Marzec ‘68 – wspomnienia lubelskich emigrantów

W przeddzień wydarzeń marcowych 1968 roku w Lublinie i na Lubelszczyźnie mieszkało blisko 450 osób pochodzenia żydowskiego. W latach 1968-1972 region ten opuściło około 120 osób.

Jak ówcześni Lublinianie pochodzenia żydowskiego odbierali wydarzenia określane mianem „Marca ’68”? Jak wyglądało ich pożegnanie z krajem przodków? Jak po latach wspominają to przełomowe w ich życiu wydarzenie? Co myślą o swojej decyzji sprzed 45 lat?

Tekst stanowi próbę odpowiedzi na te i szereg innych pytań. Podobieństwo doświadczeń sprawia, że wiele wspomnień składa się na wspólną, wieloaspektową opowieść o wydarzeniach sprzed lat. Wykorzystane relacje pochodzą ze zbiorów Archiwum Programu Historia Mówiona Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN”.


Spis treści:
1. Przemówienia Gomułki - "jak grom z jasnego nieba"
2. Odbiór kampanii antysemickiej - "nastąpił kryzys zaufania"
3. Skutki kampanii antysemickiej - "rozbudzili w ludziach wilka"
4. Reakcje i postawy Polaków
5. Decyzja wyjazdu z Polski - "to było smutne"
6. Formalności - "pięć dolarów można było wziąć ze sobą"
7. Ostatnie dni w Lublinie i w Polsce - "ja już nigdy tutaj nie wrócę"
8. Odprawa celna - "Tu więcej zostawili po sobie niż mieli"
9. Poza granicami Polski - "zaczęliśmy nowe życie"
10. Refleksja po latach - "my jesteśmy trochę tak rozdarci"



Przemówienia Gomułki - "jak grom z jasnego nieba"

Kampania antysemicka 1967/1968 była prawdopodobnie pierwszą, w której na szeroką skalę wykorzystano media, w szczególności telewizję, do wywołania w stosunkowo krótkim czasie, określonych nastrojów i postaw różnych grup społecznych. Wśród wielu wątków opowieści Żydów polskich, którzy wyjechali z Lublina, jedne z najważniejszych dotyczyły przemówień Władysława Gomułki. Wrażenie jakie wywołały mowy I sekretarza KC PZPR były porównywane do gromu z jasnego nieba. Dobór słów był nieprzypadkowy. Przemówienie z 19 czerwca 1967 spowodowało, że Polacy o korzeniach żydowskich poczuli się dogłębnie dotknięci tym, iż zakwestionowano ich stan samookreślenia się względem Polski. Ze wspomnień Miriam Kuperman:

Nagle 1968 rok jak grom z jasnego nieba. Nagle usłyszeliśmy, że jesteśmy piątą kolumną, że droga wolna. To było okropne. Nie można było włączyć telewizji, przestaliśmy oglądać telewizję.

Społeczność Żydów w Polsce została wyrwana z codzienności, z życia, które miało swój ustalony bieg i raptownie została wrzucona w wir wydarzeń politycznych. Po latach byli świadomi, że stali się przedmiotem użytym do rozgrywek politycznych na górze. Z dystansem i sarkazmem wspominają inspiratora tamtych wydarzeń:

Jestem zadowolony, szczęśliwy, czego się nie spodziewałem wyjeżdżając z kraju gdzie urodziłem się i gdzie rodzice mieszkali, gdzie tysiąc lat mieszkali Żydzi. Jak nie Hitler wykończył, to inni zaczęli doprowadzać do wykończenia. Wszyscy starali się wyjechać. Ja uważam, że Gomułce powinni postawić pomnik, bo każdy Żyd, który wyjechał jest zorganizowany. Był wolny, nikt go nie prześladował, jak sobie chciał tak sobie radził. Po tym jak wyjechaliśmy, to bardzo tęskniliśmy za tym wszystkim.



Odbiór kampanii antysemickiej - "nastąpił kryzys zaufania"

Józef Kliger, ówczesny działacz Związku Młodzieży Socjalistycznej, tak mówił o percepcji przemówień W. Gomułki wśród Żydów polskich:

Ze strony nas wszystkich nastąpił kryzys zaufania w stosunku do tego, co dzieje się w Polsce. Bardzo ugodzono w nas przez to, że wytykano nam nasze żydostwo, że mówiono, że jesteśmy zdrajcami, że jesteśmy piątą kolumną. (…) Było to nieprzyjemne i człowiek czuł się za bardzo zależny od kaprysów takiej czy innej jednostki, która była przy takiej czy innej władzy.

W napiętnowanej grupie wytworzyło się naturalne w sytuacji zagrożenia poczucie wewnętrznej solidarności. Dla części wspominających doświadczenia przeżywane przez całą grupę stały się najważniejsze i wiążące. Wspominała Miriam Kuperman:

Przede wszystkim te przemówienia Gomułki. Zaczęli wymieniać nazwiska ludzi, którzy byli pochodzenia żydowskiego. Nazwiska naszych kolegów Żydów, których znaliśmy z kolonii. My osobiście właściwie nic nie odczuliśmy, ale masę rodziców naszych kolegów powyrzucali z pracy. Tata już nie żył. Gdyby żył, jako dyrektora Elektrowni, pewnie by go zwolnili. Także to wszystko dochodziło i było jasne, że jedzie się na tej fali antysemityzmu. To było akurat wygodne dla władz. Ale nikt z moich polskich kolegów, nie rozumiał tego. Oni mówili, no co cię obchodzi co oni mówią w radiu, co mówią w telewizji, fala przejdzie. Nie, nie mogłam się z tym pogodzić.

Kontekstem dziejowym pojawiającym się w tych opowieściach jest Zagłada. Jeden z rozmówców, zastanawiając się nad niezrozumiałością zaistniałej sytuacji, mówił:

A to było przecież dwadzieścia parę lat po wojnie.

Kolejne prześladowanie Żydów, wśród których byli Ci co przeżyli Zagładę, grupy w której funkcjonowała pamięć o Holokauście, wywoływało uzasadniony niepokój o przyszłość poszczególnych osób jak i całej społeczności.



Skutki kampanii antysemickiej - "rozbudzili w ludziach wilka"

Przemówienie Gomułki z 19 czerwca 1967, w którym padły słowa o V kolumnie, rozbudziło nastroje antysemickie w Polsce. Punkt kulminacyjny antysemickiej akcji propagandowej nastąpił kilka miesięcy później, 11 marca 1968 roku1. W marcu i w kwietniu prowadzono zakrojoną na szeroką skalę kampanię w mediach oraz w trakcie robotniczych wieców i zebrań organizacji partyjnych.
Zmianę nastrojów wśród robotników można zaobserwować na przykładzie Lubelskich Zakładów Przemysłu Skórzanego im. Mariana Buczka. W trakcie kampanii antysemickiej aktyw robotniczy tej fabryki gorliwie włączył się w tropinie „elementów syjonistycznych”2. Skala zmiany nastawienia pracowników w tym zakładzie uwidacznia się w kontekście wspomnień syna lubelskiego Żyda: W 1957 roku chciano go [ojca - red] wprowadzić do związku zawodowego, żeby był przewodniczącym. Był bardzo popularny, nie miał problemów, mimo tego, że nazywał się Chain i że był Żydem.
Na potwierdzenie informacji o bezkonfliktowym ułożeniu relacji między Polakami i Żydami przed latami 1967/1968 można przytoczyć wypowiedź Jakuba Gorfinkla o Lublinie: Nigdy nie czułem antysemityzmu, a wtedy poczułem, rozbudzili w ludziach wilka. Jakoś nigdy do tego czasu nie odczuwałem, że jest w ludziach antysemityzm, a tu nagle otworzyli skrzynkę Pandory. Wtedy ludzie zaczęli wyjeżdżać. Tej obserwacji nie potwierdzają wszystkie relacje. Przejawy antysemityzmu przed 1968 rokiem wobec własnej osoby odnotowała Miriam Kuperman. Wspominała: Czasami dzieci mnie przezywały, ale nie moi sąsiedzi. My byliśmy dosyć znaną rodziną w naszej dzielnicy na Kośminku. Wtedy w ogóle tam nie było Żydów.  Ojciec był dyrektorem elektrowni, więc  byliśmy znaną rodziną. Myślę, że to z tego powodu, że nigdy nie było ukrywane to, że jesteśmy Żydami. Wszyscy o tym wiedzieli. Były objawy antysemityzmu. Na przykład dzieci czasami przezywały mnie, albo jak się z kimś pokłóciłam, to mnie mógł rzucić słowo. Rodzice wysyłali mnie do tak zwanego Domu Zdrowia, czegoś takiego w rodzaju sanatorium, uzdrowiska. Sama się dziwię, że mieli taką odwagę. Ja jeszcze wtedy do szkoły nie chodziłam.  Nie miałam przecież medalika, a wszystkie dzieci miały. Pamiętam, jak mnie dwie pielęgniarki wzięły do kąpieli. Pytały się, gdzie jest medalik. Odpowiedziałam: „Przecież nie mam, bo ja jestem Żydówką”. Nigdy tego nie ukrywałam. I pamiętam, że wtedy powiedziały: „To nie jest możliwe, bo byś się do tego nie przyznała”. Także były objawy, ale to nie było na co dzień. To nie był jakiś duży problem. Mój ojciec powiedział: „Przezywają cię? Wal”. Powiadał mi: „Bij”. I tak było. Pamiętam, że ja byłam wzorową uczennicą i to mi się nie kleiło z tym biciem. Ja się nigdy nie biłam. Ale pamiętam, że jak mi ktoś powiedział, raz… to stawałam do bitki. Tym problemem nie żyło się na co dzień. Od czasu do czasu tak. Ale to nie był jakiś taki życiowy problem.
Po tym, co było w Warszawie ze studentami [w 1968 roku] to zaraz wszystko się zmieniło - tak podsumowała sytuację Żydów w Polsce Genowefa Hochman. W związanych z marcem wspomnieniach rodziców znajdują się informacje, o tym co spotykało ich dzieci w szkołach. Opowiadał Morris Wajsbrot: W Lublinie były masówki w 1968 roku. Dzieci były prześladowane w szkole, wyzywali ich od Żydów. Starsza córka poszła raz do kina z koleżanką wieczorem. Podszedł jakiś gówniarz i mówi: „Ty Żydówa, jeszcze tu siedzisz”. Ona go nie znała, ani go nie zaczepiała, nie miała nic wspólnego z nim. Co rano masówki w telewizji, w radio. Dorosłe dzieci już to słyszą. Młodsza córka siedziała w szkole na ławce i trzymała rękę. Koleżanka, która siedziała obok mówi do niej: „Ty, zabieraj tą parszywą żydowską rękę”. Ja byłem prześladowany oraz dzieci, dlatego wyjechaliśmy.
Trudno w oparciu o przywołane wspomnienia wnioskować o społecznym zasięgu nastrojów niechęci wobec Żydów. W pewnych społecznych grupach w Lublinie, których precyzyjne określenie wymaga dalszych badań,  można wskazać na skuteczność kampanii antysemickiej prowadzonej w 1968 roku. Jako dowód może posłużyć następująca wypowiedź z 2008 roku, dość wiernie – przy sugerowanym przez autorkę małym zainteresowaniu wydarzeniami -  odtwarzająca treść wystąpień Gomułki: Z Lublina, w ogóle z Polski dużo Żydów wtedy wyemigrowało, ale oni też popełniali błędy, bo nawet sam Gomułka podobno wyraził się na którymś tam zjeździe, nie wiem którym, bo przecież nie interesowałam się tym, aż tak. Powiedział: „Popełniliście błędy, bo ja wam kazałem wyrzucać syjonistów, a nie Żydów. To znaczy nie każdy Żyd był, nadawał się do tego, żeby go wydalić z kraju. Bo” – jeszcze zaznaczył – „są tacy Żydzi, jak specjaliści w różnych zawodach, to tych Żydów należy ocalić i nie szykanować.
W marcu 1968 roku służba bezpieczeństwa w Lublinie rozpoczęła działania inwigilacyjne wobec specjalnej grupy młodzieży, mianowicie „młodzieży »bananowej« pochodzenia żydowskiego”. Już wcześniej, bo w  1967 roku  środowiska skupione wokół lubelskiego oddziału TSKŻ stało się przedmiotem zainteresowań służby bezpieczeństwa3. „Tolerancyjny stosunek do szkodliwych inicjatyw” przypisanych tej grupie młodzieży zarzucono Michałowi Ziółkowskiego, dyrektorowi Liceum Ogólnokształcącego im. Zamoyskiego w Lublinie4. Obiektem zainteresowania aparatu bezpieczeństwa stał się lubelski piosenkarz Michał Hochman. Wspominał on: Była na przykład taka sytuacja, poszedłem z Markiem Wojtkiewiczem do kawiarni, do „Czarciej Łapy” i Marek mówi tak: „Słuchaj, Michał, nie mów nic o Izraelu, o polityce, bo jesteś obstawiony przez czterech facetów  z policji”.  W cywilu oczywiście. Czyli szukali jakichś kozłów ofiarnych, a w Lublinie nie bardzo mieli, bo społeczność żydowska była mała.
W szczególnej sytuacji znalazły się te osoby pochodzenia żydowskiego, które uczestniczyły w protestach warszawskich, zapoczątkowanych 8 marca 1968 roku. Ich udział stał się dla władz koronnym dowodem na rzecz tezy propagandowej, że to głównie Żydzi stoją za protestami młodzieży5. W wydarzeniach w Szkole Głównej Planowania i Statystyki, dzisiejszej Szkole Głównej-Handlowej, uczestniczył Józef Kliger. Po latach wspominał: Myślę, że nie byłem bardziej aktywny niż trzysta czy dwieście osób na tym SGPiS. Byłem w Związku Młodzieży Socjalistycznej. Wszyscy wiedzieli, że jestem aktywny, i że mam wpływy. Mieliśmy kolegów Polaków, którzy byli jak gdyby na froncie. Ale ci którzy byli bardziej aktywni, im nic się nie stało. Był Jerzy Kropiwnicki. Człowiek, który był dużo bardziej aktywny. Myśmy się koło niego kręcili, to znaczy ja z moimi dwoma, trzema kolegami. Jemu nic nie zrobili. Tym moim dwóm czy trzem kolegom też nic nie zrobili, natomiast mnie wzięli. Mnie zawiesili głównie dlatego, że byłem Żydem. Zawiesili mnie dyscyplinarnie na rok. Byłem na wiecu. Ale to nie chodziło o to, że byłem na wiecu, ale chodziło o to, że rozprowadzałem ulotki, namawiałem ludzi i tak dalej. Tego nie trzeba było w ogóle udowadniać. Policja to napisała, siedziała komisja i ona zdecydowała.
Kampania antysemicka zapoczątkowana na szeroką skalę w 1968 roku wymierzona była zarówno w młode jak i starsze pokolenie Polaków mających korzenie żydowskie. Jakub Gorfinkiel wspominał po latach: Problemem było też to, że w gazetach zaczęli krzyczeć: „Jakie dzieci, tacy rodzice” i zaczęli wyrzucać rodziców z pracy. To był okres, kiedy codziennie gazety publikowały, że spiski zostały wyrzucone z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, że zrobiono czystki w MSZ, że wyrzucili takich ludzi jak: Lewandowski, przedtem był Ferenchait, przedtem Libermann, przedtem Zendler. Tak było bez przerwy. Okazuje się, że w Polsce byli ludzie, którzy będąc osobami 18-letnimi czy 20-letnimi, do 1968 roku nie wiedzieli, że są Żydami. Rodzice chowali ich przed prawdą i dopiero kiedy tatę albo mamę wyrzucili z pracy, dlatego że byli Żydami i opublikowali ich nazwiska, oni nagle dowiedzieli się, że są Żydami. Dla tych młodych ludzi to był straszny szok. Ich rodzice często byli prawdziwymi patriotami Polski.
Wydarzenia marcowe zapoczątkowały okres szykan wobec Żydów, w wyniku których znaczna ich część została zmuszona do wyjazdu. Dla emigrantów, to co dzieje się po marcu 1968, stanowi okres zamykania powojennego etapu życia w Polsce. Należało zwinąć swoje manatki i wyjechać – tego oczekiwały władze. We wspomnieniach utrwaliła się rozmowa emigranta z przedstawicielem władzy. Urzędnik argumentował: Tu nie ma miejsca dla was. Musicie wyjechać. Świat jest duży. Wszędzie będzie mógł pan na pewno prowadzić sklep. W odpowiedzi usłyszał: Ja tu się urodziłem i ja tu jestem obywatelem tego kraju, to jest moja ojczyzna od prapradziadków. Władza była  nieugięta wobec faktu zakorzenienia w tym kraju. Władza nie zaważała na sytuację życiową człowieka, który mówił: I gdzie ja teraz pojadę? Ja już mam pięćdziesiąt cztery lata, nie znam języka, nie mam zawodu, co ja będę robił na świecie? Tu jest moje miejsce, to jest moja ojczyzna. Odpowiedź urzędnika pozostała bez zmian: Nie. Wszędzie pan znajdzie i tu nie ma miejsca. Musi pan opuścić Polskę.
Józef Kliger wspominał: W tym czasie w Lublinie jest trzech, czterech Żydów na jakichś wyższych stanowiskach. Jeden jest pułkownikiem Wojska Polskiego, drugi jest jakimś kierownikiem czegoś, jakiegoś gównianego zakładu, a czwartym jest mój ojciec. On jest magazynierem i ma dwóch podwładnych. Ale władze mają problemy, muszą kogoś wyrzucić, nie mogą za mało wyrzucić. W związku z tym mojego ojca też wykluczyli z pracy.

Kampania antysemicka przetoczyła się również przez dwa środowiska uczelni wyższych w Lublinie. Wśród osób, na których wymuszono emigrację znalazła się Krystyna Modrzewska, w czasie II wojny światowej członek AK,  od 1964 roku kierownik Zakładu Antropologii UMCS. Po latach między innymi powiedziała: Byłoby okropne gdybym ja została w Polsce, po 68 roku

W części prezentowanych wspomnień wyrażenie „Marzec ‘68” ogniskuje treści związane z wydarzeniami, które miały miejsce pomiędzy czerwcem 1967 a czerwcem 1968 roku. We wspomnieniach okres inkubowania6 nastrojów antysemickich w Polsce zapoczątkowany pierwszym wystąpieniem Gomułki w czerwcu 1967 roku,  znajduje swe dopełnienie w drugim wystąpieniu. Drugie wystąpienie, w którym padły nazwiska osób pochodzenia żydowskiego, w połączeniu z nagonką medialno-wiecową oraz okazywaniem nastrojów antysemickich przez Polaków, stało się bodźcem do podejmowania decyzji o emigracji z Polski. Dla wszystkich, którzy wyemigrowali określenie "Marzec ’68" wiąże się z głębokimi i wstrząsającymi przeżyciami.
 



Reakcje i postawy Polaków

To niewątpliwie jeden z istotniejszych momentów tych wspomnień. Pozwalają one wyróżnić cztery rodzaje postaw. Z pewnością jest to niepełna typologia i charakterystyka tego problemu. Postawa pierwsza, polegająca na przyłączeniu się do antysemickiej nagonki poprzez okazywanie nienawiści została już powyżej przedstawiona. Postawę neutralności charakteryzują słowa przywołanej powyżej anonimowej rozmówczyni: bo przecież nie interesowałam się tym, aż tak. W tym przypadku percepcja haseł propagandowych nie pociągnęła za sobą działań, co w jakiejś mierze wynikało z faktu, że brak było Polaków o żydowskich korzeniach w środowisku, w którym dana osoba funkcjonowała.
Dotkliwe odbierana przez przyszłych emigrantów była (trzecia) postawa wyciszenia relacji ze strony znajomych Polaków. W obliczu wieloletnich znajomości wydawała się ona niezrozumiała. Morris Wajsbrot wspominał: Ja miałem kolegów, znajomych Polaków, z którymi dużo pracowałem. Ale jak był ten okres to każdy wstydził się, schował głowę, bał się odzywać. Pamiętam, że znajomy szedł Krakowskim Przedmieściem. Ukłoniłem się, a on głowę opuścił na dół. Nie chciał odpowiedzieć. Nie dlatego, że nie chciał, że był zły. Taka była sytuacja, nie wiem jak to zrozumieć, że bali się czegoś, albo popierali tamtych.
W pamięci Michała Hochmana utrwaliły się zróżnicowane postawy Polaków: W sześćdziesiątym ósmym roku zauważyłem, że część ludzi jakby się odwróciła. Nie wiem czy się bali, trudno mi powiedzieć. Ale była część ludzi bardzo, bardzo nam oddanych przyjaciół. Nieprawdopodobnie oddanych. I nawet moja znajoma koleżanka z Warszawy, którą w Kazimierzu poznałem, mówiła tak „Słuchaj, jak do czegoś dojdzie, to nie martw się. Ja cię przechowam”. Mówię „Dobrze, dobrze. Przechowasz mnie".
Znalazły się również osoby, które były gotowe udzielić pomocy lub okazywały zwykłą życzliwość.  Nazwiska tych osób często zostały zapamiętanie. Wspominał Michał Hochman: To byli życzliwi ludzie, muszę powiedzieć takich parę nazwisk, które pamiętam. Było ich więcej, ale z tych, co pamiętam, to był pan Sandecki, który kiedyś pracował z tatą w Motozbycie. Był dyrektorem Motozbytu. To on odprowadzał nas na dworzec, gdzie była odprawa celna naszych rzeczy. Odprowadzał nas też Jerzy Księski, który był w radiu redaktorem. Oczywiście zaraz ich wyrzucili, bo nie chcieli mieć celnicy świadków, co tam się dzieje na tej odprawie. Ale oni się nie bali. Przyjechali. Posiedzieli ze mną. Jeszcze taki pan, ja zapomniałem nazwiska, który był bardzo zaprzyjaźniony. On nawet miał swój własny samochód i odwoził rodziców do Dworca Gdańskiego, i mnie też odwoził do Dworca Gdańskiego. Nawet mieliśmy taki mały incydent w mojej kamienicy, bo tam jakaś szumowina mieszkała obok nas i pożyczyłem mu gitarę i chciałem odebrać tą gitarę w czasie wyjazdu, on zaczął mnie wyzywać, skoczył na mnie, że ty taki... I ten pan stanął w mojej obronie. Powiedział, że jak jeszcze jedno słowo powie, to go prostu go uderzy. No i tamten się przestraszył i poszedł. Ale gitary nie odebrałem. A więc byli ludzie bardzo życzliwi, ale też byli ludzie, którzy jakby cieszyli się z tego, z tej sytuacji i popierali akcję rządową.
W relacji Polacy pochodzenia żydowskiego - Polacy daje zauważyć się problem nieprzekładalności doświadczeń. Emigrantka z Lublina, Miriam Kuperman wspominała: Ale nikt z moich polskich kolegów, nie rozumiał tego. Oni mówili, no co cię obchodzi co oni mówią w radiu, co mówią w telewizji, fala przejdzie. Z racji szerokiego zasięgu akcji propagandowej, problem ten miał wymiar ogólnopolski.



Decyzja wyjazdu z Polski - "to było smutne"

We wspomnieniach decyzje wyjazdu została uwikłana w jeden główny kontekst, którym była sytuacja kampanii antysemickiej w swej totalności wymuszająca pożądane przez władze decyzje. W szczególnie trudnej sytuacji znalazły się osoby starsze, które zostały postawione przed perspektywą rozpoczynania swojego życia na nowo. O przeżyciach swojego ojca, mającego wówczas 59 lat, opowiadał Jakub Gorfinkiel: Ja pojechałem pierwszy z mojej rodziny, bo ja zawsze byłem samodzielny. Tata był w moim obecnym wieku, mama trochę młodsza, ale już nie byli najmłodsi. To nie jest proste: zostawić mieszkanie, pracę, ludzi, których znasz i tu wiesz nawet, gdzie pójść, żeby załatwić dowód osobisty, gdzie pójść do szpitala, do lekarza – wiesz wszystko i wszystko musisz zostawić... Trzeba iść na nowe miejsce i tam się uczyć wszystkiego od nowego, języka, wpaść w środowisko, którego zupełnie nie rozumiesz. Tata się bał.
Polacy pochodzenia żydowskiego z bólem przeżywali rozstanie z kulturą polską. Tak o tym mówił Józef Kliger: Wiedziałem, że rodzice za mną przyjadą. Nie było problemem to, że ja ich opuszczam. Było mi smutno. Ja czułem się dosyć Polakiem pochodzenia żydowskiego, bardzo związanym z kulturą, z Polską i ze wszystkim. To było nieprzyjemne, ale z drugiej strony było też przekonanie, że nie mamy czego tutaj szukać, nie można być zależnym od jakichś kaprysów takiego czy innego człowieka i wiedzieć na pewno, że nie można dostać pracy, że nie można rozwinąć się w pracy. Także to było smutne, ale to była decyzja, której nie można było uniknąć, nie ma o czym mówić.
Przymus emigracyjny wywołany w trakcie medialno-społecznej kampanii, w sporadycznych przypadkach przyspieszał realizację rodzinnych planów. Miriam Kuperman tak opisała swoją sytuację w latach 1967/68: Ja się bardzo szybko zdecydowałam. Jak usłyszałam przemówienie Gomułki o piątej kolumnie, to mnie już kompletnie złamało. Decyzja wyjazdu nie była tylko związana z sytuacją polityczną. Byliśmy zupełnie sami, ojciec umarł rok wcześniej. Właściwie cała nasza rodzina była w Izraelu: dwie siostry, kuzyni, kuzynki. Wtedy właściwie nie mieliśmy ani jednego krewnego w Polsce. I to też miało znaczenie. Ta sprawa polityczna po prostu przyspieszyła, pchnęła nas do tego. Zawsze gdzieś miałam w głowie, że chcę jechać do Izraela. Ale ja byłam wyjątkiem, inni tacy nie byli. To po prostu przyspieszyło podjętą decyzję. Moje ciocie napisały mi, że będę mogła dalej studiować. To była ważna wiadomość, bo gdybym wiedziała, że nie mogę studiować, to chyba bym tak szybko nie wyjechała. Mój narzeczony zostawił rodziców, siostrę i brata. Oni wyjechali, dwa, trzy lata później. Nie pojechali do Izraela, lecz wyjechali do Danii. Oni czekali, aż jego brat zrobi maturę. Mój narzeczony chciał ze mną jechać. Ja byłam tym bodźcem do jego wyjazdu. Myślę, że mój brat tak szybko by się chyba też nie zdecydował. Ja bardzo chciałam jechać. Ryszard Weiler wspominał: W 1968 roku nie musiałem wyjeżdżać. Nie wyrzucili mnie ze studiów, czy coś w tym rodzaju. Ale uważałem, że nie ma rady. Prawdę mówiąc obawiałem się, że na razie mnie nie wyrzucili, ale jak tak dalej pójdzie, to już studiów nigdy w życiu nie skończę. To nie jest takie teoretyczne, bo byli ludzie, którzy siedzieli w więzieniach, znam takich ludzi. Także to wszystko mogło nastąpić, ale że ktoś konkretnie mnie zmusił, to nie. Można powiedzieć, że wtedy myślmy w Lublinie zaczęli wyjazdy. Moja siostra ze szwagrem wyjechali pierwsi a ja po nich.



Formalności - "pięć dolarów można było wziąć ze sobą"

Na potrzeby masowej emigracji, która objęła w skali całego kraju około 13 000 osób, przygotowano specjalne procedury formalne "w sprawie wyjazdu z Polski obywateli pochodzenia żydowskiego, którzy zgłoszą chęć wyemigrowania”7. W wyniku tych procedur emigranci zostali pozbawieni prawa powrotu do Polski. Przy przekraczaniu granicy okazywano nie zwykły paszport, ale dokument pozwalający na podróż, tak zwany „emigracyjny paszport” w jedną stronę8. Ważnym wspomnieniem marcowych emigrantów było podpisanie „zrzeczenia się” obywatelstwa polskiego. Michał Hochman wspominał:
I nagle przyszła informacja, że trzeba się zgłosić do wydziału paszportowego po dokumenty podróży. Data wydania była dużo wcześniejsza, czyli kiedy myśmy dostali dokumenty to już zostało chyba tydzień do wyjazdu. Czyli były przetrzymane w Lublinie, żeby dać nam do ręki w ostatniej chwili. No to nagle trzeba było wszystko w pośpiechu likwidować. Dlatego ja musiałem jeszcze zostać dwa tygodnie, bo nie zdążyliśmy. Dobrze, że była taka możliwość. Po otrzymaniu tego dokumentu podróży trzeba było też poświadczyć, że się zrzeka obywatelstwa polskiego. To okazało się nielegalne, ten ruch ze strony wydziału paszportowego, bo zrzec się tylko można przez radę państwa, oficjalnie. To nie było zrzeczenie się obywatelstwa, tylko był odbiór dokumentów, który był równocześnie tym samym, co zrzeczenie się obywatelstwa, bo ten dokument podróży mówił, że posiadacz niniejszego dokumentu nie jest obywatelem polskim. Czyli tak potem pokazywałem kolegom „Widzisz? Zobacz. Jeszcze tydzień temu byłem obywatelem polskim, a teraz nie jestem”. A większość kolegów „Słuchaj, jak ja ci zazdroszczę tego dokumentu podróży. Chętnie bym się zamienił z tobą”. Takie były czasy.
W Lublinie prawdopodobnie pierwszą osobą, która zgłosiła chęć wyjazdu, była Miriam Kuperman. Po latach tak opisała swoją wizytę w komendzie milicji: Chyba pod koniec kwietnia złożyłam papiery. Nikt mnie nie pytał z jakiego powodu wyjeżdżam. Widziałam, że była trochę konsternacja w lubelskiej policji. Trochę nie wiedzieli, co z nami robić. Dzwonili tu i tam, i w końcu podpisaliśmy, że zrzekamy się obywatelstwa. Dostałam te papiery pierwszego czerwca. To nie był paszport, to był dokument podróży, w którym pisało, że właściciel tego dokumentu nie jest obywatelem polskim. Były trzy tygodnie na zlikwidowanie wszystkich spraw i wyjechanie.
Przebieg procedur, w porównaniu z postępowaniem zwyczajnym, oceniano jako nadzwyczaj sprawny: To nie było traumatyczne. W przeciwieństwie do wielu innych biurokratycznych załatwień rzeczy w Polsce w tym czasie, które wymagały jakiegoś strasznego wysiłku, to było zupełnie trywialne.



Ostatnie dni w Lublinie i w Polsce - "ja już nigdy tutaj nie wrócę"

Ze wspomnień Miriam Kuperman:
Byłam jak w gorączce. Cały czas sobie myślałam: „Boże, to ja już nigdy tutaj nie wrócę. Jak to jest możliwe”. Było tyle spraw do załatwienia, że nie było w ogóle ani trochę czasu na zastanowienie się. Do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego nie pożegnałam się z sąsiadami. Do dzisiaj nie rozumiem, jak to się stało. Wszystko było tak jak we śnie. Można było zabierać pięć dolarów, bo na tyle było zezwolenie. Zamówiliśmy skrzynię i właściwie wzięliśmy głównie wszystkie książki. Myślałam, że bez książek nie ma życia. Wszystkie książki zawodowe i różne książki takie z dzieciństwa. Poza tym trochę garnków, pościel, trochę ubrań i to wszystko. Można było brać meble, ale kto miał w głowie meble. Pojechaliśmy do Warszawy. To załatwiało się przez Ambasadę Holenderską. Przecież nie mieliśmy pieniędzy ani na podróż, ani na nic. Ambasada Holenderska chyba płaciła za to i załatwiała wszystkie papiery. W Warszawie zatrzymaliśmy się na parę godzin u znajomych i stamtąd pojechaliśmy pociągiem do Wiednia.
Jednym z ostatnich doświadczeń emigrantów było zamykanie spraw związanych z Polską. Jeden, dwa, trzy lub cztery tygodnie, od otrzymania dokumentów do daty odprawy celnej, sprawiały, że poddawano szybkiej selekcji dorobek życia. Wspominała Genowefa Hochman: Ja się urządziłam, w sześćdziesiątym ósmym roku w styczniu, nowe meble kupiłam. Włożyliśmy w remont, w to mieszkanie sto trzydzieści tysięcy, zrobiłam piękne mieszkanie, centralne ogrzewanie, bo wszędzie piece były takie, zimno było, i drzwi, i okna, wszystko trzeba było zmienić, malować – i trzeba było wszystko zostawić. Dałam ogłoszenie do „Kuriera”, który wychodził o drugiej godzinie po południu – to się chyba z pięćdziesiąt [osób zeszło], wszyscy naraz, nie mogłam tego znieść, więc wyprosiłam ich wszystkich, zostawiłam trzy osoby i pokazałam, [że] wszystko jest do sprzedania. To za bezcen wszystko poszło.
Ilość i wartość przedmiotów, które można było ze sobą zabrać, zostały ściśle określony przez odpowiednie przepisy. W pamięci wielu wspominających utkwił fakt, że można było wywieźć tylko 5 dolarów.



Odprawa celna - "Tu więcej zostawili po sobie niż mieli"

W Lublinie na dworcu kolejowym bagaże emigrantów poddawane były drobiazgowej kontroli. Dla niektórych moment ten był uwłaczający, ponieważ szukający chcieli znaleźć ukryte rzeczy. Z tej racji niejednokrotnie niszczyli cenne, pamiątkowe rzeczy. Rewizja bagażu utkwiła w pamięci Genowefy Hochman: To okropne było. (...) Przerzucali wszystko, porozrywali rękawy w marynarkach. Ja miałam ramkę – zrobioną jeszcze w szkole – z płótna, na wierzchu wymalowane były wisienki i zdjęcie było w tej ramce – to oni rozpruli mi tą ramkę, żeby szukać, bo to miękko było, ja podłożyłam watkę, żeby to wypukłe było, i zniszczyli mi tą ramkę. To miała być pamiątka dla mnie na stare lata – jako dziecko to zrobiłam.
Po latach gorliwość urzędników celnych poszukujących ukrytego mienia żydowskiego wzbudzała najgorsze skojarzenia. Michał Hochman powiedział: To było gestapo do potęgi piątej, ten wydział celny. Oni chyba mieli jakieś instrukcje. Pierwsza instrukcja, że musimy wywozić majątek, a druga rzecz, żeby po prostu podokuczać. Ten mit, że wywozimy majątek, że prywatna inicjatywa, to, tamto. Szukali rzeczy, majątku, który gdzieś rzekomo musieliśmy ukryć. A nie wiedzieli, że cały majątek moi rodzice ulokowali w mieszkanie.
 



Poza granicami Polski - "zaczęliśmy nowe życie"

Polacy żydowskiego pochodzenia, którzy wyjechali z Lublina, za kraj docelowy wybierali Izrael, Danię, Szwecję i Stany Zjednoczone. Michał Hochman wspominał:
Bo był taki mit, że tam w Wiedniu wyłapują i wsadzają, czy się chce, czy się nie chce, na samolot do Izraela. A tam nie wszyscy chcieli jechać do Izraela, bo nie chcieli po prostu następnych wojen przeżywać, bo już wystarczająco przeżyli w swoim życiu wojen.
Proces zadomowienia się w nowych środowiskach był dla wszystkich niełatwym doświadczeniem. Szybciej i łatwiej do nowej sytuacji przystosowały się osoby młode. Poprzez naukę języka i studia zdobywały wykształcenie umożliwiające rozwój zawodowy. Zaczęliśmy nowe życie  - mówiła jedna z emigrantek. Natomiast osoby starsze z trudem odnajdywały się w tej nowej rzeczywistości: My mieliśmy kolegów, którzy mieli starych rodziców, którzy wyjeżdżali w wieku ponad pięćdziesięciu lat i potem mieli bardzo ciężkie życie. Bez języka, pracy nie mogli odnaleźć.



Refleksja po latach - "my jesteśmy trochę tak rozdarci"

Z perspektywy XXI wieku, wielu spośród emigrantów, z pewnością nie wszyscy, nabrało dystansu wobec marcowych wydarzeń. Przykładem są wspomnienia Miriam Kuperman, która powiedziała: Rok 1968 w moim przypadku, to już taka dawna przeszłość. Nawet już nie boli. Ta przeszłość już nie jest taka ważna. Wiem, że wszyscy nasi koledzy, którzy wyjechali na przykład do Skandynawii, dalej drążą ten temat, Izraelczycy nie. My jesteśmy trochę tak rozdarci. Mnie tak dużo łączy z Polską. Literatura i historia - to są nasze korzenie.  Pamiętam, że siostry mojego ojca i wszyscy mieli bardzo dużo polskości w sobie. Teraz ja czuję się w Izraelu naprawdę jak w domu. I w Izraelu, co jest dzisiaj śmieszne, mogę powiedzieć, że się czuję bezpiecznie. Większość ludzi nie rozumie tego. Dziwią się że, chcę mieszkać w kraju, w którym cały czas właściwie jest wojna. Właściwie dlaczego nie wracam do Polski?  Bo przecież, to nie jest bezpieczne miejsce. Co mi nie przeszkadza w tym, że bardzo lubię do Polski przyjeżdżać. Bardzo lubię, że wszystkie napisy są po polsku i że wszyscy mówią po polsku.
Wyzwaniu emigracji sprostał w Ameryce Morris Wajsbrot: Przyjechaliśmy tutaj, wszyscy ciężko pracowaliśmy, dzieci uczyły  się. Mieliśmy dostęp do wszystkiego, nikt nam nie przeszkadzał, nikt się nie pytał jaki ty jesteś Żyd, Polak, Rosjanin, chcesz się uczyć? Drzwi są otwarte dla każdego. I właśnie wykorzystaliśmy to, że mogliśmy się uczyć dalej. Poszło nam to nieźle. Jesteśmy  zorganizowani, niezależni od nich. Mogę sobie pozwolić żyć. Także jestem szczęśliwy.

 

Przygotował Łukasz Kijek


 

1 Mazur M., Polityczne kampanie prasowe w okresie rządów Władysława Gomułki,

2 Choma-Jusinska M., Lublin, [w:] Rokicki K., Stępień S. (red.), Oblicza Marca 1968, Warszawa 2004, s. 155.

3 Choma-Jusinska M., Lublin, [w:] Rokicki K., Stępień S. (red.), Oblicza Marca 1968, Warszawa 2004, s. 141-142.

4 Choma-Jusinska M., Lublin, [w:] Rokicki K., Stępień S. (red.), Oblicza Marca 1968, Warszawa 2004, s. 154.

5 Tych F., "Marzec '68". Geneza, przebeg i skuki kampanii antysemickiej lat 1967-68, [w:] Tych F., Adamczyk-Garbowska M. (red.), Następstwa Zagłady Żydów Polska 1944-2010 , Lublin 2011, s. 398.

6 Eisler J., Polski rok 1968, Warszawa 2006, s. 116.

7 Tych F., "Marzec '68". Geneza, przebeg i skuki kampanii antysemickiej lat 1967-68, [w:] Tych F., Adamczyk-Garbowska M. (red.), Następstwa Zagłady Żydów Polska 1944-2010 , Lublin 2011, s. 407.

8 Tych F., "Marzec '68". Geneza, przebeg i skuki kampanii antysemickiej lat 1967-68, [w:] Tych F., Adamczyk-Garbowska M. (red.), Następstwa Zagłady Żydów Polska 1944-2010 , Lublin 2011, s. 402.

Marzec ‘68 – wspomnienia lubelskich emigrantów

W przeddzień wydarzeń marcowych 1968 roku w Lublinie i na Lubelszczyźnie mieszkało blisko 450 osób pochodzenia żydowskiego. W latach 1968-1972 region ten opuściło około 120 osób.

Jak ówcześni Lublinianie pochodzenia żydowskiego odbierali wydarzenia określane mianem „Marca ’68”? Jak wyglądało ich pożegnanie z krajem przodków? Jak po latach wspominają to przełomowe w ich życiu wydarzenie? Co myślą o swojej decyzji sprzed 45 lat?

Tekst stanowi próbę odpowiedzi na te i szereg innych pytań. Podobieństwo doświadczeń sprawia, że wiele wspomnień składa się na wspólną, wieloaspektową opowieść o wydarzeniach sprzed lat. Wykorzystane relacje pochodzą ze zbiorów Archiwum Programu Historia Mówiona Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN”.

Spis treści:
1. Przemówienia Gomułki - "jak grom z jasnego nieba"
2. Odbiór kampanii antysemickiej - "nastąpił kryzys zaufania"
3. Skutki kampanii antysemickiej - "rozbudzili w ludziach wilka"
4. Reakcje i postawy Polaków
5. Decyzja wyjazdu z Polski - "to było smutne"
6. Formalności - "pięć dolarów można było wziąć ze sobą"
7. Ostatnie dni w Lublinie i w Polsce - "ja już nigdy tutaj nie wrócę"
8. Odprawa celna - "Tu więcej zostawili po sobie niż mieli"
9. Poza granicami Polski - "zaczęliśmy nowe życie"
10. Refleksja po latach - "my jesteśmy trochę tak rozdarci"

Przemówienia Gomułki - "jak grom z jasnego nieba"

Kampania antysemicka 1967/1968 była prawdopodobnie pierwszą, w której na szeroką skalę wykorzystano media, w szczególności telewizję, do wywołania w stosunkowo krótkim czasie, określonych nastrojów i postaw różnych grup społecznych. Wśród wielu wątków opowieści Żydów polskich, którzy wyjechali z Lublina, jedne z najważniejszych dotyczyły przemówień Władysława Gomułki. Wrażenie jakie wywołały mowy I sekretarza KC PZPR były porównywane do gromu z jasnego nieba. Dobór słów był nieprzypadkowy. Przemówienie z 19 czerwca 1967 spowodowało, że Polacy o korzeniach żydowskich poczuli się dogłębnie dotknięci tym, iż zakwestionowano ich stan samookreślenia się względem Polski. Ze wspomnień Miriam Kuperman:

Nagle 1968 rok jak grom z jasnego nieba. Nagle usłyszeliśmy, że jesteśmy piątą kolumną, że droga wolna. To było okropne. Nie można było włączyć telewizji, przestaliśmy oglądać telewizję.

Społeczność Żydów w Polsce została wyrwana z codzienności, z życia, które miało swój ustalony bieg i raptownie została wrzucona w wir wydarzeń politycznych. Po latach byli świadomi, że stali się przedmiotem użytym do rozgrywek politycznych na górze. Z dystansem i sarkazmem wspominają inspiratora tamtych wydarzeń:

Jestem zadowolony, szczęśliwy, czego się nie spodziewałem wyjeżdżając z kraju gdzie urodziłem się i gdzie rodzice mieszkali, gdzie tysiąc lat mieszkali Żydzi. Jak nie Hitler wykończył, to inni zaczęli doprowadzać do wykończenia. Wszyscy starali się wyjechać. Ja uważam, że Gomułce powinni postawić pomnik, bo każdy Żyd, który wyjechał jest zorganizowany. Był wolny, nikt go nie prześladował, jak sobie chciał tak sobie radził. Po tym jak wyjechaliśmy, to bardzo tęskniliśmy za tym wszystkim.


Odbiór kampanii antysemickiej - "nastąpił kryzys zaufania"

Józef Kliger, ówczesny działacz Związku Młodzieży Socjalistycznej, tak mówił o percepcji przemówień W. Gomułki wśród Żydów polskich:

Ze strony nas wszystkich nastąpił kryzys zaufania w stosunku do tego, co dzieje się w Polsce. Bardzo ugodzono w nas przez to, że wytykano nam nasze żydostwo, że mówiono, że jesteśmy zdrajcami, że jesteśmy piątą kolumną. (…) Było to nieprzyjemne i człowiek czuł się za bardzo zależny od kaprysów takiej czy innej jednostki, która była przy takiej czy innej władzy.

W napiętnowanej grupie wytworzyło się naturalne w sytuacji zagrożenia poczucie wewnętrznej solidarności. Dla części wspominających doświadczenia przeżywane przez całą grupę stały się najważniejsze i wiążące. Wspominała Miriam Kuperman:

Przede wszystkim te przemówienia Gomułki. Zaczęli wymieniać nazwiska ludzi, którzy byli pochodzenia żydowskiego. Nazwiska naszych kolegów Żydów, których znaliśmy z kolonii. My osobiście właściwie nic nie odczuliśmy, ale masę rodziców naszych kolegów powyrzucali z pracy. Tata już nie żył. Gdyby żył, jako dyrektora Elektrowni, pewnie by go zwolnili. Także to wszystko dochodziło i było jasne, że jedzie się na tej fali antysemityzmu. To było akurat wygodne dla władz. Ale nikt z moich polskich kolegów, nie rozumiał tego. Oni mówili, no co cię obchodzi co oni mówią w radiu, co mówią w telewizji, fala przejdzie. Nie, nie mogłam się z tym pogodzić.

Kontekstem dziejowym pojawiającym się w tych opowieściach jest Zagłada. Jeden z rozmówców, zastanawiając się nad niezrozumiałością zaistniałej sytuacji, mówił:

A to było przecież dwadzieścia parę lat po wojnie.

Kolejne prześladowanie Żydów, wśród których byli Ci co przeżyli Zagładę, grupy w której funkcjonowała pamięć o Holokauście, wywoływało uzasadniony niepokój o przyszłość poszczególnych osób jak i całej społeczności.


Skutki kampanii antysemickiej - "rozbudzili w ludziach wilka"

Przemówienie Gomułki z 19 czerwca 1967, w którym padły słowa o V kolumnie, rozbudziło nastroje antysemickie w Polsce. Punkt kulminacyjny antysemickiej akcji propagandowej nastąpił kilka miesięcy później, 11 marca 1968 roku1. W marcu i w kwietniu prowadzono zakrojoną na szeroką skalę kampanię w mediach oraz w trakcie robotniczych wieców i zebrań organizacji partyjnych.
Zmianę nastrojów wśród robotników można zaobserwować na przykładzie Lubelskich Zakładów Przemysłu Skórzanego im. Mariana Buczka. W trakcie kampanii antysemickiej aktyw robotniczy tej fabryki gorliwie włączył się w tropinie „elementów syjonistycznych”2. Skala zmiany nastawienia pracowników w tym zakładzie uwidacznia się w kontekście wspomnień syna lubelskiego Żyda: W 1957 roku chciano go [ojca - red] wprowadzić do związku zawodowego, żeby był przewodniczącym. Był bardzo popularny, nie miał problemów, mimo tego, że nazywał się Chain i że był Żydem.
Na potwierdzenie informacji o bezkonfliktowym ułożeniu relacji między Polakami i Żydami przed latami 1967/1968 można przytoczyć wypowiedź Jakuba Gorfinkla o Lublinie: Nigdy nie czułem antysemityzmu, a wtedy poczułem, rozbudzili w ludziach wilka. Jakoś nigdy do tego czasu nie odczuwałem, że jest w ludziach antysemityzm, a tu nagle otworzyli skrzynkę Pandory. Wtedy ludzie zaczęli wyjeżdżać. Tej obserwacji nie potwierdzają wszystkie relacje. Przejawy antysemityzmu przed 1968 rokiem wobec własnej osoby odnotowała Miriam Kuperman. Wspominała: Czasami dzieci mnie przezywały, ale nie moi sąsiedzi. My byliśmy dosyć znaną rodziną w naszej dzielnicy na Kośminku. Wtedy w ogóle tam nie było Żydów.  Ojciec był dyrektorem elektrowni, więc  byliśmy znaną rodziną. Myślę, że to z tego powodu, że nigdy nie było ukrywane to, że jesteśmy Żydami. Wszyscy o tym wiedzieli. Były objawy antysemityzmu. Na przykład dzieci czasami przezywały mnie, albo jak się z kimś pokłóciłam, to mnie mógł rzucić słowo. Rodzice wysyłali mnie do tak zwanego Domu Zdrowia, czegoś takiego w rodzaju sanatorium, uzdrowiska. Sama się dziwię, że mieli taką odwagę. Ja jeszcze wtedy do szkoły nie chodziłam.  Nie miałam przecież medalika, a wszystkie dzieci miały. Pamiętam, jak mnie dwie pielęgniarki wzięły do kąpieli. Pytały się, gdzie jest medalik. Odpowiedziałam: „Przecież nie mam, bo ja jestem Żydówką”. Nigdy tego nie ukrywałam. I pamiętam, że wtedy powiedziały: „To nie jest możliwe, bo byś się do tego nie przyznała”. Także były objawy, ale to nie było na co dzień. To nie był jakiś duży problem. Mój ojciec powiedział: „Przezywają cię? Wal”. Powiadał mi: „Bij”. I tak było. Pamiętam, że ja byłam wzorową uczennicą i to mi się nie kleiło z tym biciem. Ja się nigdy nie biłam. Ale pamiętam, że jak mi ktoś powiedział, raz… to stawałam do bitki. Tym problemem nie żyło się na co dzień. Od czasu do czasu tak. Ale to nie był jakiś taki życiowy problem.
Po tym, co było w Warszawie ze studentami [w 1968 roku] to zaraz wszystko się zmieniło - tak podsumowała sytuację Żydów w Polsce Genowefa Hochman. W związanych z marcem wspomnieniach rodziców znajdują się informacje, o tym co spotykało ich dzieci w szkołach. Opowiadał Morris Wajsbrot: W Lublinie były masówki w 1968 roku. Dzieci były prześladowane w szkole, wyzywali ich od Żydów. Starsza córka poszła raz do kina z koleżanką wieczorem. Podszedł jakiś gówniarz i mówi: „Ty Żydówa, jeszcze tu siedzisz”. Ona go nie znała, ani go nie zaczepiała, nie miała nic wspólnego z nim. Co rano masówki w telewizji, w radio. Dorosłe dzieci już to słyszą. Młodsza córka siedziała w szkole na ławce i trzymała rękę. Koleżanka, która siedziała obok mówi do niej: „Ty, zabieraj tą parszywą żydowską rękę”. Ja byłem prześladowany oraz dzieci, dlatego wyjechaliśmy.
Trudno w oparciu o przywołane wspomnienia wnioskować o społecznym zasięgu nastrojów niechęci wobec Żydów. W pewnych społecznych grupach w Lublinie, których precyzyjne określenie wymaga dalszych badań,  można wskazać na skuteczność kampanii antysemickiej prowadzonej w 1968 roku. Jako dowód może posłużyć następująca wypowiedź z 2008 roku, dość wiernie – przy sugerowanym przez autorkę małym zainteresowaniu wydarzeniami -  odtwarzająca treść wystąpień Gomułki: Z Lublina, w ogóle z Polski dużo Żydów wtedy wyemigrowało, ale oni też popełniali błędy, bo nawet sam Gomułka podobno wyraził się na którymś tam zjeździe, nie wiem którym, bo przecież nie interesowałam się tym, aż tak. Powiedział: „Popełniliście błędy, bo ja wam kazałem wyrzucać syjonistów, a nie Żydów. To znaczy nie każdy Żyd był, nadawał się do tego, żeby go wydalić z kraju. Bo” – jeszcze zaznaczył – „są tacy Żydzi, jak specjaliści w różnych zawodach, to tych Żydów należy ocalić i nie szykanować.
W marcu 1968 roku służba bezpieczeństwa w Lublinie rozpoczęła działania inwigilacyjne wobec specjalnej grupy młodzieży, mianowicie „młodzieży »bananowej« pochodzenia żydowskiego”. Już wcześniej, bo w  1967 roku  środowiska skupione wokół lubelskiego oddziału TSKŻ stało się przedmiotem zainteresowań służby bezpieczeństwa3. „Tolerancyjny stosunek do szkodliwych inicjatyw” przypisanych tej grupie młodzieży zarzucono Michałowi Ziółkowskiego, dyrektorowi Liceum Ogólnokształcącego im. Zamoyskiego w Lublinie4. Obiektem zainteresowania aparatu bezpieczeństwa stał się lubelski piosenkarz Michał Hochman. Wspominał on: Była na przykład taka sytuacja, poszedłem z Markiem Wojtkiewiczem do kawiarni, do „Czarciej Łapy” i Marek mówi tak: „Słuchaj, Michał, nie mów nic o Izraelu, o polityce, bo jesteś obstawiony przez czterech facetów  z policji”.  W cywilu oczywiście. Czyli szukali jakichś kozłów ofiarnych, a w Lublinie nie bardzo mieli, bo społeczność żydowska była mała.
W szczególnej sytuacji znalazły się te osoby pochodzenia żydowskiego, które uczestniczyły w protestach warszawskich, zapoczątkowanych 8 marca 1968 roku. Ich udział stał się dla władz koronnym dowodem na rzecz tezy propagandowej, że to głównie Żydzi stoją za protestami młodzieży5. W wydarzeniach w Szkole Głównej Planowania i Statystyki, dzisiejszej Szkole Głównej-Handlowej, uczestniczył Józef Kliger. Po latach wspominał: Myślę, że nie byłem bardziej aktywny niż trzysta czy dwieście osób na tym SGPiS. Byłem w Związku Młodzieży Socjalistycznej. Wszyscy wiedzieli, że jestem aktywny, i że mam wpływy. Mieliśmy kolegów Polaków, którzy byli jak gdyby na froncie. Ale ci którzy byli bardziej aktywni, im nic się nie stało. Był Jerzy Kropiwnicki. Człowiek, który był dużo bardziej aktywny. Myśmy się koło niego kręcili, to znaczy ja z moimi dwoma, trzema kolegami. Jemu nic nie zrobili. Tym moim dwóm czy trzem kolegom też nic nie zrobili, natomiast mnie wzięli. Mnie zawiesili głównie dlatego, że byłem Żydem. Zawiesili mnie dyscyplinarnie na rok. Byłem na wiecu. Ale to nie chodziło o to, że byłem na wiecu, ale chodziło o to, że rozprowadzałem ulotki, namawiałem ludzi i tak dalej. Tego nie trzeba było w ogóle udowadniać. Policja to napisała, siedziała komisja i ona zdecydowała.
Kampania antysemicka zapoczątkowana na szeroką skalę w 1968 roku wymierzona była zarówno w młode jak i starsze pokolenie Polaków mających korzenie żydowskie. Jakub Gorfinkiel wspominał po latach: Problemem było też to, że w gazetach zaczęli krzyczeć: „Jakie dzieci, tacy rodzice” i zaczęli wyrzucać rodziców z pracy. To był okres, kiedy codziennie gazety publikowały, że spiski zostały wyrzucone z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, że zrobiono czystki w MSZ, że wyrzucili takich ludzi jak: Lewandowski, przedtem był Ferenchait, przedtem Libermann, przedtem Zendler. Tak było bez przerwy. Okazuje się, że w Polsce byli ludzie, którzy będąc osobami 18-letnimi czy 20-letnimi, do 1968 roku nie wiedzieli, że są Żydami. Rodzice chowali ich przed prawdą i dopiero kiedy tatę albo mamę wyrzucili z pracy, dlatego że byli Żydami i opublikowali ich nazwiska, oni nagle dowiedzieli się, że są Żydami. Dla tych młodych ludzi to był straszny szok. Ich rodzice często byli prawdziwymi patriotami Polski.
Wydarzenia marcowe zapoczątkowały okres szykan wobec Żydów, w wyniku których znaczna ich część została zmuszona do wyjazdu. Dla emigrantów, to co dzieje się po marcu 1968, stanowi okres zamykania powojennego etapu życia w Polsce. Należało zwinąć swoje manatki i wyjechać – tego oczekiwały władze. We wspomnieniach utrwaliła się rozmowa emigranta z przedstawicielem władzy. Urzędnik argumentował: Tu nie ma miejsca dla was. Musicie wyjechać. Świat jest duży. Wszędzie będzie mógł pan na pewno prowadzić sklep. W odpowiedzi usłyszał: Ja tu się urodziłem i ja tu jestem obywatelem tego kraju, to jest moja ojczyzna od prapradziadków. Władza była  nieugięta wobec faktu zakorzenienia w tym kraju. Władza nie zaważała na sytuację życiową człowieka, który mówił: I gdzie ja teraz pojadę? Ja już mam pięćdziesiąt cztery lata, nie znam języka, nie mam zawodu, co ja będę robił na świecie? Tu jest moje miejsce, to jest moja ojczyzna. Odpowiedź urzędnika pozostała bez zmian: Nie. Wszędzie pan znajdzie i tu nie ma miejsca. Musi pan opuścić Polskę.
Józef Kliger wspominał: W tym czasie w Lublinie jest trzech, czterech Żydów na jakichś wyższych stanowiskach. Jeden jest pułkownikiem Wojska Polskiego, drugi jest jakimś kierownikiem czegoś, jakiegoś gównianego zakładu, a czwartym jest mój ojciec. On jest magazynierem i ma dwóch podwładnych. Ale władze mają problemy, muszą kogoś wyrzucić, nie mogą za mało wyrzucić. W związku z tym mojego ojca też wykluczyli z pracy.

Kampania antysemicka przetoczyła się również przez dwa środowiska uczelni wyższych w Lublinie. Wśród osób, na których wymuszono emigrację znalazła się Krystyna Modrzewska, w czasie II wojny światowej członek AK,  od 1964 roku kierownik Zakładu Antropologii UMCS. Po latach między innymi powiedziała: Byłoby okropne gdybym ja została w Polsce, po 68 roku

W części prezentowanych wspomnień wyrażenie „Marzec ‘68” ogniskuje treści związane z wydarzeniami, które miały miejsce pomiędzy czerwcem 1967 a czerwcem 1968 roku. We wspomnieniach okres inkubowania6 nastrojów antysemickich w Polsce zapoczątkowany pierwszym wystąpieniem Gomułki w czerwcu 1967 roku,  znajduje swe dopełnienie w drugim wystąpieniu. Drugie wystąpienie, w którym padły nazwiska osób pochodzenia żydowskiego, w połączeniu z nagonką medialno-wiecową oraz okazywaniem nastrojów antysemickich przez Polaków, stało się bodźcem do podejmowania decyzji o emigracji z Polski. Dla wszystkich, którzy wyemigrowali określenie "Marzec ’68" wiąże się z głębokimi i wstrząsającymi przeżyciami.
 


Reakcje i postawy Polaków

To niewątpliwie jeden z istotniejszych momentów tych wspomnień. Pozwalają one wyróżnić cztery rodzaje postaw. Z pewnością jest to niepełna typologia i charakterystyka tego problemu. Postawa pierwsza, polegająca na przyłączeniu się do antysemickiej nagonki poprzez okazywanie nienawiści została już powyżej przedstawiona. Postawę neutralności charakteryzują słowa przywołanej powyżej anonimowej rozmówczyni: bo przecież nie interesowałam się tym, aż tak. W tym przypadku percepcja haseł propagandowych nie pociągnęła za sobą działań, co w jakiejś mierze wynikało z faktu, że brak było Polaków o żydowskich korzeniach w środowisku, w którym dana osoba funkcjonowała.
Dotkliwe odbierana przez przyszłych emigrantów była (trzecia) postawa wyciszenia relacji ze strony znajomych Polaków. W obliczu wieloletnich znajomości wydawała się ona niezrozumiała. Morris Wajsbrot wspominał: Ja miałem kolegów, znajomych Polaków, z którymi dużo pracowałem. Ale jak był ten okres to każdy wstydził się, schował głowę, bał się odzywać. Pamiętam, że znajomy szedł Krakowskim Przedmieściem. Ukłoniłem się, a on głowę opuścił na dół. Nie chciał odpowiedzieć. Nie dlatego, że nie chciał, że był zły. Taka była sytuacja, nie wiem jak to zrozumieć, że bali się czegoś, albo popierali tamtych.
W pamięci Michała Hochmana utrwaliły się zróżnicowane postawy Polaków: W sześćdziesiątym ósmym roku zauważyłem, że część ludzi jakby się odwróciła. Nie wiem czy się bali, trudno mi powiedzieć. Ale była część ludzi bardzo, bardzo nam oddanych przyjaciół. Nieprawdopodobnie oddanych. I nawet moja znajoma koleżanka z Warszawy, którą w Kazimierzu poznałem, mówiła tak „Słuchaj, jak do czegoś dojdzie, to nie martw się. Ja cię przechowam”. Mówię „Dobrze, dobrze. Przechowasz mnie".
Znalazły się również osoby, które były gotowe udzielić pomocy lub okazywały zwykłą życzliwość.  Nazwiska tych osób często zostały zapamiętanie. Wspominał Michał Hochman: To byli życzliwi ludzie, muszę powiedzieć takich parę nazwisk, które pamiętam. Było ich więcej, ale z tych, co pamiętam, to był pan Sandecki, który kiedyś pracował z tatą w Motozbycie. Był dyrektorem Motozbytu. To on odprowadzał nas na dworzec, gdzie była odprawa celna naszych rzeczy. Odprowadzał nas też Jerzy Księski, który był w radiu redaktorem. Oczywiście zaraz ich wyrzucili, bo nie chcieli mieć celnicy świadków, co tam się dzieje na tej odprawie. Ale oni się nie bali. Przyjechali. Posiedzieli ze mną. Jeszcze taki pan, ja zapomniałem nazwiska, który był bardzo zaprzyjaźniony. On nawet miał swój własny samochód i odwoził rodziców do Dworca Gdańskiego, i mnie też odwoził do Dworca Gdańskiego. Nawet mieliśmy taki mały incydent w mojej kamienicy, bo tam jakaś szumowina mieszkała obok nas i pożyczyłem mu gitarę i chciałem odebrać tą gitarę w czasie wyjazdu, on zaczął mnie wyzywać, skoczył na mnie, że ty taki... I ten pan stanął w mojej obronie. Powiedział, że jak jeszcze jedno słowo powie, to go prostu go uderzy. No i tamten się przestraszył i poszedł. Ale gitary nie odebrałem. A więc byli ludzie bardzo życzliwi, ale też byli ludzie, którzy jakby cieszyli się z tego, z tej sytuacji i popierali akcję rządową.
W relacji Polacy pochodzenia żydowskiego - Polacy daje zauważyć się problem nieprzekładalności doświadczeń. Emigrantka z Lublina, Miriam Kuperman wspominała: Ale nikt z moich polskich kolegów, nie rozumiał tego. Oni mówili, no co cię obchodzi co oni mówią w radiu, co mówią w telewizji, fala przejdzie. Z racji szerokiego zasięgu akcji propagandowej, problem ten miał wymiar ogólnopolski.


Decyzja wyjazdu z Polski - "to było smutne"

We wspomnieniach decyzje wyjazdu została uwikłana w jeden główny kontekst, którym była sytuacja kampanii antysemickiej w swej totalności wymuszająca pożądane przez władze decyzje. W szczególnie trudnej sytuacji znalazły się osoby starsze, które zostały postawione przed perspektywą rozpoczynania swojego życia na nowo. O przeżyciach swojego ojca, mającego wówczas 59 lat, opowiadał Jakub Gorfinkiel: Ja pojechałem pierwszy z mojej rodziny, bo ja zawsze byłem samodzielny. Tata był w moim obecnym wieku, mama trochę młodsza, ale już nie byli najmłodsi. To nie jest proste: zostawić mieszkanie, pracę, ludzi, których znasz i tu wiesz nawet, gdzie pójść, żeby załatwić dowód osobisty, gdzie pójść do szpitala, do lekarza – wiesz wszystko i wszystko musisz zostawić... Trzeba iść na nowe miejsce i tam się uczyć wszystkiego od nowego, języka, wpaść w środowisko, którego zupełnie nie rozumiesz. Tata się bał.
Polacy pochodzenia żydowskiego z bólem przeżywali rozstanie z kulturą polską. Tak o tym mówił Józef Kliger: Wiedziałem, że rodzice za mną przyjadą. Nie było problemem to, że ja ich opuszczam. Było mi smutno. Ja czułem się dosyć Polakiem pochodzenia żydowskiego, bardzo związanym z kulturą, z Polską i ze wszystkim. To było nieprzyjemne, ale z drugiej strony było też przekonanie, że nie mamy czego tutaj szukać, nie można być zależnym od jakichś kaprysów takiego czy innego człowieka i wiedzieć na pewno, że nie można dostać pracy, że nie można rozwinąć się w pracy. Także to było smutne, ale to była decyzja, której nie można było uniknąć, nie ma o czym mówić.
Przymus emigracyjny wywołany w trakcie medialno-społecznej kampanii, w sporadycznych przypadkach przyspieszał realizację rodzinnych planów. Miriam Kuperman tak opisała swoją sytuację w latach 1967/68: Ja się bardzo szybko zdecydowałam. Jak usłyszałam przemówienie Gomułki o piątej kolumnie, to mnie już kompletnie złamało. Decyzja wyjazdu nie była tylko związana z sytuacją polityczną. Byliśmy zupełnie sami, ojciec umarł rok wcześniej. Właściwie cała nasza rodzina była w Izraelu: dwie siostry, kuzyni, kuzynki. Wtedy właściwie nie mieliśmy ani jednego krewnego w Polsce. I to też miało znaczenie. Ta sprawa polityczna po prostu przyspieszyła, pchnęła nas do tego. Zawsze gdzieś miałam w głowie, że chcę jechać do Izraela. Ale ja byłam wyjątkiem, inni tacy nie byli. To po prostu przyspieszyło podjętą decyzję. Moje ciocie napisały mi, że będę mogła dalej studiować. To była ważna wiadomość, bo gdybym wiedziała, że nie mogę studiować, to chyba bym tak szybko nie wyjechała. Mój narzeczony zostawił rodziców, siostrę i brata. Oni wyjechali, dwa, trzy lata później. Nie pojechali do Izraela, lecz wyjechali do Danii. Oni czekali, aż jego brat zrobi maturę. Mój narzeczony chciał ze mną jechać. Ja byłam tym bodźcem do jego wyjazdu. Myślę, że mój brat tak szybko by się chyba też nie zdecydował. Ja bardzo chciałam jechać. Ryszard Weiler wspominał: W 1968 roku nie musiałem wyjeżdżać. Nie wyrzucili mnie ze studiów, czy coś w tym rodzaju. Ale uważałem, że nie ma rady. Prawdę mówiąc obawiałem się, że na razie mnie nie wyrzucili, ale jak tak dalej pójdzie, to już studiów nigdy w życiu nie skończę. To nie jest takie teoretyczne, bo byli ludzie, którzy siedzieli w więzieniach, znam takich ludzi. Także to wszystko mogło nastąpić, ale że ktoś konkretnie mnie zmusił, to nie. Można powiedzieć, że wtedy myślmy w Lublinie zaczęli wyjazdy. Moja siostra ze szwagrem wyjechali pierwsi a ja po nich.


Formalności - "pięć dolarów można było wziąć ze sobą"

Na potrzeby masowej emigracji, która objęła w skali całego kraju około 13 000 osób, przygotowano specjalne procedury formalne "w sprawie wyjazdu z Polski obywateli pochodzenia żydowskiego, którzy zgłoszą chęć wyemigrowania”7. W wyniku tych procedur emigranci zostali pozbawieni prawa powrotu do Polski. Przy przekraczaniu granicy okazywano nie zwykły paszport, ale dokument pozwalający na podróż, tak zwany „emigracyjny paszport” w jedną stronę8. Ważnym wspomnieniem marcowych emigrantów było podpisanie „zrzeczenia się” obywatelstwa polskiego. Michał Hochman wspominał:
I nagle przyszła informacja, że trzeba się zgłosić do wydziału paszportowego po dokumenty podróży. Data wydania była dużo wcześniejsza, czyli kiedy myśmy dostali dokumenty to już zostało chyba tydzień do wyjazdu. Czyli były przetrzymane w Lublinie, żeby dać nam do ręki w ostatniej chwili. No to nagle trzeba było wszystko w pośpiechu likwidować. Dlatego ja musiałem jeszcze zostać dwa tygodnie, bo nie zdążyliśmy. Dobrze, że była taka możliwość. Po otrzymaniu tego dokumentu podróży trzeba było też poświadczyć, że się zrzeka obywatelstwa polskiego. To okazało się nielegalne, ten ruch ze strony wydziału paszportowego, bo zrzec się tylko można przez radę państwa, oficjalnie. To nie było zrzeczenie się obywatelstwa, tylko był odbiór dokumentów, który był równocześnie tym samym, co zrzeczenie się obywatelstwa, bo ten dokument podróży mówił, że posiadacz niniejszego dokumentu nie jest obywatelem polskim. Czyli tak potem pokazywałem kolegom „Widzisz? Zobacz. Jeszcze tydzień temu byłem obywatelem polskim, a teraz nie jestem”. A większość kolegów „Słuchaj, jak ja ci zazdroszczę tego dokumentu podróży. Chętnie bym się zamienił z tobą”. Takie były czasy.
W Lublinie prawdopodobnie pierwszą osobą, która zgłosiła chęć wyjazdu, była Miriam Kuperman. Po latach tak opisała swoją wizytę w komendzie milicji: Chyba pod koniec kwietnia złożyłam papiery. Nikt mnie nie pytał z jakiego powodu wyjeżdżam. Widziałam, że była trochę konsternacja w lubelskiej policji. Trochę nie wiedzieli, co z nami robić. Dzwonili tu i tam, i w końcu podpisaliśmy, że zrzekamy się obywatelstwa. Dostałam te papiery pierwszego czerwca. To nie był paszport, to był dokument podróży, w którym pisało, że właściciel tego dokumentu nie jest obywatelem polskim. Były trzy tygodnie na zlikwidowanie wszystkich spraw i wyjechanie.
Przebieg procedur, w porównaniu z postępowaniem zwyczajnym, oceniano jako nadzwyczaj sprawny: To nie było traumatyczne. W przeciwieństwie do wielu innych biurokratycznych załatwień rzeczy w Polsce w tym czasie, które wymagały jakiegoś strasznego wysiłku, to było zupełnie trywialne.


Ostatnie dni w Lublinie i w Polsce - "ja już nigdy tutaj nie wrócę"

Ze wspomnień Miriam Kuperman:
Byłam jak w gorączce. Cały czas sobie myślałam: „Boże, to ja już nigdy tutaj nie wrócę. Jak to jest możliwe”. Było tyle spraw do załatwienia, że nie było w ogóle ani trochę czasu na zastanowienie się. Do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego nie pożegnałam się z sąsiadami. Do dzisiaj nie rozumiem, jak to się stało. Wszystko było tak jak we śnie. Można było zabierać pięć dolarów, bo na tyle było zezwolenie. Zamówiliśmy skrzynię i właściwie wzięliśmy głównie wszystkie książki. Myślałam, że bez książek nie ma życia. Wszystkie książki zawodowe i różne książki takie z dzieciństwa. Poza tym trochę garnków, pościel, trochę ubrań i to wszystko. Można było brać meble, ale kto miał w głowie meble. Pojechaliśmy do Warszawy. To załatwiało się przez Ambasadę Holenderską. Przecież nie mieliśmy pieniędzy ani na podróż, ani na nic. Ambasada Holenderska chyba płaciła za to i załatwiała wszystkie papiery. W Warszawie zatrzymaliśmy się na parę godzin u znajomych i stamtąd pojechaliśmy pociągiem do Wiednia.
Jednym z ostatnich doświadczeń emigrantów było zamykanie spraw związanych z Polską. Jeden, dwa, trzy lub cztery tygodnie, od otrzymania dokumentów do daty odprawy celnej, sprawiały, że poddawano szybkiej selekcji dorobek życia. Wspominała Genowefa Hochman: Ja się urządziłam, w sześćdziesiątym ósmym roku w styczniu, nowe meble kupiłam. Włożyliśmy w remont, w to mieszkanie sto trzydzieści tysięcy, zrobiłam piękne mieszkanie, centralne ogrzewanie, bo wszędzie piece były takie, zimno było, i drzwi, i okna, wszystko trzeba było zmienić, malować – i trzeba było wszystko zostawić. Dałam ogłoszenie do „Kuriera”, który wychodził o drugiej godzinie po południu – to się chyba z pięćdziesiąt [osób zeszło], wszyscy naraz, nie mogłam tego znieść, więc wyprosiłam ich wszystkich, zostawiłam trzy osoby i pokazałam, [że] wszystko jest do sprzedania. To za bezcen wszystko poszło.
Ilość i wartość przedmiotów, które można było ze sobą zabrać, zostały ściśle określony przez odpowiednie przepisy. W pamięci wielu wspominających utkwił fakt, że można było wywieźć tylko 5 dolarów.


Odprawa celna - "Tu więcej zostawili po sobie niż mieli"

W Lublinie na dworcu kolejowym bagaże emigrantów poddawane były drobiazgowej kontroli. Dla niektórych moment ten był uwłaczający, ponieważ szukający chcieli znaleźć ukryte rzeczy. Z tej racji niejednokrotnie niszczyli cenne, pamiątkowe rzeczy. Rewizja bagażu utkwiła w pamięci Genowefy Hochman: To okropne było. (...) Przerzucali wszystko, porozrywali rękawy w marynarkach. Ja miałam ramkę – zrobioną jeszcze w szkole – z płótna, na wierzchu wymalowane były wisienki i zdjęcie było w tej ramce – to oni rozpruli mi tą ramkę, żeby szukać, bo to miękko było, ja podłożyłam watkę, żeby to wypukłe było, i zniszczyli mi tą ramkę. To miała być pamiątka dla mnie na stare lata – jako dziecko to zrobiłam.
Po latach gorliwość urzędników celnych poszukujących ukrytego mienia żydowskiego wzbudzała najgorsze skojarzenia. Michał Hochman powiedział: To było gestapo do potęgi piątej, ten wydział celny. Oni chyba mieli jakieś instrukcje. Pierwsza instrukcja, że musimy wywozić majątek, a druga rzecz, żeby po prostu podokuczać. Ten mit, że wywozimy majątek, że prywatna inicjatywa, to, tamto. Szukali rzeczy, majątku, który gdzieś rzekomo musieliśmy ukryć. A nie wiedzieli, że cały majątek moi rodzice ulokowali w mieszkanie.
 


Poza granicami Polski - "zaczęliśmy nowe życie"

Polacy żydowskiego pochodzenia, którzy wyjechali z Lublina, za kraj docelowy wybierali Izrael, Danię, Szwecję i Stany Zjednoczone. Michał Hochman wspominał:
Bo był taki mit, że tam w Wiedniu wyłapują i wsadzają, czy się chce, czy się nie chce, na samolot do Izraela. A tam nie wszyscy chcieli jechać do Izraela, bo nie chcieli po prostu następnych wojen przeżywać, bo już wystarczająco przeżyli w swoim życiu wojen.
Proces zadomowienia się w nowych środowiskach był dla wszystkich niełatwym doświadczeniem. Szybciej i łatwiej do nowej sytuacji przystosowały się osoby młode. Poprzez naukę języka i studia zdobywały wykształcenie umożliwiające rozwój zawodowy. Zaczęliśmy nowe życie  - mówiła jedna z emigrantek. Natomiast osoby starsze z trudem odnajdywały się w tej nowej rzeczywistości: My mieliśmy kolegów, którzy mieli starych rodziców, którzy wyjeżdżali w wieku ponad pięćdziesięciu lat i potem mieli bardzo ciężkie życie. Bez języka, pracy nie mogli odnaleźć.


Refleksja po latach - "my jesteśmy trochę tak rozdarci"

Z perspektywy XXI wieku, wielu spośród emigrantów, z pewnością nie wszyscy, nabrało dystansu wobec marcowych wydarzeń. Przykładem są wspomnienia Miriam Kuperman, która powiedziała: Rok 1968 w moim przypadku, to już taka dawna przeszłość. Nawet już nie boli. Ta przeszłość już nie jest taka ważna. Wiem, że wszyscy nasi koledzy, którzy wyjechali na przykład do Skandynawii, dalej drążą ten temat, Izraelczycy nie. My jesteśmy trochę tak rozdarci. Mnie tak dużo łączy z Polską. Literatura i historia - to są nasze korzenie.  Pamiętam, że siostry mojego ojca i wszyscy mieli bardzo dużo polskości w sobie. Teraz ja czuję się w Izraelu naprawdę jak w domu. I w Izraelu, co jest dzisiaj śmieszne, mogę powiedzieć, że się czuję bezpiecznie. Większość ludzi nie rozumie tego. Dziwią się że, chcę mieszkać w kraju, w którym cały czas właściwie jest wojna. Właściwie dlaczego nie wracam do Polski?  Bo przecież, to nie jest bezpieczne miejsce. Co mi nie przeszkadza w tym, że bardzo lubię do Polski przyjeżdżać. Bardzo lubię, że wszystkie napisy są po polsku i że wszyscy mówią po polsku.
Wyzwaniu emigracji sprostał w Ameryce Morris Wajsbrot: Przyjechaliśmy tutaj, wszyscy ciężko pracowaliśmy, dzieci uczyły  się. Mieliśmy dostęp do wszystkiego, nikt nam nie przeszkadzał, nikt się nie pytał jaki ty jesteś Żyd, Polak, Rosjanin, chcesz się uczyć? Drzwi są otwarte dla każdego. I właśnie wykorzystaliśmy to, że mogliśmy się uczyć dalej. Poszło nam to nieźle. Jesteśmy  zorganizowani, niezależni od nich. Mogę sobie pozwolić żyć. Także jestem szczęśliwy.

 

Przygotował Łukasz Kijek



 

1 Mazur M., Polityczne kampanie prasowe w okresie rządów Władysława Gomułki,

2 Choma-Jusinska M., Lublin, [w:] Rokicki K., Stępień S. (red.), Oblicza Marca 1968, Warszawa 2004, s. 155.

3 Choma-Jusinska M., Lublin, [w:] Rokicki K., Stępień S. (red.), Oblicza Marca 1968, Warszawa 2004, s. 141-142.

4 Choma-Jusinska M., Lublin, [w:] Rokicki K., Stępień S. (red.), Oblicza Marca 1968, Warszawa 2004, s. 154.

5 Tych F., "Marzec '68". Geneza, przebeg i skuki kampanii antysemickiej lat 1967-68, [w:] Tych F., Adamczyk-Garbowska M. (red.), Następstwa Zagłady Żydów Polska 1944-2010 , Lublin 2011, s. 398.

6 Eisler J., Polski rok 1968, Warszawa 2006, s. 116.

7 Tych F., "Marzec '68". Geneza, przebeg i skuki kampanii antysemickiej lat 1967-68, [w:] Tych F., Adamczyk-Garbowska M. (red.), Następstwa Zagłady Żydów Polska 1944-2010 , Lublin 2011, s. 407.

8 Tych F., "Marzec '68". Geneza, przebeg i skuki kampanii antysemickiej lat 1967-68, [w:] Tych F., Adamczyk-Garbowska M. (red.), Następstwa Zagłady Żydów Polska 1944-2010 , Lublin 2011, s. 402.