Dom i rodzina w życiu lubelskich Żydów

Życie według judaizmu ogniskuje się w obrębie rodziny. Nadrzędnym celem każdego związku małżeńskiego jest stworzenie spokojnego, zgodnego domu (Szalom Bajit). Tylko taki dom może najlepiej wychowywać dzieci na dobrych i szczęśliwych ludzi, w którym otrzymują one wzorce osobowe obojga płci. Podstawą tego domu są wzajemna miłość, szacunek, właściwe postępowanie wobec siebie małżonków - one tworzą rodzinną harmonię. 


Spis treści:
1. Rodzina
2. Narodziny dziecka, obrzezanie, postrzyżyny
3. Bar micwa i Bat micwa
4. Małżeństwo
5. Pogrzeb
6. Szabas
7. Koszerność i kuchnia żydowska
8. Literatura



Rodzina

Dominującą postacią rodziny jest ojciec (…). Według Tory (Szemot/Ks. Wyjścia 21:10) mąż jest odpowiedzialny za zapewnienie żonie pełnego utrzymania (jedzenie i ubranie). (…) Dlatego mąż powinien być życzliwy i niewymagający w swoim domu (Midrasz Bamidbar Raba 89) i  powinien zawsze chwalić swoją żonę, w imię małżeńskiej zgody" (Midrasz Jelamdenu)1. Albina Drozd we wspomnieniach o rodzinach żydowskich mówi:

Żydzi byli bardzo tacy zżyci ze sobą, tacy serdeczni. Tam z tego, co mi mama opowiadała, że byli bardzo tacy zżyci, tacy naprawdę serdeczni dla siebie, że ten mąż zawsze dawał tej żonie szacunek, żetaka była harmonia prawdziwe rodzinna. W stosunku do siebie byli tacy właśnie ludzcy, tak to można określić (Drozd Albina, Polacy i Żydzi w Lublinie).

Bronisław Koc wspomina:
Nigdy nie słyszałem, żeby na przykład Żyd na swoje dziecko powiedział: „głąb”, „głupi jesteś”. Zawsze mówił:„Ty jesteś mądrzejszy jak tamten, ty jesteś mądrzejszy”. No to, ja wiem, to może wychowawcze było. W każdym razie takich rzeczy jak w polskich rodzinach,nie słyszałem, żeby powiedział rodzic na dziecko: „ty głąbie”, czy tam jeszcze jak inaczej. No to ja bym to przypisał jako zaleta pedagogiczna w gronie rodzinnym (Koc Bronisław, Polacy i Żydzi w Puławach).

Najważniejsze momenty w życiu mężczyzn to: obrzezanie (w ósmym dniu po narodzinach), Bar micwa (po osiągnięciu trzynastego roku życia), ślub i skromny pogrzeb.

Życie kobiety było ściśle podporządkowane zasadom rządzącym światem mężczyzn i najczęściej prowadziły dom i chowały dzieci, w niewielkim tylko stopniu uczestnicząc w obrzędach związanych z synagogą (…) Od kobiet zależało natomiast - bardzo ważne dla Żydów - utrzymanie reguł koszeru i przygotowywanie posiłków, aby umożliwić swoim mężom spokojne studiowanie Tory i Talmudu2. Często to kobiety podejmowały drobne prace zarobkowe w celu utrzymania rodziny. Wspomina o tym Chaim Zylberklang:


Pobierał od gminy niewielkie wynagrodzenie, więc aby utrzymać liczną rodzinę, żona trudniła się handlem. Jeździła furmanką do Lublina, skąd przywoziła na sprzedaż drożdże i w ten sposób mu pomagała (Zylberklang Chaim, Żydzi w Żółkiewce przed wojną).

Dlatego w rodzinie żydowskiej  inaczej wychowywano chłopców i dziewczynki. Kobiety, w przeciwieństwie do chłopców, nie uczęszczały do szkól religijnych i nie znały języka hebrajskiego używanego w piśmiennictwie i liturgii.


Narodziny dziecka, obrzezanie, postrzyżyny

Narodziny dziecka były w rodzinach żydowskich bardzo ważnym wydarzeniem. Żydzi lubelscy inaczej podchodzili do narodzin dziewczynki i chłopca. Narodziny chłopca były świętowane uroczyściej:

Kiedy urodziła się dziewczynka u Żyda, to okropnie płakali. Okna zasłaniali, siedziały Żydówki płakały. A jak się urodził chłopiec, to wtedy śpiewali, takie pęczuszki wiązali, tam był cukierek, groch cukrowy, ciastko było. Tym wszystkim dzieciom,które szły ulicą, każdemu temu dziecku dawali (Bajuk Stefania, Żydzi we Włodawie).

Pojawienie się córki wiązało się jedynie z publicznym podaniem jej imienia i skromnym poczęstunkiem. W przypadku narodzin syna obchodzono specjalne przywitanie go na świecie w pierwszy piątek po urodzeniu. Uroczystego charakteru nadawało temu wydarzeniu także obrzęd obrzezania, tradycyjnie odbywający się niedługo po narodzeniu chłopca dokonywany na wszystkich potomkach płci męskiej, na pamiątkę zawarcia przymierza Boga z Narodem Wybranym.

Obrzezanie poprzedzały całonocne modlitwy, następnie w domu lub w synagodze, w obecności zebranych gości następowało powitanie słowami Mazal Tow („szczęścia”), które towarzyszyły zresztą Żydom w większości ważnych uroczystości rodzinnych. W czasie obrzezania dziecko trzymał na rękach wybrany przez rodzinę mężczyzna (sandak), co było dla niego ogromnym zaszczytem. Samego obrzędu obrzezania dokonywał specjalnie do tego celu wykwalifikowany rzezak. Całej uroczystości towarzyszyły liczne błogosławieństwa. W późniejszej uczcie brała udział rodzina, krewni i przyjaciele.

Równie ważnym momentem w życiu chłopca były postrzyżyny. Odbywały się one w momencie ukończenia przez dziecko 3 lat. Według reguł do tego okresu nie wolno było obcinać synowi włosów. Chłopcu pozostawiano pejsy. Uroczystość odbywała się w synagodze.


Bar micwa i Bat micwa

Uroczystość Bar micwy przypadała na dzień po 13 urodzinach chłopca. W tym wieku według prawa religijnego chłopiec stawał się dorosły i mógł brać pełny udział w różnego rodzaju nabożeństwach w synagodze (m.in. być członkiem minjamu). Według prawa stawał się on także zdolny do odpowiedzialności za własne czyny oraz do przestrzegania przykazań zawartych w Torze. W ceremonii, która odbywała się w synagodze brała udział rodzina i przyjaciele. Chłopiec może wtedy pierwszy raz przeczytać fragment Tory i wygłosić komentarz do niego. Otrzymuje tez od rabina Torę i modlitewnik. Podobnie jak w przypadku innych ważnych uroczystości rodzinnych urządzano przyjęcie dla najbliższych.

Bat micwa, czyli obrzęd wprowadzania dziewczynek (w wieku 12 lat) w świat dorosłych praktykowany był dopiero od XIX wieku. Wtedy to na młode Żydówki spadały liczne obowiązki. W przeciwieństwie jednak do Bar micwy była to uroczystość skromniejsza, obchodzona mniej uroczyście.



Małżeństwo

Niezwykle ważnym w swojej oprawie było w tradycji lubelskich Żydów zawarcie małżeństwa. Małżeństwo zawierano często młodym wieku, a kojarzeniem przyszłych małżonków zajmowali się swaci. Młodzi często nie znali się wcześniej, to swat przeprowadzał rozmowy z rodzicami obojga, po których następowały ankuk, czyli oględziny podczas których każde z nich, mogło odrzucić ofertę - w  judaizmie bardzo ważne jest by małżonkowie pasowali do siebie i darzyli się wzajemnym szacunkiem. Ważnym kryterium wyboru,wśród lubelskich Żydów ortodoksyjnych był stopień wykształcenia religijnego pana młodego, u kobiet ceniono urodę i pochodzenie z rodziny o tradycjach religijnych.  Niezamożne kobiety mogły liczyć na pomoc gminy w sprawach posagu. Prawo żydowskie bardzo wyraźnie określało rolę kobiety i mężczyzny. Kobieta przez całe swoje życie przygotowywana była do roli żony, a obowiązkiem każdego Żyda natomiast było ożenić się (nieżonaci nie byli szanowani) i mieć jak największą liczbę dzieci (w przypadku Żydów ortodoksyjnych).

Pierwszym wydarzeniem zbliżającym do zawarcia przez młodych Żydów związku małżeńskiego było podpisanie umowy zaręczynowej. Odbywało się to w obecności gości – najbliższej rodziny i krewnych. Przyszli małżonkowie zobowiązywali się do wzajemnego oddania i szacunku. Tradycja nakazywała, aby rodzice narzeczonych na znak potwierdzenia tego zobowiązania rozbili talerz. Oczywiście całemu wydarzeniu towarzyszyło wykwintne przyjęcie.

Na kilka dni przed zawarciem małżeństwa narzeczeni nie widywali się. Bezpośrednio przed ceremonią kobieta udawała się do mykwy (łaźnia rytualna). W dzień ślubu narzeczony zjawiał się w pomieszczeniu, w którym czekała na niego narzeczona i przykrywał jej twarz welonem. Następnie młoda para udawała się pod baldachim – pierwszy wchodził mężczyzna. Baldachim był charakterystycznym elementem każdych zaślubin. Noszony był nad młodą parą, która przez cały dzień była traktowana „po królewsku”. Ślubu udzielał rabin. Małżonkowie wymieniali się pierścieniami ślubnymi, mąż wypowiadał słowa przysięgi. Rytualne błogosławieństwo i wypicie łyku wina przez oboje było zwieńczeniem ceremonii. Pan młody rozbijał nogą kielich, na pamiątkę zburzonej świątyni Salomona, aby nawet w tak uroczystym dniu pamiętać o kruchości szczęścia i miłości. Rozlegały się okrzyki Mazal Tow. Następnie rozpoczynała się uczta weselna pełna toastów, przemówień i błogosławieństw. Kobiety i mężczyźni tańczyli osobno. Mieszkańcy Lubelszczyzny często wspominają uroczystości weselne Żydów, które obserwowali, lub w których brali udział:

Kiedy odbywały się wesela żydowskie, to młodzież cała leciała do bożnicy i tam podglądała, jak się odbywały te uroczystości. A ja, jako bardzo ciekawska, to nawet szłam za nimi aż do lokalu, do ich domu tutaj, gdzie było ich wesele. Oni nas częstowali. Każdy się śmiał i mówił "Co ty bierzesz taką potrawę?" Ale to były ciastka i człowiek był łakomy. A jako ciekawska, to byłam na weselu tu, u Hansi, tutaj, w tym wysokim domu. No i tam to wszystko tańczyło. Tańce nie były posuwiste tylko były skoczne. Wszyscy tańczyli, a między innymi był taki jeden, jak u nas można powiedzieć, zasiewajło i on to śpiewał bardzo ładnie. Śluby jak tu były, wesela nasze polskie, to przecież nie było pojazdów mechanicznych, tylko końmi. I wozy i śpiewy i muzyka - było bardzo wesoło. Wtedy pokazała się jakaś furmanka wystrojona pięknie, kilimem przykryta, panna młoda wystrojona i muzyka na drugiej - bum cyk, bum cyk, bum cyk. A była tradycja wywracania wozów również (Gonciara Maria, Żydzi w Janowcu).

Kiedyś poprosili mnie sąsiedzi - Żydzi na wesele. Na weselu Żydzi nie pili tak wódki, były kieliszki i maczali tylko usta, no i tańczyli bez przerwy, bez przerwy, bez przerwy, bez przerwy. Na tym weselu myśmy osobno siedzieli, Żydówki osobno, a Żydzi osobno.Panna młoda miała taki tron na nim siedziała. Nie było pijanych, taka kultura była. Obrzęd zaślubin polegał na tym, że szklankę tłukli. Odbywało się to pod baldachimem. Tam byli młodzi i rabin, i tam się odbywały różne ich modlitwy. Później, już na zakończenie to stawiał nogę i szklankę bił, no i wtedy wszyscy bili brawa. Wszyscy się cieszyli, bo już po ślubie było. I cały czas idąc od bożnicy, każdy tupał haj w ręce i klaskał (Jaroszyńska Janina, Żydzi w Janowcu).

Po ślubie młodzi mieszkali przeważnie z rodzicami panny młodej, którzy ich przez jakiś czas utrzymywali, dzięki czemu zięć mógł poświęcić się studiom talmudycznym.



Pogrzeb

Pogrzeb odbywał się szybko, bo około 24 godziny po śmierci, przez cały czas czuwano przy zwłokach odmawiając psalmy. Ciało jest obmywane i ubierane w żałobny kitel. Najbliższa rodzina zmarłego na znak cierpienia po jego stracie rozdzierała sobie szaty. Mieszkańcy Lublina szczególnie zapamiętali moment wynoszenia zmarłego z domu i jego drogi na cmentarz:
 
Kiedy zmarła Żydówka czy Żyd, to był lament w domu, ogromny lament. Zapraszani byliśmy. Lament, wrzawa. Takie byli nosiłki, prześcieradłem okryty tak jak Chrystus był kiedyś okręcony i na tych nosiłkach czterech przyleciało i silnie sobie rwali za twarze i płakali. Doszli do tej rzeki złapali to ciało i tak polecieli biegiem.. Wobec tego oni wszystkie do rowu, ręce umyli i się śmieją, radocha. Jak to można zrobić tak mnie dziwiło, że poszli do rzeki ręce myli. Lecimy my tak bokiem jak oni tam na tym kirkucie to robią. A tam wykopany taki dołek, włożyli zwłoki i deskami tak przyłożyli. Synagoga to była pusta ta świątynia, tylko na środku stoi taki ten... Tam siedział rabin i wykładał, a oni wokół. Mieli takie klocki na tych. Tak w ściany walili i płakali i płakali i krzyczeli. Do pewnego czasu. W ich języku to było święte (Lackowski Roman, Żydzi w Wojsławicach).

Pogrzeb widziałam, bo nawet żeśmy razem do szkoły chodziły z dziewczyną [której] matka zmarła. Byłam w [jej] domu w ten czas, bo poszliśmy tam. Ona leżała na takich marach. To tak wygląda jak stół, tylko ma dłuższe te rączki, także można było nieść na tym. I była nakryta takim [czymś] szarym, czy to płótno, czy to koc? Nie wiem czym.Jak żeśmy przyszły, to ona odsłoniła nam tą matkę. Później przylecieli tam ci Żydzi, złapali ją i już na pogrzeb. Jeden szedł, i puszka taka była. W tej puszce [była] taka łata i tam rzucali Żydzi pieniądze. I tak szybko bardzo lecieli. Żydówki zaczęły płakać. Tam była taka rzeczka. I do tej rzeczki właśnie była granica. Żydówki doszły dotąd. I oni już później postawili tą nieboszczkę na ziemi, na tych marach i coś tam się pomodlili. Złapali te ciało i ponieśli na kirkut. Od tej rzeczki to polecieli i to tak szybko. To nie ta kpomału, tylko tak szybko. A Żydówki zostały tutaj i płakały, jak to na pogrzebie się płacze. Później się pomału rozchodziły. No i myśmy się rozeszli.To pogrzeb widziałam dokładnie (Zakrzewska Stanisława (z d. Słupska), Pogrzeb żydowski).

Pogrzeby żydowskie toja dobrze pamiętam. Oni raniutko chowali zmarłego przed wschodem słońca. Dwa,czy trzy razy obchodzili bożnicę w koło, jak zmarłego wyprowadzali i dopiero szli. Tam był taki budynek i tam czyścili tego Żyda, myli i owijali w jakieś płótno. Na leżąco zmarłego nie kładli, ale na siedząco, że jak przyjdzie zmartwychwstanie, to oni będą pierwsi. Cmentarz żydowski ogrodzony był deskami,takimi sztachetami. Teraz to połowę już tego cmentarza ludzie rozgrabili. Dużo pozabierali ludzie (Andzelm Edmund, Żydzi w Janowcu).

Za trumną szły najmowane płaczki, które lamentowały nad zmarłym i charakterystycznie zawodziły „aj, waj, waj, waj”. Im zamożniejszy był nieboszczyk, tym więcej było płaczek i w związku z tym pogrzeb był bardziej doniosły:

Wydarzeniem był na przykład pogrzeb żydowski. Pamiętam jak wynieśli umarłego, to szły płaczki najęte. Za to się dostawało dużo pieniędzy. Były Żydówki płaczki, które płakały za umarłą. Pamiętam ten charakterystyczny płacz: "aj, waj, waj, waj" zachodziły się, płakały. Czym bogatszy umarł Żyd, tym więcej miał płaczek i tym bardziej doniosły pogrzeb. Chowali ich w takich skrzyniach, to nie były trumny. Bo Żydów chowa się w kucki, na siedząco. Jak się pytaliśmy dlaczego, to mówili: "Po to, żebyśmy wcześniej podnieśli się na Sąd Ostateczny, wcześniej od Polaka, bo Polak leży, to dłużej będzie się podnosił." Chyba teraz tak samo chowają. Jechała czarna buda zaprzężona w dwa konie, w czerni, za tym kupa płaczek, rodzina i to jechało na kirkut najbliższy, tam do kostnicy,  i tam chowali (Pazur Bolesław Stanisław, Życie toczyło się na ulicy).

Karawan stanowił powóz z „czarną budą” zaprzężony w dwa konie, którym wywożono ciało na kirkut. Kondukt pogrzebowy stanowiły wspomniane już płaczki, rodzina oraz przyjaciele zmarłego. Śmierć jednego z rodziców nakładała na 11 miesięczny obowiązek odmawiania kadiszu. W czasie 7 dni od śmierci nie wolno im było m. in. nosić skórzanego obuwia, zajmować się interesami i pracą oraz uczestniczyć w radosnych ucztach.


Szabas

Szabas (szabat) w życiu lubelskich Żydów nie różnił się niczym od obchodów Szabasu w innych częściach kraju. Rozpoczynał się on w piątek wieczorem i kończył w sobotę wieczorem. Był to bardzo ważny dzień dla żydowskich obywateli Lublina. Polacy wspominają go najczęściej, jako najbardziej charakterystyczne święto, w którym mieli też swój pośredni udział przez zapalanie ognia w żydowskich domach:

Kiedy była sobota, to Żydówka nie rozpaliła pod kuchnią ognia, ani w piecu w zimie nie napaliła. Żydzi mieli takie piece kaflowe, a w tych piecach była taka dochówka, nazywali ją ejbełe. Kiedy oni napalili w piecu, to w tej dochówce można było gotować wszystko. Do rozpalania w piecu przychodziła kobieta ze wsi, której było ciężko z gospodarki, bo była biedna. Ona przyszła napalić, żeby zarobić parę groszy na kawałek chleba, czy na coś tam. Ona nie chodziła tylko do jednego gospodarza, tylko do kilku. Rozpaliła tu, rozpaliła tam. W czwarte kto był targ. A w piątek po czwartku to Żyd chodził od sklepu do sklepu,zbierał, ile tam ktoś da, żeby tym biednym Żydom dać na sobotę, żeby mieli rybę i kawałek mięsa, bo oni w sobotę nie gotowali, tylko w piątek gotowali, szykowali to wszystko. A już w piątek wieczorem przed zachodem słońca wyszedł stary Żyd, taki w okularach, krzyknął „a szila chajm”, a co to oznacza, nie wiem. Wtedy sklepy, żaluzje były już pozamykane. „Szila chajm” krzyczał. Mój teść miał kiedyś sklep z mięsem. Mówił, że grosz się dawało, bo przychodzili prawie codziennie, a oni w bożnicy dzielili tych biednych, oni sobie kupowali, oni sobie gotowali, żeby było na sobotę. Już jak w piątek wieczorem świece zapalili, to nic nie sprzedawali, sklep był zamknięty. Nic nie chcieli sprzedać i pieniędzy do ręki nie chcieli brać (Bajuk Stefania, Żydzi we Włodawie).

U nich jak przyszła sobota, to nawet Żydówka lampy sobie nie zapaliła. Czy ognia pod kuchnią. Tylko Polki szły, rozpaliły ogień. Żydzi nic w sobotę [nie robili], tylko tutaj spacery po tym błoniu. To my takie małe dzieci wtedy były i takie chrabąszcze były - takie żółte takie i takie czarne. Tośmy tak łapali te chrabąszcze, to krówki żeśmy nazywali. I ja tak tę krówkę czarne złapałam, i taka szła para tych Żydów rozmiłowanych i jakoś mi się udało do tego Żyda podlecieć i za kołnierz mu tę krówkę rzucić. Jak on mnie gnał! Ja uciekłam do szkoły do woźnego i żeby nie ten woźny, to on by mi nie wiem co zrobił (Jakubiak Waleria (z d. Woźniak), Żydzi i Polacy w Bychawie).


Koszerność i kuchnia żydowska

Bardzo ważną częścią życia domowego i rodzinnego było przygotowywanie i spożywanie posiłków. W przeciwieństwie do pozostałych mieszkańców Lublina, Żydów obowiązywały zasady kaszrutu, czyli diety koszernej. Wyznawca judaizmu zastanawiał się kiedy, co i jak je oraz jak zostało pozbawione życia zwierzę, z którego przygotowywane są posiłki. Przede wszystkim do spożycia nadawały się zwierzęta parzystokopytne i przeżuwające, drób ptaków, które stanowią tradycyjne pożywienie człowieka i większość ryb. Sposób, w jaki odbywało się zabijanie zwierząt, musi być przeprowadzony tak, aby zwierzę cierpiało jak najmniej i musiało być wykonane przez pobożnego i wykwalifikowanego rzeźnika. Poprzez np. solenie czy płukanie całkowicie pozbawia się mięso krwi. Bardzo ważnym elementem diety koszernej jest zakaz łączenia mięsa i mleka (w domu używa się osobnych kompletów naczyń do potraw mlecznych i mięsnych). Produkty mleczne mogą pochodzić tylko od zwierząt koszernych (czyli posiadających rozszczepione kopyto i przeżuwających). Jak wynika ze wspomnień zasady koszerności były ściśle przestrzegane przez lubelskich Żydów:

Wiem, że wszystko miało być koszerne. Tak oni to nazywali. Wszystkie garnki musiały być wygotowane, wyparzone, sterylne,żeby w tym garnku, co się gotowało zupę jakąś tam, nie gotowało tego świątecznego pokarmu dla rodziny, żeby nie mieszało się z tymi świątecznym i obyczajami, bo to już było dla nich skazą i to było nieprzyjemne (Drozd Albina, Żydzi lubelscy).

Żydzi chcieli uczestniczyć w procesie pozbawiania życia zwierzęcia tak, aby mieć pewność, że na ich stoły trafi koszerna żywność. Dochodziło nawet do sytuacji, w których zauważano błędy w procesie zabijania i odmawiano zakupu takiego mięsa. Również i Polacy zaopatrywali się w żydowskich jatkach chwaląc sobie jakość koszernego mięsa:

Nuchyn miał jatkę, tam się kupowało u niego mięso. On dla tych swoich wszystkich Żydków to miał koszerne, to już on wprowadził ten taki ubój koszerny. Ale Polacy to zaopatrywali się tam. On miał wspaniałą wołowinę. Wieprzowiny nie miał. On przynosił nawet ślicznie porąbane, co kto żądał i ta kdalej. Kiedy tutaj już na stałe zamieszkaliśmy, to jednak byli ci tacy rzeźnicy. Sklep mieli: Jaślan, Kraszkiewicz, Kniotek. Oni wspaniałe wyroby robili. W niedzielę czy po niedzieli. W czasie odpustów to byli tacy kramarze, a po lewej stronie stały właśnie budki i rzeźnicy ze swoimi wyrobami. Między innymi właśnie to pan Jaślan i pan Kraszkiewicz. Były też wspaniałe kaszanki i wędliny (Gonciara Maria, Żydzi w Janowcu).

Przestrzeganie koszerności było powszechne wśród starszego pokolenia Żydów, natomiast powszechne były przypadki, że młodzi ludzie pochodzenia żydowskiego wymieniali z polskimi kolegami macę np. na kiełbasę. Elementy kuchni żydowskiej przenikały do domów polskich, Żydzi sprzedawali na ulicy makagigi, cebularze, bajgle, śledzie, ich niepowtarzalny smak podkreślają Polacy:

Za Bramą Krakowską Żydzi wypiekali bajgle. To było coś tak wspaniałego, to były obwarzanki robione z mąki, osłodzone, gotowane, a potem pieczone w piecu. Tobyło pyszne, chrupiące. I tak: "Nastała noc głucha, w latarni wiatr dmucha, kto pieśni mej słucha, sam chyba czart, Kupujtie bajgli, gorące bajgli,od biednej Sajgli, kupujcie je". I to kosztowało, ten bajgiel kosztował 5 groszy. Przed wojną 30 groszy kosztował kurczak, 30 groszy, jajko kosztowało 1,5 grosza, litr mleka kosztował 5 groszy. Jeśli ktoś zarabiał sto złotych, to mógł przeżyć cały miesiąc za sto złotych. Mama Hafki Nansztajnówny kupowała rybki, o takie malutkie rybki i te rybki siekała ze wszystkim, siekała tasakiem, miała taką perukę, była wspaniała ta jej matka, chudziutka taka Żydóweczka. I potem robiła z tego kotlety i smażyła. Ja zawsze do niej chodziłam. Codziennie chodziłam, bo ona mieszkała naprzeciwko Okopowej, trzy domy ode mnie (Berger Anna, Żydzi wypiekali bajgle).

Jadłem makagigi bardzo. Co to jest? To takie kwadraciki z maku, nie wiem czym to tylko sklejone było, takie twarde. To się jadło i ono się dopiero w ustach rozpuszczało i ten mak się jadło- makagigi. To sprzedawali Żydzi i Żydówki, przy chodniku. Jak szedłem do szkoły to sobie makagigę kupiłem, bo tamto kosztowało nie pamiętam ile, ale niewiele. Placki, te cebularze. Na przykład te cebularze, co są w tej chwili, to ja zawsze mówię, że takich cebularzy to dla mnie to nie jest cebularz. Ja jadłem przed wojną cebularze, to cebularz był taki duży i on był tutaj podziurawiony w środku. Podziurawiony chyba nożem,  posypany tą cebulą. Ale w tym miejscu, gdzie był podziurawiony, on w ogóle nie wyrastał i był cienki i chrupiący, a tylko obrzeże było wyrośnięte. Jak się takiego cebularza posmarowało masełkiem to pycha. A dzisiaj to jest taki"klajster". To nie są cebularze. Nie wiem, dlaczego nie dziurawią, żeby ten cebularz był tak jak przed wojną, a tam takie były. Sodówki też pamiętam. Były takie duże syfony miedziane: tak jak nacisnął tutaj, to wody sodowej nalał. Ale taki duży. Ja wiem, ile tam było? Dwadzieścia litrów w takim syfonie? To też u Żydów w sklepach się kupowało. Lody sprzedawali lodziarze. Lodziarz miał taki biały kitel, taki wózek jechał na dwóch kółkach i miał tam dwa baniaki, trzy. Ale raczej dwa. I sprzedawał. Takie okrągłe wafle miał i taką maszynkę wkładał: za pięć groszy - ciach - i takiego się brało i się tak lizało dookoła. Chyba pięć groszy to kosztowało, jak się nie mylę. Ale to były jednosmakowe, maksimum dwu smakowe. I to na naszej ulicy był taki lodziarz, nazywał się Koron i on sprzedawał te lody. Miał tam lodu z Parku w Zamościu, gdzie jest ten staw taki sztuczny zrobiony. Zawsze po zimie ten lód rąbali, zabierali i w tych lochach pofortecznych, tam to trzymali i później obkładał tym lodem, posypywał trocinami i solą. I tak to te lody robione, bo nie było sztucznego lodu tak jak teraz, tylko ten lód naturalny (Greszta Waldemar, Przedwojenne przysmaki).

Żydówki przygotowywały specjalne potrawy charakterystyczne dla poszczególnych świąt. I tak jadano na święto:

  • Rosz Ha-Szana na stole pojawiała się głowa ryby lub barana, jabłko maczane w miodzie, słodkie daktyle, cymes z marchwi.
  • Pesach – w to święto jedzenie było wyjątkowo smaczne i obfite, jadano macę, kugiel, cymes, wątróbkę z cebulką, śledzie, faszerowane ryby, rosół z knedelkami macowymi, na stole kładło się symboliczne potrawy takie jak np. bejca - pieczone jajko.
  • Szawuot jadano potrawy mleczne: blintzes (naleśniki), serniki, budynie.
  • Sukot jadano wszelkie potrawy faszerowane, pierogi z mięsem, holishkes (gołąbki),  kapustę z rodzynkami, kreplach (pierogi),   a na deser orzechy, pomarańcze i kompoty z suszonych owoców. Wykluczone były potrawy gorzkie i kwaśne.
  • Chanuka spożywano potrawy przyrządzone na oliwie lateks (podobne do placków ziemniaczanych), racuszki, placuszki smażone, a także kugel (zapiekanka z ziemniaków).
  • Purim jadano Hamentaszen (małe trójkątne ciasteczka nadziewane makiem, miodem lub powidłami), chałę i kreplach mięsne.
 

Opracowały Magdalena Grzebalska, Emilia Kalwińska.

 


1 http://www.the614thcs.com/40.289.0.0.1.0.phtml
2 Żbikowski A., Żydzi,  Wrocław 1997, s.140-141.


 

Literatura

Gal-Ed E., Księga świąt żydowskich, Warszawa 2005.
Kameraz-Kos N., Święta i obyczaje żydowskie, Warszawa 2002
Pospieszyńska K., Cymes, czyli kuchnia żydowska, Warszawa.
Unterman A., Encyklopedia legend i tradycji żydowskich, Warszawa 2000.
Żbikowski A., Żydzi,  Wrocław 1997. 

Dom i rodzina w życiu lubelskich Żydów

tagi:

Życie według judaizmu ogniskuje się w obrębie rodziny. Nadrzędnym celem każdego związku małżeńskiego jest stworzenie spokojnego, zgodnego domu (Szalom Bajit). Tylko taki dom może najlepiej wychowywać dzieci na dobrych i szczęśliwych ludzi, w którym otrzymują one wzorce osobowe obojga płci. Podstawą tego domu są wzajemna miłość, szacunek, właściwe postępowanie wobec siebie małżonków - one tworzą rodzinną harmonię. 

Spis treści:
1. Rodzina
2. Narodziny dziecka, obrzezanie, postrzyżyny
3. Bar micwa i Bat micwa
4. Małżeństwo
5. Pogrzeb
6. Szabas
7. Koszerność i kuchnia żydowska
8. Literatura

Rodzina

Dominującą postacią rodziny jest ojciec (…). Według Tory (Szemot/Ks. Wyjścia 21:10) mąż jest odpowiedzialny za zapewnienie żonie pełnego utrzymania (jedzenie i ubranie). (…) Dlatego mąż powinien być życzliwy i niewymagający w swoim domu (Midrasz Bamidbar Raba 89) i  powinien zawsze chwalić swoją żonę, w imię małżeńskiej zgody" (Midrasz Jelamdenu)1. Albina Drozd we wspomnieniach o rodzinach żydowskich mówi:

Żydzi byli bardzo tacy zżyci ze sobą, tacy serdeczni. Tam z tego, co mi mama opowiadała, że byli bardzo tacy zżyci, tacy naprawdę serdeczni dla siebie, że ten mąż zawsze dawał tej żonie szacunek, żetaka była harmonia prawdziwe rodzinna. W stosunku do siebie byli tacy właśnie ludzcy, tak to można określić (Drozd Albina, Polacy i Żydzi w Lublinie).

Bronisław Koc wspomina:
Nigdy nie słyszałem, żeby na przykład Żyd na swoje dziecko powiedział: „głąb”, „głupi jesteś”. Zawsze mówił:„Ty jesteś mądrzejszy jak tamten, ty jesteś mądrzejszy”. No to, ja wiem, to może wychowawcze było. W każdym razie takich rzeczy jak w polskich rodzinach,nie słyszałem, żeby powiedział rodzic na dziecko: „ty głąbie”, czy tam jeszcze jak inaczej. No to ja bym to przypisał jako zaleta pedagogiczna w gronie rodzinnym (Koc Bronisław, Polacy i Żydzi w Puławach).

Najważniejsze momenty w życiu mężczyzn to: obrzezanie (w ósmym dniu po narodzinach), Bar micwa (po osiągnięciu trzynastego roku życia), ślub i skromny pogrzeb.

Życie kobiety było ściśle podporządkowane zasadom rządzącym światem mężczyzn i najczęściej prowadziły dom i chowały dzieci, w niewielkim tylko stopniu uczestnicząc w obrzędach związanych z synagogą (…) Od kobiet zależało natomiast - bardzo ważne dla Żydów - utrzymanie reguł koszeru i przygotowywanie posiłków, aby umożliwić swoim mężom spokojne studiowanie Tory i Talmudu2. Często to kobiety podejmowały drobne prace zarobkowe w celu utrzymania rodziny. Wspomina o tym Chaim Zylberklang:


Pobierał od gminy niewielkie wynagrodzenie, więc aby utrzymać liczną rodzinę, żona trudniła się handlem. Jeździła furmanką do Lublina, skąd przywoziła na sprzedaż drożdże i w ten sposób mu pomagała (Zylberklang Chaim, Żydzi w Żółkiewce przed wojną).

Dlatego w rodzinie żydowskiej  inaczej wychowywano chłopców i dziewczynki. Kobiety, w przeciwieństwie do chłopców, nie uczęszczały do szkól religijnych i nie znały języka hebrajskiego używanego w piśmiennictwie i liturgii.


Narodziny dziecka, obrzezanie, postrzyżyny

Narodziny dziecka były w rodzinach żydowskich bardzo ważnym wydarzeniem. Żydzi lubelscy inaczej podchodzili do narodzin dziewczynki i chłopca. Narodziny chłopca były świętowane uroczyściej:

Kiedy urodziła się dziewczynka u Żyda, to okropnie płakali. Okna zasłaniali, siedziały Żydówki płakały. A jak się urodził chłopiec, to wtedy śpiewali, takie pęczuszki wiązali, tam był cukierek, groch cukrowy, ciastko było. Tym wszystkim dzieciom,które szły ulicą, każdemu temu dziecku dawali (Bajuk Stefania, Żydzi we Włodawie).

Pojawienie się córki wiązało się jedynie z publicznym podaniem jej imienia i skromnym poczęstunkiem. W przypadku narodzin syna obchodzono specjalne przywitanie go na świecie w pierwszy piątek po urodzeniu. Uroczystego charakteru nadawało temu wydarzeniu także obrzęd obrzezania, tradycyjnie odbywający się niedługo po narodzeniu chłopca dokonywany na wszystkich potomkach płci męskiej, na pamiątkę zawarcia przymierza Boga z Narodem Wybranym.

Obrzezanie poprzedzały całonocne modlitwy, następnie w domu lub w synagodze, w obecności zebranych gości następowało powitanie słowami Mazal Tow („szczęścia”), które towarzyszyły zresztą Żydom w większości ważnych uroczystości rodzinnych. W czasie obrzezania dziecko trzymał na rękach wybrany przez rodzinę mężczyzna (sandak), co było dla niego ogromnym zaszczytem. Samego obrzędu obrzezania dokonywał specjalnie do tego celu wykwalifikowany rzezak. Całej uroczystości towarzyszyły liczne błogosławieństwa. W późniejszej uczcie brała udział rodzina, krewni i przyjaciele.

Równie ważnym momentem w życiu chłopca były postrzyżyny. Odbywały się one w momencie ukończenia przez dziecko 3 lat. Według reguł do tego okresu nie wolno było obcinać synowi włosów. Chłopcu pozostawiano pejsy. Uroczystość odbywała się w synagodze.


Bar micwa i Bat micwa

Uroczystość Bar micwy przypadała na dzień po 13 urodzinach chłopca. W tym wieku według prawa religijnego chłopiec stawał się dorosły i mógł brać pełny udział w różnego rodzaju nabożeństwach w synagodze (m.in. być członkiem minjamu). Według prawa stawał się on także zdolny do odpowiedzialności za własne czyny oraz do przestrzegania przykazań zawartych w Torze. W ceremonii, która odbywała się w synagodze brała udział rodzina i przyjaciele. Chłopiec może wtedy pierwszy raz przeczytać fragment Tory i wygłosić komentarz do niego. Otrzymuje tez od rabina Torę i modlitewnik. Podobnie jak w przypadku innych ważnych uroczystości rodzinnych urządzano przyjęcie dla najbliższych.

Bat micwa, czyli obrzęd wprowadzania dziewczynek (w wieku 12 lat) w świat dorosłych praktykowany był dopiero od XIX wieku. Wtedy to na młode Żydówki spadały liczne obowiązki. W przeciwieństwie jednak do Bar micwy była to uroczystość skromniejsza, obchodzona mniej uroczyście.


Małżeństwo

Niezwykle ważnym w swojej oprawie było w tradycji lubelskich Żydów zawarcie małżeństwa. Małżeństwo zawierano często młodym wieku, a kojarzeniem przyszłych małżonków zajmowali się swaci. Młodzi często nie znali się wcześniej, to swat przeprowadzał rozmowy z rodzicami obojga, po których następowały ankuk, czyli oględziny podczas których każde z nich, mogło odrzucić ofertę - w  judaizmie bardzo ważne jest by małżonkowie pasowali do siebie i darzyli się wzajemnym szacunkiem. Ważnym kryterium wyboru,wśród lubelskich Żydów ortodoksyjnych był stopień wykształcenia religijnego pana młodego, u kobiet ceniono urodę i pochodzenie z rodziny o tradycjach religijnych.  Niezamożne kobiety mogły liczyć na pomoc gminy w sprawach posagu. Prawo żydowskie bardzo wyraźnie określało rolę kobiety i mężczyzny. Kobieta przez całe swoje życie przygotowywana była do roli żony, a obowiązkiem każdego Żyda natomiast było ożenić się (nieżonaci nie byli szanowani) i mieć jak największą liczbę dzieci (w przypadku Żydów ortodoksyjnych).

Pierwszym wydarzeniem zbliżającym do zawarcia przez młodych Żydów związku małżeńskiego było podpisanie umowy zaręczynowej. Odbywało się to w obecności gości – najbliższej rodziny i krewnych. Przyszli małżonkowie zobowiązywali się do wzajemnego oddania i szacunku. Tradycja nakazywała, aby rodzice narzeczonych na znak potwierdzenia tego zobowiązania rozbili talerz. Oczywiście całemu wydarzeniu towarzyszyło wykwintne przyjęcie.

Na kilka dni przed zawarciem małżeństwa narzeczeni nie widywali się. Bezpośrednio przed ceremonią kobieta udawała się do mykwy (łaźnia rytualna). W dzień ślubu narzeczony zjawiał się w pomieszczeniu, w którym czekała na niego narzeczona i przykrywał jej twarz welonem. Następnie młoda para udawała się pod baldachim – pierwszy wchodził mężczyzna. Baldachim był charakterystycznym elementem każdych zaślubin. Noszony był nad młodą parą, która przez cały dzień była traktowana „po królewsku”. Ślubu udzielał rabin. Małżonkowie wymieniali się pierścieniami ślubnymi, mąż wypowiadał słowa przysięgi. Rytualne błogosławieństwo i wypicie łyku wina przez oboje było zwieńczeniem ceremonii. Pan młody rozbijał nogą kielich, na pamiątkę zburzonej świątyni Salomona, aby nawet w tak uroczystym dniu pamiętać o kruchości szczęścia i miłości. Rozlegały się okrzyki Mazal Tow. Następnie rozpoczynała się uczta weselna pełna toastów, przemówień i błogosławieństw. Kobiety i mężczyźni tańczyli osobno. Mieszkańcy Lubelszczyzny często wspominają uroczystości weselne Żydów, które obserwowali, lub w których brali udział:

Kiedy odbywały się wesela żydowskie, to młodzież cała leciała do bożnicy i tam podglądała, jak się odbywały te uroczystości. A ja, jako bardzo ciekawska, to nawet szłam za nimi aż do lokalu, do ich domu tutaj, gdzie było ich wesele. Oni nas częstowali. Każdy się śmiał i mówił "Co ty bierzesz taką potrawę?" Ale to były ciastka i człowiek był łakomy. A jako ciekawska, to byłam na weselu tu, u Hansi, tutaj, w tym wysokim domu. No i tam to wszystko tańczyło. Tańce nie były posuwiste tylko były skoczne. Wszyscy tańczyli, a między innymi był taki jeden, jak u nas można powiedzieć, zasiewajło i on to śpiewał bardzo ładnie. Śluby jak tu były, wesela nasze polskie, to przecież nie było pojazdów mechanicznych, tylko końmi. I wozy i śpiewy i muzyka - było bardzo wesoło. Wtedy pokazała się jakaś furmanka wystrojona pięknie, kilimem przykryta, panna młoda wystrojona i muzyka na drugiej - bum cyk, bum cyk, bum cyk. A była tradycja wywracania wozów również (Gonciara Maria, Żydzi w Janowcu).

Kiedyś poprosili mnie sąsiedzi - Żydzi na wesele. Na weselu Żydzi nie pili tak wódki, były kieliszki i maczali tylko usta, no i tańczyli bez przerwy, bez przerwy, bez przerwy, bez przerwy. Na tym weselu myśmy osobno siedzieli, Żydówki osobno, a Żydzi osobno.Panna młoda miała taki tron na nim siedziała. Nie było pijanych, taka kultura była. Obrzęd zaślubin polegał na tym, że szklankę tłukli. Odbywało się to pod baldachimem. Tam byli młodzi i rabin, i tam się odbywały różne ich modlitwy. Później, już na zakończenie to stawiał nogę i szklankę bił, no i wtedy wszyscy bili brawa. Wszyscy się cieszyli, bo już po ślubie było. I cały czas idąc od bożnicy, każdy tupał haj w ręce i klaskał (Jaroszyńska Janina, Żydzi w Janowcu).

Po ślubie młodzi mieszkali przeważnie z rodzicami panny młodej, którzy ich przez jakiś czas utrzymywali, dzięki czemu zięć mógł poświęcić się studiom talmudycznym.


Pogrzeb

Pogrzeb odbywał się szybko, bo około 24 godziny po śmierci, przez cały czas czuwano przy zwłokach odmawiając psalmy. Ciało jest obmywane i ubierane w żałobny kitel. Najbliższa rodzina zmarłego na znak cierpienia po jego stracie rozdzierała sobie szaty. Mieszkańcy Lublina szczególnie zapamiętali moment wynoszenia zmarłego z domu i jego drogi na cmentarz:
 
Kiedy zmarła Żydówka czy Żyd, to był lament w domu, ogromny lament. Zapraszani byliśmy. Lament, wrzawa. Takie byli nosiłki, prześcieradłem okryty tak jak Chrystus był kiedyś okręcony i na tych nosiłkach czterech przyleciało i silnie sobie rwali za twarze i płakali. Doszli do tej rzeki złapali to ciało i tak polecieli biegiem.. Wobec tego oni wszystkie do rowu, ręce umyli i się śmieją, radocha. Jak to można zrobić tak mnie dziwiło, że poszli do rzeki ręce myli. Lecimy my tak bokiem jak oni tam na tym kirkucie to robią. A tam wykopany taki dołek, włożyli zwłoki i deskami tak przyłożyli. Synagoga to była pusta ta świątynia, tylko na środku stoi taki ten... Tam siedział rabin i wykładał, a oni wokół. Mieli takie klocki na tych. Tak w ściany walili i płakali i płakali i krzyczeli. Do pewnego czasu. W ich języku to było święte (Lackowski Roman, Żydzi w Wojsławicach).

Pogrzeb widziałam, bo nawet żeśmy razem do szkoły chodziły z dziewczyną [której] matka zmarła. Byłam w [jej] domu w ten czas, bo poszliśmy tam. Ona leżała na takich marach. To tak wygląda jak stół, tylko ma dłuższe te rączki, także można było nieść na tym. I była nakryta takim [czymś] szarym, czy to płótno, czy to koc? Nie wiem czym.Jak żeśmy przyszły, to ona odsłoniła nam tą matkę. Później przylecieli tam ci Żydzi, złapali ją i już na pogrzeb. Jeden szedł, i puszka taka była. W tej puszce [była] taka łata i tam rzucali Żydzi pieniądze. I tak szybko bardzo lecieli. Żydówki zaczęły płakać. Tam była taka rzeczka. I do tej rzeczki właśnie była granica. Żydówki doszły dotąd. I oni już później postawili tą nieboszczkę na ziemi, na tych marach i coś tam się pomodlili. Złapali te ciało i ponieśli na kirkut. Od tej rzeczki to polecieli i to tak szybko. To nie ta kpomału, tylko tak szybko. A Żydówki zostały tutaj i płakały, jak to na pogrzebie się płacze. Później się pomału rozchodziły. No i myśmy się rozeszli.To pogrzeb widziałam dokładnie (Zakrzewska Stanisława (z d. Słupska), Pogrzeb żydowski).

Pogrzeby żydowskie toja dobrze pamiętam. Oni raniutko chowali zmarłego przed wschodem słońca. Dwa,czy trzy razy obchodzili bożnicę w koło, jak zmarłego wyprowadzali i dopiero szli. Tam był taki budynek i tam czyścili tego Żyda, myli i owijali w jakieś płótno. Na leżąco zmarłego nie kładli, ale na siedząco, że jak przyjdzie zmartwychwstanie, to oni będą pierwsi. Cmentarz żydowski ogrodzony był deskami,takimi sztachetami. Teraz to połowę już tego cmentarza ludzie rozgrabili. Dużo pozabierali ludzie (Andzelm Edmund, Żydzi w Janowcu).

Za trumną szły najmowane płaczki, które lamentowały nad zmarłym i charakterystycznie zawodziły „aj, waj, waj, waj”. Im zamożniejszy był nieboszczyk, tym więcej było płaczek i w związku z tym pogrzeb był bardziej doniosły:

Wydarzeniem był na przykład pogrzeb żydowski. Pamiętam jak wynieśli umarłego, to szły płaczki najęte. Za to się dostawało dużo pieniędzy. Były Żydówki płaczki, które płakały za umarłą. Pamiętam ten charakterystyczny płacz: "aj, waj, waj, waj" zachodziły się, płakały. Czym bogatszy umarł Żyd, tym więcej miał płaczek i tym bardziej doniosły pogrzeb. Chowali ich w takich skrzyniach, to nie były trumny. Bo Żydów chowa się w kucki, na siedząco. Jak się pytaliśmy dlaczego, to mówili: "Po to, żebyśmy wcześniej podnieśli się na Sąd Ostateczny, wcześniej od Polaka, bo Polak leży, to dłużej będzie się podnosił." Chyba teraz tak samo chowają. Jechała czarna buda zaprzężona w dwa konie, w czerni, za tym kupa płaczek, rodzina i to jechało na kirkut najbliższy, tam do kostnicy,  i tam chowali (Pazur Bolesław Stanisław, Życie toczyło się na ulicy).

Karawan stanowił powóz z „czarną budą” zaprzężony w dwa konie, którym wywożono ciało na kirkut. Kondukt pogrzebowy stanowiły wspomniane już płaczki, rodzina oraz przyjaciele zmarłego. Śmierć jednego z rodziców nakładała na 11 miesięczny obowiązek odmawiania kadiszu. W czasie 7 dni od śmierci nie wolno im było m. in. nosić skórzanego obuwia, zajmować się interesami i pracą oraz uczestniczyć w radosnych ucztach.


Szabas

Szabas (szabat) w życiu lubelskich Żydów nie różnił się niczym od obchodów Szabasu w innych częściach kraju. Rozpoczynał się on w piątek wieczorem i kończył w sobotę wieczorem. Był to bardzo ważny dzień dla żydowskich obywateli Lublina. Polacy wspominają go najczęściej, jako najbardziej charakterystyczne święto, w którym mieli też swój pośredni udział przez zapalanie ognia w żydowskich domach:

Kiedy była sobota, to Żydówka nie rozpaliła pod kuchnią ognia, ani w piecu w zimie nie napaliła. Żydzi mieli takie piece kaflowe, a w tych piecach była taka dochówka, nazywali ją ejbełe. Kiedy oni napalili w piecu, to w tej dochówce można było gotować wszystko. Do rozpalania w piecu przychodziła kobieta ze wsi, której było ciężko z gospodarki, bo była biedna. Ona przyszła napalić, żeby zarobić parę groszy na kawałek chleba, czy na coś tam. Ona nie chodziła tylko do jednego gospodarza, tylko do kilku. Rozpaliła tu, rozpaliła tam. W czwarte kto był targ. A w piątek po czwartku to Żyd chodził od sklepu do sklepu,zbierał, ile tam ktoś da, żeby tym biednym Żydom dać na sobotę, żeby mieli rybę i kawałek mięsa, bo oni w sobotę nie gotowali, tylko w piątek gotowali, szykowali to wszystko. A już w piątek wieczorem przed zachodem słońca wyszedł stary Żyd, taki w okularach, krzyknął „a szila chajm”, a co to oznacza, nie wiem. Wtedy sklepy, żaluzje były już pozamykane. „Szila chajm” krzyczał. Mój teść miał kiedyś sklep z mięsem. Mówił, że grosz się dawało, bo przychodzili prawie codziennie, a oni w bożnicy dzielili tych biednych, oni sobie kupowali, oni sobie gotowali, żeby było na sobotę. Już jak w piątek wieczorem świece zapalili, to nic nie sprzedawali, sklep był zamknięty. Nic nie chcieli sprzedać i pieniędzy do ręki nie chcieli brać (Bajuk Stefania, Żydzi we Włodawie).

U nich jak przyszła sobota, to nawet Żydówka lampy sobie nie zapaliła. Czy ognia pod kuchnią. Tylko Polki szły, rozpaliły ogień. Żydzi nic w sobotę [nie robili], tylko tutaj spacery po tym błoniu. To my takie małe dzieci wtedy były i takie chrabąszcze były - takie żółte takie i takie czarne. Tośmy tak łapali te chrabąszcze, to krówki żeśmy nazywali. I ja tak tę krówkę czarne złapałam, i taka szła para tych Żydów rozmiłowanych i jakoś mi się udało do tego Żyda podlecieć i za kołnierz mu tę krówkę rzucić. Jak on mnie gnał! Ja uciekłam do szkoły do woźnego i żeby nie ten woźny, to on by mi nie wiem co zrobił (Jakubiak Waleria (z d. Woźniak), Żydzi i Polacy w Bychawie).


Koszerność i kuchnia żydowska

Bardzo ważną częścią życia domowego i rodzinnego było przygotowywanie i spożywanie posiłków. W przeciwieństwie do pozostałych mieszkańców Lublina, Żydów obowiązywały zasady kaszrutu, czyli diety koszernej. Wyznawca judaizmu zastanawiał się kiedy, co i jak je oraz jak zostało pozbawione życia zwierzę, z którego przygotowywane są posiłki. Przede wszystkim do spożycia nadawały się zwierzęta parzystokopytne i przeżuwające, drób ptaków, które stanowią tradycyjne pożywienie człowieka i większość ryb. Sposób, w jaki odbywało się zabijanie zwierząt, musi być przeprowadzony tak, aby zwierzę cierpiało jak najmniej i musiało być wykonane przez pobożnego i wykwalifikowanego rzeźnika. Poprzez np. solenie czy płukanie całkowicie pozbawia się mięso krwi. Bardzo ważnym elementem diety koszernej jest zakaz łączenia mięsa i mleka (w domu używa się osobnych kompletów naczyń do potraw mlecznych i mięsnych). Produkty mleczne mogą pochodzić tylko od zwierząt koszernych (czyli posiadających rozszczepione kopyto i przeżuwających). Jak wynika ze wspomnień zasady koszerności były ściśle przestrzegane przez lubelskich Żydów:

Wiem, że wszystko miało być koszerne. Tak oni to nazywali. Wszystkie garnki musiały być wygotowane, wyparzone, sterylne,żeby w tym garnku, co się gotowało zupę jakąś tam, nie gotowało tego świątecznego pokarmu dla rodziny, żeby nie mieszało się z tymi świątecznym i obyczajami, bo to już było dla nich skazą i to było nieprzyjemne (Drozd Albina, Żydzi lubelscy).

Żydzi chcieli uczestniczyć w procesie pozbawiania życia zwierzęcia tak, aby mieć pewność, że na ich stoły trafi koszerna żywność. Dochodziło nawet do sytuacji, w których zauważano błędy w procesie zabijania i odmawiano zakupu takiego mięsa. Również i Polacy zaopatrywali się w żydowskich jatkach chwaląc sobie jakość koszernego mięsa:

Nuchyn miał jatkę, tam się kupowało u niego mięso. On dla tych swoich wszystkich Żydków to miał koszerne, to już on wprowadził ten taki ubój koszerny. Ale Polacy to zaopatrywali się tam. On miał wspaniałą wołowinę. Wieprzowiny nie miał. On przynosił nawet ślicznie porąbane, co kto żądał i ta kdalej. Kiedy tutaj już na stałe zamieszkaliśmy, to jednak byli ci tacy rzeźnicy. Sklep mieli: Jaślan, Kraszkiewicz, Kniotek. Oni wspaniałe wyroby robili. W niedzielę czy po niedzieli. W czasie odpustów to byli tacy kramarze, a po lewej stronie stały właśnie budki i rzeźnicy ze swoimi wyrobami. Między innymi właśnie to pan Jaślan i pan Kraszkiewicz. Były też wspaniałe kaszanki i wędliny (Gonciara Maria, Żydzi w Janowcu).

Przestrzeganie koszerności było powszechne wśród starszego pokolenia Żydów, natomiast powszechne były przypadki, że młodzi ludzie pochodzenia żydowskiego wymieniali z polskimi kolegami macę np. na kiełbasę. Elementy kuchni żydowskiej przenikały do domów polskich, Żydzi sprzedawali na ulicy makagigi, cebularze, bajgle, śledzie, ich niepowtarzalny smak podkreślają Polacy:

Za Bramą Krakowską Żydzi wypiekali bajgle. To było coś tak wspaniałego, to były obwarzanki robione z mąki, osłodzone, gotowane, a potem pieczone w piecu. Tobyło pyszne, chrupiące. I tak: "Nastała noc głucha, w latarni wiatr dmucha, kto pieśni mej słucha, sam chyba czart, Kupujtie bajgli, gorące bajgli,od biednej Sajgli, kupujcie je". I to kosztowało, ten bajgiel kosztował 5 groszy. Przed wojną 30 groszy kosztował kurczak, 30 groszy, jajko kosztowało 1,5 grosza, litr mleka kosztował 5 groszy. Jeśli ktoś zarabiał sto złotych, to mógł przeżyć cały miesiąc za sto złotych. Mama Hafki Nansztajnówny kupowała rybki, o takie malutkie rybki i te rybki siekała ze wszystkim, siekała tasakiem, miała taką perukę, była wspaniała ta jej matka, chudziutka taka Żydóweczka. I potem robiła z tego kotlety i smażyła. Ja zawsze do niej chodziłam. Codziennie chodziłam, bo ona mieszkała naprzeciwko Okopowej, trzy domy ode mnie (Berger Anna, Żydzi wypiekali bajgle).

Jadłem makagigi bardzo. Co to jest? To takie kwadraciki z maku, nie wiem czym to tylko sklejone było, takie twarde. To się jadło i ono się dopiero w ustach rozpuszczało i ten mak się jadło- makagigi. To sprzedawali Żydzi i Żydówki, przy chodniku. Jak szedłem do szkoły to sobie makagigę kupiłem, bo tamto kosztowało nie pamiętam ile, ale niewiele. Placki, te cebularze. Na przykład te cebularze, co są w tej chwili, to ja zawsze mówię, że takich cebularzy to dla mnie to nie jest cebularz. Ja jadłem przed wojną cebularze, to cebularz był taki duży i on był tutaj podziurawiony w środku. Podziurawiony chyba nożem,  posypany tą cebulą. Ale w tym miejscu, gdzie był podziurawiony, on w ogóle nie wyrastał i był cienki i chrupiący, a tylko obrzeże było wyrośnięte. Jak się takiego cebularza posmarowało masełkiem to pycha. A dzisiaj to jest taki"klajster". To nie są cebularze. Nie wiem, dlaczego nie dziurawią, żeby ten cebularz był tak jak przed wojną, a tam takie były. Sodówki też pamiętam. Były takie duże syfony miedziane: tak jak nacisnął tutaj, to wody sodowej nalał. Ale taki duży. Ja wiem, ile tam było? Dwadzieścia litrów w takim syfonie? To też u Żydów w sklepach się kupowało. Lody sprzedawali lodziarze. Lodziarz miał taki biały kitel, taki wózek jechał na dwóch kółkach i miał tam dwa baniaki, trzy. Ale raczej dwa. I sprzedawał. Takie okrągłe wafle miał i taką maszynkę wkładał: za pięć groszy - ciach - i takiego się brało i się tak lizało dookoła. Chyba pięć groszy to kosztowało, jak się nie mylę. Ale to były jednosmakowe, maksimum dwu smakowe. I to na naszej ulicy był taki lodziarz, nazywał się Koron i on sprzedawał te lody. Miał tam lodu z Parku w Zamościu, gdzie jest ten staw taki sztuczny zrobiony. Zawsze po zimie ten lód rąbali, zabierali i w tych lochach pofortecznych, tam to trzymali i później obkładał tym lodem, posypywał trocinami i solą. I tak to te lody robione, bo nie było sztucznego lodu tak jak teraz, tylko ten lód naturalny (Greszta Waldemar, Przedwojenne przysmaki).

Żydówki przygotowywały specjalne potrawy charakterystyczne dla poszczególnych świąt. I tak jadano na święto:

  • Rosz Ha-Szana na stole pojawiała się głowa ryby lub barana, jabłko maczane w miodzie, słodkie daktyle, cymes z marchwi.
  • Pesach – w to święto jedzenie było wyjątkowo smaczne i obfite, jadano macę, kugiel, cymes, wątróbkę z cebulką, śledzie, faszerowane ryby, rosół z knedelkami macowymi, na stole kładło się symboliczne potrawy takie jak np. bejca - pieczone jajko.
  • Szawuot jadano potrawy mleczne: blintzes (naleśniki), serniki, budynie.
  • Sukot jadano wszelkie potrawy faszerowane, pierogi z mięsem, holishkes (gołąbki),  kapustę z rodzynkami, kreplach (pierogi),   a na deser orzechy, pomarańcze i kompoty z suszonych owoców. Wykluczone były potrawy gorzkie i kwaśne.
  • Chanuka spożywano potrawy przyrządzone na oliwie lateks (podobne do placków ziemniaczanych), racuszki, placuszki smażone, a także kugel (zapiekanka z ziemniaków).
  • Purim jadano Hamentaszen (małe trójkątne ciasteczka nadziewane makiem, miodem lub powidłami), chałę i kreplach mięsne.
 

Opracowały Magdalena Grzebalska, Emilia Kalwińska.

 



1 http://www.the614thcs.com/40.289.0.0.1.0.phtml
2 Żbikowski A., Żydzi,  Wrocław 1997, s.140-141.

 


Literatura

Gal-Ed E., Księga świąt żydowskich, Warszawa 2005.
Kameraz-Kos N., Święta i obyczaje żydowskie, Warszawa 2002
Pospieszyńska K., Cymes, czyli kuchnia żydowska, Warszawa.
Unterman A., Encyklopedia legend i tradycji żydowskich, Warszawa 2000.
Żbikowski A., Żydzi,  Wrocław 1997.