Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Robert Makenson

 

 

Spis treści

[RozwińZwiń]

Rok 1981

Zawód wykonywany: ekonomista - Wschodnia Dyrekcja Okręgowa Kolei Państwowych;
Funkcje pełnione w "Solidarności":
- Wiceprzewodniczący Komitetu Założycielskiego NSZZ "Solidarność" Wschodniej DOKP,
- Wiceprzewodniczący Okręgowej Sekcji Koordynacyjnej,
- Członek Zarządu Regionu NSZZ "Solidarność",
- Wiceprzewodniczący Komitetu Zakładowego NSZZ "Solidarność" Węzła PKP Lublin;
Internowany: 13 grudnia 1981-30 kwietnia 1982.
Miejsce internowania: Włodawa, Lublin.

W grudniu 1981 roku miałem 27 lat. Z wykształcenia byłem ekonomistą. Pracowałem we Wschodniej Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych. Do NSZZ "Solidarność" wstąpiłem na początku września 1980 roku. Początkowo byłem Wiceprzewodniczącym Komitetu Założycielskiego NSZZ "Solidarność" Wschodniej DOKP, następnie Wiceprzewodniczącym Okręgowej Sekcji Koordynacyjnej, a od 1981 roku członkiem Zarządu Regionu.
O możliwości akcji milicyjnej skierowanej przeciwko „Solidarności” wiedzieliśmy od marca 1981 roku, natomiast konkretna data nie była znana.
W sobotę 12 grudnia przebywałem w domu, leżałem chory w łóżku - zapalenie nerek. Około godziny 0.50 do mieszkania zadzwoniło 3 funkcjonariuszy SB - po cywilnemu i jeden mundurowy z MO - dzielnicowy.
Otworzyłem drzwi dlatego, że znałem - z widzenia - dzielnicowego. Pozostałych funkcjonariuszy nie widziałem - stali z boku - nie przedstawiali się. Z zatrzymaniem liczyłem się, z tym że powód, który oni podali - poświadczony papierem, który przynieśli ze sobą - był nieco inny, chodziło o wyjaśnienie jakiejś sprawy i według ich oświadczenia miała być to tylko "rozmowa" z Komendantem Wojewódzkim MO. Po zakończeniu "rozmowy" mieli mnie odwieźć do domu. Oporu nie stawiałem, gdyż nie miało to sensu. Rodzina próbowała zawiadomić kolegów z Zarządu Regionu, ale telefony były nieczynne. Zatrzymanie odbyło się w sposób całkiem odmienny od innych, to znaczy nikomu nigdy nie pokazywano żadnego dokumentu sfałszowanego tak jak w moim przypadku, raczej starano się siłą rozstrzygnąć sprawę. Ten dokument to wezwanie na rozmowę, podany numer sprawy i zakreślone "w charakterze świadka", czyli typowe powiadomienie na typowym druku.
Do Komendy na ulicę Północną przewieziono mnie Fiatem 125p. Z funkcjonariuszami nie rozmawiałem, natomiast między nimi była rozmowa o pogodzie, gdyż zaczął padać śnieg. Przejazd upłynął spokojnie z wyjątkiem tego, że kierowca - wydawało mi się - jest pod wpływem alkoholu, ponieważ dość niepewnie prowadził samochód /wyraźnie śpieszył się/. Po dojechaniu na ulicę Północną wprowadzono mnie do pokoju na pierwszym piętrze, zresztą już wcześniej było widać o co chodzi. Na zewnątrz zasieki, worki z piaskiem, broń maszynowa, transportery opancerzone. W zasadzie sytuacja była jasna z samego widoku. W pokoju było dużo ludzi, pełny rozgardiasz. Kazano mi wyjąć wszystkie rzeczy, które miałem przy sobie, a później oświadczono, że przewieziony zostanę do obozu dla internowanych. Następnie wyprowadzono mnie stamtąd /z pokoju/ szybko, to znaczy nie było żadnej specjalnej rozmowy, kazano mi stanąć w korytarzu, twarzą do ściany. Cały czas dwóch milicjantów stało przy mnie, nie pozwalając się odwrócić. Trwało to dość długo, trudno mi powiedzieć ile /może około godziny/. Na korytarzu nikogo ze znajomych nie widziałem, ale słyszałem, że sporo osób przechodzi i wydawało mi się, że niektórzy z nich mnie rozpoznają.
Około godziny 2 w nocy pierwszym transportem z ulicy Północnej zostałem przewieziony do Włodawy. Jechałem typową policyjną "budą", służącą do przewożenia więźniów. Był to drugi samochód, w który wsiadłem /pierwszy był już chyba przepełniony/.
W czasie przejazdu rozmawiałem z kolegami. Analizowaliśmy sytuację - czy jest to okres przejściowy, czy ma charakter trwały, poza tym były różne przypuszczenia, nawet takie, że transport przekroczy granicę wschodnią. W zasadzie wszyscy liczyli na strajk generalny. Jeśli chodzi konkretnie o moje prognozy było mi wszystko jedno, po pierwsze dlatego, że w chwili zabrania miałem 40°C gorączki, po drugie nie była ważna sama forma przetrzymywania, bądź miejsce, ale czas jej trwania, oraz wydarzenia, które zachodziły na zewnątrz.
Około godziny 5 nad ranem dotarliśmy do Włodawy, warunki pogodowe znacznie się wtedy pogorszyły.
 
Z archiwum Zakładu Metodologii Historii UMCS

 

Przypisy

bro