3 dzień festiwalowy

Teatr Panopticum w cyklu przygotowanym w ramach Miasta Poezji przeznaczył środę na prezentację  wierszy o Lublinie

Lublin oczami poetów

 

Teatr Panopticum w cyklu przygotowanym w ramach Miasta Poezji przeznaczył środę na prezentację  wierszy o Lublinie w programie zatytułowanym „Lubelskie obrazki słowem malowane”. Organizatorzy zostali zaskoczeni zainteresowaniem publiczności, bo nie przygotowali wystarczającej liczby miejsc i zmuszeni byli organizować coś „na szybko”. Kogo przyciągnęli recytatorzy z Teatru Panopticum? Widzowie to w przeważającej części młodzież w wieku szkolnym, ale na widowni zasiedli miłośnicy poezji od lat pięciu do siedemdziesięciu (ocena na oko, więc nie do końca wiarygodna). 

Korzystając z pogody, twórcy zaprosili nas do patio Młodzieżowego Domu Kultury przy ulicy Grodzkiej. Wybór okazał się bardzo dobry, biorąc pod uwagę,  że podczas spotkania prezentowano wiersze dotyczące lubelskiej starówki. Nie znam działalności Panopticum na tyle, by wiedzieć, czy korzystają częściej z warunków, jakie stwarza ta przestrzeń, ale jeśli nie, to warto to zrobić.

Gościem wydarzenia była Eda Ostrowska. Mieczysław Wojtas rozpoczął spotkanie od przeczytania kilku jej tekstów wiążących się – czasem tylko podskórnie – z Lublinem. Zapowiedział, że po prezentacji przygotowanej przez jego teatr można będzie porozmawiać z poetką i poznać wiersze z jej najnowszego tomiku. W dalszej kolejności mogliśmy wysłuchać piosenek dotyczących Koziego Grodu w wykonaniu dwóch wokalistek z Młodzieżowych Domów Kultury na ulicy Chrobrego i Grodzkiej.

Główną część  stanowiły skomponowane ze sobą utwory dotyczące lubelskiej starówki. Złożyły się one na rozmowę o mieście, w której głos – ustami podopiecznych Mieczysława Wojtasa – zabrali poeci dwudziestolecia międzywojennego i współcześni. Miasto jawi im się jako wyjątkowo gościnne, pozwalające na swobodę i zachęcające do zgłębiania swoich tajemnic, które nie kojarzą się z niebezpieczeństwami, a raczej przygodą czy niespodzianką. Jednym słowem widzą w Lublinie gród niezwykle przyjazny. Nie zabrakło też tekstów mających za swój przedmiot architekturę Starego Miasta, co uczestnikom spotkania pozwoliło odświeżyć spojrzenie na pewnie dobrze już znane zaułki i kamieniczki.

Kaśka Piwońska
 

 

Koncertowa środa

 

Rozbudowane w tym roku o moduł  koncertowy Miasto Poezji zdecydowanie zyskuje. Popularne i lubiane zespoły, które zdążyły wyrobić sobie markę na polskim rynku muzycznym, są gwarancją pojawiania się na festiwalu nowych osób, nie do końca ufających formule mieszkania poezji, jak ognia bojących się nudnych poetów. Poezji wolą posłuchać w porządnej oprawie muzycznej. W środę mieli taką szansę – oba zespoły, Ballady i Romanse i Kawałek Kulki, oprócz interesującej strony instrumentalno-wokalnej, charakteryzuje bowiem również wysoka jakość śpiewanych tekstów.  

Ballady i Romanse [na zdjęciu, fot. Dagmara Paprota] stworzyły w 2007 roku siostry Wrońskie – Zuzanna i Barbara, która na co dzień występuje również w Pustkach (będziemy mieli okazję spotkać się także z tym zespołem w czwartek w Centrali o 20). Dziewczyny same komponują muzykę i piszą teksty. Piosenki o życiu, oddychaniu, zakrętach losu, napięciach między ludźmi, zawirowaniach w relacjach z bliskimi – wszystko na tle warszawskiego pejzażu. Delikatne, liryczne, momentami trochę smutne, balladowe kawałki świetnie nadawały się do posłuchania, ich melodyjność zachęcała do poruszania nogą, ale raczej nieśmiało, pod stołem.  

Kawałek Kulki (dla porządku dodam, że zespół powstał w 2001 roku w Gorzowie Wielkopolskim, tworzą go Magdalena Turłaj, Błażej Król, Maciej Parada i Jacek Szmytkowski) zenergetyzował słuchaczy – młodzież poderwała się z krzeseł i zachęcana przez wokalistę, podrygiwała pod sceną w rytm skocznej i radosnej muzyki, śpiewała dobrze znane teksty (pozytywne i zakręcone jednocześnie). Muzycy dali godzinny koncert. Oczywiście nie mogli nasycić zgłodniałej muzycznych wrażeń i radosnych pląsów publiczności, zdaniem której zespół powinien bisować w nieskończoność. Niestety ekipa ewakuowała się ze sceny, i – co  gorsza – z Czarnej Owcy, o wiele za szybko. Wyraźnie odebrało to chęć do zabawy, około północy klub opuszczały ostatnie zabłąkane dusze, rzucając tęskne spojrzenia na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą mieściła się scena...  


Justyna Czarnota