Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Teatr NN

Dramat w kilku aktach

W styczniu 1928 roku stołeczny „Nasz Przegląd” relacjonował: „Spokojny, mile zazwyczaj drzemiący, inteligentnie się nudzący i dyskretnie ziewający Lublin – nagle zakipiał”. Oj, zakipiał! Oj, zawrzało! Kopciło i dymiło, że aż strach! Buchało i grzmiało, a miasto zatrzęsło się w posadach. Powód? W Teatrze Miejskim wystawiono „Golema”.

Piotr Nazaruk

 

Dramat w kilku aktach
Akt trzeci – w synagodze, „Literarisze Bleter”, nr 3, 1928 (ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma w Warszawie).

Całe to zamieszanie wybuchło za sprawą Marka Arnsztejna, czyli Andrzeja Marka (nie mylić z Markiem Arnsztajnem, mężem poetki Franciszki Arnsztajnowej). Ten polski Żyd i żydowski Polak rodem z Warszawy jak mało kto czuł się jednym i drugim naraz. Już od początku XX wieku udzielał się jako dziennikarz, ale jego prawdziwą miłością był teatr. I właśnie w nim upatrywał sposób na zasypanie przepaści dzielącej Żydów i Polaków. A jeśli nie na jej zasypanie, to chociaż wybudowanie nad nią mostu. Pierwsze cegiełki stawiał sam – pisał po polsku sztuki o tematyce żydowskiej, niektóre adaptując na potrzeby raczkującego wtedy kina. Potem brał się za dzieła uznanych twórców żydowskich, które tłumaczył, inscenizował i reżyserował dla polskiej widowni. I stąd właśnie, w 1928 roku, zjawił się w Lublinie z „Golemem” według sztuki Halperna Lejwika.

Najpierw Moskwa, potem Lublin

Chyba najwcześniejsza legenda o golemie pochodzi z Chełma i dotyczy rabina Eliasza. Gdzieś w drugiej połowie XVI wieku ten uczony kabalista miał ulepić postać przypominającą człowieka, która służyła mu do pracy. Ożywiać miała ją moc samego Słowa, w tym przypadku hebrajskiego emet – prawda, umieszczonego na specjalnym wisiorku. Kiedy stworzenie urosło za bardzo i zaczęło być niebezpieczne, reb Eliasz obrócił golema w proch, usuwając wisiorek, a według innych tylko pierwszą literę, przez co słowo emet zmieniło się w met – martwy. Najbardziej znana wersja legendy, na której oparta była również sztuka Lejwika, dotyczy jednak działalności Jehudy Lejba ben Becalela zwanego Maharalem. Pod koniec XVI wieku ten praski rabin ulepił golema dla ochrony Żydów przed prześladowaniami. Istota, której nadano imię Josel, wymknęła się w końcu spod władzy stwórcy i obróciła swoje moce przeciwko Żydom. Maharal zdołał zniszczyć golema, wyjmując z jego ust karteczkę z Imieniem Bożym, a gliniane truchło miano na zawsze zamknąć na strychu Staronowej Synagogi w Pradze.

Utwór Lejwika był skrajnie niesceniczny i bliżej mu było do poematu niż dramatu. Chociaż rozpisany na role, to bardzo długi, o skomplikowanej strukturze i zwyczajnie trudny. Pełno w nim subtelności i głębokich rozważań o naturze ludzkiej, również o trudnych relacjach między żydami a chrześcijanami. Nie miał także szczęścia. Chociaż Lejwik napisał go w 1920 i rok później ogłosił drukiem, a samą legendę o golemie zdążyły rozsławić już niemiecki film w reżyserii Paula Wegenera i powieść Gustava Meyerinka, dramat przez wiele lat nie zagościł na deskach żadnego teatru. Dopiero w 1925 roku zagrała go w Moskwie znana trupa teatralna Habima, jednak hebrajska przeróbka tak bardzo różniła się od pierwowzoru w jidysz, że nawet Lejwik nie był w stanie rozpoznać w niej swojego dzieła. Wreszcie, pod koniec 1927 roku, „Golema” wziął na warsztat Arnsztejn, który przełożył go na polski, skrócił i dostosował do warunków sceny. Na miejsce premiery wybrał Teatr Miejski w Lublinie, dziś noszący imię Juliusza Osterwy, któremu szefował Józef Grodnicki. Nim jednak tytułowa istota mogła wypowiedzieć pierwszą kwestię, wybuchł skandal. Wieść, że Teatr Miejski zamierza wystawić żydowską sztukę, doleciała bowiem do uszu redaktorów gazety „Głos Lubelski”. No i się zaczęło.

Twórcy lubelskiego golema. Od prawej: Marek Arnsztejn, Maharal (Bolesław Rosłan) i Golem (Stanisław Dąbrowski), „Literarisze Bleter”, nr 3, 1928 (ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma w Warszawie).
Twórcy lubelskiego golema. Od prawej: Marek Arnsztejn, Maharal (Bolesław Rosłan) i Golem (Stanisław Dąbrowski), „Literarisze Bleter”, nr 3, 1928 (ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma w Warszawie).

Niezrozumiałe kuriozum

„Golem to sztuka wybitnie tendencyjna o charakterze propagandowym – pisał Józef Kan (Kanarowski), redaktor »Głosu« – (...) w sposób prowokujący chrystjanizm porusza momenty mordu rytualnego”. I dalej: „ścieżkami krwi zemsty dążą żydzi do opanowania ruin całego świata, które na nich czekają, by rządzić i władać”. Kan żądał podjęcia wobec Grodnickiego kroków administracyjnych, a decyzję o wystawieniu sztuki nazwał prowokacją pod adresem chrześcijan, sam utwór natomiast bluźnierstwem. Przestraszona widmem skandalu i groźbami, dyrekcja teatru poprosiła Arnsztejna o usunięcie niewygodnych fragmentów, na co reżyser w pojednawczym geście się zgodził. Jednocześnie na łamach „Ziemi Lubelskiej” ogłosił list, w którym pisał: „Golem pragnie być przede wszystkim dziełem sztuki i z żadną agitacją lub tendencyjnością nie ma nic wspólnego: jeżeli jednak danem będzie tej sztuce spełnić jakąkolwiek misję społeczną, to chyba raczej pogodzi ona istotnych chrześcijan z żydami, jątrzenie pozostawiając tym osobom, którym budzenie antagonizmów rasowych i religijnych jest potrzebne do celów partyjnych i politycznych”. I Arnsztejn, i Grodnicki padli ofiarą niewybrednych ataków. Ale miecz, którym wojował Kan okazał się obusieczny – wkrótce prasa wytknęła mu, że sam jest Żydem i „z domu” nazywa się Kanarienfogel.

Gorąca dyskusja na temat lubelskiego „Golema” odbiła się echem w kraju, pisał o niej wspominany „Nasz Przegląd”, ale także najważniejszy żydowski magazyn kulturalny „Literarisze Bleter” („Karty Literackie”) z Warszawy. Gazety te przedstawiały sprawę jako niezrozumiałe kuriozum, a pod koniec miesiąca „Ziemia” opublikowała opowiadanie satyryczne podsumowujące absurd całej tej sprawy. Jak na ironię, redakcja „Głosu” wcale nie przestała drukować ogłoszeń zapowiadających premierę „Golema”, która mimo kontrowersji odbyła się wieczorem 6 stycznia 1928 roku.

Operacja się udała, ale pacjent zmarł

Przez miesiąc pobytu na scenie „Golem” zebrał bardzo dobre recenzje. „Express Lubelski” nazwał go jednym z najciekawszych przedstawień sezonu. W zasadniczo antysemickim lubelskim „ABC” napisano, że „jeśli chodzi o artystyczny punkt patrzenia, to pod względem wystawy, ujęcia reżyserskiego i gry artystów, jest to bezsprzecznie rzecz najlepsza dotychczasowego Teatru Miejskiego w Lublinie”. Żydowski „Lubliner Tugblat” („Dziennik Lubelski”) bronił Arnsztejna i Grodnickiego przed atakami „Głosu”, ale samej sztuki nie ocenił zbyt wysoko. Redaktor Jakub Nisenbaum chwalił grę aktorską, scenografię i pomysłowość Arnsztejna, ale całą przeróbkę skwitował słowami: „Di operacje iz gelungen, nor der pacjent iz gesztorbn” – operacja się udała, ale pacjent zmarł. Z ośmiu pierwotnych aktów, w wersji Arnsztejna zostały jedynie trzy. Nisenbaum wytykał reżyserowi spłycenie dramatu i zbytnie naszpikowanie go akcją, przez co gdzieś po drodze przedstawienie zgubiło ducha. Nie podobało mu się nadmierne uwypuklenie miłości golema do wnuczki Maharala i usunięcie scen niewygodnych dla „Głosu”. Przede wszystkim ubolewał jednak, że po tylu latach od napisania dramat wciąż nie został wystawiony w jidysz – ani w Warszawie, ani w Lublinie, ani nawet w Nowym Jorku „Golem” nie przemówił we własnym języku.

Arnsztejn zrehabilitował się już rok później i w maju 1929 roku przywiózł do Lublina jidyszową wersję „Golema”, chyba też jedną z pierwszych w Polsce, którą z dużym powodzeniem zagrano w teatrze Panteon, dzisiejszym Teatrze Starym. Lublin był może dość miły jego sercu, ale częściej dawał o sobie znać w Łodzi czy Warszawie, gdzie jego inscenizacje odnosiły również znacznie większe sukcesy.

Same golemy jak mało co przeniknęły ze świata żydowskiego do umysłów ludzi na całym świecie. Do dziś tajemniczy, gliniany człekokształt pozostaje jednym z najpotężniejszych wyobrażeń, zapładniających twórczość coraz to nowych pisarzy i artystów. „W legendzie tej – pisano prawie sto lat temu na łamach »Ziemi« – tkwi dramat ideologii człowieka wierzącego w ślepą, brutalną siłę jako środka wyzwolenia, a która to ideologia zwraca się przeciw niemu. Symbolizuje duszę żydowskiego ludu z Ghetta opanowaną strachem, paraliżującym wszelkie poczynania”. Ale nie tylko żydowską – golem to symbol każdej duszy sparaliżowanej strachem. Wyimaginowany obrońca ofiary w potrzasku, która w przerażeniu odwraca wzrok ku tępej sile i przemocy. Taka siła, rozbudzona bezmyślnie ze strachu lub głupoty, przepala swojego twórcę na wylot, a pozorny wybawiciel prędzej czy później zamienia się w oprawcę. W pierwszej scenie dramatu Lejwika sam cień jeszcze nieistniejącego golema odwiedza Maharala i błaga go, by ten nie lepił mu ciała i nie ośmielał się tchnąć w niego życia. „Do czegokolwiek przyłożę swą rękę – rozsypuje się w proch i pył” – przestrzega. Przemoc i zniszczenie nie są sposobem – tyle i aż tyle chciał powiedzieć Lejwik, a za nim Arnsztejn, wielki orędownik polsko-żydowskiej wspólnoty. Nie udało mu się zasypać przepaści dzielącej Żydów i Polaków i nie wybudował nad nią mostu. Ale na pewno przerzucił przez nią małą kładkę, drogę dla „istotnych chrześcijan i żydów”.

Akt drugi – Golem, Maharal i jego wnuczka Debora (Hilda Skrzydłowska), „Literarisze Bleter”, nr 3, 1928 (ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma w Warszawie).
Akt drugi – Golem, Maharal i jego wnuczka Debora (Hilda Skrzydłowska), „Literarisze Bleter”, nr 3, 1928 (ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma w Warszawie).

Słowa kluczowe