Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ryszard Jankowski

Spis treści

[RozwińZwiń]

Rok 1981

Zawód wykonywany: stolarz-związkowiec - PP PKZ
Funkcje pełnione w "Solidarności":
- członek założyciel Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego NSZZ "Solidarność" w Lublinie,
- członek i Wiceprzewodniczący Zarządu Regionu NSZZ "Solidarność" do spraw informacji;
Internowany: 13 grudnia 1981 -16 grudnia 1982.

Miejsce internowania; Włodawa, Rzeszów-Załęże, Kielce-Piaski, Nowy Łupków w Bieszczadach.

Od dłuższego czasu wiedzieliśmy, że coś jest szykowane przez tamtą stronę (rządową) i ja przynajmniej w swojej pracy starałem się wykorzystać ten czas na działalność informacyjną, aby przekazać ludziom jak najwięcej prawd obiektywnych. Trudno powiedzieć z jakim efektem, ale wiadomo, że idea „Solidarności” przetrwała stan wojenny, co znaczy,że tego czasu nie przegraliśmy.
Co do samego 13 grudnia: byłem od rana w budynku Zarządu Regionu i praktycznie miałem przegląd tego co się dzieje w skali kraju. Po południu miał przyjść pan Norbert Wojciechowski, ale zadzwonił, że przyjdzie z opóźnieniem. Odpowiedziałem mu, żeby nie przychodził tylko został w domu, a ja go zastąpię. Dzięki czemu uniknął on internowania i działał w podziemiu.
W Zarządzie pracowały non stop trzy teleksy, dzięki którym istniał przepływ informacji z Komisji Krajowej do Zarządów Regionu na terenie całej Polski.
W ten sposób mieliśmy informacje z całego kraju o tym co gdzie się dzieje.
W naszym Regionie nie było jakiejkolwiek sprawy o dyrektora (dosłownie głupich strajków o dyrektora), czy też prowokacji, staraliśmy się tego unikać. W przypadku konfliktów w zakładach pracy jechała silna grupa interwencyjna z prawnikami i na drodze negocjacji, czy też konsultacji łagodziła i rozwiązywała spory.
O godzinie 14 przyszła do mnie nieznana mi pani, która powiedziała, że nas wykończą, ale to nie była pierwsza informacja. Podobne informacje otrzymywaliśmy z różnych źródeł już od dawna. Zamierzałem zorganizować dodatkową sieć informacyjną z harcerzy "zawiszaków" na wypadek ataku lub przerwania innych kanałów informacyjnych. Harcerze przygotowali grupę kilkudziesięciu kurierów. Na zastępcę Barczaka przy ewentualnym stanie wojennym przewidziany był Blajerski. Wiedziało o tym kilka osób z Prezydium Zarządu Regionu. Ta sieć informacyjna nie została wykorzystana, chłopcy przez trzy dni czekali bezczynnie.
Napływały ciągle nowe informacje z teleksów, które podgrzewały istniejącą atmosferę. Widziano ruchy milicji, wojska, jakieś patrole. To jeszcze o niczym nie świadczyło, w końcu mogła to być tylko nowa prowokacja. W godzinach 19-20 przyszedł do nas z ostrzeżeniem człowiek o nazwisku Nowak, szef ORMO na LSM. Mówił, że go nie wpuszczono do jednostki milicyjnej, a tam dzieje się coś dziwnego. Wysłałem go, ażeby sprawdził te informacje. Potem zjawili się koledzy: Samoliński i Przeciechowski. Potwierdzili, że coś jest szykowane przez władze. O godzinie 20.00 na przeciwko budynku pojawił się patrol milicyjny. Ciągle miałem kontakt telefoniczny i teleksowy. Starałem się po 21.00 dodzwonić do Gdańska, ale nie uzyskałem połączenia aż do 23.00. Po skontaktowaniu się z Gdańskiem dowiedziałem się, że tam ciągle obradują i przekazałem informacje o sytuacji w Lublinie. Między 21.30 a 22.00 stanął przed budynkiem Zarządu Regionu radiowóz, dokładnie przed oknem kolportażu. Przed 23.00 miałem telefon z Łęcznej od żony Węglarza o aresztowaniu jej męża. Napisałem komunikat i poprzez radiowęzeł wysłałem na ulicę wiadomość o nocnych aresztowaniach działaczy „Solidarności”. Komunikat zawierał apel o zachowanie spokoju i godności. Później bardzo wiele osób usłyszało ten komunikat. Rozpowszechniali go w mieście kierowcy MPK przejeżdżający w okolicach budynku Zarządu robiąc ostatnie wieczorne kursy autobusowe i trolejbusowe. Starałem się maksymalnie wykorzystać czas i na przykład kazałem schować najcenniejsze dokumenty w kilku miejscach pod boazerią w budynku Zarządu Regionu.
Niezwykle pomocny w przekazywaniu i odbieraniu informacji okazał się pan Adamczyk, przewodniczący „Solidarności Pocztowców”, który tuż przed atakiem przybył do nas. Właśnie dzięki niemu i tylko jemu znanymi sposobami, bo był przecież łącznościowcem, utrzymywaliśmy kontakt z centralami telefonicznymi w kraju. W tym czasie wiele central telefonicznych już milczało, co oznaczało, że zostały one już odwiedzone przez Służbę Bezpieczeństwa. Chcę właśnie podkreślić, że te trzy gorące godziny spędziłem przede wszystkim przy telefonie wykonując niezliczoną ilość (ponad 100) rozmów telefonicznych z członkami Zarządu, siedzibami Komisji Zakładowych i innymi petentami. Jednocześnie przekazałem informację do Gdańska o aresztowaniu Węglarza. Jeszcze przed godziną pierwszą w nocy odcięto nam łączność. Uwolniony od telefonu wydawałem dyspozycje o chowaniu dokumentów, uspokajałem.. W piwnicach budynku było około 12 ton papieru, tam właśnie między ryzy tego papieru chowano dokumenty. Pamiętam, że najistotniejsze dokumenty oraz pieczątka zostały schowane w lodówce.
Opiszę teraz sytuację bezpośrednio przed atakiem. W pomieszczeniu "kolportażu" siedziała Jadwiga, przed jej oknem stał radiowóz milicyjny. Pomieszczenie kolportażu dzieliła od nas brama toteż łączność z dziewczyną miałem poprzez wewnętrzny telefon. Wyjrzałem przez okno, radiowóz odjechał. Nakazałem chłopakom pędzić do drzwi wyjściowych i przyjąć Jadwigę, której przez telefon kazałem wybiec z „kolportażu”, przebiec przez bramę i wpaść do drzwi wejściowych, gdzie czekali na nią chłopcy. W momencie wbiegania Jadwigi do budynku nastąpił atak. Podczas forsowania drzwi doszło do bliżej mi nieznanego starcia, w wyniku którego został skaleczony pan Adamczyk. Ci, którzy wyrwali się z dołu uciekali na górę do sekretariatu. Wiedziałem, że ten moment nastąpi, starałem się przygotować ludzi, panować nad sytuacją. Byłem opanowany, a świadomość nieuchronnego ataku nie irytowała mnie, lecz nie pozwoliła poczuć się zaskoczonym.
Atakujący wyważyli drzwi wejściowe na pierwsze piętro, próbowaliśmy ich powstrzymać blokując drzwi. Jednak ustąpiły one pod działaniem łomów. Dałem komendę - „przeskok do sali konferencyjnej”. Od atakujących dzieliły nas jedynie dyktowe drzwi, które również ustąpiły łomom. Kolejny przeskok do pomieszczenia socjalnego, tym razem mieliśmy już przed sobą tylko okna. Chwilę potem zostały wyważone również i drzwi dzielące salę konferencyjną od nas. Właśnie wtedy schowałem pieczątki do zamrażarki, przed SB-eckim okiem chronił je już tylko ser. W pokoju tym znajdowało się około 6 osób, również kobiety. Wskoczyłem na parapet, próbując wydostać się przez okno. Przed budynkiem, pod oknem stał już kordon ZOMO. Przywitały mnie niecenzuralne zachęcenia do skoku w dół. Zrezygnowałem, tuż potem z furią do pokoju wpadli ZOMO-wcy, wykręcali ręce, klęli, a jeden z nich przy wyprowadzaniu kobiet kopnął jedną z nich buciorem. Podczas aresztowania byli ze mną między innymi: Samoliński i Kowalczyk z Lubelskiego Przedsiębiorstwa Budowlanego.
Po aresztowaniu przewieziono nas do Komendy na ulicę Północną, później dowiedziałem się, że kiedy ZOMO-wcy byli zajęci opanowywaniem pierwszego piętra, piętro wyżej schronili się pani Kipta, dziewczyna Jaksona, Przeciechowski i Samoliński. Najprzytomniej zachował się Przeciechowski, uciekł po prostu przez dach na sąsiednie budynki. Wiem, że nie była to jedyna ucieczka. Uciekł również przez drzwi, ale zdecydowanie wcześniej, młody chłopak, który znalazł się tam przypadkowo. Był wykorzystany do mówienia przez megafon. Nie pamiętam jego nazwiska, jednak wiem, że w ucieczce pomogły mu silne nogi. Nie spotkałem go nigdy więcej, a skuteczność ucieczki slalomem po Królewskiej może świadczyć, że był po prostu wtyczką. Być może również pani, która pracowała w centrali telefonicznej, a jak się później okazało żona milicjanta, była informatorem, na co wskazuje jednoczesność ataku i przebiegania przez bramę Jadwigi, z którą kontaktowaliśmy się przez centralkę.
Na Północnej obsługiwani byliśmy standardowo. Dużo czasu spędziłem stojąc na korytarzu z innymi zatrzymanymi, z którymi cicho dyskutowałem o zaistniałej sytuacji. Popychany, przeprowadzany do celi i z powrotem, wylądowałem w budzie, która zawiozła nas do Włodawy. Przyjęcie we Włodawie było równie chłodne jak ta noc.
Tak  to  widzę  z  perspektywy  czasu,  jednak prawdę mówiąc, była to jedna z najgorętszych nocy w moim życiu.
 
Z archiwum Zakładu Metodologii Historii UMCS