Julia Hartwig – o Annie Kamieńskiej

Anna Kamieńska była najbliższą koleżanką Julii Hartwig w okresie gimnazjalnym. Poetka w wielu wypowiedziach wspomina dom Anny Kamieńskiej na ulicy Wieniawskiej i swoje pobyty w nim:
 
„Anna Kamieńska była moją najbliższą przyjaciółką od wczesnych lat szkolnych. W jej rodzinie zawsze znajdowałam w jakimś sensie schronienie. Ponieważ dosyć wcześnie utraciłam matkę – miałam wtedy 9 lat – więc taki pobyt w domu, gdzie były trzy córki, matka i była właśnie moja przyjaciółka, nadomiar pisząca podobnie jak ja wiersze, to było wielkie szczęście mojego dzieciństwa późnego.

Ta przyjaźń przetrwała bardzo wiele. Oczywiście z czasem troszeczkę osłabła. Byłyśmy w różnych środowiskach, ja sporo byłam poza Polską, ale te więzi były zawsze bardzo między nami bliskie. To była osoba bardzo niezwykła, bardzo pracowita, bardzo utalentowana, której droga życiowa była wcale nie taka łatwa i dotyczyła także spraw teologii, religii, do której początkowo miała bardzo wielkie zastrzeżenia”. 
 
Przeczytaj >>> wspomnienie Julii Hartwig o Annie Kamieńskiej
 
Anna Kamieńska jest bohaterką eseju Hanka i Ania opublikowanego w tomie Pisane przy oknie

 

W 2006 roku podczas sesji naukowej poświęconej Annie Kamieńskiej, zorganizowanej przez Muzeum Lubelskie, Julia Hartwig powiedziała:

„Moje wspomnienia są najbardziej prywatne, jakie sobie można wyobrazić. To są wspomnienia z lat młodości, bardzo wczesnej młodości i mojej przyjaźni z Anną Kamieńską. Ja nie wdaję w żadną analizę ani jej poezji, ani tego co robiła, zatrzymuję się na latach, które dobrze znam, które są mi bardzo bliskie i ciągle żywe”.

„Najbliższą moją przyjaciółką w lubelskich latach gimnazjalnych była Anna Kamieńska. Często bywałam u Hanki, która mieszkała ze swoją matką, babką i trzema siostrami w niedużej kamienicy przy ulicy Wieniawskiej. Był to prawdziwy babski dom, wypełniony młodymi dziewczętami, całkowicie od siebie różnymi. Nadawała mu ciepła wspaniała babka – szczupła pani z siwymi włosami, ubierająca się w czarne suknie, zawsze z białym żabotem. Pełna pobłażliwości dla swoich wnuczek i obdarzona niecodziennym zmysłem humoru. Liczną tę gromadkę utrzymywała z trudem matka Hanki – opiekun socjalny, społecznik z zamiłowania, osoba wielkiej mądrości i wrażliwości, zajęta bezustannie kłopotami i udrękami swoich podopiecznych, o których często opowiadała w domu.

Wychowanie córek brała bardzo serio, a gromadka ta odznaczała się niecodziennie trudnymi charakterami. Najbardziej otwartą walkę, przy całej miłości, jaką niewątpliwie do niej czuła, prowadziła z matką Hanka, przeżywająca wówczas kryzys religijny. Ten nieustanny bój dwóch osobowości, miał w sobie posmak czegoś heroicznego i prowadzony był z ostateczną powagą. Bunt córki dotyczył zresztą nie tylko spraw religijnych, ale i norm, samego życia, miłości, macierzyństwa, autorytetów świeckich. Był to klasyczny kryzys światopoglądowy, połączony z odmową współpracy. Nie aprobując samej siebie, również ze względu na swoją tuszę, nad którą niewątpliwie bolała, nie przyjmowała do wiadomości niczego, co mogło by służyć jej ciału lub go dotyczyło. Nie aprobowała, jak gdyby, samej siebie. Trzeba było z nią walczyć, by zażyła jakiekolwiek lekarstwo, nie zgadzała się by ją fotografowano. Nie waham się wyrazić przypuszczenia, że pełna akceptacja własnego istnienia, pojawiła się w niej dopiero z chwilą spotkania z Janem Śpiewakiem, z którym stworzyli oddaną sobie aż do końca parę.

Moja ówczesna beztroska w sprawach religijnych i światopoglądowych nie przeszkadzała w naszej przyjaźni, która doskonale mieściła się w ramach codzienności domowej i szkolnej, z jedną tajemniczą wypustką – na przekazywanie sobie nawzajem pierwszych prób poetyckich. W domu na Wieniawskiej bywałam niemal co dzień. Spędzałam tam długie godziny, nierzadko biorąc również udział w posiłkach, co, jak dziś myślę, było z mojej strony lekkomyślne, bo dosyć tam już było gąb do wykarmienia. I gdyby mi pozwolono, zapewne chętnie bym tam spędzała nie tylko dni, ale i noce. Lubiłam i prawie kochałam te wszystkie istoty, które zresztą odpłacały mi pięknym za nadobne, co sprawiało, że czułam się pośród nich jak w domu. Ze zdumieniem uprzytamniam sobie dzisiaj, że byłam tam czymś w rodzaju «rozweselacza» – moje figle i żarty, sprawiały, że dziewczęta często się śmiały, choć zastawałam je nieraz w kwaśnych humorach, być może po prostu dlatego, że takie nagromadzenie w jednym domu dojrzewających dziewczyn z kości, stwarzało zbyt wysokie ciśnienie.

Bardzo zapraszała mnie często do Świdnika. Hanka często zapraszała mnie do Świdnika, do domu swego dziadka, ojca nieżyjącego ojca, dostojnego pana z sumiastymi wąsami, którego po latach, kiedy był już bardzo stary i chory, odwiedzała regularnie w jego mieszkanku lubelskim. Dom w Świdniku – nieduża, ale bardzo ładna willa z tarasem, oranżerią i ogródkiem, robiła wrażenie luksusu po mieszkaniu na Wieniawskiej. Na górce, w pokoiku obok oranżerii, przesiadywałyśmy pisząc lub czytając wiersze, w czym ja okazywałam się stanowczo mniej pilna i wytrwała. Reszta dnia upływała nam na spacerach, rozmowach i słuchaniu gry na fortepianie Krysi – jednej z sióstr, nazywanej przez Hankę «moją piękną siostrą». Krysia została po wojnie aktorką, wyszła za mąż za reżysera Ludwika Rene. Inteligentna, z poczuciem humoru babka, dziadek doglądający róż, dojeżdżająca na niedzielę troskliwa matka, gromadka dziewcząt o wyraziście zarysowanych charakterach, bliska przyjaciółka obok – cóż mogło mi się wówczas przydarzyć lepszego, niż taka okresowa adopcja. Nie dorastałam chyba wówczas do dramatycznych «welt-szmerców» jakie przeżywała w bólach dojrzałości Hanka, ale ona wybaczała mi to, o czym świadczy choćby zachowany przeze mnie plik listów od niej, pisanych głównie w latach, kiedy chodziła do liceum pedagogicznego w Warszawie i gdy pociągać ją zaczęła filologia klasyczna.

Okupacja niemiecka sprawiła, że widywałyśmy się coraz rzadziej. Najpierw przebywałam w majątku państwa Szczepańskich, w Stróży, gdzie uczyłam trójkę ich córek, potem wyjechałam do Warszawy, na studia podziemne w Uniwersytecie Warszawskim, na polonistykę. Moimi profesorami byli: Juliusz Kręblowski, Maria Szmitowa, Witold Doroszewski, Władysław Tatarkiewicz i Tadeusz Kotarbiński. Wydarzeniem czasów okupacji godnym zapamiętania była wizyta u Czesława Miłosza w jego mieszkaniu w Alejach Niepodległości. Zawiozłam mu tam wiersze Hanki Kamieńskiej i moje. Adres wskazała mi Hanka, która znała żonę Czesława Miłosza, jeszcze jako żonę swego wuja – Eugeniusza Cękalskiego – awangardowego reżysera filmowego, z którym pani Janina się rozwiodła. Trop był więc jakby rodzinny – była kawa i ciasteczka. Pokazała się pani domu – szczupła blondynka o delikatnej urodzie. Miłosz opisał tę wizytę w jednym ze swoich wierszy, ale mówi tam o dwóch młodziutkich poetkach, które go odwiedziły – pomyłka lub licencia poetica. Tak czy inaczej reprezentowałam obie osoby.

Po powrocie z Hanką do Lublina, w dniu, kiedy miasto uwalniało się od resztek Niemców i wchodziło pod panowanie Sowietów, życie zaczęło przybierać znów pozory normalności. Ludzie byli zagubieni, nie wiedzieli co począć i jak się zachować. W mojej rodzinie aresztowano i wywieziono do lagru mojego brata Edwarda. Niepokoiły nas powstańcze losy drugiego brata, pracującego przez cały okres powstania w szpitalu dzieciątka Jezus. Tymczasem w Lublinie zaczęło wychodzić pismo codzienne, zaczęło się mówić o tygodniku literackim. Pisarzy było w Lublinie niewielu, próbowano ich zewsząd ściągnąć – Parandowskiego, Piętaka. Pamiętam z tamtych czasów Ważyka, Pasternaka i Putramenta – wszystkich w mundurach. Jak już wspomniałam w innym miejscu, grupę młodych – Hankę Kamieńską, Jacka Boheńskiego, Igora Sikiryckiego, Stanisławę Zakrzewską i mnie – uznano za cenny w tych warunkach narybek literacki. Powstało wówczas społeczno-literackie pismo «Wieś», którego redaktor naczelny, Jan Aleksander Król, wyróżniał się szczególną energią w pozyskiwaniu sobie młodych współpracowników. Pisał do «Wsi» Zygmunt Kałużyński, w redakcji znalazła się też Anna Kamieńska, która wkrótce wstąpiła do Stronnictwa Ludowego. Co do mnie – to zamieściłam we «Wsi» kilka wierszy, ale przede wszystkim zapisałam się tymczasowo na Katolicki Uniwersytet Lubelski.

Jedną z tajemnic natury Hanki była, jak mi się zdaje, potrzeba wyznawczości. Szukała całopalenia. Pięknym tego przykładem był jej żarliwy, w późnym wieku katolicyzm, który znalazł również swoje odbicie w tym co pisała. Kiedy z Lublina poprzez Kraków przeniosłam się do Łodzi, pojawiła się tam również Hanka, która od razu znalazła zatrudnienie w tym zagłębiu pisarskim, odgrywającym chwilowo rolę centrum, po całkowitym wyburzeniu przez Niemców Warszawy. Po moim wyjeździe, na początku roku 1947 na stypendium do Paryża, prowadziłyśmy przez jakiś czas korespondencję, która się wreszcie urwała, ale wciąż wymieniałyśmy jakieś kartki, również po moim powrocie do Polski. Hanka wyszła za mąż za Jana Śpiewaka, urodziła dwóch synów – Janka i Pawła. Przez całe życie drżała o ich bezpieczeństwo i zdrowie. Młodszy Janek ciężko chorował na serce. Już jako człowiek dorosły przebył pomyślnie operację serca, ale wkrótce potem umarł. Był jednym z redaktorów pisma «Powściągliwość i praca». Paweł jest dziś profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, znanym i cenionym publicystą.

Pozycja literacka Hanki stawała się coraz mocniejsza. Wydawała tomy wierszy, jej nazwisko stało się znane. Po śmierci swego męża – Jana Śpiewaka – wydała piękny tom poświęcony jego pamięci. W «Twórczości» objęła po nim dział poetycki. Jej praca redakcyjna budziła czasem kontrowersje. Pamiętam jak Jerzy Zagórski, doświadczony poeta, żagarysta, skarżył się kiedyś, że Anna, po otrzymaniu jego utworów, zaproponowała mu poprawki w którejś ze strof. No – osoba taka z prawdziwym charakterem.

Z każdym rokiem zacieśniają się jej związki z katolicyzmem. Staje się poetką katolicką, tematyka religijna zaczyna przeważać w jej wierszach, tłumaczy psalm św. Tomasza a Kempis, wybrane księgi Starego Testamentu, uczy się hebrajskiego. Jest niebywale pracowita, wydaje liczne książki dla dzieci, które są chętnie czytane. Publikuje w wydawnictwach katolickich, m.in. w «W drodze» ojców dominikanów. Bierze udział w wieczorach kultury chrześcijańskiej, jeździ na odczyty do seminariów dla duchownych, bywa na konferencjach w klasztorach, staje się czymś w rodzaju kobiecego biskupa. Znana jest katolickim czytelnikom «Tygodnika Powszechnego». Pod koniec życia wydaje dwie piękne książki z notatek dotyczących jej lektur i życia duchowego. Tymczasem jej zdrowie staje się coraz gorsze. Nie dba o siebie, źle jada, przepracowuje się. Zdawałoby się że prowadzi żywot samotniczy, a przecież wiele się udzielała i ma grono przyjaciół, których chętnie odwiedza. Choć widywaliśmy się rzadko, zawsze zaliczała mnie i Artura Międzyrzeckiego do swoich bliskich. Kiedy Janek Śpiewak był w szpitalu na Tamce, zadzwoniła do mnie, żebym go z nią odwiedziła i rozmówiła się z opiekującym się nim lekarzami. Nie miała sił by zrobić to sama.

Bardzo przeżywała ataki na siebie, których jej pod koniec życia, ze względu na odwagę jej przekonań, nie szczędzono. Zaatakowana grubiańsko w piśmie «Literatura», ciężko to odczuła, zadając sobie daremny trud korygowania zafałszowanych cytatów. Wszystko to nie mogło mieć dobrego wpływu na jej zdrowie. Dowiedziałam się o jej śmierci, będąc w Paryżu, od księdza Zenona Modzelewskiego, który zaprosił ją na spotkanie do Palotyńskiego Centre du Dialogue. Jej pogrzeb odbył się w Warszawie, przy licznej asyście księży. Kazanie wygłosił prymas Glemp, było to w maju 1986 roku. Niestety, ja wtedy w Polsce byłam nieobecna. Czesław Miłosz poświęcił Annie Kamieńskiej wiersz, w którym nie przyznaje jej wysokiej rangi poetyckiej, ale wygłasza pochwałę jej życia w otoczeniu bliskich, w łączności z przyrodą. Niektórzy uznali jego ocenę za zbyt ostrą, krzywdzącą, ale każda ocena ma w sobie ziarno okrucieństwa. Pojęcie «poety katolickiego» nie od dzisiaj wprawiało mnie w niepokój. Sztuka – zawsze niepewna, poszukująca, często zrewoltowana, z trudem przyjmuje na siebie posłanie religijne, wymagające pełnego oddania.

Napotkałam w eseju Josefa Brodskiego, zatytułowanym Potęga Żywiołów, zastanawiające słowa, które zapewne nie wszystkim się spodobają, ale mają związek z tą refleksją. Pisze on: Być pisarzem oznacza być protestantem. Albo mówiąc najoględniej – posługiwać się protestancką koncepcją człowieka. Podczas gdy w prawosławiu rosyjskim lub rzymskim katolicyzmie, człowiek jest sądzony przez wszechmocnego albo jego kościół, w protestantyzmie pisarz poddaje sam siebie odpowiednikom sądu ostatecznego. Czyniąc tak jest daleko bardziej bezlitosny wobec siebie niż bóstwo, czy nawet kościół, bo zna siebie lepiej – tak myśli – niż każde z nich, i jest nieskłonny, lub ściślej mówiąc – niezdolny do przebaczenia. Mimo tych wszystkich zastrzeżeń, warto przypomnieć o jednym, że uczucie religijne, wiara w niepojęte, które jest u początku i u końca, przenika w sposób nieunikniony wszystko co nazwać można poezją. Świadczy o tym twórczość Anny Kamieńskiej”.

 

Redakcja: Joanna Zętar

 

 


Julia Hartwig – o Annie Kamieńskiej

Anna Kamieńska była najbliższą koleżanką Julii Hartwig w okresie gimnazjalnym. Poetka w wielu wypowiedziach wspomina dom Anny Kamieńskiej na ulicy Wieniawskiej i swoje pobyty w nim:
 
„Anna Kamieńska była moją najbliższą przyjaciółką od wczesnych lat szkolnych. W jej rodzinie zawsze znajdowałam w jakimś sensie schronienie. Ponieważ dosyć wcześnie utraciłam matkę – miałam wtedy 9 lat – więc taki pobyt w domu, gdzie były trzy córki, matka i była właśnie moja przyjaciółka, nadomiar pisząca podobnie jak ja wiersze, to było wielkie szczęście mojego dzieciństwa późnego.

Ta przyjaźń przetrwała bardzo wiele. Oczywiście z czasem troszeczkę osłabła. Byłyśmy w różnych środowiskach, ja sporo byłam poza Polską, ale te więzi były zawsze bardzo między nami bliskie. To była osoba bardzo niezwykła, bardzo pracowita, bardzo utalentowana, której droga życiowa była wcale nie taka łatwa i dotyczyła także spraw teologii, religii, do której początkowo miała bardzo wielkie zastrzeżenia”. 

 
Przeczytaj >>> wspomnienie Julii Hartwig o Annie Kamieńskiej
 
Anna Kamieńska jest bohaterką eseju Hanka i Ania opublikowanego w tomie Pisane przy oknie

 

W 2006 roku podczas sesji naukowej poświęconej Annie Kamieńskiej, zorganizowanej przez Muzeum Lubelskie, Julia Hartwig powiedziała:

„Moje wspomnienia są najbardziej prywatne, jakie sobie można wyobrazić. To są wspomnienia z lat młodości, bardzo wczesnej młodości i mojej przyjaźni z Anną Kamieńską. Ja nie wdaję w żadną analizę ani jej poezji, ani tego co robiła, zatrzymuję się na latach, które dobrze znam, które są mi bardzo bliskie i ciągle żywe”.

„Najbliższą moją przyjaciółką w lubelskich latach gimnazjalnych była Anna Kamieńska. Często bywałam u Hanki, która mieszkała ze swoją matką, babką i trzema siostrami w niedużej kamienicy przy ulicy Wieniawskiej. Był to prawdziwy babski dom, wypełniony młodymi dziewczętami, całkowicie od siebie różnymi. Nadawała mu ciepła wspaniała babka – szczupła pani z siwymi włosami, ubierająca się w czarne suknie, zawsze z białym żabotem. Pełna pobłażliwości dla swoich wnuczek i obdarzona niecodziennym zmysłem humoru. Liczną tę gromadkę utrzymywała z trudem matka Hanki – opiekun socjalny, społecznik z zamiłowania, osoba wielkiej mądrości i wrażliwości, zajęta bezustannie kłopotami i udrękami swoich podopiecznych, o których często opowiadała w domu.

Wychowanie córek brała bardzo serio, a gromadka ta odznaczała się niecodziennie trudnymi charakterami. Najbardziej otwartą walkę, przy całej miłości, jaką niewątpliwie do niej czuła, prowadziła z matką Hanka, przeżywająca wówczas kryzys religijny. Ten nieustanny bój dwóch osobowości, miał w sobie posmak czegoś heroicznego i prowadzony był z ostateczną powagą. Bunt córki dotyczył zresztą nie tylko spraw religijnych, ale i norm, samego życia, miłości, macierzyństwa, autorytetów świeckich. Był to klasyczny kryzys światopoglądowy, połączony z odmową współpracy. Nie aprobując samej siebie, również ze względu na swoją tuszę, nad którą niewątpliwie bolała, nie przyjmowała do wiadomości niczego, co mogło by służyć jej ciału lub go dotyczyło. Nie aprobowała, jak gdyby, samej siebie. Trzeba było z nią walczyć, by zażyła jakiekolwiek lekarstwo, nie zgadzała się by ją fotografowano. Nie waham się wyrazić przypuszczenia, że pełna akceptacja własnego istnienia, pojawiła się w niej dopiero z chwilą spotkania z Janem Śpiewakiem, z którym stworzyli oddaną sobie aż do końca parę.

Moja ówczesna beztroska w sprawach religijnych i światopoglądowych nie przeszkadzała w naszej przyjaźni, która doskonale mieściła się w ramach codzienności domowej i szkolnej, z jedną tajemniczą wypustką – na przekazywanie sobie nawzajem pierwszych prób poetyckich. W domu na Wieniawskiej bywałam niemal co dzień. Spędzałam tam długie godziny, nierzadko biorąc również udział w posiłkach, co, jak dziś myślę, było z mojej strony lekkomyślne, bo dosyć tam już było gąb do wykarmienia. I gdyby mi pozwolono, zapewne chętnie bym tam spędzała nie tylko dni, ale i noce. Lubiłam i prawie kochałam te wszystkie istoty, które zresztą odpłacały mi pięknym za nadobne, co sprawiało, że czułam się pośród nich jak w domu. Ze zdumieniem uprzytamniam sobie dzisiaj, że byłam tam czymś w rodzaju «rozweselacza» – moje figle i żarty, sprawiały, że dziewczęta często się śmiały, choć zastawałam je nieraz w kwaśnych humorach, być może po prostu dlatego, że takie nagromadzenie w jednym domu dojrzewających dziewczyn z kości, stwarzało zbyt wysokie ciśnienie.

Bardzo zapraszała mnie często do Świdnika. Hanka często zapraszała mnie do Świdnika, do domu swego dziadka, ojca nieżyjącego ojca, dostojnego pana z sumiastymi wąsami, którego po latach, kiedy był już bardzo stary i chory, odwiedzała regularnie w jego mieszkanku lubelskim. Dom w Świdniku – nieduża, ale bardzo ładna willa z tarasem, oranżerią i ogródkiem, robiła wrażenie luksusu po mieszkaniu na Wieniawskiej. Na górce, w pokoiku obok oranżerii, przesiadywałyśmy pisząc lub czytając wiersze, w czym ja okazywałam się stanowczo mniej pilna i wytrwała. Reszta dnia upływała nam na spacerach, rozmowach i słuchaniu gry na fortepianie Krysi – jednej z sióstr, nazywanej przez Hankę «moją piękną siostrą». Krysia została po wojnie aktorką, wyszła za mąż za reżysera Ludwika Rene. Inteligentna, z poczuciem humoru babka, dziadek doglądający róż, dojeżdżająca na niedzielę troskliwa matka, gromadka dziewcząt o wyraziście zarysowanych charakterach, bliska przyjaciółka obok – cóż mogło mi się wówczas przydarzyć lepszego, niż taka okresowa adopcja. Nie dorastałam chyba wówczas do dramatycznych «welt-szmerców» jakie przeżywała w bólach dojrzałości Hanka, ale ona wybaczała mi to, o czym świadczy choćby zachowany przeze mnie plik listów od niej, pisanych głównie w latach, kiedy chodziła do liceum pedagogicznego w Warszawie i gdy pociągać ją zaczęła filologia klasyczna.

Okupacja niemiecka sprawiła, że widywałyśmy się coraz rzadziej. Najpierw przebywałam w majątku państwa Szczepańskich, w Stróży, gdzie uczyłam trójkę ich córek, potem wyjechałam do Warszawy, na studia podziemne w Uniwersytecie Warszawskim, na polonistykę. Moimi profesorami byli: Juliusz Kręblowski, Maria Szmitowa, Witold Doroszewski, Władysław Tatarkiewicz i Tadeusz Kotarbiński. Wydarzeniem czasów okupacji godnym zapamiętania była wizyta u Czesława Miłosza w jego mieszkaniu w Alejach Niepodległości. Zawiozłam mu tam wiersze Hanki Kamieńskiej i moje. Adres wskazała mi Hanka, która znała żonę Czesława Miłosza, jeszcze jako żonę swego wuja – Eugeniusza Cękalskiego – awangardowego reżysera filmowego, z którym pani Janina się rozwiodła. Trop był więc jakby rodzinny – była kawa i ciasteczka. Pokazała się pani domu – szczupła blondynka o delikatnej urodzie. Miłosz opisał tę wizytę w jednym ze swoich wierszy, ale mówi tam o dwóch młodziutkich poetkach, które go odwiedziły – pomyłka lub licencia poetica. Tak czy inaczej reprezentowałam obie osoby.

Po powrocie z Hanką do Lublina, w dniu, kiedy miasto uwalniało się od resztek Niemców i wchodziło pod panowanie Sowietów, życie zaczęło przybierać znów pozory normalności. Ludzie byli zagubieni, nie wiedzieli co począć i jak się zachować. W mojej rodzinie aresztowano i wywieziono do lagru mojego brata Edwarda. Niepokoiły nas powstańcze losy drugiego brata, pracującego przez cały okres powstania w szpitalu dzieciątka Jezus. Tymczasem w Lublinie zaczęło wychodzić pismo codzienne, zaczęło się mówić o tygodniku literackim. Pisarzy było w Lublinie niewielu, próbowano ich zewsząd ściągnąć – Parandowskiego, Piętaka. Pamiętam z tamtych czasów Ważyka, Pasternaka i Putramenta – wszystkich w mundurach. Jak już wspomniałam w innym miejscu, grupę młodych – Hankę Kamieńską, Jacka Boheńskiego, Igora Sikiryckiego, Stanisławę Zakrzewską i mnie – uznano za cenny w tych warunkach narybek literacki. Powstało wówczas społeczno-literackie pismo «Wieś», którego redaktor naczelny, Jan Aleksander Król, wyróżniał się szczególną energią w pozyskiwaniu sobie młodych współpracowników. Pisał do «Wsi» Zygmunt Kałużyński, w redakcji znalazła się też Anna Kamieńska, która wkrótce wstąpiła do Stronnictwa Ludowego. Co do mnie – to zamieściłam we «Wsi» kilka wierszy, ale przede wszystkim zapisałam się tymczasowo na Katolicki Uniwersytet Lubelski.

Jedną z tajemnic natury Hanki była, jak mi się zdaje, potrzeba wyznawczości. Szukała całopalenia. Pięknym tego przykładem był jej żarliwy, w późnym wieku katolicyzm, który znalazł również swoje odbicie w tym co pisała. Kiedy z Lublina poprzez Kraków przeniosłam się do Łodzi, pojawiła się tam również Hanka, która od razu znalazła zatrudnienie w tym zagłębiu pisarskim, odgrywającym chwilowo rolę centrum, po całkowitym wyburzeniu przez Niemców Warszawy. Po moim wyjeździe, na początku roku 1947 na stypendium do Paryża, prowadziłyśmy przez jakiś czas korespondencję, która się wreszcie urwała, ale wciąż wymieniałyśmy jakieś kartki, również po moim powrocie do Polski. Hanka wyszła za mąż za Jana Śpiewaka, urodziła dwóch synów – Janka i Pawła. Przez całe życie drżała o ich bezpieczeństwo i zdrowie. Młodszy Janek ciężko chorował na serce. Już jako człowiek dorosły przebył pomyślnie operację serca, ale wkrótce potem umarł. Był jednym z redaktorów pisma «Powściągliwość i praca». Paweł jest dziś profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, znanym i cenionym publicystą.

Pozycja literacka Hanki stawała się coraz mocniejsza. Wydawała tomy wierszy, jej nazwisko stało się znane. Po śmierci swego męża – Jana Śpiewaka – wydała piękny tom poświęcony jego pamięci. W «Twórczości» objęła po nim dział poetycki. Jej praca redakcyjna budziła czasem kontrowersje. Pamiętam jak Jerzy Zagórski, doświadczony poeta, żagarysta, skarżył się kiedyś, że Anna, po otrzymaniu jego utworów, zaproponowała mu poprawki w którejś ze strof. No – osoba taka z prawdziwym charakterem.

Z każdym rokiem zacieśniają się jej związki z katolicyzmem. Staje się poetką katolicką, tematyka religijna zaczyna przeważać w jej wierszach, tłumaczy psalm św. Tomasza a Kempis, wybrane księgi Starego Testamentu, uczy się hebrajskiego. Jest niebywale pracowita, wydaje liczne książki dla dzieci, które są chętnie czytane. Publikuje w wydawnictwach katolickich, m.in. w «W drodze» ojców dominikanów. Bierze udział w wieczorach kultury chrześcijańskiej, jeździ na odczyty do seminariów dla duchownych, bywa na konferencjach w klasztorach, staje się czymś w rodzaju kobiecego biskupa. Znana jest katolickim czytelnikom «Tygodnika Powszechnego». Pod koniec życia wydaje dwie piękne książki z notatek dotyczących jej lektur i życia duchowego. Tymczasem jej zdrowie staje się coraz gorsze. Nie dba o siebie, źle jada, przepracowuje się. Zdawałoby się że prowadzi żywot samotniczy, a przecież wiele się udzielała i ma grono przyjaciół, których chętnie odwiedza. Choć widywaliśmy się rzadko, zawsze zaliczała mnie i Artura Międzyrzeckiego do swoich bliskich. Kiedy Janek Śpiewak był w szpitalu na Tamce, zadzwoniła do mnie, żebym go z nią odwiedziła i rozmówiła się z opiekującym się nim lekarzami. Nie miała sił by zrobić to sama.

Bardzo przeżywała ataki na siebie, których jej pod koniec życia, ze względu na odwagę jej przekonań, nie szczędzono. Zaatakowana grubiańsko w piśmie «Literatura», ciężko to odczuła, zadając sobie daremny trud korygowania zafałszowanych cytatów. Wszystko to nie mogło mieć dobrego wpływu na jej zdrowie. Dowiedziałam się o jej śmierci, będąc w Paryżu, od księdza Zenona Modzelewskiego, który zaprosił ją na spotkanie do Palotyńskiego Centre du Dialogue. Jej pogrzeb odbył się w Warszawie, przy licznej asyście księży. Kazanie wygłosił prymas Glemp, było to w maju 1986 roku. Niestety, ja wtedy w Polsce byłam nieobecna. Czesław Miłosz poświęcił Annie Kamieńskiej wiersz, w którym nie przyznaje jej wysokiej rangi poetyckiej, ale wygłasza pochwałę jej życia w otoczeniu bliskich, w łączności z przyrodą. Niektórzy uznali jego ocenę za zbyt ostrą, krzywdzącą, ale każda ocena ma w sobie ziarno okrucieństwa. Pojęcie «poety katolickiego» nie od dzisiaj wprawiało mnie w niepokój. Sztuka – zawsze niepewna, poszukująca, często zrewoltowana, z trudem przyjmuje na siebie posłanie religijne, wymagające pełnego oddania.

Napotkałam w eseju Josefa Brodskiego, zatytułowanym Potęga Żywiołów, zastanawiające słowa, które zapewne nie wszystkim się spodobają, ale mają związek z tą refleksją. Pisze on: Być pisarzem oznacza być protestantem. Albo mówiąc najoględniej – posługiwać się protestancką koncepcją człowieka. Podczas gdy w prawosławiu rosyjskim lub rzymskim katolicyzmie, człowiek jest sądzony przez wszechmocnego albo jego kościół, w protestantyzmie pisarz poddaje sam siebie odpowiednikom sądu ostatecznego. Czyniąc tak jest daleko bardziej bezlitosny wobec siebie niż bóstwo, czy nawet kościół, bo zna siebie lepiej – tak myśli – niż każde z nich, i jest nieskłonny, lub ściślej mówiąc – niezdolny do przebaczenia. Mimo tych wszystkich zastrzeżeń, warto przypomnieć o jednym, że uczucie religijne, wiara w niepojęte, które jest u początku i u końca, przenika w sposób nieunikniony wszystko co nazwać można poezją. Świadczy o tym twórczość Anny Kamieńskiej”.

 

Redakcja: Joanna Zętar