Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata. 

Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata. 

Teatr NN

Czy patriota śpi w pościeli z orłem?

Próba podziału świata tylko i wyłącznie na biały czarny skazana jest na niepowodzenie. Boli mnie wrzucanie wszystkich do jednego kotła: albo patrioci, albo zdrajcy – mówi Krzysztof Styczyński, nauczyciel historii. 

Małgorzata Domagała 

 

Czy patriota śpi w pościeli z orłem?
Krzysztof Styczyński

Małgorzata Domagała: Widzi Pan nowy trend w byciu patriotą? 

Krzysztof Styczyński*: Tak i jest on dosyć wyraźny. Do tej pory patriotyzm raczej był traktowany, zarówno przez młodzież jak i dorosłych, w kategoriach bliższych patosowi. Teraz, niestety, dosięga go komercja, co widać po gadżetach z symbolami narodowymi. 

Pościel z orłem i napisem „Jestem Polakiem, więc mam obowiązki polskie”, bo o takich przedmiotach mówimy, to słaby pomysł na manifestowanie przywiązania do ojczyzny?

- To rzecz gustu do czego wykorzystuje się symbole narodowe. Ja nigdy nie kupię pościeli z widokiem zburzonej Warszawy. Pod ruinami zniszczonego miasta widzę tysiące ofiar i dziwię się, jak można spać pod takim czymś. Nigdy nie zgodzę się też na to, by na kiju bejsbolowym znajdował się symbol Polski Walczącej. W naszym kraju bejsbol nie jest przecież popularną dyscypliną sportową. Raczej kojarzy się z narzędziem do przestępstw, więc wizerunek Małego Powstańca, czy barwy narodowej na tym przedmiocie nigdy nie będą mieć mojej akceptacji. Tak samo, jak nie akceptuję sprowadzania powstania warszawskiego do gry klockami. Czym innym jest gra zaproponowana przez Instytut Pamięci Narodowej, oparta na materiale badawczym historyków, która ma czegoś nauczyć. Natomiast układanka z klocków budzi moje zastrzeżenia i wątpliwości. Czy dziecko powinno bawić się płonącą Warszawą? Manifestowanie swojego przywiązania do tradycji, historii jest czymś naprawdę cudownym, pięknym. Ale może warto pójść inną drogą? Mieszkam w bloku, gdzie jest sto mieszkań. Podczas ostatniego Święta Niepodległości wisiały tam tylko cztery flagi, w tym moja. 

Jeśli już mówimy o Święcie Niepodległości, to co Pan czuje, kiedy 11 listopada włącza pan telewizor i widzi relacje z marszu niepodległości? 

- Mam mieszane uczucia. Z jednej strony cieszy mnie, że wzrasta świadomość tego dnia, dlaczego właśnie 11 listopada, a nie żadna inna data. Cieszy mnie, że wzrasta świadomość postaci, które wtedy kreowały naszą rzeczywistość i chęć manifestowania. Natomiast smuci wykorzystywanie przez małe grupy, przy braku zdecydowanego sprzeciwu pozostałych, tego święta do okazywania swojej niechęci czy nawet agresji w stosunku do każdego, kto jest inny. I tu odnoszę się do banera, który znalazł się na czele marszu niepodległości i do haseł, które były wykrzykiwane. Jeżeli idę za jakimś transparentem to tym samym go legitymizuję. Jeżeli nie mam możliwości zobaczenia go, to jeszcze mogę się czuć się usprawiedliwiony. Ale jeżeli idę tuż obok niego, to nie mogę mówić, że nie wiedziałem, co to znaczy „biała siła”, czy „Polska dla Polaków”. Dla takiego czegoś nie mam wytłumaczenia. Tak samo, jak nie mam wytłumaczenia dla posługiwania się postaciami historycznymi do okazywania swojej niechęci wobec innych. 

Na przykład?

- Dziś Roman Dmowski stał się symbolem dla osób, które prezentują nacjonalistyczne poglądy. Jako historyk nie umiem powiedzieć, czy jeśli Dmowski przeżyłby wojnę – a zmarł tuż przed – pozostałby wierny swoim poglądom, które w okresie międzywojennym były dosyć popularne w Europie, czy nie zmieniłoby ich widmo Zagłady. Mogę oceniać Romana Dmowskiego w tym kontekście, w którym funkcjonował. Czym innym jest oddawanie postaciom historycznym hołdu za ich ówczesną działalność i tu Dmowskiemu niewątpliwie to się należy, bo przyczynił się do odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 r. A czym innym jest posługiwanie się jego postacią do usprawiedliwienia swojego działania. Tym bardziej że Dmowski nie może się w żaden sposób do tych poglądów teraz odnieść.  

Boli mnie też to, że ci, którzy krzyczą o wartościach patriotycznych sami ich tak naprawdę nie realizują. Ich język jest okropny. Nie szanują go. Używają wulgaryzmów, zaśmiecają zupełnie niepotrzebnie obcymi zwrotami. Agresywne manifestowanie patriotyzmu niczego nie zmieni i to przestaje już być patriotyzmem. Patriotyzm to przede wszystkim obowiązek. Pójście na wybory, to, że jak usłyszę dźwięki hymnu wstanę a nie będę siedział, że nigdy nie napiszę głupiego hasła na fladze biało-czerwonej i nie pozwolę, by ta flaga  służyła komuś do deprecjonowania wartości, które są dla mnie ważne. Będę wyraźnie mówił, że nie godzę się na takie rzeczy. I tego staram się uczyć moich uczniów. Jak też otwarcia na innego człowieka. Nawet wtedy, kiedy się z nim nie zgadzam, to i tak będę bronił jego prawa, by mówił to, co myśli. Muszę go szanować, niezależnie od tego, jaki jest. I nie można nam zapominać, że wcześniej byliśmy społeczeństwem wielonarodowym, wieloetnicznym, multireligijnym i razem budowaliśmy naszą historię.

A widzi Pan teraz próbę napisania przez polityków nowej, czarno-białej, historii Polski? Czy prowadzona właśnie dekomunizacja nie jest tego wyrazem?

- Próba podziału świata tylko i wyłącznie na biały czarny z zasady skazana jest na niepowodzenie. Posłużę się przykładem I Armii Wojska Polskiego, która to nazwa musi zniknąć z listy patronów ulic. Jednostka została utworzona w 1944 r. przez towarzystwo oceniane jednoznacznie, czyli m.in. Wandę Wasilewską i Bolesława Bieruta. Owszem I Armia WP miała legitymizować działania Armii Czerwonej, ale przypisanie żołnierzom roli, której na pewno nie sprawowali, jest niegodziwe. Musimy pamiętać o tym, że do tej armii podążali ci, którzy nie zdążyli „dobiec” do armii Andersa i zostali w Związku Radzieckim. Dla nich ta jednostka była więc szansą, by dotrzeć do Ojczyzny. Wśród nich często byli ci, którzy zostali do Związku Radzieckiego zesłani chociażby w wywózkach 1940 r. 

Później niektórzy rzeczywiście znaleźli się w gabinecie władzy komunistycznej i czerpali z tego konkretne profity. Natomiast boli mnie jako historyka, nauczyciela, po prostu jako człowieka, wrzucanie wszystkich do jednego kotła: albo patrioci, albo zdrajcy. Czym innym jest ocenianie wodzów tejże armii, którzy implementowali na swój sposób nowy system, a czym innym jest ocenianie tych prostych żołnierzy wysłanych na bagna pod Lenino. Nie odważyłbym się powiedzieć, że ginęli za komunizm, za Lenina, za Stalina. To jest nadużycie historyczne i przeciwko temu zawsze będę protestował. Rozliczajmy historię, oceńmy złe, dobre postawy, działanie ludzi, ale nie stosujmy do wszystkich jednego kryterium. Kiedy rozmawiam o II wojnie światowej ze swoimi uczniami, proszę ich, by próbowali pozbierać informacje, co działo się wtedy w ich miejscowości albo z ich bliższą czy dalszą rodziną, by wojnę przedstawić przez pryzmat konkretnych osób. Uczniowie mówią mi wtedy właśnie o swoich dziadkach czy pradziadkach. Są wśród nich i tacy, którzy walczyli także w szeregach I Armii Wojska Polskiego. Czy więc ci uczniowie muszą oceniać ich właśnie w ten sposób, wymazać ich ze swojej rodziny?

Dlaczego te małe, lokalne historie są ważne?

- Każdy skądś pochodzi, każdy ma jakąś przeszłość. Historia widziana przez pryzmat najbliższego otoczenia to ta najbardziej nasączona, a nie ta, o której mogę przeczytać w Wikipedii. Świadomość tego, że korzystam z dorobku wcześniejszych pokoleń, pozwala mi na szacunek do tego, co pozostawili. Czerpmy od innych, uczmy się od starszych, którzy przeszli swoją historię, niezależnie do tego, jaka ona była. I nie wolno nam nigdy wygumkować Majdanka. Napis nad mauzoleum: „Los nasz dla was przestrogą”, powinien być ostrzeżeniem i każdemu z nas przypominać, że w pewnym momencie coś się wymyka spod kontroli. Bo przecież kiedyś jeden człowiek, gdzieś tam w Bawarii krzyczał jakieś absurdy, machano na niego ręką, mówiono, że jest głupkiem. Tylko, że później polityka tego „głupka” doprowadziła do śmierci milionów ludzi. W związku z tym dzisiaj nam nie wolno machać ręką na jakiekolwiek przejawy nienawiści do drugiego człowieka. Bezkarność powoduje eskalację. Jeśli przymkniemy oko na zło, to ono się rozszerzy.

 

* Krzysztof Styczyński, nauczyciel historii i WOS w III LO im. Unii Lubelskiej w Lublinie. Wychowawca wielu pokoleń olimpijczyków z historii i wiedzy o społeczeństwie. Społecznik.

Słowa kluczowe