Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Teatr NN

Babcie feministki

„Pamiętam za bytnością w Lublinie skradałam się jak złodziej na podwórzec po-Dominikańskiego gmachu, żeby choć zaczerpnąć powietrza, jakiem oddychają sokoły”.

Jagienka spod Lublina (Wanda Śliwina),

„O własnych siłach”

Jolanta Prochowicz

Babcie feministki

To mogłoby wyglądać na przykład tak: 28 listopada 1918 roku spotkały się na Krakowskim Przedmieściu w Lublinie. Wiedziały, że klamka zapadła, kobiety uzyskają prawa wyborcze. Wiedziały też, że 8 grudnia pierwsze studentki będą mogły przekroczyć progi Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Mogły sobie pogratulować, pójść na kawę lub kieliszek wódki. Mogły mieć świadomość, że to, co zrobiły jest rewolucją, że nie będzie już odwrotów, że ich córki i wnuczki będą żyć w radykalnie innym świecie. Gdy zamknę oczy, prawie to widzę: roześmiane dziewczyny, wchodzące do miejsc, które jeszcze kilka lat temu nie były dla nich dostępne. Przybijają sobie piątki, mają świadomość epokowego sukcesu.

Ale to tylko jeden z możliwych scenariuszy, wcale nie ten najbardziej prawdopodobny. Jest dalece bardziej możliwe, że osoby, które lokalnie w Lublinie były zaangażowane w działania obywatelskie dotyczące praw kobiet nie miały okazji, by wspólnie świętować. Zbyt wiele było jeszcze do zrobienia. Początki II Rzeczypospolitej to analfabetyzm, sięgający jednej trzeciej mieszkanek i mieszkańców po 10. roku życia. Wiedziała o tym Józefa Kunicka, radna Lublina, pedagożka, która większość swojego zawodowego i prywatnego życia poświęciła na walkę z tą plagą II RP. Miała też tę świadomość Irena Kosmowska – założycielka szkoły dla dziewcząt w Krasieninie, gdzie młode kobiety uczyły się świadomego obywatelstwa. Bądź też Maria Papiewska – nauczycielka nauczycielek i przedszkolanek (czyli tak naprawdę nauczycielka wielu pokoleń lublinianek i lublinian). I wiele innych kobiet, które doskonale zdawały sobie sprawę, że zarówno odzyskanie niepodległości, jak i wywalczenie praw przez kobiety (także tych do kształcenia) to dopiero początek żmudnego procesu budowania sprawiedliwego, opartego na równości społeczeństwa. Czy zdawały sobie sprawę, że ten proces będzie trwał do dzisiaj?

Potrzebę działania w odbudowywanej właśnie ojczyźnie widziały także lubelskie literatki i artystki, które aktywnie włączały się w życie miasta. Tak jak Wanda Śliwina, nazywana przez złośliwych „lubartowską jędzą”, która pisała dla „Przeglądu Kobiecego”, zbierała legendy związane z Lublinem i Lubartowem, a także pisała książki, opowiadania i satyry. Gdy czytam jej, momentami nieznośnie naiwne, opowiadania uderza mnie przebieg drogi do intelektualnej samodzielności, potrzeby wolności i niezależności, ale także oddanie sprawom społecznym.

Ale też i Franciszka Arnsztajnowa. W nagłówkach wielu artykułów literackich w pierwszym zdaniu można przeczytać, że była jedną z najważniejszych osób w życiu Czechowicza – jednego z najbardziej znanych poetów tamtego czasu. Wspólnie wydali zresztą tom poetycki „Stare kamienie”. Jednak Arnsztajnowa to nie tylko przyjaciółka Czechowicza, ale też przede wszystkim samodzielna aktywistka społeczna i dobra poetka. Nie jest częste, że ważne dla Lublina kobiety mają swoje biografie. Smutne jest, że jeśli już je mają, niejednokrotnie rozpoczynają się one poprzez wskazanie relacji do ważnego w tamtym okresie mężczyzny.
I inne kobiety, które mozolnie budowały rzeczywistość Lublina u początków niepodległości. Gdy o nich wszystkich myślę, zastanawiam się, czy dzisiaj mogłyby się zgodzić, by nazwać je feministkami. Pod jakimi postulatami mogłyby się podpisać? Na co mogłyby się gniewać?

Może to nadużycie, błąd anachronizmu – próba umieszczania współczesnego feminizmu w tamtej epoce? Nie mogę się jednak przed tym powstrzymać. Odwołując się do lewicowych tekstów społecznych Kosmowskiej, z nutą pobłażliwości czytając satyry Śliwiny, czy wreszcie odszukując mozolnie dowody imponującej działalności społecznej Józefy Kunickiej, cały czas myślę o tym, co mogłyby dzisiaj powiedzieć?
I przychodzi mi często na myśl w tych refleksjach moja babcia, która tak często denerwuje się moimi poglądami. Już tak ogromnie dużo dyskusji za nami, każda z nas stoi na swoim stanowisku w sprawach przeróżnych (od poglądów na temat współczesnej roli kobiety, poprzez kwestie dotyczące diety wegetariańskiej, po spory na temat tatuaży). Wciąż jednak do tych naszych rozmów wracamy. Babcia mówi przecież, że tak się buduje tradycję. Między jej niełatwymi wspomnieniami, moim buntem, a lepieniem pierogów leży sposób opowiadania o świecie, który cały czas się zmienia, ale w którym, jak głęboko z babcią wierzymy, istnieją pewne uniwersalne wartości, które możemy coraz lepiej poznawać i rozumieć.

Współczesny feminizm potrzebuje rozmowy (czasem dyskusji, czasem nawet sporu) ze swoimi symbolicznymi babkami. One budowały w innym czasie, w innych warunkach i być może w większości kwestii dzisiaj by się z nami nie zgadzały. Jednak potrzebujemy tradycji – oparcia w trudnych momentach, ale też podstaw do dalszej dyskusji nad prawami kobiet. Dlatego lubię myśleć o ważnych dla Lublina kobietach, tych z przeważnie szczątkowymi biografiami, jak o babciach feministkach, z którymi zaraz siądę do długiej rozmowy. Z niektórymi zgodzę się bez trudu, inne będą mnie irytować. Dużo będzie między nami tekstu, wzruszeń, ale też niezgody. Tak jak to często bywa ze zmianą, buntem i babciami.

Słowa kluczowe