Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Żydowski handel we wspomnieniach mieszkańców Lublina

Żydowski handel w mieście umożliwiały przywileje wydawane przez kolejnych królów Polski. Okres rozkwitu gospodarczego Lublina przypadał na XVI w., wówczas miasto znane było na arenie międzynarodowej z dorocznych kilkudniowych jarmarków. Z chwilą uzyskania przez Żydów stabilnej pozycji gospodarczej, wzrosła konkurencja i poczucie zagrożenia wśród mieszczaństwa polskiego. Prowadzono nieustanne spory między społecznością żydowską i chrześcijańską, próbując wymusić na lokalnej władzy przywileje, bądź ograniczenia dla stron sporu.

W 1521 r. mieszczanie lubelscy wystosowali pierwszą skargę do króla przeciw kupiectwu żydowskiemu. Od tego czasu stopniowo ograniczano swobodę żydowskiego handlu. Żydzi jednak nie ustawali w docieraniu do urzędników miejskich w celu przywrócenia swobody handlowania.

Wielu lublinian z nostalgią wspomina doskonałe piekarnie żydowskie, czy żydowskich rzemieślników. Cała dzielnica żydowska pełna była maleńkich, rodzinnych zakładów, których właściciele z dużym powodzeniem konkurowali, przede wszystkim ceną, ale również jakością usług, z kupcami chrześcijańskimi.

Spis treści

[RozwińZwiń]

Okolice Lubartowskiej

Na Lubartowskiej najwięcej było drobnych sklepików żydowskich, często małych i ciasnych, co nie sprzyjało utrzymywaniu ich w czystości i higienie. Po Lublinie krążyły komisje sanitarne sprawdzające stan lokali i komisje cennikowe, domagające się aby na towarach znajdowały się ceny, co wymagało, rzadkiej wśród żydowskich mieszkańców miasta, znajomości języka polskiego. Za nieprzestrzeganie powyższych zasad groziły surowe kary. Zakazywano również handlu w niedzielę, co utrudniało Żydom utrzymanie rodziny z pięciodniowego handlu.

Sklepy klęcznikowe

Lublinianie wspominając sposoby zarobkowania lubelskich Żydów, pamiętają m.in małe sklepiki nazywane od niskości stropów "klęcznikowymi". Niektórzy z najstarszych mieszkańców miasta dokonywali tam zakupów:

Pamiętam też te sklepy klęcznikowe. Jak się tędy szło, to jeden obok drugiego były. Był taki jeden sklep z materiałami łokciowymi, które mama tam nabywała u niego, był też taki niski, tak zagłębiony przy Świętoduskiej. Dzisiaj tego typu sklepy są, prawie takie same, bardzo często jak przyjeżdżam z Lublina, to nie idę gdzie indzie,j tylko idę na kiełbaskę z rana (Sulak Adam, Przedwojenne przysmaki).

Podejście do klienta

Do robienia zakupów u żydowskich handlarzy zachęcała lublinian ich uprzejmość i dbałość o klienta. Tak wspomina Teresa Szmigielska:

Moja mama bardzo lubiła kupować w sklepach żydowskich. Na Krakowskim Przedmieściu było bardzo dużo sklepów. Kilka lat przed wojną było już dużo sklepów polskich, bo był taki trend, między innymi w ramach tego antysemityzmu, żeby Polacy jak najwięcej zajmowali się handlem, zakładali sklepy, żeby wyeliminować handel żydowski, żeby być dla nich konkurencją. Moja mama opowiadała, bo ja to tylko z opowiadań wiem, że nigdy ich nie przeskoczą, bo: "Po pierwsze nie lubię chodzić do tych polskich sklepów dlatego, że są strasznie wyniośli i niegrzeczni. A jak pójdę do sklepu żydowskiego, to ja jestem tam hołubiona. No ... Wszystko mi znosi, pokazuje". I opowiadała nawet taką historię, że kiedyś weszła do jednego sklepu, tak zwanego bławatnego, ponieważ przed wojną nie było gotowych ubiorów jak teraz, więc przeważnie było bardzo dużo sklepów z materiałami i one się nazywały bławatne. Dlaczego, nie wiem, ale taka była nazwa. No i potem się szyło, bo usługi były, też dzięki Żydom i konkurencji, bardzo tanie. Mojej mamie był potrzebny jakiś specjalny materiał, którego poszukiwała. Weszła do sklepu i okazało się, że tego materiału nie ma. Więc mama chciała wychodzić. Ja nie potrafię naśladować, nie umiem, mimo że słyszałam tyle Żydów kaleczących język polski, mówiących po polsku z tym swoim akcentem, ale naśladować tego akcentu nie potrafię, ale mama moja umiała. Więc ten Żyd mówi: "Co jest, nie ma! Nie ma, ale będzie. Już pani siada. Tu krzesełko. Pani dobrodziejka siada, siada, siada, chwilę zaczeka i już". No więc mama siadła, jego nie było chwilę, za chwilę przychodzi z belą tego materiału. Co zrobił? Poszedł do konkurenta, kupił u niego w cenie detalicznej całą belę, no bo nie tego ... I odciął mamie, ile jej tam było potrzeba czy metr czy dwa. Chodziło o to, żeby nie wypuścić klientki, żeby dla klientki zawsze mieć, nawet takim kosztem. Więc to jest taki przykład na ten zmysł handlowy i tą taką umiejętność zatrzymania klienta. I stąd wiem, że mama zawsze bardzo popierała handel żydowski raczej ze względów oczywiście osobistych, egoistycznych trochę, ale popierała ten handel (Szmigielska Teresa, Żydzi).

Żydowscy kupcy okazywali się niejednokrotnie bardziej wyrozumiali na biedę innych, w ich sklepikach można było zakupić towar "na kredyt". Według wspomnień Zygmunta Karwackiego:

Ulica Nowa i na ulicy Lubartowskiej to w większości handel był prowadzony też przez Żydów, były malutkie zakładziki, stanowiło to wielki folklor, zresztą to chciałbym to zobaczyć jeszcze raz w życiu, zobaczyć to, że wszystkie towary wyłożone przed sklepem i nikt nie bał się, że to ktoś kradnie. Normalnie panowało prawo, byłem głodny, siadłem, wziąłem bułkę i od razu ją do buzi, nikt mnie za to nie miał prawa karać. Takie prawo, powiedzmy sobie, że głodnego nakarmić. To były sklepy żydowskie, z których można było tak korzystać, bo z polskiego sklepu Polak jak wziął, to można było od razu kilka koziołków wywrócić. Dlaczego? Polski handel nie szedł, zresztą normalnie - Polak był straszliwie zachłanny na pieniądz. On nie umiał prowadzić interesu. Wyznaczył cenę, tak wysoko, że to nie szło. Na przykład u Żyda, a bazujmy na chlebie - świeży kosztował powiedzmy sobie pięć groszy, dziesięć groszy, a po południu, czerstwy u Żyda, on kosztował już powiedzmy sobie jeden czy dwa grosze taniej, natomiast u polskiego handlowca ta sama cena. Co najważniejsze, z czego, na-zwijmy sobie biedota korzystała, to był borg, czyli kredytowanie, czego polscy han-dlowcy, handlarze, bo to nie można nazwać handlowcy, sklepikarze nie uznawali w ogóle. Żyd zawsze tak, bo był mądry, bo wiedział o jednej, jednej rzeczy, jak dał na borg, to towar mu poszedł i tak normalnie pieniądze mu się zwróciły, bo ta gospodyni domowa, czy ten ktoś, w końcu jakąś pracę dostał, bo to ciężko o pracę i słabe zarobki były, te grosze, to poszedł i pierwsza rzecz, oddał dług i u Żyda był ruch, a Polak płacił, wyrzucał, a nie dał (Karwacki Zygmunt, Żydzi w Lublinie).

Cukiernie i piekarnie

Szczególnie chętnie lublinianie wspominają żydowskie wyroby cukiernicze i piekarnie:

Najwspanialszą rzeczą na świecie w dzieciństwie jaka była to bajgle, słynne bajgle. To były takie obwarzanki, których smaku się nie zapomni. Parę lat przed wojną moim obowiązkiem była wędrówka w niedzielę rano na Wieniawę do piekarni. Ta piekarnia była żydowska i mieściła się jeszcze przy Al. Długosza. Chodziłam do piekarni po taką wspaniałą bułkę, którą jedliśmy na śniadanie w niedzielę. Ona była wyjmowana przez tego piekarza Żyda prosto z pieca i dlatego się szło w niedzielę, żeby była świeżutka. Żydzi jak wiadomo mają swoje święto w soboty, więc w niedzielę pracowali i piekli normalnie (Szmigielska Teresa, Przedwojenne przysmaki).

Piekarnie żydowskie zapamiętał także pan Czesław Luty:

Trzeba przyznać Żydom, że byli kapitalnymi piekarzami. Takiego chleba, takiego pieczywa, jak oni wypiekali, nie można było znaleźć w Lublinie. Chleb sitkowy, pszenny, z koprem albo z kminkiem - to była pycha, a o chałach już nie mówię... Kapitalne. A zresztą co tu dużo mówić - to nie jest tylko moje zdanie. To samo powiedział już Zagłoba. Powiedział o tym, że, no cieszył się, że niedługo z Sapiechą pójdą do Białegostoku, bo tam Żydzi dobre chały wypiekają. Tak powiedział pan Zagłoba. Rzeczywiście byli kapitalni, jeśli chodzi o te wypieki (Luty Czesław, Żydzi byli kapitalnymi piekarzami).

Produkty kuchni żydowskiej

Żydzi handlowali również produktami spożywczymi charkterystycznymi dla ich kuchni, takimi jak np. kiszone jabłka, gorący groch, makagigi, cebularze itd. Sprzedażą tych towarów zajmowały się kobiety, które cały swój towar nosiły przy sobie. Niepowtarzalne smaki owych potraw wspomina Waldemar Greszta:

Jadłem makagigi bardzo. Co to jest? To takie kwadraciki z maku, nie wiem czym to tylko sklejone było, takie twarde. To się jadło i ono się dopiero w ustach rozpuszczało i ten mak się jadło- makagigi. To sprzedawali Żydzi i Żydówki, przy chodniku. Jak szedłem do szkoły to sobie makagigę kupiłem, bo tam to kosztowało nie pamiętam ile, ale niewiele. Placki, te cebularze. Na przykład te cebularze, co są w tej chwili, to ja zawsze mówię, że takich cebularzy to dla mnie to nie jest cebularz. Ja jadłem przed wojną cebularze, to cebularz był taki duży i on był tutaj podziurawiony w środku. Podziurawiony chyba nożem, posypany tą cebulą. Ale w tym miejscu, gdzie był podziurawiony, on w ogóle nie wyrastał i był cienki i chrupiący, a tylko obrzeże było wyrośnięte. Jak się takiego cebularza posmarowało masełkiem to pycha. A dzisiaj to jest taki "klajster". To nie są cebularze. Nie wiem, dlaczego nie dziurawią, żeby ten cebularz był tak jak przed wojną, a tam takie były (Greszta Waldemar, Przedwojenne przysmaki).

Napoje

Żydzi handlowali również napojami, a ich małe sklepiki, w których sprzedawali wodę sodową z sokiem nazywano popularnie sodówkami. Liczni mieszkańcy Lublina i Lubelszczyzny wspominają tę bardzo popularną, drobną formę handlu żydowskiego:

Restauracji to specjalnie nie było w Kazimierzu, tylko takie sodówki to były. Sprzedawali tam cukierki, piwko, lody, wszelka woda sodowa była modna. To były takie balony z sokiem, to Żyd też robił to. No i ta woda sodowa była bardzo modna. Była z sokiem, to była droższa. (Sarzyńska Zofia, Żydzi w Kazimierzu Dolnym).

Sodówki też pamiętam. Były takie duże syfony miedziane: tak jak nacisnął tutaj, to wody sodowej nalał. Ale taki duży. Ja wiem, ile tam było? Dwadzieścia litrów w takim syfonie? To też u Żydów w sklepach się kupowało (Greszta Waldemar, Przedwojenne przysmaki).

Pamiętam lody za grosz albo za dwa. Wspaniałe lody. I jeszcze coś: wodę sodową. Tam gdzie mieszkałem, na Narutowicza 45, naprzeciw delikatesów, był Niziński. On miał sklep kolonialno-spożywczy. Tam wszystko miał, poczynając od mydła, kończąc chyba na skarpetkach. Też tym handlował. A obok niego, w tym samym budynku, miał sklep, to chyba sodówka nazywała, Żyd. Nawiasem mówiąc sympatyczny. Co się z nim później stało, to nie wiem. Wodę się piło z takiej olbrzymiej butli z blachy, chyba mosiężnej. Ta woda szalenie dużo gazu miała. I były takie przy kontuarze, dwa takie jak gdyby zbiorniki szklane - w jednym był sok, chyba malinowy, w drugim jakiś inny. Do tej szklanki wody on dodawał ten sok. Wspaniałe to było. Chyba to kosztowało 5 groszy - nie pamiętam. Ale w każdym bądź razie nie zawsze sobie można było na to pozwolić (Bartoszewski Wojciech, Pamiętam lody za grosz, albo za dwa).

Wszystkie te żydowskie sklepiki zniknęły po wojnie i pozostają tylko we wspomnieniach. Były tak zwane żydowskie sodówki. To były takie sklepiki żydowskie. Dlatego sodówki, że tam przeważnie była woda sodowa. Oprócz tego były jakieś przeróżne słodycze, niezbyt chyba wskazane dla dzieci, bo były farbowane. Były takie pamiętam szczypki, to coś takiego z cukru. Faktycznie wyglądały jak szczypki drzewa, takie kolorowe. No i zawsze lubiłam chodzić na spacery z ojcem, ponieważ mama nigdy w życiu by nie weszła do takiej sodówki i nic by mi nie kupiła, ale ojciec to już ulegał prośbom jedynaczki i tam żeśmy obchodzili te sodówki. No nieraz się to kończyło nawet tragicznie, bo gdzieś w jakiejś bramie to ... tam potem były kłopoty ze mną. Tak, bo tak się najadłam tyle tych różnych słodyczy takich nie bardzo zdrowych. Ale dla mnie to były takie bardzo atrakcyjne te sodówki. Sądzę, że zresztą dla większości dzieci (Szmigielska Teresa, Przedwojenne przysmaki).

Skup starzyzny

Żydzi handlowali jednak nie tylko towarami spożywczymi, skupowali również wszelkiego rodzaju starzyznę, aby ją później przerobić i w ten sposób podratować domowy budżet:

Sklepów żydowskich w Woli Krasienińskiej nie było. Był handel obnośny. Żydzi skupywali zbite szklanki, butelki, talerze, stare sagany. Takie rupiecie skupywali. Na wozie mieli znów dobre kubki, talerze. I to wymieniali. Stare pierzyny kupowali, stare poduszki, tylko z piór. Zabierali to na przerób. [...] ale trzeba powiedzieć, że Polacy dobrze żyli z Żydami. W przyjaźni. Tam jak coś trzeba było gospodarzowi, to poszedł do Żyda, że ma do sprzedania - Żyd kupił zadowolony. Tak że w przyjaźni żyli (Aniszewska Zofia, Żydzi i Polacy w Woli Krasinieńskiej).

Materiały i artykuły gospodarcze

W małych miasteczkach Lubelszczyzny niejednokrotnie Żydzi byli jedynymi, którzy dostarczali produktów takich jak materiały na ubranie, buty i sprzęty potrzebne w gospodarstwie:

Centrum Kazimierza to całe było żydowskie. Tu jak podcienia „U Radka” to już żydowskie było i cały ciąg żydowski, i tu Lubelska kawałek też żydowski po jednej i po drugiej stronie. Rynek to był cały Żydów. Żydzi przeważnie handel prowadzili. Cały rynek to było żydowskie, tylko handel. Byli też krawcy, szewcy też Żydzi, ale przeważnie to handel. (...) Żydzi pracowali, gdzie parę groszy można było zarobić. Oni butelki kupowali także. (...) Oni byli bardzo pracowici. (...) Jeden sklep tekstylny był Lubowej. "Pani Lubowa, chciałam materiał na sukienkę." "Proszę, tak." "Ale ja nie mam pieniędzy!" "To nic, kiedy będzie pani miała, wtedy pani zapłaci. Co, za problem?" Jeden sklep w Kazimierzu był tekstylny. I piękne rzeczy miała (Sarzyńska Zofia, Żydzi w Kazimierzu Dolnym).

Oni handlowali, przynosili towary na wieś, bo nie było sklepu. Szklarz był - Kisielgarnek się nazywał, Moszko handlował bydłem, Mendel też handlował bydłem. Do krawców chodziłem do Żydów. Berko to był pierwszorzędny szewc. Wspaniały szewc! Ja w butach od niego chodziłem zawsze i ojciec i cała rodzina, zresztą cała wieś się prawie obuwała, bo on jak zrobił buty to i solidnie i się nie popsuły i porządny materiał dał (Juszczyński Józef, Żydzi w Komarówce przed wojną).

Żydzi mieli sklepiki takie małe, miały i duże. Dużo było takich nazwanych „jatka”, znaczy się mięsne sklepy, to bardzo dużo takich było. Oprócz tego – spożywcze sklepy, sklepy z warzywami, sklepy z farbami, tak jak do farbowania mieszkań, no w ogóle, z ubraniami, w ogóle Żydy handel trzymały. Nasze katoliki – to parę było u nas knajp, tak co ja pamiętam, parę sklepów jako piekarnie, no i więcej takich sklepów nie miały katoliki - Żydy wszystko miały (Krawczyk Tadeusz, Żydzi we Frampolu).

Drobny handel i rzemiosło żydowskie przestały istnieć w czasie II wojny światowej. Wśród mieszkańców Lublina wciąż są tacy, którzy pamiętają i z żalem i nostalgią wspominają żydowskich rzemieślników, produkty spożywcze, czy koloryt małych miasteczek Lubelszczyzny i ich mieszkańców. 
 

Przygotowała Emilia Kalwińska

 

 

Literatura

Zdjęcia

Audio

Historie mówione

Inne materiały

Słowa kluczowe