4 dzień festiwalowy

Niewielką grupkę fanów i ciekawskich przyciągnęło czwartkowe spotkanie poetyckie z Marcinem Różyckim

Występ poety

 

Niewielką grupkę fanów i ciekawskich przyciągnęło czwartkowe spotkanie poetyckie z Marcinem Różyckim. Chociaż wydarzenie rozpoczęło się z opóźnieniem, na twarzach obecnych nie dało się zauważyć zniecierpliwienia. Fani i fanki (tych drugich było zdecydowanie więcej) cierpliwie czekali na występ poety. Gdy tylko pojawił się w klubie Gramofon, a raczej – gdy wynurzył się z jego zakamarków, zaczął hipnotyzować zgromadzonych. Niski, zachrypnięty głos znakomicie pasował do przestrzeni Gramofonu. Artysta, wspomagany przez akompaniującego mu na kontrabasie muzyka, odczytywał wiersze z tomu „Iluzjonista”. Atrakcją dla wielbicieli twórczości Różyckiego było zapewne zaprezentowanie przez niego utworów, które ukażą się już wkrótce w nowym tomie „Pan śmierć”. Artysta pozwolił sobie również na zaśpiewanie kilku wierszy ze swojego dorobku, czym wzbudził entuzjazm wśród zgromadzonych w Gramofonie pań. 

Poezja Marcina Różyckiego, na wskroś męska, przepełniona gorzkimi refleksjami na temat kobiet, zakrapiana alkoholem, z pewnością niesie ze sobą duży ładunek emocjonalny. Wyrecytowana, czy też zaśpiewana, w kameralnym gronie może stać się przekazem wyjątkowo silnie oddziałującym. 

Dla sympatyków twórczości Różyckiego spotkanie było okazją do poznania swojego ulubieńca z nieco innej strony. Zamiast odległego, występującego na scenie piosenkarza, spotkali poetę, który w kameralnej przestrzeni próbował zaczarować wąskie grono odbiorców. Dzięki niewielkiej sali kontakt artysty z wielbicielami stał się bardziej intymny niż podczas koncertów, co wyraźnie cieszyło większość zgromadzonych. Panowała atmosfera skupienia, zebrani chłonęli każde słowo wypowiadane przez Różyckiego, który, świadomy wrażenia jakie wywiera na słuchaczach, zamienił spotkanie w mini-recital. Artysta namówił także publiczność do wspólnej recytacji fragmentu tekstu, nie zabrakło też humorystycznych wstawek słownych pomiędzy utworami. Wiersze, ułożone w ścisłym porządku i przyprawione dobrze dobraną muzyką, sprawiły, że chwile spędzone w Gramofonie z pewnością na długo pozostaną w pamięci słuchaczy. (na zdjęciu Marcin Różycki, fot. Aleksandra Zińczuk)

Kaśka Plebańczyk

Wielka Improwizacja

 

Nie musisz być panem w golfie, żeby interpretować poezję. Wyłącz tę lampeczkę, przy której czytasz po cichutku Miłosza. Równie dobrze możesz mieć na sobie dresy, wygodne buty i opowiadać ludziom własnymi słowami poezję. Najważniejsza jest kreatywność i otwarty umysł. A tego na pewno nie można odmówić twórcom czwartkowego projektu w Klubie Centrala, czyli Justynie Jasłowskiej i Dolarowi (na zdjęciu, fot. Wioleta Rybak].

Ruch, słowo i rapowanie to fundament tego performancu. Całość polegała na interpretacji wybranych wierszy poetów takich jak: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Roman Honet, Edward Stachura czy Czesław Miłosz. To poezja pokazana w całkiem inny sposób. Słowo równe ruchowi – przenikanie dwóch środków wyrazu.                                                                                   

– Nie spodziewałem się, ile można wyrazić przez ruch, mimikę i ile jest w tym ekspresji – przyznaje jeden z twórców projektu, raper Dolar.

Jeśli chodzi o „słowną” część performancu, to autorzy postawili na całkowitą  improwizację. Tekst wierszy był tylko inspiracją i punktem wyjścia do wyrażania siebie, swoich poglądów a nawet uczuć. Wychwytywali główną myśl utworu i, na zasadzie bliższych lub dalszych skojarzeń, pokazywali własny stosunek do tematu. W wypowiedziach często nawiązywali do pop kultury, ironicznie opowiadali o współczesności. Obok „fejsa” i „naszej klasy” , pojawili się również „lanserzy z laskami na tylnym siedzeniach” a nawet „teletubisie”. Interakcja zachodziła nie tylko na poziomie słowa, ale widoczna była również w ruchach. Performerzy współgrali ze sobą na scenie, wyczuwali swoją obecność i gospodarowali przestrzenią, pozostając w ciągłym kontakcie.

Docenić należy fakt, że był to kompletny freestyle i mimo tego, że autorzy nie mieli przygotowanych tekstów i wypowiedzi, a ich próby polegały głównie na rozmowach o wierszach i dzieleniu się wrażeniami, udało się im wciągnąć publiczność w swój świat, a nawet zachęcić do współtworzenia improwizacji. Niejednokrotnie rozbawili widownię, co, jak sami przyznają, zaskoczyło ich samych, bo w założeniach performance nie miał być zabawny. Ale jak widać freestyle zdominował projekt. Może i lepiej, bo poezja dzięki temu nabrała innego wymiaru i pozbyła się sztucznego patosu, zbudowanego przez „panów w golfach”. 

Joanna Podgórska

 

"Warto w życiu próbować wyrażać się twórczo"

 

Rozmowa z Tomaszem Dymkiem (raperem "Dolarem"), który w ramach Miasta Poezji prowadził w Gimnazjum nr 19 lekcję na temat improwizacji w literaturze.

J: Jak zareagowali uczniowie na Twój widok?

D: Miałem wrażenie, że pomyśleli: „Poeta? A gdzie golf?” Chciałem im pokazać, czym jest improwizacja w literaturze. Wykorzystałem do tego dwa wiersze Wisławy Szymborskiej z tomiku „Tutaj”. Myślę, że dobrze odebrali tę lekcję. Pokazałem im coś świeżego i to, że warto w życiu próbować wyrażać się twórczo.

J: Twoje początki z freestyle’em…

D: Zaczęło się w 1998 roku od osiedlowych imprez i prób. Kiedyś w Lublinie odbywał się koncert Wujka Samo Zło [znany polski raper – przyp. J.P.], tam po raz pierwszy miałem styczność z freestyle’em. Zacząłem trenować i w 2000 roku pojawiły się małe improwizacje, ale początki zawsze są trudne. To były naprawdę śmieszne i dziecinne skojarzenia typu główka-skuwka. Ale nie zrażałem się i w końcu zaczęło to dawać efekty. Brałem udział w różnych lokalnych bitwach, w których zajmowałem 2, 3 miejsce.

J: A Twoja przygoda z poezją?

D: Trwa od jakichś 2, 3 lat. Zacząłem interpretować poezję poprzez rap. Brałem udział w slumach poetyckich i innych spotkaniach, przez co wspierałem Lublin jako Europejską Stolicę Kultury.

J: Czym jest dla Ciebie poezja?

D: Najtrudniejsze pytanie, jakie ostatnio usłyszałem [śmiech]. Poezja to dla mnie nieodkryty świat, którego się uczę. To tworzywo, w którym można wszystko wyrazić. Poeta wie, co czuje i jak to pokazać. Osobiście bardzo lubię wiersze dobitne, spuentowane.

J: Na przykład?

D: Lubię twórczość takich poetów jak Tadeusz Dąbrowski, Jacek Dehnel, Czesław Miłosz i Wisława Szymborska.

J: Twoje plany na przyszłość?

D: Przede wszystkim grać koncerty, zająć się animacją kultury. Chciałbym pokazywać kulturę hip-hopową jako kulturę tworzenia, a nie destrukcji. Ogólnie mam nadzieję, że będę mógł żyć z pracy artystycznej.

Rozmawiała Joanna Podgórska
 

Puste dźwięki?

 

Wbiegam do Centrali chwilę po 20:00 i zastaję ciszę. Kupuję piwo, potem drugie i spotykam kilkunastu znajomych. A cisza trwa nadal. Zastanawiam się, czy trafiłam w dobre miejsce.  Jednak o 21:00 nie mam już wątpliwości: na „scenę” wchodzi zespół Pustki, zapowiedziany przez Wojtka Dunina-Kozickiego, jednego z organizatorów Festiwalu. Chwilkę czekają jeszcze na swojego gitarzystę, który podobno lubi długo stroić się do występu (zupełnie nie wiem po co, skoro i tak zaraz zedrze z siebie koszulkę – oczywiście pod wpływem temperatury!) i są. Basia Wrońska z kucykiem na czubku głowy, starannie umalowana (byłam  świadkiem tej czynności w toalecie WOK’u), a razem z nią Radek Łukasiewicz, Szymon Tarkowski i Grzegorz Śluz. Wychodzą na środek pociesznego dywaniku i zaczynają grać. I wtedy przestaje być ważne, że jest ciasno i duszno. Muzycy zapraszają nawet bliżej, jakby nie odczuwali narastającego wrażenia gorąca, utrudniającego oddychanie. Nie da się otworzyć okien, jednak to nic. Ludzie się bawią, podskakują i bujają się w rytm pięknych piosenek zespołu. Można usłyszeć „Trawę” do słów Tuwima – moim zdaniem perełkę na płycie „Kalambury”, ale także „Wesoły jestem”, czy parę utworów ze starszego repertuaru, takich jak „Słabość chwilowa,”, czy „Parzydełko”.
 

Tłum ludzi w sali, gdzie odbywał  się koncert, w samej Centrali i na patio narastał. Nie sądzę  jednak, by ktoś narzekał na – uniedogodnienia można było sobie zrekompensować słuchając zespołu.

Pustki tworzą wokół siebie aurę poetyckości, nie szukają na siłę uwznioślonej pozy, nie dążą ślepo do sukcesu. Grają już 11 lat, a nadal uważane są za świetnie zapowiadających się debiutantów. Zespół wyróżnia podejście do poezji – z namaszczeniem, poważnie, z przekonaniem, że jest wartościowa, a propagowanie jej ma sens. Dla mnie Pustki są magiczne – przybliżają teksty poetyckie takich autorów, jak Gajcy, Broniewski, Tuwim i Leśmian, łącząc słowa z niezwykłą muzyką i przekazując trew sposób łatwy i bezpretensjonalny, nigdy trywialny.

Jedno, co jest pewne po występie Pustek na Festiwalu Miasto Poezji to fakt, że nie serwują słuchaczom pustych dźwięków. U nich zarówno słowa, jak i obrazy łączą  się w spójną, wzajemnie inspirującą się siłę.  (Fot. Joanna Zętar)
 

Kasia Krzywicka

 

Piosenki o życiu

 

Ballady i Romanse, Kawałek Kulki i Pustki to idealne zespoły do występu na festiwalu Miasto Poezji. Ich teksty śmiało można nazwać poezją, co udowodnili na koncertach zagranych w środę i czwartek.

W trzeci dzień festiwalu wystąpiła grupa Ballady i Romanse tworzona przez Basię i Zuzannę Wrońskie. Siostry ubrane w jednakowe sukienki i czerwone korale urzekły swoim śpiewem festiwalową publiczność zgromadzoną w klubie Czarna Owca. Niezwykle miło słuchało się ich świetnych głosów, mimo nie najlepszej jakości nagłośnienia, siedząc przy stoliku i popijając piwko. Potem na scenę wkroczył zespół Kawałek Kulki, którego gitarzyście Błażejowi udało się namówić część widowni do podejścia bliżej sceny. Błażej szybko nawiązał kontakt z publicznością i zachęcił sporą grupę do wspólnej zabawy. KaQ rozczarowali jednak brakiem bisu i niezbyt miłym tekstem „Do zobaczenia nigdzie”, co trochę zepsuło moje dobre wrażenia po ich żywiołowym występie.

W czwartek wystąpił natomiast zespół Pustki. Przyznam, że jeśli chodzi o muzykę to występ, na który czekałam najbardziej na tegorocznym Mieście Poezji. Skład częściowo był już znany  z poprzedniego wieczoru i występu Ballad i Romansów. Tym razem wokal Basi łączył się nie z głosem jej siostry, ale Radka Łukasiewicza, grającego także na gitarze. Miejsce było już inne – podziemia Czarnej Owcy zajęła Centrala, a raczej jedna z sal Wojewódzkiego Ośrodka Kultury. Moim zdaniem miejsce nie do końca trafione – sala słabo nagłośniona, niezwykle ciasno, artyści nie występowali na żadnym podeście, więc jeśli ktoś stał dalej nic nie widział. I co najgorsze panowało przerażające gorąco, co najbardziej odbiło się na członkach zespołu, zwłaszcza na gitarzyście, który po pozostawionym bez odzewu apelu o ręcznik po prostu zrzucił koszulę, ale mimo tego czuł się jak w saunie. Nie przeszkodziło to jednak Pustkom w zagraniu świetnego ponad godzinnego koncertu.

Wszystkie z tych zespołów grają  rockową alternatywną muzykę, jednak każdy  z nich ma swój własny charakterystyczny styl. Łączy ich jednak to, że śpiewają piosenki o życiu, uciekając od banału, ubierając wszystko w poetyckie słowa. A jeśli dochodzi do tego świetnie zagrana muzyka – można ich słuchać i słuchać godzinami. (fot. Joanna Zętar)

Wioleta Rybak