Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Powojenne losy rodziny Hochman

Z Wrocławia mąż przyjechał do Lublina - on chciał się dowiedzieć, jak to wszystko wygląda z tymi młynami, a ja jeszcze siedziałam we Wrocławiu tak do stycznia i w styczniu ja też przyjechałam do Lublina. W Lublinie był komitet żydowski. Z początku był w domu Pereca, a później przeniósł się na Wyszyńskiego. Oni się opiekowali ludźmi. Z zagranicy przysyłali różne rzeczy, odzież przychodziła, kakao, czekolada. Ale ja nic nie dostałam. Dostali ci, co tam pracowali, to sobie sami zabrali wszystko. Myśmy się spotykali w tym komitecie – tam działał TSKŻ [Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów], na Krakowskim - najpierw pod numerem 60, a później pod 13. To tam też były występy jakieś odczyty. Ciągle przyjeżdżali Żydzi ze wschodu, trochę wylazło z tych dziur, z tych lasów. Kto przyjechał, to dostawał zapomogę. Była też synagoga na Lubartowskiej pod numerem 8 i tam chodziło się modlić. Czasami chodzili też do Jeszybotu jak były jakieś święta. Szkoła była żydowska w tym czasie na Wyszyńskiego, ale nie mogła się utrzymać, bo ludzie zaczęli wyjeżdżać i musieli ją zlikwidować. Wszyscy stamtąd wyjechali – pamiętam – cała szkoła się zabrała do Wrocławia. I już nie było szkoły. Moje dzieci poszły do Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, tam na Lipowej 1 była szkoła duża.

Ja osobiście nie miałam po wojnie żadnych kłopotów. Ale ja słyszałam często, bo ludzie przypuszczali że ja nie jestem Żydówką, więc śmiało mówili, i nieraz w pociągu to słyszałam, jak ludzie mówili: –Niemiec niby wszystkich ubił, ale się mnożą jak grzyby po deszczu. To ja słyszałam i w pociągu nieraz słyszałam też – źle mówili. Ale ja się nigdy nic nie odzywałam tylko słuchałam.

W Lublinie mąż początkowo pracował w „Motozbycie”, a później pracował w firmie „Odbudowa” z inżynierem Niewierowskim. No i od 1947 r. myśmy cały czas składali papiery na wyjazd do Brazylii, do Nowej Zelandii i zawsze dostawaliśmy odmowną odpowiedź: „podanie zostało załatwione odmownie z artykułu takiego i takiego”. Taka była odpowiedź odmowna. W końcu zrezygnowaliśmy – ileż można razy pisać i odmawiają, odmawiają. W 1963 roku otworzyliśmy sklep motoryzacyjny w Lublinie na ulicy Dąbrowskiego. Mieliśmy ze wspólnikiem ten sklep, Rzepecki – to nie był Żyd i dobrze wszystko szło aż do 1968 roku. W kwietniu, po wielkanocnych świętach, to znaczy we wtorek – to był 16 kwietnia, mąż otworzył sklep i przyszedł chłopiec taki z pismem do męża, że proszą, żeby natychmiast sklep był zamknięty inaczej będzie zastosowana sankcja karna. I już. Sklep został zamknięty. Mąż zaczął się starać, bo miał duże znajomości we wszystkich urzędach, w urzędzie skarbowym i w wydziale handlu i wszyscy starali się pomóc, ale partia była przeciwko temu... I tak samo Rzepecki się starał – wspólnik.

Mąż pojechał do Ministerstwa do Warszawy i ten urzędnik, z którym rozmawiał, powiedział: „w Polsce nie ma miejsca dla was”. Tak jasno, otwarcie. „Świat jest duży, dlaczego pan ma akurat tutaj mieć swój sklep?” - Ależ proszę pana, ja tu jestem od pra pra pra! Ile myśmy to zdrowia włożyli dla tej Polski, i teraz, już po wojnie! Ja cały czas pracowałem, płaciłem siedem tysięcy złotych podatku co miesiąc, do skarbu państwa! Dlaczego? Gdzie ja mam teraz jechać? Ja już mam pięćdziesiąt pięć lat! Nie znam języka, nie mogę sobie pozwolić w tym okresie, żeby wszystko zostawić! Umeblowaliśmy mieszkanie, sprowadziłam meble z zagranicy, mieszkanie urządzone - 150 tysięcy złotych włożyliśmy w ten remont i meble nowe i to wszystko zostawić i już wyjechać? -Nie – tu nie ma miejsca dla was. Jak mąż przyjechał z tą wiadomością, to już nie było nad czym się zastanawiać – trzeba wszystko zlikwidować i jechać. Ale w międzyczasie pojechaliśmy jeszcze – to było lato – pojechaliśmy w Bieszczady, pobyliśmy z miesiąc, przyjechaliśmy we wrześniu, siódmego września – powiedzieli, że jeszcze nic nie załatwione. To co – ja nie mogłam już zacząć likwidować wszystkiego, bo już tyle razy było załatwione odmownie, może i tym razem? Niech to wszystko na razie będzie tak jak jest! Ale 15-go jak poszliśmy się dowiedzieć jaka jest decyzja, to powiedzieli – że tylko do 28-go mamy prawo być w Polsce. Dosłownie dali nam trzynaście dni. To jak można zlikwidować takie gospodarstwo całe, urządzone mieszkanie, w tak krótkim czasie? No i dałam do Kuriera ogłoszenie, a Kurier wychodził zawsze po południu – o drugiej. Jak się ludzie rzucili do nas! Wszystkich wygoniłam, pięć osób zostawiłam. Każdy wybierał co mu się podobało i tak sprzedałam za grosze wszystko. A włożyłam tyle tysięcy złotych! I 28-go musieliśmy już opuścić Polskę, za trzy dni. Ale jak się odbyła ta odprawa celna...

To była zgroza! Sześciu ich przyszło wojskowych, tak jakby mieli odprawić jakiś przestępców wielkich. Zaczęli szukać w bagażu, to szukali cały tydzień. Od szóstej rano przychodzili każdego dnia. Nad każdą rzeczą godzinami się zastanawiali czy to nie jest wartościowe. Taki talerzyk na przykład – biały ale dookoła był metal, a pod spodem był jakiś numer, to oni się nad tym talerzykiem zastanawiali i stali chyba wszyscy – puścić, nie puścić – a mąż się zdenerwował, wziął ten talerzyk i rzucił daleko. - Przedstawia dla was wartość – proszę – idźcie i weźcie sobie! I tak było nad abażurkiem. Jakiś obrazek, taki papierowy, Leonardo da Vinci, to oni myśleli, że to jest jakiś antyk. I też namyślali się. I ten ogląda i ten ogląda, a mąż im wyrwał to i też porwał w rękach. Klapy w marynarkach – wszystko było rozprute – szukali tam dolarów. Ja miałam takie ładne ramki do zdjęć – pod spodem szarym płótnem obciągnięte było, na wierzchu wymalowane były wisienki, a w środku było zdjęcie, to oni mi te ramki rozpruli. Po siedmiu miesiącach przyszedł bagaż, który był jeszcze w Gdyni kontrolowany. Tam to już było dużo potłuczonych rzeczy. Wyjechaliśmy najpierw do Wiednia. Nasze papiery były w amerykańskiej ambasadzie w Warszawie, ale myśmy im dali znać, że my już jesteśmy poza Polską. Jak przyjechaliśmy do Wiednia, to już ambasada amerykańska miała wszystko załatwione dla nas i pojechaliśmy do Ameryki.