Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

„Poemat o mieście Lublinie”. Miejsce urodzenia I

Spis treści

[RozwińZwiń]
Kapucyńska – ulica dzieciństwa
To na tej ulicy pod nr. 3 stał dom, w którym poeta się urodził i przeżył dzieciństwo1. O tym miejscu napisał jedno ze swoich najwcześniejszych wspomnień:
Stanęliśmy z ojcem przed bramą domu. A ta brama wówczas była drewniana. Nagle w ulicy rozległy się krzyki i strzały. Uciekający Kapucyńską rewolucjonista czy opryszek strzelał na oślep z rewolweru w tył. Policjanci zasypywali go w biegu dosłownie gradem kul. Nim ojciec oprzytomniał, nim skrył się w bramie, pociągając mnie za sobą, usłyszałem brzęk. Kula rozbiła szybę tuż obok nas, w pierwszym oknie Sali bankowej. Następnie wplątała mi się w sukienkę, wyrywając mi rąbek. Nic mi się nie stało. Ani ojcu2.

Najwięcej informacji dotyczących ulicy Kapucyńskiej przekazał nam Wacław Gralewski:
Z Krakowskiego Przedmieścia skręcało się w ulicę Kapucyńską. Przygodny przechodzień mijał kolejno (przed pierwszą wojną światową) gmach najelegantszego w Lublinie hotelu Victoria (zburzony podczas drugiej wojny światowej), dom Banku Handlowego w Warszawie, Oddział w Lublinie (dziś także nie istniejący), oficyny teatru, na których ulokował się ogródek – kawiarnia (modne były wtedy takie ogródki) z występami orkiestralnymi i wokalnymi i wreszcie przybytek poważnej sztuki – Towarzystwo Muzyczne z salą koncertową. Perspektywę ulicy zamykała, rzucając wspaniały architektoniczny akcent (tak jak i dziś), sylwetka kościoła Najświętszej Panny Marii Zwycięskiej, ufundowanego przez Jagiełłę po pogromie Krzyżaków.
Po drugiej stronie, na wprost Towarzystwa Muzycznego, stał Hotel Polski, którego restauracja słynęła z dobrej kuchni. W następnym domu znajdował się sklep kolonialny Zołotarewów. Na frontonie jego stale zwisały olbrzymie wędzone jesiotry, a obok wejścia stały beczki z kawiorem.
[...] Sklep Zołotarewów znajdował się na wprost domu bankowego. Malutki Józio Czechowicz, wybiegając z bramy na ulicę, niejednokrotnie zapewne zaglądał do niego, choćby przez szyby wystawowe. Piętrzyły się za nimi stosy owoców południowych, góry różnych odmian chałwy i kolorowego rachatłukum. Może te pierwsze wrażenia dzieciństwa, a było one pełne niedosytów, wytworzyły, poprzez urazy niezaspokojonych, a jakże palących pragnień, kompleks wiecznego pożądania słodyczy, który mu towarzyszył przez całe, aż do zgonu, życie3.

Na ulicy Kapucyńskiej znajdujemy kilka innych miejsc – oprócz miejsca urodzenia Czechowicza – związanych z biografią poety. Wśród nich jest sklep Grędzińskich.

Wacław Gralewski:
W pobliżu miejsca urodzenia Czechowicza w hotelu „Victoria” miał sklep tytoniowy, trafikę ojciec Stanisława Grędzińskiego [...] przyjaciela Józefa i członka grupy poetyckiej „Reflektor”4.
 
Również rodzice Henryka Domińskiego, innego przyjaciela Czechowicza, z którym wrócił w 1939 roku, na samym początku wojny, do Lublina, mieli sklep papierniczy w gmachu hotelu Victoria z wejściem od strony ulicy Kapucyńskiej. Gralewski zapamiętał wystawioną w witrynie ich sklepu wielką akwarelę lubelskiego malarza Barwickiego. Treść jej była następująca:
Brzegiem rzeki Bystrzycy idzie ubrany w powłóczystą szatę Chrystus. Pochylił się i zapłakaną twarz schował w dłonie. Z tyłu stoi (roznegliżowany, po sportowemu) świetnie zbudowany, niby zapaśnik – atleta, diabeł, śmieje się szyderczo i palcem pokazuje na rzekę. A tam Lublin, z jego najbardziej charakterystycznymi budynkami, ogarnięty morzem płomieni. To była wizja artystyczna usymbolizowana w postaciach dobra i zła, a wypłynęła chyba z przeczucia katastrofy, jaka ziściła się podczas drugiej wojny światowej. Ale sukces „diabła-zwycięzcy” był przemijający choć były chwile, kiedy się zdawało, że wszystko utopi we krwi i spopieli w ogniu. Z gruzów i ruin, jak feniks z popiołów, powstał nowy, piękniejszy Lublin (zresztą zdarzało mu się to na przestrzeni ostatniego tysiąclecia kilkanaście razy)5.

Z treści reklamy sklepu Domińskich zamieszczonej w „Lucyferze” (nr 2, marzec 1922)6 wynika, że mógł się on mieścić na ul. Kapucyńskiej 7, a nie w gmachu hotelu, jak podaje Gralewski.

Przy ul. Kapucyńskiej 4 (obok Hotelu Polskiego) mieściła się od stycznia 1906 roku redakcja „Ziemi Lubelskiej”. Redaktorem i wydawcą „Ziemi” był Daniel Śliwicki. Swoją funkcję pełnił od maja 1909 aż do śmierci 23 stycznia 1921. Śliwicki miał dwie córki: Michalinę i Janinę. W Michalinie Czechowicz był zakochany, o czym pisał w swoich listach. Być może poeta zobaczył ją po raz pierwszy właśnie tu, kiedy jeszcze byli dziećmi i Michalina odwiedzała swojego ojca w redakcji.

W latach 1926–1933 w lokalu hotelu na rogu Kapucyńskiej i Narutowicza miało swoją siedzibę Państwowe Gimnazjum Żeńskie im. Unii Lubelskiej, a w budynku pod numerem 5 mieściła się od 1913 roku drukarnia i warsztat litograficzny prowadzone przez Aleksandra Rembowskiego7.

O atmosferze panującej na Kapucyńskiej mówi fragment z artykułu prasowego:
W ostatnich czasach rozzuchwalone nadmierną cierpliwością policji obyczajowej, rozmaite dziewki i najbezczelniejsza łobuzeria urządzają na ulicach śródmieścia, a czasem na samem Krak. Przedmieściu oburzające do głębi spokojnych przechodniów – orgiastyczne sceny. [...] Najbardziej upośledzonemi miejscami pod tym względem jest przedsionek poczty, bramy domów znajdujące się w pobliżu, ul. Kapucyńska z osławioną „5” i strona numerów nieparzystych Krak. Przedmieścia między ul. Św. Duską – do rogu przy hotelu Europejskim8.

W Ilustrowanym przewodniku po Lublinie znajdujemy informację, że pod adresem Kapucyńska 5 rzeczywiście mieścił się Bar „Piątka”.

Na ulicy Kapucyńskiej doszło kiedyś do awantury z udziałem bliskiego znajomego Czechowicza Franciszka Głowińskiego. Informuje o tym pismo „ABC”: Rozprawa przeciwko wyd. „Expressu Lubelskiego” p. Franc. Głowińskiemu.
W dniu 9 b.m. w sądzie Pokoju i Okręgu toczyła się rozprawa przeciwko wyd. „Expressu Lubelskiego” p. Franciszkowi Głowińskiemu.


Akt oskarżenia opiewa, że:
2 lipca 1926 r. o godz. 3 rano min. 5 p. Franciszek Głowiński w dobranem sobie towarzystwie popijanemu wszczął awanturę na ulicy Kapucyńskiej. Gdy posterunkowy Dziekański zwrócił się do p. G. aby zaprzestał dalszych awantur redaktor Głowiński obrzucił go stekiem obelg i wyzwisk.
Do Komisariatu nie pozwolił się doprowadzić.

Dopadł do stacji dorożek samochodowych, usiadł do pierwszego z brzegu taxisa i zaczął jeździć po mieście i zakłócać dalej spokój publiczny [...]. Sąd Pokoju na mocy art. K.K. 262 i 530 skazał pana Głowińskiego na 7 dni aresztu z zamianą na 60 zł grzywny9.

Oś widokową ul. Kapucyńskiej zamyka fasada gotyckiego kościoła stojącego przy ul. Namiestnikowskiej (dziś Narutowicza), naprzeciw Teatru Miejskiego (obecnie Teatru im. Juliusza Osterwy).


Kościół powizytkowski
Czechowicz:
Fronton ma gotycki, przypierający do masywnej, czworogrannej wieży. Świątynię wzniósł Władysław Jagiełło na pamiątkę Grunwaldu. Wieża pochodzi z czasów późniejszych. Fasada kościoła wydaje się zbyt mało smukła jak na gotyk, a to z tego powodu, że poziom ulicy leży obecnie conajmniej o metr wyżej niż ongi. Wewnątrz kościoła bardzo starożytne stalle z malowidłami i godne uwagi drzwi dębowe, wiodące z prezbiterjum do zakrystji. Nad sklepieniem kościoła znajduje się drugie, starsze, ze śladami fresków. W gmachach poklasztornych znajduje się stary obraz św. Brygidy oraz sala z orłami jagiellońskiemi10.

Stojąc obok tego kościoła, w sierpniu 1915 Czechowicz zobaczył Józefa Piłsudskiego jadącego z Warszawy na Wołyń (miejsce walk I i II Brygady). Zdarzenie to opisał w jednym z tekstów:
Ujrzałem dorożkę. Kopyta konia smutnego i bardzo chudego ledwie uderzały w bruk. Brodaty dorożkarz trząsł się na koźle sennie. [...] Zza zgarbionych pleców dorożkarza – dym. Pasażer palił papierosa. Dym to strużka sinawa, ginąca bez śladu w białym upale południa. Strużka wychodziła spod ciemnych wąsów, sączyła się – o dziwo – wzwyż, ponad krzaczaste brwi, zwiewnym floresem omijała orzełka na maciejówce i wtedy dopiero rozwiewała się nagle, bezpowrotnie. Pasażer był w szarym mundurze legionowym, w sztylpach, jak wielu oficerów wielkiej wojny. Lecz choćby był w najlichszym odzieniu człowieka z tłumu – poznałbym go. Nieraz z bratem oglądałem ukrytą w okładce łacińskiego słownika podobiznę Brygadiera. [...] Patrzyłem długo i uważnie, aby zapamiętać to pierwsze spotkanie11.

O tym, że Piłsudski rzeczywiście był wtedy w Lublinie, dowiadujemy się z tekstu Józef Piłsudski w Lublinie w dniach 9-11 sierpnia 1924 r.:
W czasie wojny światowej przyjeżdżał do Lublina osiem razy: dwukrotnie w 1915 r. (w sierpniu i we wrześniu), czterokrotnie w 1916 r.12

Wychodzimy z ulicy Kapucyńskiej na Krakowskie Przedmieście i po przeciwnej stronie widzimy ulicę Poczętkowską (dziś Staszica).


Ulica Poczętkowska
Czechowicz:
Dalej Krakowskie Przedmieście doprowadzi nas do przecznicy, ul. Poczętkowskiej, przy której mieści się Powiatowa Komisja Policji w dawnym pałacu Potockich13.
 
Na tej ulicy mieszkała rodzina Hartwigów. Tutaj popełniła samobójstwo, skacząc z okna, matka Julii i Edwarda Hartwigów. Tutaj też był sklep Magierskich (Krakowskie Przedmieście 25). Ulicą tą można było dojść do kina „Corso” i do drukarni „Udziałowa”.


Kino „Corso” (dawniej „Oaza”) – ul. Radziwiłłowska 3
Henryk Gawarecki:
Początkowo (jeszcze przed pierwszą wojną) kino „Oaza” mogło pomieścić tylko 240 osób, z czasem, po kilku przebudowach, miało ono do 1000 miejsc (na parterze i na balkonie). Po pierwszej wojnie światowej zmieniło nazwę na „Corso” i wiernie służyło miastu aż do pożaru w lipcu 1944 roku. Do tego też czasu zachowało świadectwo swej „sportowej młodości”. Przy wejściu do hallu znajdował się wielki kolorowy witraż przedstawiający sportowca jadącego na wrotkach. Spalone mury stykające się z pałacem Czartoryskich rozebrane zostały w 1945 roku [...]. Dziś nie ma już po kinie ani śladu14.

Hanna Protasiewicz-Bieniaszkiewicz, w swojej pracy doktorskiej poświęconej lubelskiej secesji, tak omówiła architekturę budynku kina:
Budynek kina „Oaza” sprzed 1918 roku powstał jako adaptacja wrotowiska. Dlatego też jego forma miała układ hali sportowej. Elewacje przyozdobiono w stylu Art Nouveau. Jej rola polegała na ukryciu faktycznej konstrukcji wnętrza. [...] Choć obecnie nie znamy intencji właściciela i projektanta co do wyboru takiego właśnie rozwiązania, to pozorne i mylące ukształtowania fasady bardzo [pasowało] do obiektu przeznaczonego na projekcję wymyślonych i nierealnych historii15.

Zachował się też piękny opis kina „Corso” Zygmunta Knothe:
Gdy przed wojną szło się wieczorem do kina „Corso” w samym kątku Placu Litewskiego, za gmachem Europejskiego Hotelu mijało się cofniętą fasadę piętrowego budynku o dwóch wysuniętych jakby basztach kwadratowych. Fasadę dość brudną, przez kontrast z jarzącymi się reklamami kina pogrążoną zawsze w cieniu. Czasem okna piętra bywały oświetlone, gdy w salach mieszczącego się tam klubu odbywał się bal. Znów przechodzień idący ulicą Zieloną od Ś-to Duskiej widział poprzez bramę i dziedziniec coś jakby kamienicę, również w stanie pewnego zaniedbania architektonicznego. Przewodniki głosiły, że w tym miejscu wznosi się b. pałac Czartoryskich, zaś gmach kina „Corso” zasłaniał widok z boku i kasa czy palarnia wdarły się nawet do narożnego alkierza16.

Maria Sobocka:
Olbrzymie kino jak na Lublin to było w tym miejscu, gdzie z Placu Litewskiego jest przejście na ulicę Radziwiłłowską, obok [jest] ten pałacyk, to jest tylko kawałeczek tego. Czy kiedyś było kino. Kino było dobudowane do tego, aż do ulicy Staszica. To było kino „Corso”17.

To w kinie „Corso” doszło 19 maja 1930 roku do niezwykłego pokazu wynalazku prof. Leo Theremina, o którym napisała „Ziemia Lubelska”:
Genialny wynalazek prof. Leo Theremina, za pomocą którego można koncertować jedynie poruszając rękoma i palcami, stanowi epokowe wydarzenie w historii muzyki. Aparaty prof. Therenina wyrzucają w przestrzeń fale eteryczne i wydają najcudowniejsze tony skrzypiec, wiolonczeli, kontrabasu, a nawet przypominają głosy żeńskie. Skala muzyczna tych fal sięga od najniższych do najwyższych tonów, niespotykanych na żadnym z istniejących instrumentów muzycznych.
Jest to po prostu jakiś cud, o którym pisać niepodobna – to trzeba usłyszeć. Takich wzruszeń nie jest w stanie dać słuchaczom żaden instrument.
Po wielu staraniach i zabiegach udało się Dyrekcji Kina „Corso” urządzić jeden jedyny koncert, który się odbędzie w poniedziałek 19 maja b.r. o godz. 9.30 w wieczór na aparatach prof. Therenina. Zapowiedź tego koncertu wywoła zrozumiałe zainteresowanie. Bliższe szczegóły doniosą afisze
18.

W kinie „Corso” miał miejsce debiut dramaturgiczny Czechowicza. Z tekstu Lublin w hołdzie Wielkiemu Wodzowi. Akademia w Teatrze Miejskim w „Kurierze Lubelskim” (20 marca 1932, s. 5) dowiadujemy się, że 19 marca Teatr Miejski w ramach akademii ku czci Marszałka Piłsudskiego w sali kina „Corso” zaprezentował Obrazki z życia legionowego 19 marca 1915 roku w trzech odsłonach, rzecz opracowana przez red. Czechowicza. Tekst jest podpisany jednym z pseudonimów poety – „Zet”.

Wracamy razem z Wędrowcem z kina „Corso” na główną ulicę miasta, idąc uliczką równoległą do placu Litewskiego. Znów jesteśmy obok Hotelu Europejskiego.


Obok Hotelu Europa – zaułek fotograficzny
W podwórzu tego hotelu (wchodząc przez bramę od Krakowskiego Przedmieścia 29) znajdował się słynny zakład fotograficzny Ludwika Hartwiga „Foto – Art”. Skoro już wspominamy ten zakład fotograficzny, wymieńmy też inne, które można było spotkać w tej części Krakowskiego Przedmieścia:
Latem 1939 roku funkcjonowały w Lublinie dwadzieścia cztery pracownie fotograficzne, w większości żydowskie. Za najelegantsze uważano „Fotorys” Edwarda Hartwiga (ul. Narutowicza 19), „Foto – Art” Ludwika Hartwiga (ul. Krakowskie Przedm. 29), „Foto Bonardi” Eljasza Funkta (ul. Krakowskie Przedm. 60), „Foto Zofia” Edwarda Samojednego (ul. Krakowskie Przedm. 41), „Foto Janina” Mariana Porębnego (ul. Krakowskie Przedm., obok poczty) i żydowski zakład na Krakowskim Przedmieściu 24 – „Foto – Cenewa”19.

W szczególności zwróćmy uwagę na bardziej znany sklep z materiałami fotograficznymi na Krakowskim Przedmieściu 25. Był to skład apteczny Stanisława Magierskiego:
W sprzęt i materiały fotograficzne zaopatrywano się w kilkunastu sklepach. Wśród nich prym wiódł Skład Apteczny Stanisława Magierskiego przy ul. Krakowskie Przedmieście 25, na rogu ul. Staszica. [...] Na parterze mieściła się apteka i ulubiona przez właściciela perfumeria z własnymi wyrobami i kolekcją mydeł. Piętro zajmowało fotolaboratorium wyposażone w sprzęt przez firmę Agfa. Można tu było kupić aparat każdej marki, a także zagraniczne powiększalniki i – całkiem niezłe – polskie powiększalniki Bujaka, odczynniki i papiery Agfy, Perutza, Kodaka i Franaszka20.

Stoimy teraz w samym środku miejsca, które tak zostało scharakteryzowane przez Henryka Gawareckiego i Czesława Gawdzika:
W obrębie trójkąta: cukiernia Semadeniego, hotel „Europejski”, hotel „Victoria” załatwiało się w pocz. XX w. skomplikowane interesy majątkowe, sprzedaż plonów, tu umawiano się na spotkania i zabawy. Tu wystawali zawsze czujni na zdobycie zlecenia posłańcy, w charakterystycznych czerwonych maciejówkach ze złotą blachą21.

Coś z tamtego klimatu pozostało również w międzywojennym Lublinie, a wymienione miejsca odwiedzała oczywiście też lubelska bohema artystyczna. Z wieloma miejscami związane są także wspomnienia Wędrowca. Spróbujmy odnaleźć atmosferę tamtych restauracji, cukierni czy też knajp.

W hotelu Victoria mieściła się restauracja Victoria. W Hotelu Europejskim restauracja „Europa”, a od roku 1932 „Oaza”. Tuż obok – kawiarnia Semadeniego. Pójdziemy teraz tym gastronomicznym szlakiem.



Krakowskie Przedmieście: ulica restauracji, cukierni i knajp

Restauracja „Europa” – Krakowskie Przedmieście 29
Konrad Bielski:
Dwa były w Lublinie hotele pierwszej klasy: „Wiktoria” i „Europa”. Przy tych hotelach były restauracje, przyzwoicie urządzone o dobrej kuchni i piwnicy. [...] Te dwie restauracje stale rywalizowały ze sobą, walcząc zaciekle o klientelę22.

Mirosław Derecki:
W okresie przedwojennym „Europa” miała stałych bywalców. Rekrutowali się oni nie tylko ze sfer ziemiańskich zjeżdżających do Lublina w interesach lub w czasie karnawału, ale również – spośród przedstawicieli miejscowej socjety handlowej, przemysłowej, urzędniczej i artystycznej. Lokal był otwarty do wczesnych godzin rannych i to jeszcze zwiększało jego atrakcyjność. [...] A na dodatek, w pobliżu restauracji znajdowało się najelegantsze lubelskie kino „Corso”. Po ostatnim wieczornym seansie wielu miłośników X Muzy wstępowało do „Europy” na późną kolację23.

„Europa” została zamknięta pod koniec roku 1931. Znajdujemy o tym wzmiankę w „Kurierze Lubelskim” z 1932:
Bywa i tak, że jakiś lokal modny i uczęszczany staje się nagle pustynią – nikt nie przychodzi i „ansztalt” zamykają (tak było w Lublinie z restauracją „Europa”)24.

Również „Głos Lubelski” wspomina o plajcie „Europy”:
Pod niewesołymi horoskopami rozpoczął się w Lublinie 1932 r. Przede wszystkiem „splajtowała Europa” i zamknęła swoje gościnne podwoje na wszystkie cztery spusty w oczekiwaniu lepszych czasów25.

Na miejscu „Europy” pojawiła się w 1932 restauracja „Oaza”, po zamknięciu której – w roku 1934 – w to samo miejsce powróciła „Europa”. Natomiast „Oaza” pojawiła się ponownie w Lublinie w roku 1939 pod nowym adresem: Krakowskie Przedmieście 32.

O tym, że „Europa” powtórnie zaczęła działać, wnioskujemy z artykułów z roku 1935 informujących o niezwykłym strajku kelnerów tej restauracji. Przyczyną strajku był zatarg z kierownikiem zakładu na tle finansowym. W artykule Blokada „Europy” trwa, który ukazał się w „Expressie Lubelskim i Wołyńskim”, czytamy:
Blokada restauracji Europa w Lublinie przez strajkujących kelnerów trwa w dalszym ciągu. W sobotę i w niedzielę oraz wczoraj zajęli oni kilkanaście stolików w charakterze gości, żądając podania sobie wody sodowej. Wezwany przez dyrekcję posterunkowy po stwierdzeniu, że blokujący zachowują się spokojnie odmówił interwencji. [...] Strajkujący oświadczyli że będą prowadzić blokadę aż do zwycięstwa26.

Rzeczywiście po kilku dniach doszło do zawarcia ugody i kelnerzy wrócili do pracy27.


Restauracja „Oaza” – Krakowskie Przedmieście 29 i 32
W miejsce zamkniętej pod koniec 1931 roku „Europy” pojawiła się nowa restauracja pod nazwą „Oaza”. Informuje o tym reklama zamieszczona w „Kurierze Lubelskim”. W tejże gazecie ukazał się cały cykl tekstów reklamujących „Oazę”:

Zgrzyty lubelskie: „Zagadki” (nr 101, s. 3)
– [Bez tytułu] (nr 133, s. 5)
Zawsze na czasie (nr 167, s. 3)
O czym mówi prowincja (nr 174)
Więc póki czas (nr 188)
Czem Mekka dla wiernych, tem „Oaza” dla Lublina (nr 202, s. 5)
Oaza rozkoszy (nr 216, s. 3)
Kino a Oaza (nr 229, s. 3)
Po francusku (nr 236, s. 5)

W „Expressie Lubelskim i Wołyńskim” z 6 maja 1934 czytamy o zamknięciu „Oazy”:
Jak się dowiadujemy znany lokal restauracyjny w Lublinie „Oaza” został zamknięty. Przyczyną tego były nie kłopoty finansowe, gdyż lokal ten cieszył się dość znaczną frekwencją, ale nieporozumienia pomiędzy współwłaścicielami28.

W miejsce zamkniętej „Oazy” powraca znowu dawny lokal „Europa”, a w sierpniu 1939 „Oaza” zostaje otwarta powtórnie pod adresem Krakowskie Przedmieście 32:
Przyjdź a przekonasz się, że najsmaczniej zjesz i najmilej spędzisz czas w najwytworniejszym Nowo otwartym Lokalu w Lublinie. Bar – Restauracja – Dancing „OAZA”. Krakowskie Przedmieście 3229.


Kawiarnia Semadeniego – Krakowskie Przedmieście 27
Mirosław Derecki:
[Obok kawiarni Rutkowskiego] egzystowała [...] w Lublinie druga cukiernia i zarazem kawiarnia Semadenich; znacznie od tamtej rozleglejsza i elegantsza, w zakupionej w 1875 r. przez braci Aleksandra i Kacpra Semadenich kamienicy przy Krakowskim Przedmieściu 27, róg ul. Poczętkowskiej (dzisiejszej ul. Staszica).
Miejsce było wybrane idealnie. Nie tylko kawiarnia znajdowała się w pobliżu czterech najlepszych lubelskich hoteli: „Europejskiego”, „Angielskiego”, „Victoria” i „Polskiego”, nie tylko – w tym właśnie punkcie rozpoczynała się zwyczajowa świąteczna promenada wiodąca w stronę Ogrodu Saskiego, ale także tutaj, przed sąsiadującym z „Semadenim” Hotelem Europejskim istniał przystanek konnych omnibusów. Zaś od 1911 r. – sprzed kawiarni odjeżdżał pierwszy na Lubelszczyźnie międzymiastowy autobus, utrzymujący codzienną komunikację z Zamościem. Przez całe lata aż do śmierci w 1906 r. w cukierni Semadeniego od godz. 18.00 do 19.00 przesiadywał codziennie Hieronim Łopaciński.
W 1917 r. lokal odkupił od Semadenich właściciel innej cukierni lubelskiej, Ignacy Domański. Wtedy zakończyła się w Lublinie „era Semadenich” trwająca ponad osiemdziesiąt lat. Tradycje dawnej firmy były jednak nadal przez nowego właściciela kultywowane
30.

Kawiarnię aż do roku 1946 prowadził Emilian Domański, który zmodernizował i poszerzył lokal: taras zamieniono na oszkloną werandę, a bilardy przeniesiono na pierwsze piętro.

Julia Hartwig:
Zapamiętałam dobrze dom i podwórko na ulicy Staszica, gdzie mieszkaliśmy. Właścicielem domu był pan Domański, do niego też należała kawiarnia „Semadeni” na rogu Staszica i Krakowskiego Przedmieścia. Była to elegancka kawiarnia w stylu wiedeńskim, gdzie można było przeczytać gazety i napić się dobrej, pachnącej kawy. W lokalu tym bywali przeważnie starsi panowie, młodzież nie miała wówczas zwyczaju chodzić do kawiarni.
Okna piekarni wyrabiającej ciastka dla „Semadeniego” wychodziły na nasze podwórko, które wypełnione było zawsze zapachem lukru, wanilii i rumu. Zapach ten należy do wspomnień moich najwcześniejszych lat
31.

Ryszard Jaruga:
[Pamiętam cukiernię] Semadeniego z przeszkloną werandą i gazetami na kijach. Z tymi kijami to mi się przypomina taka anegdota, jak to siedzi u Semadeniego jeden Żyd i podchodzi kelnerka pytając, czego sobie życzy. A on: „Ja poprosze take czarne picze, jak ta pani ma za szczaną (babka piła kawę za przepierzeniem) i jeden «Kurwier Warszawski» na kiju. Tak, Semadeni to była reprezentacyjna cukiernia, tak samo Rutkowski, [...]. Tam nie było sztubaków, gawiedzi, przychodziła palestra, lekarze, przemysłowcy. Świetne ciastka z ciastkarni przy Kołłątaja. Ale to też nie było na kieszeń takiego młokosa32.

Swoje spotkania z Czechowiczem w kawiarni „Semadeniego” wspomina Bronisława Kołodyńska-Mossego:
Kiedy przyjeżdżał do Lublina, czasami zawiadamiał mnie i wyznaczał spotkanie w cukierni „Semadeniego”, gdzie zwykle miał dla mnie swoją książkę z dedykacją lub książki francuskie, którymi mnie obdarzał33.

Róża Fiszman-Sznajdman:
Konkurencyjną [dla kawiarni Rutkowskiego] była cukiernia Semadeniego, usytuowana w pobliżu hotelu „Europa”, w której zbierała się specyficzna klientela – najczęściej posiadacze ziemscy. Inni goście zjawiali się rzadko34.

W „Expressie Lubelskim i Wołyńskim” z 1936 znajduje się tekst reklamowy pt. Miły lokal wypoczynkowy. Oto fragment tego tekstu dający wyobrażenie o atmosferze panującej w tym lokalu:
Cukiernia ta, znana powszechnie ze swych doskonałych wyrobów, rozszerzyła w ostatnich miesiącach swój lokal.
Bilardy mieszczące się dawniej na parterze zostały przeniesione do okazałego lokalu na pierwszym piętrze, gdzie amatorzy grający w bilard mają dużo światła i powietrza; tamże grywać można w szachy i warcaby. Dotychczasowe sale bilardowe na parterze oddane zostały na użytek gości cukierni, przybywających do cukierni Semadeni na doskonałą kawę czy herbatę ze znakomitymi ciastkami i pączkami. Rozszerzony lokal cukierni Semadeni jest bardzo miłym miejscem spotkań towarzyskich i spokojnego wypoczynku
35.

W innym numerze „Expressu” można przeczytać reklamę:
Na Mikołaja Cukiernia Semadeni Krakowskie Przedmieście 27 poleca: czekoladki, figurki czekoladowe, komplety na choinkę36.

To również w tej kawiarni – obok kawiarni Rutkowskiego, „Rumby” i „knajpy ojca Grudnia” – odbywały się spotkania Loży Wielkiego Uśmiechu o czym wspomina Józef Łobodowski:
Posiedzenia Loży odbywały się w dniach powszednich w niewielkiej cukierni Semadeniego (na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Staszica)37.

I w innym tekście:
Na którymś z posiedzeń „Loży Wielkiego Uśmiechu”, która akurat wtedy powstała i zbierała się w cukierni Semadeniego [...] Czechowicz zjawił się w towarzystwie wybitnie przystojnego bruneta o rozwichrzonej kędzierzawej czuprynie i melancholijnym spojrzeniu38.

Opisanym przez Łobodowskiego towarzyszem Czechowicza był młody poeta Bronisław Michalski.

Józef Łobodowski:
Posiedzeniu [Loży Wielkiego Uśmiechu] odbywało się u ojca Grudnia, albo w bocznej salce u Semadeniego. [...] Odbywało się to przy dwóch czarnych świecach, przyklejonych do marmurowego blatu, [...] na zakończenie odmawiało się coś w rodzaju litanii, składającej się z samych niezrozumiałych słów i nieartykułowanych dźwięków. [Spowodowało to, że] na starych, szacownych emerytów, przysiadujących u Semadeniego długie godziny przy pół czarnej i zaczytujących zawsze te same gazety, padł blady strach39.

W „Kurierze Lubelskim” znajdujemy w rubryce Zgrzyty lubelskie tekst, w którym również natrafiamy na istnienie Loży:
Loża masońska w Lublinie jest. I zbiera się o dziwo – publicznie w czwartki i piątki o ósmej wieczorem u Semadeniego40.


Restauracja „Pod Strzechą” i inne – Krakowskie Przedmieście 32
Konrad Bielski:
Była [to] elegancka restauracja z palmami, basenem itd.41

Mirosław Derecki:
Pod koniec ubiegłego wieku otwarto w oficynie domu przy Krakowskim Przedmieściu 32 w Lublinie jedną z najelegantszych w mieście restauracji. Nosiła nazwę – bodajże – „Alhambra”.
Do lokalu wchodziło się od podwórka, po kamiennych schodach na rodzaj ganeczku, oświetlonego dwiema kutymi w żelazie, secesyjnymi latarniami. Stąd wiodły do wnętrza wysokie, dwuskrzydłowe przeszklone drzwi. Wielka sala jadalna, której sufit podpierał stojący na środku masywny, czworograniasty filar, zajmowała cały parter budynku. W głębi sali znajdowała się niewielka scena, na której odbywały się występy artystyczne.
W okresie międzywojennym restauracja zmieniła szyld na: „Pod Strzechą”. Zmienił się także jej charakter. Lokal wprawdzie należał do eleganckich, ale odwiedzali go głównie mężczyźni, kawalerowie lub ojcowie rodzin spragnieni chwili samotności albo... towarzystwa pań o mniej kryształowych zasadach niż ich małżonki lub narzeczone
42.

Pod tym adresem była też knajpa „Ermitaż” – wiemy o tym, bowiem „Ziemia Lubelska” (nr 162 z 14 czerwca 1928) podaje, że 18 maja 1928 roku została zarejestrowana pod adresem Krakowskie Przedmieście 32 restauracja „Ermitaż” Teofila Świdzińskiego. Ilustrowany przewodnik po Lublinie natomiast podaje, że w 1931 roku była pod tym adresem restauracja „Astoria”. W „Expressie Lubelskim” (30 grudnia 1936) jest informacja w formie ogłoszenia: „Restauracja – Dancing «Strzecha Polska»” Krakowskie Przedmieście 32 zostanie otwarta w Noc Sylwestrową 1936/193743.

W sierpniu roku 1939 pod tym samym adresem została otwarta restauracja „Oaza”. Tak więc pod jednym adresem w różnych okresach mieściły się tu następujące lokale: „Alhambra”, „Ermitaż”, „Astoria”, „Strzecha Polska”, „Pod Strzechą” i „Oaza”.


Wciąż idziemy Krakowskim Przedmieściem, aż po lewej stronie natrafiamy na ulicę Pijarską, w głębi której widać wielką wieżę wodociągową. To właśnie w kamienicy stojącej tuż obok tej wieży znajdowała się słynna „knajpa ojca Grudnia”.

O tym, gdzie była ta knajpa, dowiadujemy się od Łobodowskiego. Oto w jego książce Terminatorzy rewolucji wydanej w Londynie bohater zachęcany jest przez znajomego do odwiedzenia właśnie „knajpy ojca Grudnia.”:
Wal pan na plac Narutowicza. Naprzeciw wieży ciśnień44.


„Knajpa ojca Grudnia” – ile cycków?
Był to legendarny w życiu lubelskiej cyganerii lokal potocznie zwany też knajpą „Pod siedmioma cyckami”.

Józef Łobodowski:
Na ul. Narutowicza mieścił się zakład Jana Grudzińskiego, alias ojca Grudnia, cieszył się swoistym powodzeniem w tej części miasta. Niektórzy woleli ordynarną nazwę: knajpa „Pod siedmioma cyckami”.
Przed pierwszą wojną światową mieściła się tu żydowska restauracja. Wieść gminna głosiła, że w czasie odwrotu armii rosyjskiej Kozacy Dońscy zgwałcili cztery córki restauratora, a jednej z nich ucięli po pijanemu pierś. Stąd malownicza nazwa, jednakże w owych czasach była rzadko używana. Najczęściej mówiło się: idziemy do ojca Grudnia albo jeszcze prościej do Grudnia.
[...]
Wtajemniczeni twierdzili, że w młodości Grudzień był nożowcem i włamywaczem. Po ożenku wynajął lokal, stojący pusty od wybuchu wojny. [...] Młodsze pokolenie przestępcze traktowało go z szacunkiem PER panie Grudziński a co zaufani klienci mówili panie Grudzień, ale tych drugich było niewielu gdyż stary knajpiarz miał swój ambit i mało kogo dopuszczał do komitywy. [...]
Właściwie była to piwiarnia bez prawa wyszynku wódki, ponieważ Grudzień nie chciał płacić wysokich podatków. Odpuszczał więc wyborową i policyjną tylko zaufanym, podając ją w maszynce do kawy. Piło się zatem filiżankami, mając zawsze baczenie na drzwi, czy nie wejdzie glina. Z policją Grudzień utrzymywał dobre stosunki, ale zawsze istniała możliwość, że zajrzy któryś z niewtajemniczonych i narobi rabanu. [...]
Poza dużą salą z szynkwasem, lokal składał się z kuchni i dwóch pokoi. W jednym z nich stał bilard z grzybkiem, w drugim, o osobliwym wejściu z podwórka, stary, dobrze sfatygowany tapczan. [...] Gdyby ta oto kanapa – mawiał ojciec Grudzień – umiała mówić to by takie rzeczy opowiedziała, że ludziom włosy na głowach by stawały. Kto się tylko na niej nie przewracał!! Bywały i mężatki z inteligencji. A mnie co?! Ja jestem człowiek dyskretny. Przychodzą, płacą... udaję, że nic nie widzę. Tu jedna pani inżynierowa... – tu przymrużał opłynięte tłuszczem oko – at, czy to ona jedna. Ale dla mnie dyskrecja przede wszystkim! Jeszcze jedna maszynka czarnej wyborowej... [...]
Towarzystwo w knajpie było zawsze mieszane. Dziewczęta wątpliwej reputacji, dorożkarze, policjanci, złodziejaszki i nożowcy, ale również spokojni robociarze i rzemieślnicy z sąsiednich domów. Zaglądali pracownicy z pobliskiej fabryki likierów Vettera mieszczącej się na ul. Bernardyńskiej. W lokalu do awantur prawie nigdy nie dochodziło. Mimo dobrze zaawansowanej astmy, Grudzień zachował straszliwą siłę w obu rękach i winnego zaburzenia porządku wystawiał w trybie doraźnym na ulicę. Na rozrabianie odważał się chyba tylko nowy gość, nie znający ojca Grudnia i niepisanego regulaminu knajpy. Grudzień stale podkreślał, że do niego przychodzą takie panowie, jakich by i Europa i Oaza mogły pozazdrościć. Redaktorzy, artyści, nawet takie co przez radio przemawiają! Nieraz, gdy po kilku mieszankach czterdziestopięcio procentowej kawy rozochocił się odpowiednio, wyrzucał resztę gości i ryglował drzwi od wewnątrz wołając teraz pan Grudzień pije z literatami!45

Wacław Gralewski:
Głównym miejscem postoju watahy Łobodi była mała, niepozorna knajpka, zwana „u Ojca Grudnia”. Choć był to lokal trzeciej kategorii i bardziej za piwiarnię niż restaurację mógł być uważany, miał jednak dzięki właścicielowi nieco większe ambicje. Mieścił się przy ulicy Narutowicza 1546 i konkurował dzielnie z takimi kącikami gastronomicznymi w tejże dzielnicy jak sławna „piątka” [bar „Piątka”, Kapucyńska 5] lub bar „pod trzynastoma cyckami” [lub też „czternastoma cyckami” – mieszczący się na ul. Kościuszki 7, nie mylić z knajpą ojca Grudnia zwaną „Pod siedmioma cyckami”].
Kto wzbudził w piersi ojca Grudnia silniejsze tęsknoty do lepszego, coś znaczącego środowiska, trudno ustalić. Ale pewną jest rzeczą, że myśl jego wybiegała ponad poziomy zwykłych pijaków i przylgnęła do „zukrainizowanej” paczki poetyckiej. A i ona do Grudnia również serdecznie przylgnęła, tym bardziej ze dysponował magicznym amuletem, który pospolici ludzie w sposób przyziemny nazywają kredytem. I ojciec Grudzień, nieubłagany w stosunku do zwykłych kiziorów, miękł na widok poetów. Zjawisko picia wódki przez watahę w melinie ojca Grudnia miało jedną cechę odwrotnie proporcjonalną – im więcej wataha wypiła, tym mniejsze okazywały się możliwości wyrównywania rachunków.

Ale ojciec Grudzień miał w sobie coś z Rostandowskiego Raquenau’a, więc widział widocznie w atamanowskich golcach co najmniej kadetów od Bergeraca.
Gdy mimo wszystko należności nie pokryte napęczniały ponad niepokojącą miarę, z genialną inicjatywą wystąpił znany plastyk, członek watahy, Jan Samuel M
[iklaszewski].
– Wymaluje się ściany w różne kombinacje i fidrygałki, co niezmiernie ożywi lokal, tak coś jak u Hawełki w Krakowie – powiedział. – Praca będzie kosztowna, ale w zamian ojciec Grudzień zbonifikuje narosłe rachunki trochę dopłaci w gotówce, a trochę w produktach naturalnych, głównie płynnych.
Romantyczny knajpiarz początkowo się krzywił, ale uległ argumentacji. Inicjator doprosił jeszcze dwóch innych plastyków, którym życie rzucało kłody pod nogi i usiłowało nie popuścić do dobrze zastawionego bufetu. Zaczęła się praca dekoracyjna. Trwała dość długo, jako że plastycy powoli dochodzili do formy. W końcu jednak obstalunek został wykonany i ściany pokryły się z lekka frywolnymi malunkami, zaopatrzonymi w poetyckie sentencje. Plastycy dali swe pomysły – poeci cenne myśli, wyrażone w dwuwierszach. Szkoda, że ten oryginalny, jak na stosunki przedwojenne, kącik uległ zagładzie. Hitlerowskie bomby zburzyły dom, w którym mieściła się restauracja, a wraz z nią i ciekawe malowidła. Dziś, odbudowany, mieści sklep Cepelii na dole, a na górze uplasował się Związek Plastyków. Coś jednak z tych malowideł Jana Samuela wyrosło
47.

Wacław Gralewski w opowiadaniu Golem wspomina:
Wkrótce znaleźliśmy się w małej restauracyjce zwanej w sferach konsumentów „Pod trzynastoma cyckami”. Ta trochę ekscentryczna i nieoficjalna nazwa popularnego zakładu gastronomicznego wynikała z faktu, że właścicielkami było siedem sióstr. Jednej z nich operowano pierś, na skutek nowotworu i to było źródłem nazwy. Restauracyjka mieszcząca się przy ul. Narutowicza miała tę zaletę, że czynna była przez całą dobę. Siostry dyżurowały na zmianę, wyręczając często personel kelnerski i kucharza. Specjalnością zakładu były faszerowane ryby i potrawy z ptasich podrobów48.

Tekstem tym wprowadza Gralewski niemały zamęt, bo jak w końcu nazywano „knajpę ojca Grudnia”:„Pod siedmioma cyckami”, jak chce Łobodowski, czy też „Pod trzynastoma cyckami”?

Wydaje się, że Gralewski pisze o „małej restauracyjce”, która mieściła się na ulicy Kościuszki 3, a nie na Narutowicza. Stąd wzięło się nieporozumienie. Potwierdzeniem tego jest informacja Mirosława Dereckiego o knajpce przy ul. Kościuszki 3 (a od 1929 „Bar à la Hawełka” a w 1932 „Bar à la Żywiec”), w której „reflektorowcy” bywali ze względu na bliskie sąsiedztwo z redakcją „Expressu Lubelskiego i Wołyńskiego”.

Dawniej, przed wojną, kiedy knajpa przy Kościuszki była własnością siedmiu sióstr, zwano ją dość obcesowo „Pod Czternastoma Cyckami”. Specjalnością szefa kuchni był podawany tam sznycel lubelski – „po męsku”, czyli nie z jednym, ale z dwoma jajami sadzonymi49.

Tak więc knajpa „Ojca Grudnia” była nazywana „Pod siedmioma cyckami” natomiast knajpkę przy ul. Kościuszki 3 nazywano „Pod trzynastoma cyckami” (Gralewski) lub „pod czternastoma cyckami” (Derecki).

Być może to właśnie o „knajpie ojca Grudnia” wspominał Feliks Araszkiewicz, opisując jedno ze spotkań z Czechowiczem:
Zaciągnęliśmy go [Czechowicza] kiedyś do nowo reaktywowanego Związku Literatów Lubelskich, na jeden z „wieczorów czwartkowych”, które co tydzień w ciasnych, lecz przytulnych salkach Muzeum [przy ul. Narutowicza 4, obecna Biblioteka im. H. Łopacińskiego] gromadziły miłośników poezji i literatury pięknej. Ktoś mówił o twórczości Czechowicza, potem czytano jego wiersze, bo sam nie chciał, był jakiś smutny, kwaśny. Po skończonym wieczorze poszliśmy do pobliskiej podrzędnej restauracyjki. Byliśmy głodni, zaspokoiliśmy głód po proletariacku, siwuchą i kiełbasą50.

Józef Czechowicz, analizując proces powstawania wiersza, napisał, że znaczenie wyzwalające [przy powstawaniu wiersza] miewają czasem wydarzenia z zewnątrz. I może to być np. muzyka zza ośnieżonego okna «knajpy ojca Grudnia»51.

„Knajpa ojca Grudnia” była również miejscem spotkań Loży Wielkiego Uśmiechu, o czym pisze Łobodowski:
Posiedzenie [Loży Wielkiego Uśmiechu] odbywało się u ojca Grudnia, albo w bocznej salce u Semadeniego52.


Wracamy ulicą Pijarską na Krakowskie Przedmieście, a tam po przeciwnej stronie widzimy ulicę Świętoduską.


Ulica Świętoduska
Leokadia Bielska:
W bok od Krakowskiego, kiedy skręcimy koło kościoła św. Ducha w stronę dawnego targu, zobaczymy prześliczny w swojej urozmaiconej ozdobnej sylwecie renesansowy kościół Karmelitów, a po drodze mijamy niskie, jednopiętrowe domy, wczesnodziewiętnastowieczne zajazdy z szerokimi, wygodnymi wrotami bram – wjazdami do obszernych stajen. Przed wojną mieściły się tam wszędzie różne gospodarskie, rzemieślnicze zakłady53.

Na ulicy Świętoduskiej nr 10 znajdowała się znana w Lublinie Cukiernia Turecka.


Cukiernia Turecka
Lublin posiada swoją Cukiernię Turecką mieszczącą się na ulicy Św. Duskiej pod Nr. 10 i zaopatrzoną we wszystkie te znane i lubiane wyroby jak: chleb z rodzynkami, obwarzanki z sezamem, bakława po turecku lub po sułtańsku itp. Oprócz tego w Cukierni Tureckiej nabyć można doskonałe pieczywo dostarczane 3 razy dziennie ze świeżego wypieku oraz wszelkie wyroby cukiernicze. Prócz działu sprzedaży Cukiernia Turecka prowadzi również dział konsumpcji na miejscu, gdzie posilić się można dobrą kawą, czekoladą, herbatą lub mlekiem, specjalnością firmy jest aromatyczna kawa przyrządzana na sposób turecki. Ogromnym powodzeniem cieszą się w tym dziale posiłki po wiedeńsku, na które składa się szklanka herbaty lub mleka z bułką, masłem, serem, jajkiem, ciastkiem drożdżowym i to wszystko za 60 gr.54


Targ
Schodząc niżej Świętoduską, tuż za lubelskim ratuszem, znajdował się prawdopodobnie największy lubelski targ, tzw. targ polski. Józef Czechowicz w krótkim opowiadaniu dla dzieci Na targowisku opisał to miejsce w sposób następujący:
Za ratuszem bardzo blisko huczy, buczy targowisko. Ach, ileż tam ludzi kupuje, targuje! Ile się dzieciaków cudom przypatruje! Bo cuda tam, cuda na każdym straganie. A wszystko za bezcen. Wszystko bardzo tanie. Sprzedają tam czapki, sprzedają ochłapki i żywe kogutki, malowane babki. Sprzedają pierniczki i dla lalek wózki, szczotki i chusteczki, książki i fartuszki55.


Ulica Zielona – boczna Świętoduskiej
Wracając z ulicy Świętoduskiej na Krakowskie Przedmieście, mijamy po prawej stronie ulicę Zieloną, którą wspomniał Czechowicz w opowiadaniu dla dzieci pt. Klinika lalek:
Przy ulicy Zielonej stoi domek czerwony. A w tym domku czerwonym siedzi dziadek zgarbiony. A w tym domku dziwne rzeczy: chore lalki dziadek leczy56.


Naprzeciw ulicy Świętoduskiej znajduje się wąska przecznica Krakowskiego Przedmieścia. Widać przez nią – po przeciwnej stronie placu Wolności – daleki horyzont, gdyż na jej przedłużeniu znajduje się ulica Dolna Panny Marii schodząca ostro w dół doliny Bystrzycy. Dzięki temu przypadkowemu nałożeniu się dwu osi widokowych przechodzień tłocznego, ruchliwego Krakowskiego Przedmieścia, może nagle zostać zaskoczony daleką perspektywą przedmieść miasta. Ów widokowy zakątek istnieje do dziś, a ta uliczka to zakończenie ulicy Bernardyńskiej, przy której – na rogu Dolnej Panny Marii – stoi kościół pobernardyński, którego skrawek widać z Krakowskiego Przedmieścia.
 

 

Przypisy

1 Oznaczony na planie numerem 9.
2 Tenże, Fakty, [w:] tenże, Koń rydzy…, s. 421.
3 Wacław Gralewski, Stalowa…, s. 22–23.
4 Tenże, Ogniste koła, [w:] tenże, Ogniste koła, Lublin 1963, s. 89.
5 Tenże, Wataha Atamana Łobodi, [w:] tamże, s. 156–157.
6 Por. „Lucyfer” 1922, nr 2, s. nlb. [37].
7 Por. Wykaz istniejących w Lublinie księgarni,drukarni, czytelni i agencji ze sprzedażą gazet i czasopism, [w:] Lublin w dokumencie 1317–1967, oprac. Franciszek Cieślak, Henryk Gawarecki, Maria Stankowa, Lublin 1975, s. 192.
8 Orgie na ulicach Lublina, „Ziemia Lubelska” nr 341, 18 grudnia 1930, s. 4.
9 Z sali sądowej, „ABC” nr 7, 13 marca 1927, s. 6, nr 32 (2008), s. 163
10 S.C. [Józef Czechowicz], Stary i nowy Lublin…, s. 88.
11 [Józef Czechowicz], Chwila dawna. Wspomnienie o Marszałku Józefie Piłsudskim, dodatek niedzielny do „Expressu Lubelskiego i Wołyńskiego”, 10 maja 1936, s. nlb. [1].
12 Andrzej Sadowski, Zbigniew Zaporowski, Józef Piłsudski w Lublinie..., [online:]
http://biblioteka.teatrnn.pl/dlibra/dlibra/docmetadata?id=9161&from=&dirids=1&ver_id=&lp=1&QI=.

13 S.C. [Józef Czechowicz], Stary i nowy Lublin…, s. 88.
14 Henryk Gawarecki, O dawnym…, s. 278. Na s. 277 znajduje się zdjęcie wnętrza kina wykonane w roku 1930.
15 Hanna Protasiewicz-Bieniaszkiewicz, Architektura secesyjna w Lublinie, rozprawa doktorska napisana w Katedrze Sztuki Nowoczesnej KUL pod kierunkiem dra hab. Lechosława Lameńskiego, Lublin 2005, s. 48. Praca dostępna w Ośrodku „Brama Grodzka – Teatr NN”.
16 Zygmunt Knothe, Pałac Czartoryskich w Lublinie, „Gazeta Lubelska” nr 339, 1947, s. 6.
17 Maria Sobocka, Rozrywki, relacja ze zbiorów Historii Mówionej Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN”,
http://biblioteka.teatrnn.pl/dlibra/dlibra/docmetadata?id=33470&from=&dirids=1&ver_id=&lp=1&QI=.
18 Muzyka na falach powietrza w kinie „Corso”, „Ziemia Lubelska” nr 128, 15 maja 1930, s. 5.

19 Barbara Odnous, Były czary..., s. 26.
20 Tamże, s. 27.

21 Henryk Gawarecki, Czesław Gawdzik, Lublin i okolice, Lublin 1980, s. 108.
22 Konrad Bielski, Most…, s. 128.
23 Mirosław Derecki, Na gastronomicznym..., [w:] tenże, Weekend wspomnień, s. 76–77.
24 Recenzent, Teatr świata i teatr w Lublinie, „Kurier Lubelski” nr 68, 8 marca 1932, s. 3.
25 Z. Gołębiowska, Migawki lubelskie, „Głos Lubelski” nr 24, 24 stycznia 1932, s. 5.
26 Blokada „Europy” trwa, „Express Lubelski i Wołyński”, 11 grudnia 1935, s. 4.
27 Koniec strajku, „Express Lubelski i Wołyński”, 14 grudnia 1935, s. 4.
28 Por. „Express Lubelski i Wołyński”, 6 maja 1934, s. 4.
29 Por. „Express Lubelski i Wołyński”, 9 sierpnia 1939, s. 4.
30 Mirosław Derecki, Nieodmiennie nad małą czarną, [w:] tenże Weekend wspomnień, s. 92–94.
31 Julia Hartwig, Lubelskie ulice i podwórka, [w:] Zaułek Hartwigów, Lublin 2006, s. nlb. [48].
32 Leszek Wiśniewski, Może ktoś zawoła „Rysiek!...”, „Relacje” nr 1, 1990, s. 5.
33 Bronisława Kołodyńska-Mossego, Wspomnienie o Józefie..., [w:] Spotkania z Czechowiczem…, s. 155.
34 Róża Fiszman-Sznajdman, Mój Lublin, s. 195.
35 Miły lokal wypoczynkowy, „Express Lubelski i Wołyński”, 15 listopada 1936, s. 2.
36 Por. „Express Lubelski i Wołyński”, 3 grudnia 1936, s. 4.
37 Józef Łobodowski, Dusze chce łowić…, s. 167.
38 Tenże, O cyganach..., s. 39.
39 Tenże, Czerwona…, s. 190–192.
40 Paragraf [Józef Łobodowski], Masoneria, „Kurier Lubelski” nr 61, 1 marca 1932, s. 3.
41 Konrad Bielski, Most…, s. 128.
42 Mirosław Derecki, Na ciastka…, [w:] tenże, Weekend wspomnień, s. 107.
43 Por. „Express Lubelski i Wołyński ”, 30 grudnia 1936, s. 4.
44 Józef Łobodowski, Terminatorzy rewolucji, Londyn 1966, s. 148.
45 Tenże, Dzieje Józefa Zakrzewskiego, Londyn 1965, t. 1, s. 55–56.
46 Gralewski błędnie wskazał adres knajpy „u Ojca Grudnia”. W „Ziemi Lubelskiej” nr 6, 6 stycznia 1931 na s. 1 czytamy ogłoszenie, że pod tym adresem w dawnym Hotelu Polskim został otworzony 31 grudnia 1930 bar „Ul Polski”.
47 Wacław Gralewski, Wataha atamana..., [w:] tenże, Ogniste…, s. 173–175.
48 Tenże, Pięść Herostratesa, Lublin 1958, s. 21-22.
49 Mirosław Derecki, Na gastronomicznym..., [w:] tenże, Weekend wspomnień, s. 86.
50 Feliks Araszkiewicz, Józef Czechowicz. Wspomnienie, [w:] Spotkania z Czechowiczem…, s. 95.
51 Józef Czechowicz, Mój wiersz, [w:] tenże, Wyobraźnia stwarzająca..., s. 70.
52 Józef Łobodowski, Czerwona..., s. 191.
53 Leokadia Bielska, Lublin. Krajobraz i zabytki, Lublin 1954, s. 16.
54 Por. „Express Lubelski i Wołyński”, 14 stycznia 1938, s. 4.
55 Henryk Zasławski [Józef Czechowicz], Na targowisku, [w:] tenże, Poezje..., s. 410.
56 Tamże, s. 424.