Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Chcemy w tej gazecie wskrzesić i pokazać „ducha wolności”, jaki panował w Lublinie przez ostatnich 100 lat. To dzięki niemu wielu młodych ludzi tu mieszkających „miało parę” i „ciśnienie” do angażowania się w ważne sprawy, ale też realizowania swoich marzeń i zmieniania świata.

 

Teatr NN

| Otwarta brama [5] | Anna Kamieńska i wielkie damy literatury

Jest taka z piaskowca, biała, tablica pamiątkowa, umieszczona na dawnym, przedwojennym budynku Liceum Unii Lubelskiej obok kościoła powizytkowskiego. Przypomina ona o czterech wielkich damach literatury: Julii Hartwig, Annie Kamieńskiej, Hannie Malewskiej, Annie Szternfinkiel (Langfus) – pisarkach, poetkach, które do tej szkoły chodziły w latach przedwojennych.

Tomasz Dostatni OP

 

Dla mnie najbliższa od lat była, poprzez swoje wiersze, Anna Kamieńska. Lubiłem czytać te wiersze w niedzielne popołudnie, kiedy byłem studentem. Brałem do ręki tomiki: „Dwie ciemności”, „Drugie szczęście Hioba”, „Do źródeł”. A także wykłady i eseje o Biblii „Twarze Księgi” oraz wydany przez dominikańskie wydawnictwo W drodze „Notatnik” w dwóch tomach. Szczególnie mocno przemawiają do mnie słowa o psalmach, którymi przecież każdego dnia się modlę w brewiarzu. I ciągle odkrywam na nowo ich głębię. Także dzięki tekstom Anny Kamieńskiej. 

Paweł Śpiewak, syn, napisał całkiem niedawno: „Najważniejsze były zawsze poezja i Biblia. Najbardziej lubiła Biblię gdańską, z jej starodawnym językiem i nieznaną dzisiaj składnią. Kiedy nauczyła się hebrajskiego, czytała Księgę nad księgami w oryginale tłumacząc, niestety, tylko fragmenty: Psalmy i Księgę Koheleta. Czytała Biblię na wiele sposobów, ale zawsze poszukując w niej czegoś, co nazwać mogę radością i napięciem wiary religijnej, choć sama pisała, że nie chodzi o to, by wierzyć, ale miłować. Kochaj bliźniego zawsze stało przed dogmatami i uczonymi poradami teologów. Tego samego szukała w poezji. „Nie chodzi w niej o wyrażenie siebie jako celu twórczego wysiłku. Albo kreowanie siebie. Nie siebie się tworzy, ale zapisuje się żmudne, jakieś konkretne prawdy, myśli. Nawet liryka najgłębsza powinna obnażać prawdę o człowieku i świecie, a nie autora”.

Należała do pokolenia, które przeżyło II wojnę. Dramat rozgrywał się na jej oczach i w niej. Może tylko jeden wiersz, ale niech będzie cały. „Doktor Edyta Stein”:

Doktor Edyta Stein z Wrocławia
wyfrunęła oświęcimskim kominem
dziewiątego sierpnia
roku Pańskiego tysiąc dziewięćset
czterdziestego drugiego

Szła w niebo ogromna i prosta
jak słup dymu z ofiary Abla

Była cicha
najlepsza uczennica Husserla
która zrozumiała jeszcze przed mistrzem
że należy zaprzestać filozofowania
gdy zbliża się Bóg

Szła w milczeniu
mądra siostra Teresa Benedykta od Krzyża
kiedy dwaj brunatni archaniołowie
zakołatali do wrót klasztoru wołając
Doktor Edith Stein

Czy krótki szloch wyrwał się z jej piersi
gdy zdzierano z niej czarny welon
zaślubionej Baranka
Wielka Siostro
tak wiele mam do ciebie zapytań
zwłaszcza gdy łaska sensu
opuszcza stronice dni
a nawet karty mądrych książek

Czemu uparcie odpowiadasz mi
prostym pismem dymu
a ja ciągle boję się zrozumieć.

„Mama należała do pokolenia wojennego. Mieszkała w pobliżu Majdanka. Widziała lubelskie getto. Ale zaczęła wracać do wojny wiele lat po jej zakończeniu, jakby to doświadczenie trwało długo, nie miało swojego finału, chyba że finałem była śmierć ocalonych, tych, którzy zachowali pamięć. Tym ocalonym był mój ojciec i o jego głodach pisała. Tym ocalonym był płowy Adam znad Huczwy, Arnold Słucki. Ale pamięci i zrozumienia domagali się Janusz Korczak, Mordechaj Gebirtig (poemat jemu poświęcony jest naprawdę czymś nadzwyczajnym) i siostra Edyta Stein. Nad tymi wierszami unoszą się groźne słowa z Księgi Hioba, »aby twój krzyk nie zaznał ukojenia«” – pisał syn.

Te lubelskie licealistki z lat trzydziestych dwudziestego wieku zasługują na to, aby ich teksty byłe stale czytane. To jest literatura najwyższej próby. Dobrze, że pamięć o Annie Langfus została wydobyta prawie z niebytu. Bo ta pisząca po francusku i mieszkająca po wojnie we Francji lubelska Żydówka też jest tutejszą rodaczką.

Słowa kluczowe