Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Zwyczaje lubelskie w pismach Oskara Kolberga

Spis treści

[RozwińZwiń]

Adwent

Klementyna z Tańskich Hoffmanowa w Rozrywkach dla dzieci (Warszawa 1826) powiada:

„W zimie zaś miłe mają także włościanie lubelscy schadzki i zabawy. Obierają sobie dwie lub trzy chaty największe w całej wsi (w Rybczewicach) i już co dzień w wieczór do tych gospodarstw się schodzą na wieczorynki. Tam dziewki przędą na wyścigi, śpiewają, nowinki sobie szepczą, bajki opowiadają. Tam i parobcy się schodzą; niektórzy przędą, drudzy siecie wiążą, przewiąsła czy powrósła kręcą; tam znajomości nowe, związki miłosne początek mają, wesołości miara nieprzebrana. Zabawa z pracą często do północy sen odgania. Tam bowiem i sypiają; słomy rozłożą w izbie i kładą się pokotem. Ażeby gospodarstwu nie być natrętnym i na sucho nie pracować, zawsze w dniu poprzednim układają się z gospodynią, co na wieczerzę jutrzejszą gotować ma, i stosownie do tego przynoszą miarką kaszy, mąki lub kartofli, kęs okrasy, szczyptę soli. Parobcy ze swojej strony, zwłaszcza kiedy która dziewka im miła, to piwem, to wódką częstują; każdy także pęczek drzazeg (trzasek, łuczywa) i wiązkę słomy dostarczyć obowiązani, – i na tych schadzkach pewnie lepiej się bawią niż my na wielu herbatach, a pewno nie narzekają na milczenie lub oziębłość i obojętność rozmowy”.

„Przez tydzień ostatni roku, chociaż bywają schadzki, nie przędą wcale, ażeby im się (jak mówią) z końcem roku nitka nie wysnuła, i wszystko dobre nie skończyło. Bo już to, na nieszczęście, przesądów, zabobonów, guseł i między włościanami lubelskimi jest bez liku; wiara w czary, uroki, opętania, może mocniej w ich umysłach ugruntowana, niż wiara w tajemnice Religii; choroby bydląt, dzieci, ich własne, wszystkie nieszczęścia, nie ich to winy, nie karzącego Boga, ale czarownic dzieło”.

Boże Narodzenie

J. Gluziński w rozprawie o włościanach z okolic Zamościa i t. d. mówi:
„W wigijię Bożego Narodzenia, dobra gospodyni już od rana zaczyna gotować obiad z siedmiu potraw, a wszyscy domownicy, wyjąwszy dzieci, ściśle zachowują post i nic jeść nie powinni aż do zobaczenia gwiazdy na niebie, to jest do wieczora czyli do zmroku. Wtenczas to gospodarz, uściela garścią siana i nakrywa stół obrusem, a snop słomy prostej żytniej stawia w kącie chaty; bierze opłatek (jest to znany rodzaj chleba pszennego cienko pieczonego), i podając gospodyni łamie się nim na współ i wzajemnie część ułamanego od niej opłatka odbiera; toż samo powtarza ze wszystkimi domownikami, a za nim równie podobny obrządek gospodyni domu odprawia. Po skosztowaniu opłatka i życzeniu długich lat zdrowia i szczęścia, szczęśliwego pożycia, w nowo nadchodzącym roku, napiwszy się wódki, wszyscy razem zasiadają do uczty”.

„Po spożyciu jej, wstaje gospodarz, zbiera szczątki barszczu, kapusty, grochu, gruszek gotowanych i śliwek, grzybów, klusków z makiem, kuci, słowem co tylko było na stole, zlewa na jedną miskę lub donicę, drobi do tego chleb i sypie sól, niesie do obory, i każde bydle rogate szczątkami uczty po trosze obdziela, jak gdyby dlatego, ażeby mu Bóg błogosławił jego dobytek”.

„Tymczasem domownicy po sprzątnieniu ze stołu naczyń i obrusa, szukają pod sianem leżącego na stole ziarna, jekieby się zaplątać mogło, a jeżeli znajdą ziarnko owsa, jęczmienia lub żyta, wróżą ztąd, że na taki rodzaj zboża rok przyszły będzie urodzajny; jeżeli tylko będzie nasienie siana, rok ma być w siano obfity. Siano z pod obrusa równie gospodarz zabiera, i po trosze bydłu swemu rozdziela”.

„Potem (w okolicy Zamościa, Szczebrzeszyna) ze snopa słomy prostej w kącie stojącej, bierze gospodarz pierwszą garść, a obracając dolnym końcem, uderza nią w szczeliny pułapu czyli ścieli, lub siostrzana czyli stragarza który na sobie belki dźwiga, albo też po za belki w taki sposób, że kilka źdźbeł więźnie w szczelinach i zawiesza się u sufitu. Toż samo czynią wszyscy potem domownicy z podskokami i śmiechem, a tak, chałupa przybiera postać ubraną w słomę, na pamiątkę ubogiej stajenki w której się Chrystus w Betleem urodził. Szczątki słomy które w szczelinach nie uwięzły i upadły na ziemie, zostają przez całą noc i przez cały dzień następny nie zamiecione, a dopiero na trzeci dzień, wszystka słoma zmieciona i porządnie zebrana, wynosi się i ściele pod bydło w oborze”.

„W niektórych chatach nie rzucają tak słomy, ale tylko stawiają w każdym kącie izby po snopku pszenicy, żyta, jęczmienia i owsa, które po świętach także bydłu w oborze po trochu rozdzielają, a to w przekonaniu, że Pan Bóg będzie błogosławił urodzaje i dobytek. Zwyczaj ten jednak nie powszechnie jest używany”.

„Zaraz po jedzeniu w wigilią, niektórzy z włościan mają zwyczaj próbować szczęścia; idą kraść tylko dla żartu i różne psoty wyrabiają sąsiadom, jedynie dla wzbudzenia śmiechu”.

„W tymże czasie niektórzy idą do swoich sadów i nierodzące drzewa owocowe obwiązują powrósłami ze słomy, aby w roku następnym były rodzajnemi. I tak się też zawsze trafia, albowiem drzewo które w poprzedzającym roku nie rodziło, w następnym jako już wypoczęte, urodzić musi”.

Św. Szczepan

„Nazajutrz po Bożem Narodzeniu, to jest «na święty Szczepan, każdy sobie pan». Jest to (jak powiada Józef Gluziński w rozprawie o włościanach) odwieczne przysłowie we wszystkich prawie okolicach Polski, spełniające się przez wszystkich prawie służących włościańskich. Wtenczas to wszystka czeladź opuściwszy chałupy swoich gospodarzy, udaje się do karczmy, gdzie zazwyczaj chwali ich albo obmawia, a gospodarze starają się przez różne sposoby, a najczęściej przez traktowanie wódką, przywabić ich do siebie i proszą, ażeby u nich przyjąć raczyli na rok przyszły właściwą służbę”. 

„Namówionym dają zadatek, który się u nich nazywa kolendą, a który rzadko kiedy 30 kopiejek przenosi; zadatek ten jest tak ważnym wedle przyjętego zwyczaju, że kto go przyjmie, znaczy tyle, jakby urzędowy kontrakt podpisał, i już od przyszłej służby wymówić się nie może i żadne go względy nie uwalniają, chyba tylko dobra wola gospodarza. Ta kolenda wcale się do zasług czyli do pracy za zasługi nie liczy”.

„Parobek wedle zwyczaju dostaje zasług 5 do 6 rubli srebrem (w r. 1850), tudzież sukmanę, buty nowe i podszycie, czapkę, dwie koszul, dwoje spodni parcianych czyli płóciennych, grubych, a to wszystko z zasługami rubli 10 lub 12 wynosi. W niektórych okolicach dają parobkom w dodatku po parę zagonów na przysiewki, które sobie na swoją korzyść zbierają. Dziewki w połowie, albo mało co więcej niż połowę tego biorą co parobki, z różnicą jednak w odzieniu”.

Kolenda. Szopka. Gwiazda

1. „W drugie święto Bożego Narodzenia, szczególniej wieczorem, zbierają się w kilkoro niedorosłe dzieci, (mianowicie komorników lub uboższych gospodarzy), i podchodząc pod okna lub do drzwi możniejszych mieszkańców wsi, różnemi niedobranemi głosy śpiewają piosnki zwane kolendami; a te są (jak wiadomo) proste, dawne, odnoszące się ku czci narodzenia Jezusa Chrystusa. – Czasem nawet mają z sobą skrzypce, na których niewprawny skrzypek śpiewaną kolendę rzempoli. Po odśpiewaniu kolendy, mieszkańcy chaty wynoszą śpiewającym parę groszy, pierogi albo inne datki, które oni zebrawszy, pomiędzy siebie rozdzielają, ucztują w karczmie, i zbiorami swemi cieszą się. Kolendowanie takie każdego dnia, a szczególniej w święta, powtarzają prawie aż do dnia N. Panny Gromnicznej. Przy tem kolendowaniu czasem odbywają zabawki, jako to: utaczania bałwanów ze śniegu, bicie się takiemiż lepionemi pigułkami i t.p.”

2. „Przy śpiewaniu kolend, widzieć można (jak mówi Gluziński) po niektórych okolicach pokazywaną szopkę. Początkowo ta szopka musiała być naśladowaniem szopki Betleemskiej w której się Jezus Chrystus narodził. Dzisiaj pokazywana, jest to budowla na ręku, z domu do domu przenosić się mogąca, kształtnie jakby jaki pałacyk z cienkich deszczek lub z tektury sklejona, różnym malowanym papierem i obrazkami ozdobiona; we środku jej z jednej strony jest obszerny otwór a w głębi widać świece palące się i całe wnętrze tej małej budowli oświecające; przytem wyobrażenia Pana Jezusa leżącego w żłobie, wołu, osła, trzech królów odwiedzających i.t.d. Po odśpiewaniu kolendy przez noszących, następuje zręczna odmiana w szopce dekoracyi. Dowcipny szopkarz wysuwa z boków ścian na scenę różne lalki drewniane lub papierowe. Obraca je, gada za nich, wyprawia różne figle, wprowadza rozmowy częstokroć tak śmieszne i naiwne, iż pierwszy raz je widzący (spektator) tak dobrze uśmiać się może, jak na jakiej scenie komicznej teatralnej. Sławny z dowcipu Szopkarz, jest czasem przez mieszkańców bardzo poszukiwany, dla ubawienia zebranych dzieci wiejskich”.

3. „Z kolendą chodzą w tutejszej okolicy (od Żółkiewki, Gorzkowa) w drugie święto Bożego Narodzenia wieczorem, i na Trzy-Króle. Dwie dziewczyny, wyuczywszy się stosownych śpiewów, idą od domu do domu kolendując pode drzwiami. Parobczaki ze skrzypkami osobno chodzą. Przed zaczęciem śpiewu, kolędnicy pytają się pod okienkiem chaty:
«Panie gospodarzu, pani gospodynia,
a czy każecie czy nie każecie rozweselić swój dom?
Bo nadchodzi czas i godzina»

Tam, gdzie gospodarstwo z wewnątrz zapuka w okno, dając przez to znak odprawy, nie śpiewają. Przeciwnie, śpiewają wówczas, gdy im żadnej u okna, lub przychylną dadzą odpowiedź.
Na odchodnem żegnają gospodarzów życzeniem: «Bądźcie weseli, jako w niebie anieli». Poczem pod sąsiednią idą chatę.
Parobczaki obchodzą głównie te domy, gdzie mieszkają dziewczęta; te ostatnie znowu śpiewać zwykli kawalerom.
W trzeci dzień świąt Bożego Narodzenia, dwóch parobków obchodzi z rana wieś, prowadząc z sobą wołu czarnego i śpiewając kolędy.
Szopkę rzadko już widzieć tu można”.

Nowy Rok

S.Z. Sierpiński, Obraz miasta Lublina, (Warszawa 1843, str. 135, 142) mówi:
„Dnia ostatniego roku, jako w wiliję nowego, bal (w Lublinie) na dochód Dobroczynności; o godzinie dwunastej w nocy huk trąby przerywa tańce, stróż nocny z tarkotką przechodzi sale, następują powinszowania, i bal dalej się kontynuje”.

„W nowy rok po wszystkich kościołach uroczyste odbywa się nabożeństwo. – Upowszechniony wszędzie zwyczaj przesyłania biletów noworocznych (z powinszowaniem) zachowuje się i w Lublinie. Domownicy lub bliżsi przyjaciele wszelkiego stanu, ustnie winszują sobie. Następują zabawy, niższa klasa (ludzi) wesoło pije, zapominając o wszystkim co minęło, i cieszy się jedynie nadzieja, iż nowy przyszły rok, niezawodnie ich położeniu pomyślniejszy obrót nada.
Insi żałują upłynionego czasu, bojąc się aby jeszcze gorzej nie było. Inni wylewają łzy nad swemi wspomnieniami. Lecz to się dzieje wszędzie; wszędzie ludzie weselą się lub płaczą”.

„Wieczorem szopki, gwiazdy i krakowskie wesela, przechodzą (jak to już wspomniano wyżej) po ulicach, i odwiedzają domy, gdzie przez gospodarzy uraczeni bywają”.

Trzej króle

1. „Na dzień Trzech królów, (mówi Gluziński), zamiast z szopką chodzą szopkarze z gwiazdą papierową olejem wysmarowaną, w środku której pali się świeca i daje jasne światło na wystawie, istotnie w kształcie gwiazdy o ośmiu lub sześciu promieniach od środka. A to czynią na pamiątkę owej gwiazdy, która trzech królów do Betlehemskiej szopy doprowadziła. Dziwną jest rzeczą, gdy czasem nawet żydzi muzykanci podchodzą z podobnymi figlami, grają na instrumentach i poprzekręcane śpiewają kolędy”. 

2. „W dzień święta Trzech króli, słudzy dworscy pokojowi, dla dostania poczestnego na piwo od pana, zastawiają stołem drzwi wchodowe z pokojów do sieni, na który to stół nakładą chleba. Poczem wołają pana za jakim interesem do sieni. A gdy tenże do drzwi zastawionych przyjdzie, kłaniając się, winszują mu święta i życzą, aby chleb go się trzymał tak, jak na tym stole, i nie odstawią stołu ode drzwi, dopóki im się Pan nie wykupi. Ten zwyczaj upowszechniony jest na Mazurach, a bardziej jeszcze na Rusi zamojskiej, koło Janowa ordynackiego (pod Frampolem, Gorajem i.t.d.)”.

Zapusty

„Jak wszędzie u nas, tak i w Lublinie (mówi Sierpiński), hucznie odbywają się zapusty. W każdym prawie domu myślą w tym czasie o zabawach, aby przed długim uspokojeniem postu, nahulać się do woli. Prywatne wieczory z muzyką i tańcami; publiczne bale na korzyść Dobroczynności, zwyczajne co tydzień, kostiumowe i maszkarady w salach kasynowych (Casino) miejskich dawane, zajmują wyższą publiczność. Największa liczba osób na balu publicznym zebranych, przeszło dwieście wynosi. Bilet na bal kosztuje złotych pięć, familijny dziesięć. Balom tym przywodzi sędziwy i szanowny Wincenty Słotwiński.

Tak Lublin goniąc stolicę
W guście, czułości i zbytkach
Pieniądz wniesiony z dalszej okolice,
Składa w ludzkości przybytkach.

Wyrzekł to Mikołaj Wilczopolski członek Towarz. Przyjaciół nauk Lubelskiego, przesyłając na wieś spis zabaw karnawałowych w Lublinie 1823 roku. Wówczas, prócz balów, amatorowie z najznaczniejszych w mieście osób, zbierali się dla przedstawienia sztuk teatralnych na dochód Dobroczynności”.

„Niższa klassa, zwykłym wszędzie obyczajem obchodzi zapusty. Zazwyczaj powiększają się zebrania na gospodach i szynkach, gdzie huczna muzyka (zwykle żydów) brzmi ciągle, a kieliszki napełniając gardło, wypróżniają kieszenie rzemieślnika”.

Ostatki czyli Kusaki

1. Lud wiejski w Lubelskiem, a miejscami w Sandomierskiem i Krakowskiem, ostatnie dnie zapust (mianowicie Niedzielę mięsopustną) zowie kusakami. Nazwa ta (niekiedy kuse dni) czy nie ma związku z kusym t.j. diabłem? – robi zapytanie Grz. Kostrzewa (Ant. Wieniarski) w powieści „Siedm” („Gazeta Codzienna”, Warszawa 1852, nr 341).

2. J. Gluziński mówi:
„Mniej więcej około dwóch miesięcy po Bożem Narodzeniu, przypada znowu jakoby uroczystość, ostatek zapust, czyli jak krócej mówią: Ostatki. Są to trzy dni poprzedzające post wielki, które inaczej pospólstwo kusakami albo dniami szalonemi nazywa (pod Zamościem, Szczebrzeszynem i.t.d.). Niedziela, poniedziałek i wtorek przed wstępną środą nazywają się kuse, podobno ztąd, że według tradycyi ewangelicznej: diabeł kusił Chrystusa; a ponieważ wtenczas szczególniej na dobitkę zapust włościaństwo pije bez litości nad sobą, i przytem powszechnie zdarzają się przypadki, wnosi ztąd, że w te dni diabeł ludzi kusić nie przestaje”.

„Na Powiślu młode chłopaki i parobczaki przebierają się natenczas, wywracając do góry futrem kożuchy, kładąc maski lub smoląc twarze węglami dla niepoznania, opasują się powrósłami, przyprawiają sobie sztuczne brody i biorą rogate czapki lub stare stusowane kapelusze, tysiączne płatają figle chodząc po wsiach od chałupy do chałupy, straszą nawet starszych, zarówno jak dzieci. Niekiedy ubierają bachusa sadzając go na beczce, którą ciągną na sankach i dawszy mu zamiast fajki, garnczek kwartowy osadzony na kiju, wymagają od gospodarzy możniejszych jedzenia i napitku, jakoby od swojego bożka.”
„Każdego zaś wieczora włościanie tańcują do upadłego, a z Wtorku na Środę do północy, to jest dopóty, dopóki dzwon kościelny nie ogłosi zaczęcia wielkiego postu. Przy kościołach bowiem pilnują tej godziny i w dzwon wielki na zaczęcie postu dzwonią. Nie wszyscy jednak po uderzeniu dzwonu rozchodzą się z karczmy do domu. Zostają tam jeszcze gosposie i niektórzy gospodarze; piją, tańcują, hulają „na konopie” czyli z przesądu aby im się konopie dobrze rodziły, a taka hulanka jeszcze we Środę ciągnie się prawie do południa, a czasem nawet do wieczora. Śpiewają wtenczas zaraz po uderzeniu w dzwon kościelny:
«Bywaj-że mi zdrów, miły mój zapuście,
cztery sperki (sperki słoniny) w grochu były, a piąta w kapuście»”.

3. „W Biłgoraju w ostatki, różne też chłopcy wyprawiają figle. I tak, n.p. jeden przebiera się za osła, ma przyprawne długie uszy: na plecy kładzie kawał czerwonego sukna, niby czaprak; na tym czapraku siada mu na karku drugi mały chłopczyk, za jeźdźca; tego zaś zowią niektórzy: Bartoszek.
Inni przebierają się za niedźwiedzia, byka, kozła czy kozę i t.d.”

4. „W Ostatki jest zwyczaj, że dziewczyny, które w ciągu karnawału za mąż poszły, muszą w ostatni wtorek okupić się wódką od natręctwa parobków. Wódkę te dają one zgromadzonym w karczmie, gdzie po raz pierwszy zabierają one miejsce między mężatkami. Przebierania się zaś żadnego w ten dzień nie ma. (Gałęzów i Wola Gałęzowska)”.

Wstępna środa

1. L. Gołębiowski (Lud polski, Warszawa, 1830, str. 50) mówi: „w Lubelskiem obok wiary w gusła, czary, sobótki i.t.p. ma miejsce topienie Śmierci we środę popielcową, którą to Śmierć ze słomy lub grochowin uwinąwszy, na wózku małym obwożą po wsi, po czem w rzece lub stawie topią, albo palą.

2. S.Z. Sierpiński (przy opisie Lublina, str. 137) powiada: „w Popielec po kościołach odbywa się tu jak wszędzie, nabożeństwo i ceremonija z popiołem, przy zasłoniętych ołtarzach, rozpoczynają czas postu, i czas rozmyślaniom religijnym o męce i śmierci Chrystusa poświęcony. Pospólstwo odprawia tak zwane popłuczyny, czyli pije po szynkowniach, jakby na ostateczne spłukanie zbytków zapustnych”.

3. J. Gluziński (w rozprawie o zwyczajach włościan z okolic Zamościa) mówi:
„We Środę wstępną dziewkom i chłopakom, którzy się upłynionych zapust nie pośpieszyli pójść za mąż i pożenić, podstępnie, zcicha i nieznacznie zamężne kobiety i żonaci przyczepiają z tyłu na szpilkowych haczykach klocki, aby ztąd wzbudzić śmiech na widzach i pogardę noszących, że kiedy nie chcieli dźwigać jarzma małżeńskiego, niech dźwigają klocki. Niektórym zamiast klocków, przyczepiają po trzy a nawet po pięć skorup całych z wydmuchanych jaj kurzych, a to u ich jest daleko śmieszniejsze”.

Wielki Post. Św. Józef.

„Wszelkie zabawy cichną; nie ma tańców, zebrane towarzystwa, rozmową, kartami lub skromną tylko muzyką fortepianu bawią się. Wszyscy wspominają zapusty, i wzdychają do wiosny, której każdy z utęsknieniem wygląda”.

„Nadchodzi święty Józef. W dniu tym wolno prawym Chrześcijanom używać wszelkich zabaw. Wieczór ś. Józefa po wielu domach kończy się małym balem”.

„W kościołach lubelskich oprócz zwykłego nabożeństwa, śpiewają co tydzień po południu znane «gorzkie żale», na które wielu ludzi zgromadza się. Te gorzkie żale mają swoje właściwe dnie; i tak: w Katedrze śpiewają je w niedziele, w piątek u Dominikanów, we wtorek u Bernardynów, w sobotę u ś. Ducha, we środę u Karmelitów”.

„W Wielki Tydzień kościelne ceremonije, już od palmowej Niedzieli, większą przybierają okazałość. W wielki czwartek, biskup Lubelski dwunastu dziadom umywa nogi, całuje i jałmużną obdarza. W wielką sobotę święcą wodę i tarninę. Wiele osób obchodzi pięknie przystrojone po kościołach groby Chrystusa. W dawnych czasach, z większem niż dziś nabożeństwem, obchodzono w Lublinie wielki tydzień, przytaczam tu wyjątek z dzieła ks. Władysł. Żółtowskiego, prowincyała Jezuitów, pod tytułem: Osobliwa sprawa w poniżaniu się panów świata”.

„Roku 1736 Marszałek Trybunału Głównego koronnego w Lublinie (Antoni Łojko, krajczy Oszmiański herbu Wąż) w sam wielki Czwartek przybywszy na rynek słomianym zwany, z całą asystencyą panów Deputatów wziął krzyż bardzo długi na barki, i udając podróż na górę Kalwaryją, szedł przez miasto aż do kollegiaty ś. Michała. Żaki z przedmieścia Leszczyńskich, studeńci i mnóstwo ludzi, śpiewając rozpamiętywanie męki Chrystusa Pana, w wielkim ordynku za nim postępowali. Gdy cała ta kalwakata weszła do kościoła, kilku Retorów rozpoczynało mowy ku uczczeniu męki Zbawiciela”.

Wielkanoc

1. S.Z. Sierpiński (w opisie Lublina) mówi:
„W niedzielę wielkanocną rano uroczyście obchodzą po kościołach Resurekcyję. Potem święcą się jaja, różnego gatunku mięso, pieczywo i t.d. pod ogólnem nazwiskiem święconego wszędzie znane”.

„Jak wszędzie też, tak i tu, pierwszy dzień familiję zwykle przepędzają u siebie, drugiego zaś dnia, w poniedziałek, mieszkańcy każdego stanu, wszyscy prawie, rozchodzą się po mieście i odwiedzają znajomych, święcone z niemi jedząc”.

„Dawnych czasów oprowadzano po mieście osła uplecionego ze słomy, a przechodzący lud zdejmował czapki i klękał przed tą processyją na ulicy”.

2. J.Gluziński (zwyczaje włościan z okolicy Zamościa i t.d.) mówi:
„Po wielkim poście nadchodzi uroczystość Wielkiej Nocy. Wiele natenczas robią przygotowania na święcone. Wracając ze święconem (od poświęcenia go) z kościoła do domu, wierzą że ten więcej sprowadza na siebie błogosławieństwa, kto wcześniej do domu wróci”.

„Po południu w ten dzień Wielkiejnocy, chodzą chłopaki i dziewczęta po wsi, przechwalając się z piękności swoijch jaj malowanych czyli kraszanek”.

„Nazajutrz po Wielkiejnocy, to jest w Poniedziałek świąteczny, szczególniej na Powiślu, panuje zwyczaj oblewania się nawzajem zimną wodą, a to się szmigusem mokrym nazywa. Gospodarze poważniejsi nachodzą domy kumów i sąsiadów, a przynosząc z sobą wodę zimną w butelce, biorą za ręce płeć żeńską i oblewają ich palce bez szkody odzienia i zdrowia, lecz potem płoche chłopaki i dziewki leją się wzajemnie wodą pełnemi konewkami i dzbankami, które czerpią w lada rowie, a ztąd powstają gonitwy, swawole, czasem skaleczenia nawet”.

„Oblewania takie wzajemne powtarzać się mogą według upodobania aż do Zielonych świątek, a ztąd urosło przysłowie: „do Zielonych świątek, – można się lać woda i w piątek”.

„Tak jak po Bożym Narodzeniu, dzieciaki zwykli chodzić po kolendzie; równie też uboższe, na Wielkanoc chodzą po szmigusie. Śmigus znaczy datek jajka, piroga, placka, kawałka mięsiwa lub coś podobnego ze święconego dla tych biednych dzieci”.

3. „W Poniedziałek wielkanocny, zbierają się chłopaki wiejskie i chodzą od domu do domu, śpiewając: «Wielki dziś nam dzień nastał» (od Bychawy. Gałęzów)”.

„Tam gdzie w chacie zastaną dziewczynę, oblewają ją wodą; gdzie dziewcząt nie ma, nie dopuszczają się tego. Gospodynie zaś dają im po dwa, trzy lub cztery jaja. Nazbierawszy dużo jaj, obierają sobie jedną chatę na odpoczynek, i jeżeli gospodarze ich tam przyjmą, gotują uzbierane jaja, jedzą je popijając wódką, a nawet (w razie przyzwolenia gospodarzy) sprowadzają muzykę i tańczą.
Przed dwoma laty był zwyczaj, że i dziewczęta chodziły na te zabawę, ale od dwóch lat stała się ona zabawą czysto kawalerską (r. 1860, Gałęzów)”.

Przewody

„Na Przewody (od Żółkiewki i Gorzkowa). We dwa tygodnie po wielkanocnym śmigusie, parobcy śród śmiechu i gzów razem z dziewczętami, schodzą się w Niedzielę od południa do karczmy. Parobczaki bowiem dziś rano nie korzystali ze służącego im prawa powtórnego smigustrowania (oblewania wodą) dzieuch. Taką wspaniałomyślność wynagradzają one zatem młodzieńcom piskami (pisankami,t.j. upstrzonymi barwą jajkami); wszakże, za haracz zwyczajowy, parobcy zwykli im zaraz składać dobrowolny w pierścionkach, obrazkach, wstążkach i t.p. do której to uciechy mięsza się obficie i gorzałka. Wieczorem zabawę zamykają tańce, które trwają do północy. Kto najwięcej z sobą zabierze pisek, tego najbardziej nawiedzają, bo szczodrota, tu jak wszędzie zniewala sobie przychylność ludzką”.

Majówka

„Pierwszy maja. Wiele osób (jak mówi Sierpiński) w dniu tym wychodzi lub wyjeżdża z Lublina, dla użycia wiosennej przechadzki. Studenci idą także razem wszyscy ze swymi nauczycielami na majówkę do Sławinka, Dąbrowicy, Jakubowic lub Głuska”.

Św. Stanisław. 8 maja

„Uroczyste polskie święto, dawniej w dniu trzecim tegoż miesiąca obchodzone. Odpust w Katedrze lubelskiej i u Dominikanów”.

Zielone Świątki

J. Gluziński mówi o ludzich spod Zamościa i.t.d.:
„W Zielone świątki nie wiadomo dla czego na szyby okien przylepiają liście z drzew tu i owdzie; podobnie jak to czynią żydzi, przylepiając różne figury ludzi i zwierząt, zręcznie wycinane z papieru”.

„Nadto, klepisko czyli polepę (dolną) w izbach i sieniach wyścielają tatarskim zielem (tatarakiem) świeżo na ten cel urzniętem. Podobno czynią to tylko dla ozdoby swych chałup i pociechy, że doczekali świeżej zieloności wiosny, lubo posypywanie tatarakiem ziemi w mieszkaniach, odświeża powietrze i wygubia owady”.

Św. Trójca

„Dawniej na Zamku w Lublinie (mówi Sierpiński), potem w starej Farze (św. Michała), teraz zaś w Katedrze lubelskiej, wielki bywa odpust, na który dużo ludu z pobliskich wsi przychodzi”.

Boże Ciało

„Odpust uroczysty w Katedrze lubelskiej. Po nabożeństwie liczna processyja z celebrą biskupa, obchodzi ołtarze w starym rynku ozdobnie wystawione. Taż ceremonija powtarza się następnego czwartku z kościoła ś. Ducha po Krakowskiem przedmieściu, zaś w niedzielę od Dominikanów po Rynku”.

Św. Jan Chrzciciel

„W wigiliją świętego Jana Chrzciciela na całym froncie chałupy zatykają (w szczeliny) zielone gałązki z drzew i ziół. Również ma to zapewne jakiś związek z obrządkiem puszczania w ten dzień wianków na wodę, który zachowują gdzie indziej mieszkańcy nadwodni t.j. głównie na Wisłą” (Gluziński, zwyczaje włościan z okolic Zamościa i t.d.).

„Pod Annopolem, Józefowem (nad Wisłą), odprawiano do niedawna Sobótki, zwane tu zwykle Ogniami belicznemi (z bylicy) lub świętojańskiemi, na kształt tych, jakie opisaliśmy w Seryi II (Sandomierskie) str. 118. Dziś tylko krótkie z nich jeszcze pozostały śpiewki szydebne o dziewczętach, jak n.p.

1. Ma wianeczek z ruty
kawaler jej suty.
2. Ma wianek z fijołków
nie brak jej kochanków
3. Ma wianek z żegawki
nie brak jej zabawki.
4. Ma wianeczek z krasi,
(kraś, fem. Kwiecie grochowe)
wydęła się w pasie.
5. Ma wianeczek z kopru,
co się ruszy, to pru i t.d.”

Sobótki

J. Gluziński w rozprawie o włościanach z okolic Zamościa, Hrubieszowa i.t.d. (w Archiwum domowem Wójcickiego, Warszawa 1856, str. 432) mówi:
„Pod jesień, kiedy już wszystkie zboża sprzątnione zostały, i kiedy ostatki wykopują kartofli, nakształt dawnego święta i uroczystości kupały, odprawiają: Sobótki. – Wtenczas to pasąc swoje trzody bydła i owiec, parobczaki i dziewki rozkładają ogień szeroki, albo też ustawiają kopiec z drzewa osypany ziemią (w kształcie takiegoż kopca węglarzy), podpalają z pod spodu, przepijają zdrowie drużyny wódką, grają, tańcują, śpiewają i przez ten ogień skaczą”.

„W ognisko, do upalonego popiołu i piasku zagrzebują orzechy lub dzikie kasztany świeże, gdzie je mieć mogą, a rozprażone jądro rozsadzając skorupę i strzelając jak z pistoletu, rozrzuca węgle i popiół na różne strony, a ztąd obecni układają rozmaite wróżby swoich przyszłości”.

„Zwyczaj tych sobótek w tej krainie, już teraz po większej części ustaje; albo też nie ma cechy tej uroczystości, jaką w innych okolicach Polski niedawno widzieć i natrafić można było”.

Dzień Zaduszny

„W dniu tym (mówi Sierpiński) w Katedrze, u Dominikanów, Bernardynów i po innych kościołach z okazałością odprawiają ranne żałobne nabożeństwo”.

Wilia św. Andrzeja

„Jest zwyczaj dziewcząt (od Lublina, Turobina): a) chowanie pod miski lub talerze kwiatka lub listka, koronki i czepka; b) dawania psom gałek z tłuszczu, c) puszczanie dwóch świeczek woskowych zapalonych na wodę”.

„Która z dziewcząt wyciągnie z pod talerza listek, ta będzie rutke siała (t.j. zostanie panną); która koronkę, ta będzie zakonnicą; która zaś czepek, ta zostanie mężatką”.

„Czyją gałkę pies pierwej zje, ta też pierwsza pójdzie za mąż”.

„Której się świeczki połączą, ta się wyda za mąż; czyja świeczka najpierwej zgaśnie, ten najpierw umrze”.

„Leją także wosk lub ołów roztopiony we wodę na misce, potem patrzą na cieniu, co powstałe ztąd figurki przedstawiają”.