Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Waldemar Jakson

Spis treści

[RozwińZwiń]

Rok 1981

Zawód wykonywany: reporter - Zarząd Regionu Środkowo-wschodniego "Solidarność", Biuro Prasowe;
Funkcje pełnione w "Solidarności": - etatowy pracownik;
Internowany: 13 grudnia 1981. - 22 lipca 1982.
Miejsce internowania: Włodawa, Załęże, Kielce.

12 grudnia przebywałem w Zarządzie Regionu "Solidarności" przy ulicy Królewskiej, pełniłem tam dyżur za koleżankę Ewę Iracką. Dyżury były pełnione w związku z zaostrzającą się sytuacją w kraju. Śledziliśmy wiadomości z kraju poprzez telexy, obsługiwane przez dwie pracownice Zarządu Regionu. Po otrzymaniu z innych Regionów informacji o ruchach wojsk, milicji, osoby przebywające w budynku doszły do przekonania, że trzeba ostrzec kolegów, zawiadomić ich o sytuacji.
Wieczorem rejon Zarządu Regionu był odcięty przez grupy cywilnych funkcjonariuszy SB i MG, zobaczyłem, że "coś jest nie tak". Po pewnym czasie nastąpił atak ZOMO na budynek Zarządu. W momencie ataku pobiegłem szybko na górę, chciałem "uratować" swoją narzeczoną Ewę Karp, która przebywała w tym czasie w budynku i zamknąłem ją w pokoju Wojtka Samolińskiego sądząc, że milicja zlustruje tylko pomieszczenia otwarte, a to zostawią w spokoju. Wyszedłem na korytarz i zostałem zatrzymany przez dwóch cywili, którzy poprosili mnie o dowód osobisty. Zauważyłem u nich konsternację - w dowodzie nie miałem bowiem pieczątki o zatrudnieniu w Zarządzie Regionu, natomiast miałem pieczątkę z wojska, wyglądało to jakbym nadal był żołnierzem. Po wyjaśnieniu kazali mi zejść na dół, do nysy, która stała przed budynkiem. Zostałem przewieziony na Komendę Miejską przy ulicy Północnej. W budynku Komendy panował ruch, podniecenie, wyglądało, że nie wiedzą co z nami zrobić, staliśmy na korytarzu przez nikogo nie pilnowani /przy samym wyjściu/. Widziałem napływających nowych ludzi /jakaś pani krzyczała, że aresztowali jej męża, a on otrzymał w czasie wojny Virtuti Militari/. Po pewnym czasie przeprowadzono nas w głąb korytarza. I tam znowu staliśmy bez opieki - myślałem wtedy o ucieczce - z rozmów jakie prowadziłem z kolegami wynikało, że mamy do czynienia z zorganizowaną akcją milicyjną, która jednak długo nie potrwa. Liczyliśmy na strajk generalny i nasze uwolnienie. Nastroje były zróżnicowane. Część zatrzymanych sądziła, że władza ustąpi i zostanie zawarte jakieś porozumienie korzystne dla społeczeństwa i Solidarności, inni przypuszczali, że może dojść nawet do konfrontacji zbrojnej, walk ulicznych. Ale chyba nikt nie przewidywał takiego rozwoju sytuacji jaki przynieść miała przyszłość.
Po jakimś czasie wprowadzono mnie do pustego pokoju. Znajdujący się tam funkcjonariusz dokonał szczegółowej rewizji - kazał mi zdjąć buty, skarpetki, koszulę i sweter. Zachowywał się poprawnie - nawet tłumaczył się, że on musi to robić /sprawiał wrażenie przestraszonego, niepewnego/. Była to już druga rewizja osobista. Pierwszej bowiem dokonano przy ulicy Królewskiej w siedzibie Zarządu Regionu. Zabrano mi wtedy legitymację prasową i nóż wieloczynnościowy. Po rewizji przeprowadzono mnie do większej celi, do której wprowadzano sukcesywnie następnych zatrzymanych. Pamiętam doktora medycyny, którego wzięto z domu. Przybył z walizką, w której znajdowały się wszystkie rzeczy niezbędne w więzieniu /ciepła odzież, żywność, koc, papierosy/. Kolejna cela, do której mnie wprowadzono była dwuosobowa. Wie pamiętam jednak z kim w niej przebywałem. Na Północnej spędziłem prawie dwa dni. 14 grudnia, w poniedziałek odczytano mi, i pozostałym kolegom, decyzję o internowaniu. Pamiętam sformułowanie "Za przynależność do przestępczej organizacji NSZZ Solidarność". Byliśmy bardzo zaskoczeni formą i pojęciem słowa "internowanie". Zastanawialiśmy się jaki będzie nas status - czy to więzienie, obóz, zsyłka?
W południe, tego samego dnia, nastąpił wyjazd z Komendy. W czasie podróży dowiedzieliśmy się od kierowcy, lub konwojentów /już teraz dokładnie nie pamiętam/, że jedziemy do więzienia we Włodawie. Część z nas nie dowierzała temu, kierunek wschodni sugerował, że może to być podstęp i wywiozą nas do ZSRR. Kiedy w czasie podróży "buda" milicyjna zboczyła z trasy, pamiętam, jak pot zaczął mi spływać z twarzy - przypomniałem sobie "Archipelag GUŁag", myślałem, że nas wywiozą gdzieś za Ural i nikt nie będzie wiedział do jakiego łagru zostaliśmy zesłani. Pocieszałem się faktem, że przecież i z łagrów ludzie wracali nawet po 25 latach niewoli.
Do Włodawy przyjechaliśmy wieczorem. Pierwsze wrażenie było niezwykłe - na schodach krew, nie wiem jakiego pochodzenia, psy milicyjne i "panowie" w kaskach z długimi pałkami.
 
Z archiwum Zakładu Metodologii Historii UMCS