Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Zaplecze poligraficzne niezależnego ruchu wydawniczego w Lublinie

Po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku w całym kraju nastąpiło załamanie niezależnego ruchu wydawniczego. Mimo konfiskaty sprzętu drukarskiego, drugi obieg wypowiadający się w imieniu Regionu Środkowo-Wschodniego, szybko został odbudowany. Pojawiły się też wydawnictwa działające poza Związkiem, bazujące na doświadczeniu wydawniczym zdobytym w okresie karnawału Solidarności.

 

Spis treści

[RozwińZwiń]

Drukarnie związane z Regionem Środkowo-Wschodnim w latach 1981–1989

Osobą kluczową dla ukazywania się pisma „Informator. Region Środkowo-Wschodni «Solidarność»” był Jan Magierski, który organizował i koordynował poszczególne etapy przygotowywania i wydawania pisma.

Po aresztowaniu pierwszej redakcji „Informatora”, którą tworzyli Krzysztof Hariasz, Arkadiusz Kutkowski, Wiesław Ruchlicki i Emil Warda, drukowania pisma podjął się Jan Magierski. Jego redakcję tworzyli: Andrzej Pleszczyński (redaktor naczelny), Wanda Baj, Krzysztof Grudzień, Ewa Różycka, Józef Krzyżanowski, Barbara Pleszczyńska, Grażyna Ziółkowska1.

O wszechstronności działań Jana Magierskiego w tym czasie świadczy zestawienie funkcji, jakie pełnił: drukarz, redaktor techniczny, organizator: druku, przygotowalni, sprzętu, materiałów poligraficznych, transportu nakładów i kolportażu obu tytułów (ok. 20 punktów kolportażowych)2.

Jan Magierski brał z redakcji pisma makietę i przekazywał do drukarni. Następnie przekazywał wydrukowane pismo osobiście, albo stosował nadzór nad przekazaniem do skrzynek kontaktowych, z których odbierali je kolporterzy tzw. górnego piętra, nazywani też hurtownikami. Ci ostatni rozprowadzali pismo do punktów odbioru – skrzynek w mieście, z których korzystali kolporterzy działający wśród innych kolporterów, albo rozprowadzający bibułę już bezpośrednio w określonym środowisku3.  

Jan Magierski wspominał: „Często zachodziła potrzeba drukowania nie tylko «Informatora»: drukowałem pisma studenckie, pisma dla rolników, którym trzeba było zredagować gazetkę, udając, że to jest redakcja chłopska. Na początek, żeby kogoś osłonić, a potem, żeby pismo utrzymać, nie dać mu zginąć, żeby zostawić ludziom nadzieję, że choć w postaci pojedynczych kartek, ale te gazetki jeszcze się ukazują. Taka to była na początku działalność wydawnicza, drukowanie w stylu rozpaczliwym”4.

W końcówce 1982 roku Jan Magierski skontaktował się z Wojciechem Guzem, drukarzem działającym w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów Akademii Rolniczej, i przeszkolił go w technice sitodruku5. Z początkiem 1983 roku Wojciech Guz rozpoczął drukowanie „Informatora”.

Na potrzeby Regionu Środkowo-Wschodniego w Lublinie w latach 1982–1989 pracowały: zakonspirowana drukarnia prowadzona przez Wojciecha Guza, a także od 1983 roku drukarnia kierowana przez Andrzeja Mariana Woytowicza w mieszkaniu państwa Rucińskich. Trzecia drukarnia zlokalizowana na ulicy Króla Leszczyńskiego, dysponująca czeskim powielaczem Cyklos, podjęła zakończone niepowodzeniem próby druku6.

Drukarnia Wojciecha Guza

Wojciech Guz rozpoczął swoją przygodę z drukowaniem jako student Akademii Rolniczej, działacz NSZ. Po wprowadzeniu stanu wojennego na potrzeby pisma „Biuletyn Informacyjny NZS Uczelni Lubelskich”, wydawanego przez Międzyuczelniany Komitet Oporu NZS Uczelni Lubelskich, drukował na matrycy białkowej i ramce. Wspominał: „Potem pojawił się ręczny powielacz białkowy, który ktoś rozkręcił do ostatniej śrubki, żeby go ukryć i przechować i który trzeba było złożyć samemu”.

W 1982 roku Wojciech Guz wraz z innymi członkami Międzyuczelnianego Komiteu Oporu NZS Uczelni Lubelskich zaczął wykonywać zlecenia drukarskie dla różnych grup opozycyjnych. W końcu roku Jan Magierski skontaktował się z Wojciechem Guzem i przeszkolił go w technice sitodruku. Pierwsze wydruki z wykorzystaniem tej techniki pojawiły się w końcu 1982 lub na początku 1983 roku7.

Drukowanie na potrzeby związku rozpoczął Wojciech Guz od lubelskiej mutacji „Tygodnika Wojennego”. Następnie drukował lubelską mutację „Tygodnika Mazowsze”. Na zlecenie Jana Magierskiego drukował np. biuletyny zakładowe (FSC), rolnicze, np. „Wieś Solidarna”. Długotrwałymi przedsięwzięciami były druki „Solidarności Nauczycielskiej” i „Informatora”. Od 1983 roku drukowano książki ukazujące się pod szyldem Biblioteka „Informatora”8.

Stosunkowo krótko drukowano na sicie. W latach 1983–1984 używano powielacza białkowego marki Gestetner 366, który przeszedł z Guzem z NSZ AR do drukarni „Informatora” i również pracował dla wydawnictwa „Spotkania”9. Ponadto dysponowano powielaczem marki Cyklos przetransportowanym z mieszkania Grudniów10. Długi staż miał powielacz Gestetner 360, z nalepką „Dar z Francji dla młodych katolików”.

Poza powielaczami – w różnych okresach czasu – na wyposażeniu lotnej drukarni wydawcy „Informatora” były następujące urządzenia i materiały:
Matryce – potoczne określenie na matryce białkowe, czyli arkusz bibuły pokrytej nieprzepuszczalną masą kolodionową lub inną substancją, np. woskiem. Na arkusz przenoszono tekst, np. wpisywano za pomocą maszyn do pisania (bez taśmy). Maszyna do pisania przebijała masę kolodionową. W ten sposób powstawały otwory w kształcie liter i znaków interpunkcyjnych, które podczas drukowania wypełniała farba, odbijając tekst na kartce papieru. Matryca białkowa jest jednym z rodzajów formy drukowej.
Matryce przemycano z Europy Zachodniej. Były też polskie, ale – jak wspominał Tomasz Grudzień – „były straszne. Wszystko, co tutaj władza ludowa swoimi rękami zrobiła, było nie do przyjęcia, już chińskie były lepsze. Zachodnie matryce – to dla drukarza była po prostu przyjemność i radość”.
Urządzenia do naniesienia tekstu na matryce: maszyny do pisania; elektryczne maszyny do pisania, na których wykonywano skład i korektę tekstu strony, w późniejszym okresie tekst na matryce przenoszono za pomocą komputerów i drukarek igłowych; wypalarka elektrostatyczna do matryc – urządzenie, które pozwalało przenieść tekst, rysunek, fotografię, całe kolumny książek z makiety papierowej na matrycę białkową, co trwało do pięciu minut; farba, np. powielaczowa, kupowana na czarnym rynku albo z przemycana z zachodu; papier.

Zasada działania lotnej drukarni była następująca: w wybranym miejscu najpierw przez dłuższy okres gromadzono papier. Następnie przyjeżdżała ekipa drukarzy ze sprzętem i tekstem do odbicia. Po wydrukowaniu wywożono urządzenia i materiały drukarskie do miejsca bezpiecznego przechowywania, albo wydruk był przenoszony do miejsca, w którym odbywały się prace introligatorskie11. Jeśli wywożono sprzęt drukarski, prace introligatorskie odbywały się w miejscu druku. Lotność drukarni usprawniało posiadanie samochodu. W popularnym w tamtych czasach fiacie 126p wymontowano siedzenia, co pozwalało przewozić papier i maszyny.

„Informator” drukowały trzy lotne drukarnie. Organizacja zaplecza poligraficznego „Informatora” była tak pomyślana, żeby na wypadek wpadki jednego z zespołów, inny podejmował zaplanowane działanie.

W 1986 roku pojawiła się maszyna do druku offsetowego. Ze Szwecji sprowadzono maszynę AB-Dick. Pierwszą książką, jaką zrobiono w tej technice była Anatomia smaku Jacka Żakowskiego12.

Współpracownikami Wojciecha Guza byli: Andrzej Gwóźdź, Grzegorz Biolik i Beata Grzesik. Pomagali także m.in.: Jacek Grzemski, Zygmunt Kozicki, Wiesław Ruchlicki13.

Druk odbywał się głównie w domach jednorodzinnych. Wojciech Guz wspominał: „Lokale zajmowano nawet na okres jednego roku. Drukowano m.in. u państwa Pukosów na Świcie, pani Capały na Kossaka. Maszyna miała rozmiary dużego telewizora, ważyła kilkadziesiąt kilogramów, oprócz papieru, pozostały sprzęt można było zapakować w dwie duże torby”.

Powielacze umieszczano również w miejscach, w których hałas pracujących urządzeń nie budził podejrzeń. Jan Magierski zapamiętał, że Wojciech Guz umieścił drukarnię w maszynowni windy w wieżowcu14.

„Istotą drukarstwa podziemnego była mobilność. Chodziło o to, żeby ten sprzęt był niewielki, możliwy do przewiezienia. Podstawowym narzędziem transportu w tych czasach było auto marki fiat 126p z wymontowanymi siedzeniami. […]
[Drukowaliśmy] pewnie w kilkunastu miejscach, głównie w domkach jednorodzinnych użyczanych nam przez różnych życzliwych ludzi. Tam przez jakiś czas był złożony papier na jakąś większą robotę, a dopiero tuż przed robotą przywoziliśmy sprzęt drukarski. Czasem siedzieliśmy tam parę miesięcy” – wspomina Wojciech Guz15.

Drukarnia Janusza Rucińskiego

Janusz Ruciński wspomina: „Któregoś wieczora jestem w bibliotece. Przychodzi do mnie znajomy i mówi: «Jest taka propozycja: może wziąłbyś do siebie do domu drukarnię?»”16.
W domu matki Rucińskiego, Izabelli, przy ulicy Nowogrodzkiej 27, od 1982 lub 1983 do 1989 roku nieprzerwanie funkcjonowała drukarnia.

Bernard Nowak wspominał: „Janusz pracował w bibliotece, pani Iza miała jakąś skromną rentę, i w tej połowie domku wynajmowali chyba dwa czy nawet trzy pokoje. No i jak myśmy się tam wprowadzili, to oni zaczęli tych ludzi powoli [wypraszać]. Chłopak na piętrze mieszkający, po drugiej stronie korytarza, od ulicy, nie mógł nic znaleźć, więc jeszcze prosił, żeby go trochę przetrzymano. A już wtedy, jeszcze w tym drugim pokoju, nie w piwnicy, w pokoju Janusza na górze, zawiesiwszy na oknach i drzwiach jakieś tam kapy, płaszcze i koce, tłukliśmy tym rozdygotanym powielaczem, który stukał jak szalony. Zaś po drugiej stronie, przez korytarz, ten student. Ale poza tym nic, głęboka konspiracja. Często żeśmy mijali się z tym lokatorem w drodze do ubikacji. No i pech chciał, że djadia Breżniew nam umarł, jakoś na początku maja, czyli w czasie, gdy trzeba było wydać «Informator». Wtedy Janusz, który normalnie słuchał raczej Zeppelinów, włączył radio, bo chciał zagłuszyć drukowanie, a tego dnia muzyka była żałobna. To trwało tak trzy, cztery godziny. W pełnej konspiracji, z brudnymi od farby rękoma, mijaliśmy się z tym chłopakiem raz, drugi, trzeci. Za czwartym razem przychodzi Janusz i mówi: Ten lokator powiedział: «Panowie, drukujcie, co chcecie i ile chcecie, mnie to nic nie obchodzi, ale kurwa, wyłączcie już tą muzykę!»”17.

Współorganizatorem tej powielarni był Marek Gorliński18. Stały skład drukarzy obok Janusza Rucińskiego tworzyli: „Grzesio” – Bernard Nowak; „Jurek” – Leszek Klimkowski i Andrzej Marian Woytowicz. Powielano książki, m.in. Prawda i wspólnota drogą do wyzwolenia narodu, Bez ostatniego rozdziału Władysława Andersa, zarówno dla „Biblioteki Informatora”, jak i innych niezależnych wydawnictw lubelskich. Głównym celem działania drukarni było bezpłatne powielanie kolportowanego „Informatora”19. Oprócz tego pisma drukowano „Biuletyn FSC”. Zlecenia druku książek były płatne, ponieważ praca odbywała się często w nocy, przez pięć lub sześć dni w tygodniu20.

Początkowo drukowano na „ramce” z wykorzystaniem matryc białkowych, później do druku wykorzystywano małą drukarnię, powielacz offsetowy. Serwis offsetu, na którym drukowano, zapewniał Zbigniew Skorzyński.

O książkach drukowanych w drukarni przy ulicy Nowogrodzkiej 27 Bernard Nowak powiedział: „Nikt nam nie bronił i nikt nie narzucał tego, co my mamy robić. W konsekwencji więc było tak, że drukowaliśmy bardzo regularnie «Informator», prócz tego książki, na które otrzymywaliśmy zlecenia z Regionu oraz te, które mogliśmy zrobić sami, w tym także akcydensy, a więc znaczki, ulotki – taki poligraficzny drobiazg. Zaczęliśmy chyba od Mitu sowieckiego Alaina Besançona. Potem był [Stanisław] Barańczak oraz Dziennik pisany nocą Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. To były rzeczy nieduże objętościowo, takie które można było w tamtych warunkach zrobić. Bo warto pamiętać, że wszystko dopiero się zaczynało i nie było ani papieru, ani farby. Wszystko było w niewielkich ilościach i w związku z tym rzeczy, które można było drukować na początku, to były albo po prostu biuletyny, albo broszurki. Większą rzeczą, która wyszła, była najpierw antologia poezji stanu wojennego, zebrana przez Andrzeja Jaroszyńskiego, do niedawna ambasadora RP w Norwegii, a kolejna pozycja, też zresztą idąca od Andrzeja, przetłumaczona przez anglistów na UMCS-ie, to była książka [Aleksandra] Sołżenicyna Lenin w Zurychu. Ani jednej, ani drugiej z tych wymienionych niestety nie posiadam, bo tak się zdarzyło, że one ukazały się w momencie, gdy ja na króciutko wyjechałem do Paryża. To był bodajże początek 1984 roku. Nakłady nie mogły być bardzo duże, chociażby ze względu na możliwości materiałowe. Książki osiągały nakład 500, czasem 600–700 egzemplarzy; 1000 egzemplarzy zdarzało się chyba naprawdę bardzo rzadko. Więcej wychodziło oczywiście „Informatora”, bo zdarzało się, że robiliśmy nawet kilka tysięcy. To jednak była jedna kartka. Jeśli chodzi o dystrybucję, łatwiej jest rozkolportować, rozdać ludziom jedną kartkę niż książkę, która przy tym wszystkim też kosztowała. Ludzie za to płacili, a trzeba pamiętać, że trafiało to w dużym stopniu do środowisk robotniczych, które przecież nie były zbyt zamożne”21.

Ze wspomnień Bernarda Nowaka wiadomo, że w początkowym okresie funkcjonowania drukarni drukowano na potrzeby wydawnictwa Aut '82.

Drukarnia w domu Tomasza Grudnia

Tuż po wprowadzeniu stanu wojennego, w domu państwa Grudniów przy ulicy Findera 15 (obecnie ulica Północna 131) odbywał się druk 10 numerów „Informatora” (od 4 do 13 numeru). Po wpadce pierwszego studenckiego składu redaktorskiego wydrukowano jeszcze 3 kolejne numery tego pisma. Drukowano na czechosłowackim powielaczu marki Cyklos. Wcześniej powielacz był w siedzibie NZS-u w Chatce Żaka, a po rozbiciu strajku został wyniesiony przez Edmunda Piotrowskiego, działacza NZS-u22. Cyklos podobnie jak inne materiały drukarskie został ukryty w specjalnie przygotowanej skrytce pod podłogą w suterenie. Następnie maszyna i druki „Informatora” zostały przejęte przez Jana Magierskiego23.

Środowisko, w którym działał Tomasz Grudzień w 1983 roku postanowiło wydawać książki. Tomasz Grudzień wspomina: „Praca przy gazetkach była żmudna, wydawanie książek wydawało nam się nobilitujące, poważniejsze”. Wraz z Wiesławem Halejem, który dysponował powielaczem marki Gestetner, otrzymanym od Bernarda Nowaka, wydrukowali książkę Lenin w Zurichu24. Gestetner, urządzenie dość ciężkie, wędrowało z miejsca na miejsce. W domu państwa Grudniów wydrukowano prawdopodobnie dwa numery „Spotkań”.

Tomasz Grudzień i Wiesław Halej drukowali również w innych miejscach. „Zagadkę śmierci Stalina Astarchamowa – wspomina Tomasz Grudzień – robiliśmy na Kowalskiej, w kamienicy do rozbiórki (istnieje do tej pory), z której miano lada dzień wykwaterować ludzi. Tam pewien pobożny człowiek, nazwiska już nie pomnę, udostępniał lokal na drukarnię. Tłukliśmy wydruki we dwóch z Wieśkiem, a do pomocy przy składaniu kogoś sobie braliśmy. Pamiętam patent na bigowanie okładek widelcem dwuzębnym”25.

Praca przy drukowaniu wiązała się z presją czasu. Tomasz Grudzień wspomina: „Rekord ustanowił Wiesio Halej. Przesiedział trzydzieści godzin przy Gestetnerze! U mnie w domu. Chciał skończyć książkę. Pił strasznie mocną herbatę. To było jakoś tak, że musieliśmy się zaraz zwijać z domu-drukarni. Wymienialiśmy się przy maszynie. Ja poszedłem w końcu spać, bo zaczynało już świtać. A on został. Ja wstaję po południu, a on siedzi dalej, pali te papierochy, Carmeny. Cały pokój na dole, gdzie była drukarnia, zapaskudzony odrzutami. A Wiesio pali. Pije już szóstą herbatę, taki czaj, i pali te Carmeny. Ja mówię: «Zaraz nas spalisz». A on: «Zobacz, która godzina. Skończyłem książkę! Trzydzieści godzin na nogach!». Ale to była konieczność”26.

O pozyskiwaniu farb do powielaczy Tomasz Grudzień powiedział: „Jeżeli chodzi o farby, kiedy drukowaliśmy na Gestetnerze, mieliśmy farby z zachodu, w puszkach po pieczarkach. W puszce znajdował się woreczek z farbą zalany parafiną do wagi, jaką miałoby opakowanie pieczarek z zalewą”27.

W mieszkaniu Tomasza Grudnia drukowano z wykorzystaniem różnych technik. Powielacze, które obsługiwały niezależny ruch wydawniczy, mocno eksploatowane od stanu wojennego, traciły swoją zdolność druku. „Należy wspomnieć, że wszystkie maszyny, oprócz podstawowych prac, wykonywały masę ulotek, odezw, plakatów okolicznościowych. Niestety maszyny te eksploatowane bez litości przez niefachowy personel miały bardzo ograniczony resurs. Każda naprawa była utrudniona brakiem części i serwisu. Sam pamiętam próbę wytoczenia tłoku podajnika farby do powielacza wiertarką na papierze ściernym. Wiesiek Halej miał coraz większe problemy z maszyną i kiedy wylądował z tym Gestetnerem poza Lublinem, u Marka Gorlińskiego, tam, w służbie «Spotkań», maszyna ta odmówiła definitywnie posłuszeństwa”28.

Około 1985 roku zabrakło powielaczy. Bezpieczniejszą, bo cichszą i lżejszą metodą druku był sitodruk. Problemem w tej technice było zdobycie emulsji światłoczułej niezbędnej do przygotowania ramki z drukiem do odbicia. Pozyskiwano to z różnych źródeł lub przygotowywano samodzielnie, pozyskując niezbędne składniki, np. z Wydziału Chemii UMCS. W mieszkaniu Grudniów większość książek FIS-u w latach 1985–1987 była drukowana właśnie w ten sposób29.

Kolejna zmiana techniki druku nastąpiła w 1987 roku, kiedy zaczęto drukować z wykorzystaniem maszyn offsetowych. Wtedy zainstalowano „starego Roneo Vickersa […]. Była to maszyna używana, mocno sfatygowana”, zakupiona w Warszawie30. W końcu 1988 roku lub na początku 1989 roku drukarnia ta otrzymała kolejną maszynę Roneo Vickers, tym razem w bardzo dobrym stanie technicznym31.

Papier a sprawa polska

Na miano paradoksu zakrywa fakt, że w PRL, w którym brakowało papieru, papier przyczynił się do zmiany systemu władzy. „Papierowa rewolucja, naszych powielaczogodzin” – jak pisał Kelus – nie byłaby możliwa, gdyby nie mrówczy trud zbieraczy papieru, nielegalne zakupy ton ryz papieru w hurtowniach, czy czarny rynek.  

Lubelskie wspomnienia o zdobywaniu papieru można zwielokrotniać.
Wojciech Guz: „Powstał «czarny rynek» papieru, sprzedawali go magazynierzy. Od połowy lat osiemdziesiątych miałem bardzo dobry kontakt na zakup dużych ilości papieru w hurtowni w Zamościu, gdzie na pewno w sumie kupiliśmy kilka ton papieru, ale też papier spływał kanałami związkowymi, kolporterzy byli zobowiązani, żeby w biurach, w zakładach pracy pozyskiwać papier. Po kilka, kilkanaście ryz papieru przy każdym numerze «Informatora» wracało. Czasami można było kupić papier w sklepie, ale spisywali wtedy nabywcę z dowodu osobistego”32.

Zygmunt Kozicki: „Miałem torbę monterską, która mieściła 2 ryzy papieru, nie chodziło się z dużymi torbami ani plecakami, musiało być coś wyjątkowego, np. duży rzut papieru w księgarni lub w sklepie papierniczym. Paniom dawało się czekoladę, żeby pamiętały. Były sytuacje, kiedy przy kupnie papieru żądano dowodu osobistego lub nazwiska, ode mnie tylko raz zażądano nazwiska w sklepie w Radawcu, podałem fikcyjne. Kiedy mieszkałem na ulicy Wajdeloty, a w pobliżu był sklep na ulicy Grażyny, często jeździłem tam z wózkiem, miałem wtedy małe dzieci. Jak był papier to go kupowałem, a potem robiłem kursy ze sklepu do domu, a następnie przenosiłem po troszeczku do drukarni”33.

Tomasz Grudzień: „Czasami, jeżeli gdzieś na prowincji znalazło się sklep z papierem, zaraz wyruszała pielgrzymka chłopaków z plecakami, bądź maluchem Wiesia Haleja, bądź to tarpanem mojej rodziny przywoziliśmy to do Lublina. Na małą skalę papier był kupowany i kradziony z drukarń z Lublina, Radomia”34.

 

Opracował Łukasz Kijek

 

 

Przypisy

1 Marcin Dąbrowski, „Informator. Region Środkowo-Wschodni «Solidarność»”, http://www.encyklopedia-solidarnosci.pl/wiki/index.php?title=R00577_Informator_Regionu_%C5%9Arodkowo-Wschodniego_Lublin, [dostęp: 7.09.2016].
2 Marcin Dąbrowski, Jan Paweł Magierski, http://www.encyklopedia-solidarnosci.pl/wiki/index.php?title=Jan_Pawe%C5%82_Magierski, [dostęp: 7.09.2016].
3 Ewa Kuszyk-Peciak, Niezależny ruch wydawniczy w Lublinie w latach 1983–1989. Wybrane wydawnictwa książkowe, Lublin 2003, s. 12–13 [praca magisterska napisana pod kierunkiem prof. dra hab. Janusza Wrony w Zakładzie Historii Najnowszej UMCS].
4 Tamże, s. 116.
5 Tamże, s. 13.
6 Ewa Kuszyk-Peciak, Niezależny ruch wydawniczy w Lublinie w latach 1983–1989. Wybrane wydawnictwa książkowe, Lublin 2003, s. 14.
7 Tamże, s. 87.
8 Tamże, s. 88.
9 Ewa Kuszyk-Peciak, Niezależny ruch wydawniczy w Lublinie w latach 1983–1989. Wybrane wydawnictwa książkowe, Lublin 2003, s. 87.
10 Tamże, s. 82.
11 Relacja Wojciecha Guza z 5 kwietnia 2011 roku dostępna w Archiwum programu Historia Mówiona realizowanego w Ośrodku „Brama Grodzka – Teatr NN”.
12 Ewa Kuszyk-Peciak, Niezależny ruch wydawniczy w Lublinie w latach 1983–1989. Wybrane wydawnictwa książkowe, Lublin 2003, s. 89.
13 Tamże, s. 89.
14 Tamże, s. 115.
15 Wojciech Guz – relacja świadka historii, nagranie W. Wejman, 5 kwietnia 2011, Archiwum programu Historia Mówiona realizowanego w Ośrodku „Brama Grodzka – Teatr NN”. 
16 Janusz Andrzej Ruciński – relacja świadka historii, nagranie W. Wejman, 10 czerwca 2005, Archiwum programu Historia Mówiona realizowanego w Ośrodku „Brama Grodzka – Teatr NN”. 
17 Bernard Nowak – relacja świadka historii, nagranie P. Lasota, 22 października 2013, Archiwum programu Historia Mówiona realizowanego w Ośrodku „Brama Grodzka – Teatr NN”.
18 Ewa Kuszyk-Peciak, Niezależny ruch wydawniczy w Lublinie w latach 1983–1989. Wybrane wydawnictwa książkowe, Lublin 2003, s. 79.
19 Janusz Andrzej Ruciński – relacja świadka historii, nagranie W. Wejman, 10 czerwca 2005, Archiwum programu Historia Mówiona realizowanego w Ośrodku „Brama Grodzka – Teatr NN”.   
20 Ewa Kuszyk-Peciak, Niezależny ruch wydawniczy w Lublinie w latach 1983–1989. Wybrane wydawnictwa książkowe, Lublin 2003, s. 13–14.
21 Siła wolnego słowa, „Scriptores” nr 36 (2009)  Lublin, Ser.: Drogi do wolności, t. 1, s. 139-140.
22 Ewa Kuszyk-Peciak, Niezależny ruch wydawniczy w Lublinie w latach 1983–1989. Wybrane wydawnictwa książkowe, Lublin 2003, s. 81.
23 Tamże, s. 82.
24 Tamże, s. 84.
25 Ewa Kuszyk-Peciak, Niezależny ruch wydawniczy w Lublinie w latach 1983–1989. Wybrane wydawnictwa książkowe, Lublin 2003, s. 85.
26 „Scriptores. Siła wolnego słowa”, t. 1, 2009, nr 36, s. 189.
27 Ewa Kuszyk-Peciak, Niezależny ruch wydawniczy w Lublinie w latach 1983–1989. Wybrane wydawnictwa książkowe, Lublin 2003, s. 86.
28 Tamże, s. 85.
29 Tamże, s. 33.
30 Ewa Kuszyk-Peciak, Niezależny ruch wydawniczy w Lublinie w latach 1983–1989. Wybrane wydawnictwa książkowe, Lublin 2003, s. 85.
31 Relacja Wiktora Tomasza Grudnia, nagrana 6 kwietnia 2011, Archiwum programu Historia Mówiona Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN” w Lublinie.
32 Ewa Kuszyk-Peciak, Niezależny ruch wydawniczy w Lublinie w latach 1983–1989. Wybrane wydawnictwa książkowe, Lublin 2003, s. 90.
33 Tamże, s. 95.
34 Tamże, s. 86.