów starego i nowego Spółdomu.

 

Rada i Zarząd Spółdomu. W środku siedzi Lejb Geliebter, obok niego po lewej stronie być może inż. Henryk Bekker. Drugi od lewej (z charakterystycznym sumiastym wąsem) siedzi Szaul Stupnicki, natomiast mężczyzna z ciemną brodą w górnym rzędzie to zapewne Aron Jakow Kantor, Spółdom… 1930.

Rada i Zarząd Spółdomu. W środku siedzi Lejb Geliebter, obok niego po lewej stronie być może inż. Henryk Bekker. Drugi od lewej (z charakterystycznym sumiastym wąsem) siedzi Szaul Stupnicki, natomiast mężczyzna z ciemną brodą w górnym rzędzie to zapewne Aron Jakow Kantor, Spółdom… 1930.


STARY SPÓŁDOM

Zgodnie z obietnicą złożoną w marcu, latem 1930 roku oddano do użytku wszystkie mieszkania w dwóch budynkach na Probostwie. Na początku lipca zorganizowano tam wystawny bankiet, który miał swojego marszałka w osobie Mosze Gradla, a zaszczytną funkcję kelnera podczas toastów sprawował Jakub Geliebter, brat prezesa spółdzielni. Przybyli tam wszyscy członkowie i sympatycy Spółdomu, natomiast całą ceremonię miał dokumentować znany fotograf Eliasz Funk z atelier Bernardi przy Krakowskim Przedmieściu 60. W imieniu Rady i Zarządu Spółdomu wręczono Geliebterowi złotą papierośnicę z wygrawerowaną dedykacją – prezent w uznaniu dla jego nieskończonej energii i inicjatywy. Następnie lokatorzy unieśli Geliebtera wysoko na rękach, a on – zapewne wzruszony i może nieco zmieszany – zauważył, że to dość rzadkie zjawisko, by działacze społeczni dostawali złote papierośnice zamiast kamieni w głowę.

Kiedy entuzjastyczna atmosfera nieco się uspokoiła, Geliebter zdał szczegółowy raport z dotychczasowej działalności spółdzielni i raz jeszcze przedstawił ambitne plany na przyszłość, które miały już podobno wejść w fazę wstępnej realizacji. Zauważył ponadto, że wkrótce rozpoczną się prace nad budynkiem w centrum miasta – nowym Spółdomem, jak zaczęto już mówić w Lublinie. Relacjonował, że chęć zamieszkania w nim wyraziła znaczna liczba chrześcijan. Było to doprawdy novum w historii spółdzielni, która dotychczas składała się wyłącznie z Żydów. Wyrażano co prawda zaniepokojenie, że planowany budynek będzie wygodniejszy i bardziej nowoczesny, stąd starzy członkowie Spółdomu będą w jakimś sensie poszkodowani, z drugiej jednak strony fakt, że żydowska inicjatywa wzbudziła zainteresowanie wśród Polaków napawał Żydów prawdziwą dumą. Okazało się, że żydowskie przedsięwzięcia mogą być doceniane, a przede wszystkim, że mogą przysłużyć się całemu miastu i wszystkim jego obywatelom.

Kim byli mieszkańcy starego Spółdomu? Większość z nich stanowiła żydowska inteligencja, ludzie, których stać było na zapłacenie przystępnego, ale wciąż stosunkowo wysokiego czynszu. Po wybudowaniu dwóch 3-piętrowych budynków i wliczeniu wszystkich kosztów administracyjnych, miesięczne czynsze na Probostwie oscylowały wokół 25 złotych za jeden pokój. Po dokończeniu trzeciego budynku miały zmaleć o 3-4 złote i wynieść mniej więcej tyle, co tygodniowa pensja niewykwalifikowanego robotnika. W projektowanych budynkach czynsze miały być wyższe i wynosić około 40 złotych za pokój. Dużo, ale i tak znacznie mniej od cen rynkowych, wynoszących w nowym budownictwie prywatnym około 120 złotych za pokój miesięcznie. W starym Spółdomie mieszkali m.in. Najmanowie z dwoma uzdolnionymi muzycznie synami (13-letnim Erwinem i 10-letnim Ludwikiem), Wajnbergowie z 10-letnim synem Szlomą (utalentowanym malarzem) i Dajczerowie, których syn Henryk był stałym korespondentem korczakowskiego „Małego Przeglądu”.

 
NOWY SPÓŁDOM

Uroczyste wmurowanie kamienia węgielnego pod nowy Spółdom, czyli budynek przy Wieniawskiej 6, odbyło się zaledwie miesiąc po lipcowym bankiecie na Probostwie. Na miejscu stawili się przedstawiciele Urzędu Wojewódzkiego, Starostwa, Banku Gospodarstwa Krajowego, Magistratu, Związku Rewizyjnego Spółdzielni Mieszkaniowych, Gminy Żydowskiej i prasy, centrali Prudentiala w Londynie, różnego rodzaju związków zawodowych i kupieckich oraz organizacji społecznych. Oprócz nich pojawili się także wszyscy lokatorzy starego Spółdomu oraz przyszli mieszkańcy Wieniawskiej. Plac zapełniały proporce spółdzielcze oraz flagi państwowe, a przede wszystkim tłumy Polaków i Żydów. Otwierając uroczystość, Geliebter podziękował władzom państwowym i wszystkim instytucjom za ogromne wsparcie okazane Spółdomowi, dzięki czemu spółdzielnia może kontynuować swoją działalność na rzecz społeczeństwa i kraju. Podkreślił jednocześnie, że nowy budynek Spółdomu ma być domem wielonarodowym, mostem porozumienia między Żydami a Polakami w Lublinie.

Po podpisaniu przez oficjeli aktu erekcyjnego, przedstawiciel Urzędu Wojewódzkiego wmurował pierwszą cegłę. Następnie przeniesiono się na Probostwo, gdzie zorganizowano elegancki bankiet. Atmosfera była bardzo przyjazna, ale nad uroczystością zawisł pewien cień. Po tym, jak przedstawiciel Prudentiala wygłosił do zgromadzonych kilka słów po angielsku, wszyscy inni przemawiali w zasadzie wyłącznie po polsku. Nawet Geliebter nie powiedział słowa po żydowsku, a inni wtrącali tylko pojedyncze zdania. Ówczesna prasa żydowska ze zmartwieniem odnotowała ten szczegół i zwróciła uwagę, że przedstawiciele władz państwowych nie mieli możliwości zorientować się, że uczestniczą w przedsięwzięciu budowanym żydowskimi rękami i pieniędzmi. A przecież nie tak dawno rozpisywano się z dumą o żydowskiej inicjatywie, która zdobyła uznanie Polaków. To, że przemawiano praktycznie tylko po polsku część społeczności żydowskiej odebrała jako przykre zacieranie faktu, że Spółdom został założony przez Żydów.

 

Kamienica Spółdomu na Probostwie, widok od podwórza, Spółdom… 1930.

Kamienica Spółdomu na Probostwie, widok od podwórza, Spółdom… 1930.

BUDOWNICZY SOLNESS

Lejb Geliebter chciał budować coraz więcej, wyżej i lepiej. Piął się na sam szczyt, a współcześni widzieli w nim wyłącznie niezłomny optymizm, wręcz fanatyzm w dążeniu do swoich celów, nieprzebrane pokłady inicjatywy, woli, energii i niezłomności ducha. Urodził się w Zamościu w 1874 roku, ale po ślubie z Bejlą Rajzlą Lewinkopf przeniósł się do Lublina, gdzie spędził całe dorosłe życie. Początkowo pragnął rozwiązać problem mieszkaniowy wśród Żydów, stąd pomysł na Spółdom i nowy kwartał na Probostwie. Ale żydowski światek w Lublinie szybko okazał się dla niego za ciasny, potrzebował wypłynąć na szersze wody i oprócz gmachów budować mosty, tym właśnie miał być przecież wielokulturowy dom na Wieniawskiej. Był człowiekiem bardzo skomplikowanym. Z jednej strony odnosił duże sukcesy biznesowe (był właścicielem wielkiego składu bławatnego, prezesem Banku Udziałowego i członkiem Izby Przemysłowo-Handlowej), z drugiej bez reszty poświęcał się bezinteresownej pracy społecznej. Jako skrajny syjonista marzył o emigracji do Palestyny, swoim córkom – Osnat i Abigail – już na początku XX wieku nadawał typowo hebrajskie imiona. Z drugiej jednak strony budował i wzmacniał społeczność żydowską w diasporze i bez żadnych problemów współpracował z ludźmi o diametralnie odmiennych poglądach politycznych. Jego niespokojny duch, szereg talentów i prawdziwych darów niebios zdumiewały współczesnych. A jednak obok towarzyszących mu stale optymizmu i energii, gdzieś głęboko czaił się w nim także bardzo mroczny cień. Przez lata tlił się, ale stopniowo narastał i ostatecznie pochłonął i stopił całą jego duszę. W czwartek 12 listopada 1931 roku około godziny 10 rano Lejb Geliebter popełnił samobójstwo w swoim mieszkaniu przy ulicy 3 Maja 22.

Wiadomość o samobójczej śmierci 57-letniego Geliebtera zelektryzowała cały Lublin. Od Kra-kowskiego Przedmieścia, przez Lubartowską, Piaski, Podzamcze, Wolę i Czechów wszyscy z niedowierzaniem pytali: „Czy to prawda, że nie żyje?”. Przez ostatnie dni Geliebter chorował, jednak każdy był przekonany, że wkrótce wstanie z łóżka z setką nowych pomysłów. Podobno tylko jednemu rejentowi wyznał lakonicznie, że życie już całkiem mu obrzydło. Dzień wcześniej miał jeszcze swobodnie rozmawiać z najbliższymi, ale w czwartek był bardzo wyciszony. Wykorzystał moment, w którym został w mieszkaniu sam i powiesił się na linie przymocowanej do drzwi balkonowych. Zmarły pozostawił po sobie list pożegnalny, którego fragmenty przedrukowała nazajutrz żydowska prasa. „Wybaczcie mi, inaczej już nie umiem – miał pisać. – Niech się wam zdaje, że zachorowałem i umarłem. I tak nie ma już ze mnie żadnego pożytku. Każde słowo mnie denerwuje, stałem się wyczerpany i niezdolny do niczego”. W liście zostawić miał także kilka zaleceń dla rodziny i przyjaciół.

Pogrzeb odbył się 13 listopada w południe. Wszystkie instytucje zostały poproszone, by zamiast wieńców wpłaciły datki na rzecz biednych uczniów Gimnazjum Humanistycznego. Kondukt pogrzebowy wyruszył z ulicy 3 Maja, po czym przeszedł ulicami Radziwiłłowską, Krakowskim Przedmieściem, Nową i Lubartowską, aż do nowego cmentarza żydowskiego. Trumnę przez całą drogę niesiono, a podczas samego pogrzebu przemawiał szereg działaczy społecznych. Rabinat Lublina dozwolił złożenia zwłok wedle wszelkich przepisów, traktując śmierć Geliebtera jako nieszczęśliwy wypadek, a nie samobójstwo.

Jeszcze przez kilka dni po śmierci Geliebtera ogłoszenia kondolencyjne wypełniały całe pierwsze strony „Lubliner Tugblatu”. Krótkie wzmianki na temat jego śmierci pojawiły się także na łamach nielicznych czasopism polskich. Co ciekawe, prasa polska sugerowała, że powodem samobójstwa Geliebtera były kłopoty finansowe, o czym gazety żydowskie w ogóle nie wspominały. Być może rzeczywiście problemy z pieniędzmi popchnęły go do ostateczności, ale w liście pożegnalnym chyba dość wyraźnie pobrzmiewają także inne, być może istotniejsze powody samobójstwa. Jego tajemnicza choroba na krótko przed śmiercią miała być może podłoże psychiczne, a niezdiagnozowana i nieleczona mogła rozwijać się u niego latami. Nigdy w każdym razie nie dowiemy się już, jakie były naprawdę motywy samobójczej śmierci Lejba Geliebtera.

Śmierć Geliebtera spowodowała w Spółdomie zapaść. Tylko on był w stanie udźwignąć misterną konstrukcję finansowo-inwestycyjną, a kiedy go zabrakło spółdzielnia zaczęła sypać się jak domek z kart. Mieszkania stały puste, nie było chętnych na zapisy, a londyńska centrala Prudentiala zmieniła warunki porozumienia ze spółdzielnią oraz zmniejszyła amortyzację kredytu. Kryzys zagroził istnieniu Spółdomu. Lokatorzy Probostwa zaczęli drżeć o swój los, ponieważ ich nieruchomość miała gwarantować budynek przy Wieniawskiej. Spółdom rozpoczął więc burzliwy proces sądowy, którego celem było objęcie spółdzielni nadzorem sądowym. Ostatecznie w marcu 1932 roku Spółdomowi udało się wygrać sprawę, ale z pozycji awangardowej osunął się raczej w cień lubelskiej spółdzielczości. Spółdzielnia przetrwała, zdołała ukończyć trzeci budynek na Probostwie i istnieje do dzisiaj.

Jakow Nisenbaum z „Lubliner Tugblat” nazwał Geliebtera mistrzem budowniczym Solnessem. Bohater dramatu Henryka Ibsena o tym tytule buduje w norweskim miasteczku potężną wieżę. Kiedy podczas jej inauguracji wchodzi na sam szczyt, potyka się i ginie podczas upadku. Także Geliebter nie doczekał ukończenia swojego ostatniego dzieła, budynku przy Wieniawskiej 6, który przez niemal 10 lat był potem wspólnym domem dla rodzin polskich i żydowskich.

Słowa kluczowe