Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

„Poemat o mieście Lublinie”. Krakowskie Przedmieście

Spis treści

[RozwińZwiń]
Lipową dochodzimy do Krakowskiego Przedmieścia i skręcamy w prawo. Idziemy główną ulicą Lublina. Poemat opisuje ją bardzo zdawkowo. Wędrowiec rozpoznaje na niej tylko trzy charakterystyczne miejsca, z których jednego nie da się zidentyfikować. Mury tej ulicy są mu jednak „dobrze znane”. Oto dlaczego.

 
Kwatera u adwokata
Przechodzimy obok kamienicy nr 57, w której było mieszkanie adwokata Zygmunta Lidzkiego – znajomego poety. Czechowicz mieszkał tu przez jakiś czas podczas wakacji w 1929 roku. Wiemy o tym z jego listu do Wacława Gralewskiego z 30 czerwca 1929:

Mieszkam teraz w mieszk[aniu] adwokata Lidzkiego, który pojechał na wakacje. Urządzamy tam z Kaziem [Miernowskim] dziwne orgie. Sprowadzam dziewczęta i uczę malca różnych rzeczy1.

Po kilku krokach dochodzimy do ulicy Wieniawskiej, która znajduje się po naszej lewej stronie. To właśnie na niej zatrzymała się kiedyś bardzo tajemnicza osoba: wróżka Pari-Banu.


Ulica Wieniawska 4 – wróżba

Wiemy, że właśnie na ulicy Wieniawskiej zatrzymała się na krótko w roku 1939 znana wróżka, „Jasnowidzące Medium Pari-Banu”. W „Expressie Lubelskim i Wołyńskim” w dniu 13 maja 1939 ukazała się informująca o tym notatka:
„Pari Banu” Jasnowidzące Medium w podróży po Europie na bardzo krótki czas zatrzymała się w Lublinie i odbywała seanse z ludźmi poważnymi udzielając w transie najpewniejszych porad opartych na wiedzy okultystycznej i głębokiej intuicji, Wieniawska 4 m. 8 godz. 10.00–14.00 i 16.–20.00 (drugie piętro, front). Wejście niekrępujące – dyskrecja2.

Czechowicz znał osobiście wróżkę Pari-Banu, ponieważ w latach 30. sporządziła ona dla niego horoskop, który zachował się do dnia dzisiejszego. Formą zapłaty za wróżbę był wiersz reklamowy:

 
Mieć cuda z dawnych bajek: fruwające konie,
pałace marmurowe w czarnym Bagdadzie,
księżniczkę Pari-Banu na złotym balkonie,

chłodne źródło wód żywych w kokosowym sadzie.

Rządzić wyspą daleką na morzach zieloną,
gdzie rafy koralowe wstrzymają wód napór,
ratować okręt zbójców, gdy wśród burz toną,
patrząc z dziką rozpaczą na bliski Singapur.

To wszystko jest niczym dla tych, którzy wiedzą,
co daje szczyt rozkoszy wśród bied świata tego.
Wtajemniczeni mądrze i powoli jedzą

najlepsze czekoladki S.A. Piaseckiego3.

 
Pod koniec czerwca 1939 roku w Warszawie, w kawiarni „Na rozdrożu” podczas rozmowy z Bronisławą Kołodyńską-Mossego Czechowicz powiedział:
Czy wiesz, że medium przepowiedziało mi, że w 1939 roku wyciągnę nogi i zdobędę sławę, na co ja odpowiedziałem ze śmiechem: „Jak możesz osiągnąć sławę, skoro wyciągniesz nogi”, na co on [Czechowicz] odpowiedział: Życie jest piękne, ale krótkie4.

Być może powyższa rozmowa z czerwca 1939 dotyczyła wspomnianej wizyty Czechowicza u wróżki Pari-Banu, w czasie jej majowego pobytu w Lublinie.

Na ulicy Wieniawskiej mieszkała też w latach 30. Anna Kamieńska. To właśnie Czechowicz przyczynił się do jej debiutu poetyckiego, drukując jej wiersz O wiośnie i o ojczyźnie w „Płomyczku” (nr 32, 1936).

Przechodzimy na drugą stronę Krakowskiego Przedmieścia i, mijając gmach Sądu Okręgowego w Lublinie pod numerem 76 (obecnie 78), dochodzimy do restauracji „Rumba” (nr 72).


Café „Rumba” i Loża Wielkiego Uśmiechu

Lokalowi temu poświęcił Czechowicz w „Kurierze Lubelskim” z 1932 kilka tekstów reklamowych, zaś w „Expressie Lubelskim” z 12 lutego 1933 możemy przeczytać zachęcające do odwiedzin „Rumby” zdanie:
Miłe spędzenie wieczoru zapewni Ci najwytworniejszy lokal Lublina „Cafe Rumba” Krakowskie Przedmieście 725.

W „Rumbie” (a także w kawiarni Rutkowskiego, u Semadeniego oraz w „knajpie ojca Grudnia”) zbierała się lubelska „Loża” (tj. grupa towarzyska lubelskiej cyganerii), do której należał również Czechowicz. Fragment odnoszący się do niej umieścił poeta w podpisanej pseudonimem „Jenne Polonaise” notce pt. To jest tam zachwalającej lokal:
Przy wykwintnych stolikach na których perlą się mrożone napoje, rozbawione twarze, raz po raz rozszerzające się w uśmiechu. Najlepsza w Lublinie orkiestra, najmodniejszy lokal, najmilszy to jest dancing. Czegoż chcieć więcej? Co czwartek zbiera się tam Loża Wolnomularska6.

Kilka kroków dalej mijamy po lewej stronie ulicę Ewangelicką.


Ulica Ewangelicka – kościół ewangelicki

To na tej ulicy można było zobaczyć charakterystyczne ogrodzenie przy kościele ewangelickim:

Przy kościołach, cmentarzach, jakże wabią oko stare ogrodzenia murowane. To przy kościele ewangelickim, niziutkie, tu wyższe, tam niższe, nierówne jak szereg rekrutów, zamglone cieniem starych kasztanów, liczy sobie lat sto kilkadziesiąt7.

Na samym końcu ulicy widzimy gmach „Szkoły Lubelskiej”, do której chodził brat Józefa Czechowicza – Stanisław.


ƒ„Szkoła Lubelska” (Gimnazjum im. Stefana Batorego) – ul. Powiatowa 11

„Szkoła Lubelska” w 1906 roku powstała na fali strajków szkolnych z roku 1905. W tym okresie siedzibą szkoły były dwa budynki: przy ulicy Żmigród 3 i Królewskiej 11. W roku 1910 rozpoczęto budowę własnej siedziby przy ulicy Powiatowej 11, do której szkoła wprowadziła się w październiku 1918. Był to piękny i oszczędny w dekoracji, secesyjny gmach projektu Bronisława Kochanowskiego. We wrześniu 1934 szkole nadano nazwę: Prywatna Męska Szkoła Ogólnokształcąca im. Stefana Batorego.

Czesław Bobrowski:
Środowisko uczniowskie Szkoły Lubelskiej charakteryzowało się znacznym udziałem młodzieży ze wsi, przede wszystkim ziemian, ale także synów chłopskich. Przeważała jednak miejska inteligencja8.

Do tej szkoły od 1 września 1908 uczęszczał brat Józefa Czechowicza Stanisław (ur. 18 kwietnia 1899). Tutaj też 31 maja 1920 zdał egzamin dojrzałości. Absolwentem szkoły jest również Jan Arnsztajn.

Na 30-lecie szkoły ukazała się książka Prywatne Męskie Gimnazjum imienia Stefana Batorego, w której umieszczone zostały obok siebie pośmiertne biogramy absolwentów szkoły: Jana Arnsztajna, napisany przez Franciszkę Arnsztajnową (s. 291–292) i Stanisława Czechowicza napisany przez Józefa Czechowicza (s. 292–293). Można się domyślać, że zamieszczenie tych biogramów obok siebie było świadomą decyzją Franciszki Arnsztajnowej i Józefa Czechowicza.

W latach 30. do „Szkoły Lubelskiej” uczęszczał syn profesora Juliana Krzyżanowskiego, Jerzy, który tak ją zapamiętał:
Szkoła zajmowała okazały budynek, wybudowany jeszcze przed I wojną światową, ale nowoczesny i wygodny. Na parterze i obu piętrach przebiegały przez całą długość gmachu szerokie korytarze, po obu stronach, w których mieściły się pokoje klasowe, w latach trzydziestych przemianowane na pracownie i urządzone jasnymi, nowoczesnymi stolikami zamiast tradycyjnych ławek. [...] Miałem dziewięć lat, gdy rodzice postanowili zapisać mnie do prywatnego gimnazjum Szkoła Lubelska. Nie przekroczyłem jej progów, jak to się uroczyście mówiło, ale zwyczajnie wszedłem po szerokich schodach, przez zwieńczony starożytnymi urnami portal, do jasnego hallu, gdzie na ścianie powitała mnie marmurowa tablica „wychowanków Szkoły Lubelskiej poległych w walce o całość i niepodległość Ojczyzny w latach 1914–1920”. [...] z przejęciem spoglądałem na imponującą tablicę, u stóp której z czasem stanąć miało popiersie króla Stefana Batorego, jego to bowiem imieniem nazwano szkołę w 1934 roku9.

Wracamy na „główną ulicę” i oto jesteśmy już obok kamienicy nr 39.


Krakowskie Przedmieście 39

W roku 1920 w prowadzonych przez Czechowicza „Notatkach” znajdujemy wpis: 8/VIII w Lublinie. Zapisuję się do wojska jako ochotnik w biurze werbunku ochotniczego przy ul. Krakowskie Przedmieście 3910.

W Ilustrowanym przewodniku po Lublinie znajdujemy, że pod tym adresem mieściła się Wojskowa Komenda m. Lublina. W latach 1934–1935 w oficynie stojącej w podwórzu tej kamienicy mieszkała matka Czechowicza.

W budynku tym mieściła się również znana cukiernia J. Rozmusa, która, jak możemy przeczytać w reklamach, polecała szczególnie „Pączki wykwintne i pierniki na górskim miodzie”11.

Po przeciwnej stronie ulicy widzimy kamienicę nr 56, a w niej dwa lokale gastronomiczne: Pokoje „śniadankowe” Radzymińskiego i kawiarnię Rutkowskiego. Przekroczmy jezdnię i zatrzymajmy się na chwilę przed tą kamienicą.


Krakowskie Przedmieście 56 – Zakład Gastronomiczny „U Radzymińskiego”

Józef Łobodowski:
Radzymiński słynął z najlepszej w Lublinie piwniczki i doskonalej kuchni. Właściwie był to duży sklep kolonialny. Z tyłu, na parterze i pięterku znajdowały się pokoje śniadaniowe12.

Mirosław Derecki:
Lokal, usytuowany w gmachu dawnej Kasy Przemysłowców Lubelskich (dzisiejszy hotel „Lublinianka”) przy Krakowskim Przedmieściu 56, a należący przed wojną do Walentego Józefa Radzymińskiego (który prowadził tutaj sklep delikatesowy oraz „pokoje śniadaniowe”, słynące z doskonałej kuchni oraz wyszukanych trunków), zamieniono w całości w restaurację z dancingiem. [...]
Przed wojną zachodził „do Radzymina” na dobrą przekąskę cały liczący się Lublin. Położone na pięterku „pokoje śniadaniowe” szczególnie chętnie odwiedzali miejscowi działacze polityczni. W takich chwilach następowało jakby nieformalne zawieszenie broni pomiędzy zwalczającymi się przywódcami różnych partii i stronnictw.
Widywano tutaj o jednej porze zarówno wodza lubelskiej endecji – znanego chirurga, dr Adama Majewskiego, jak i gorącego zwolennika Marszałka Piłsudskiego, doskonałego internistę i działacza OZON-u – dr Mieczysława Biernackiego...
13

Konrad Bielski:
Radzymiński był właścicielem dużego sklepu delikatesowego, przy którym prowadził pokoje śniadaniowe. Kuchmistrz najwyższej, międzynarodowej klasy, a jednocześnie rzetelny kupiec. Lokal swój tak potrafił postawić, że za stosunkowo najniższą cenę dawał wszystko najwyższej jakości. Toteż do „Radzymina” garnęli się chętnie i politycy wszelkich odcieni i neutralni smakosze; adwokaci i sędziowie wpadali na bigosik w przerwach spraw; lekarze spożywali flaczki między jedną wizytą a drugą – mnóstwo ludzi, właściwie cała inteligencja lubelska. Toteż miał prawo Radzymiński tak między innymi zaśpiewać w naszej szopce:

 
Przy śniadaniu i kolacji
już o każdej wiem sensacji

o dymisji, nominacji
i wyborach miejskich rad.
Więc nie obce mi tajniki
są lubelskiej polityki
u mnie siedzą, u mnie jedzą,

u mnie radzą szereg lat.
W Radzyminie, w Radzyminie
polityki sens poznaje
już po minie.
Kto z kim siedzi,
kto co płaci i co je,
i jakie skutki są tej wódki –

już się wie14.
 
Mirosław Derecki:
Chętnie odwiedzane tzw. pokoje śniadaniowe, prowadzone przez znakomitego restauratora i kupca delikatesowego Walentego Józefa Radzymińskiego w niedalekim gmachu Kasy Przemysłowców Lubelskich, były zamykane już (!) o godzinie dziesiątej wieczorem. Tamtejsi biesiadnicy przenosili się więc zazwyczaj na dalszy ciąg ucztowania – właśnie do „Europy”15.

W styczniu roku 1928 Radzymiński wywołał wielką sensację, umieszczając na wystawie swojego zakładu wielkiego dzika:

W dniu wczorajszym p. Radzymiński właściciel sklepu kolonialno-spożywczego Baru Śniadankowego przy ul. Krakowskie Przedmieście udekorował jedną ze swych wystaw olbrzymim prawdziwym dzikiem. Do późnej nocy tłum ciekawych, którzy widocznie nie widzieli jeszcze tego strasznego zwierzaka z bliska, tłoczył się przed wystawą tamując ruch uliczny16.

W „Expressie Lubelskim i Wołyńskim” znajdujemy przynajmniej trzy notatki na temat tego lokalu.

Rok 1933 – „Radzymiński”:
Szerokie koła inteligencji z Lublina i prowincji z zadowoleniem dowiedziały się, że w dniu 19 bm., po gruntownym remoncie i reorganizacji, uruchomiona została Winiarnia i Restauracja pod osobistym kierownictwem świetnego fachowca p. Radzymińskiego. Zakład mieszczący się jak wiadomo przy ul. Krakowskie Przedmieście Nr 56, prowadzi sprzedaż doskonałych win francuskich, burgundzkich i węgierskich w karafkach i lampkach; bufet zaopatrzony jest w doborowe zakąski zimne i gorące, menu zawsze starannie dobrane i wykwintne; ceny przystępne. Restauracja otwarta jest codziennie od 9 rano do 12-ej w nocy, a w niedzielę i święta od 12-tej w południe do 12-tej w nocy17.

1936 – „Gdzie na rybkę”:
Tradycyjnym zwyczajem w dniu dzisiejszym wszyscy panowie udają się na „rybkę”. W Lublinie znawcy dobrej kuchni jadają „rybkę” co roku w doskonale zorganizowanym zakładzie gastronomicznym p. W. J. Radzymińskiego (Krakowskie Przedmieście 56). A więc i w tym roku bez wątpienia pełno i gwarno będzie w miłych pokoikach p. Radzymińskiego. W domach zaś rodzinnych bardzo mile witani będą ci panowie, którzy korzystając z bytności w restauracji p. Radzymińskiego odwiedzą jego znakomicie zaopatrzony sklep i poczynią w nim przedświąteczne zakupy18.

1936 – „Lubelskie śniadanka”:
Odkąd popularny nestor lubelskiego kupiectwa p. J. Radzymiński zdecydował się otwierać swój zakład restauracyjny również w niedzielę – coraz powszechniejszym wśród panów z najlepszego lubelskiego towarzystwa zwyczajem staje się niedzielne, wykwintne śniadanko w firmie J. Radzymiński. Doskonale zaopatrzone w zimne i gorące, znakomicie przyrządzone zakąski, bufet firmy J. Radzymiński ma od dawna ustaloną w Lublinie opinię. Na śniadanko niedzielne stale przygotowywane są potrawy sezonowe. Ci co w jedną z ostatnich niedziel odwiedzili tę firmę zajadali się znakomitemi flaczkami, wolewanikami, rakami, móżdżkiem lub pulardą, bażantami i zającami. W miarę rozpoczynania się chłodów coraz większym powodzeniem cieszy się aromatyczny krupnik litewski i wino grzane z korzeniami19.


Krakowskie Przedmieście 56 – kawiarnia Rutkowskiego

Henryk Gawarecki:
W 1900 roku w gmachu Kasy Przemysłowców Lubelskich przy Krakowskim Przedmieściu 56 otworzył okazałą cukiernię z bilardami W. Rutkowski. Posiadał on jeszcze filię na tej samej ulicy pod numerem 32. Nazwa firmy przetrwała do roku 1939, mimo że w okresie międzywojennym właścicielami jej stali się cukiernicy warszawscy B. Trzciński i E. Szulecki20.

Mirosław Derecki:
Punkt był znakomity, w samym sercu miasta, przy głównym trakcie spacerowym. Część chodnika przed cukiernią Rutkowskiego, między kolumnadą wejściową a rogiem Krakowskiego Przedmieścia i ul. Kołłątaja, zajmowała ogromna weranda z przeszklonym dachem, wspierającym się na żelaznych, zdobnych w misterny secesyjny ornament słupach. Pomiędzy słupami wisiały żelazne kosze z donicami pełnymi kwiatów. Na werandzie stały żelazne stoliki z marmurowymi blatami i pomalowane na biało fotele21.

Konrad Bielski:
Dyskusje nasze – najczęściej prowadziliśmy „u Rutka”. [...] Rutkowski dawno już nie żył, interes przechodził z rąk do rąk, ale zawsze się mówiło „u Rutka”. Wyszynku w tym lokalu nie było, tylko czarna kawa, obrzydliwa lura o niewyraźnym smaku i nieosobliwe ciastka. Smakowały one bez zastrzeżeń tylko Czechowiczowi, który był słynnym łakomczuchem i leciał na słodycze. Czasem gdyśmy się zagadali, Józio korzystając z okazji potrafił skonsumować całą partię ciastek przygotowaną dla większej liczby osób22.

To u „Rutkowskiego” pracował pan Aleksander, kelner, którego tak wspomina Konrad Bielski:
Pana Aleksandra znał cały Lublin i on znał wszystkich. Jak ja go pamiętam, to już był człowiekiem niemłodym, średniego wzrostu, znacznej tuszy, łysawym, z małym, czarnym wąsikiem. To była chodząca kronika Lublina. Lubił swój zawód, lubił kawiarnię, a przede wszystkim swoich gości. Znał ich upodobania, kaprysy, znał też stosunki rodzinne i cechy charakteru. Wzruszająca była jego pamięć o imieninach swych ulubionych klientów. W ten dzień każdy z nas bez zamawiania otrzymywał małą kawę i dwa ciastka. To był imieninowy prezent od pana Aleksandra. Cieszył się powszechną sympatią i szacunkiem. W kawiarni posiadał pewien przywilej: żaden z kelnerów, jeśli nawet miał na imię Aleksander, nie miał go prawa używać i przybierał na czas pracy inne. Aleksander mógł być tylko jeden23.

O charakterze „Rutka” mówi tekst prasowy, jaki ukazał się w „Głosie Lubelskim” po przeprowadzonym w lokalu remoncie podczas wakacji 1932:
Cukiernia „Zjednoczonych Cukierników Warszawskich” popularnie Rutkiem zwana, od 30 z górą lat jest ulubionym miejscem spotkań i rozrywki inteligencji naszego miasta. Piękny ten i w znakomitym punkcie położony lokal predystynowany jest na reprezentacyjną cukiernię Lublina, z której powinniśmy być dumni. [...] Otwarcie sezonu zimowego nastąpi dzisiaj o godz. 13 w południe tradycyjnym porankiem muzycznym. Inowacją jest wprowadzenie dancingu od godz. 9 do 12 w nocy, jak również specjalna czytelnia dla Gości24.

Róża Fiszman-Sznajdman:
Uwagę przyciągała zawsze cukiernia Rutkowskiego swoim eleganckim lokalem, dobrymi ciastkami, lodami, kawą, herbatą lub lemoniadą. Zimą „wybrańcy”, którzy mogli pozwolić sobie na ten luksus, siedzieli wewnątrz lokalu, latem niektórzy z nich zajmowali miejsca na werandzie, pod ochroną szklanego dachu oraz... ogrodzenia. Bezrobotna młodzież, spacerująca tam i z powrotem, nie mogła pozwolić sobie, by usiąść przy stoliku, coś zamówić i odpocząć po wielogodzinnych marszach. Przed cukiernią Rutkowskiego, podobnie jak przed Bramą Krakowską, umawiały się zakochane pary. Przed lokalem umawiali się także ludzie, którzy nigdy nie przekroczyli progu cukierni25.

W „Życiu Lubelskim” z 1935 roku, w niepodpisanym felietonie Pan Doktór poświęconym w całości doktorowi Biernackiemu, jest również fragment o kawiarni Rutkowskiego:
Dziś często spotkać można naszego p. doktora w artystycznie odnowionej popularnej kawiarni. W tej kawiarni, w której nie było jeszcze wypadku, aby dwaj kelnerzy za tę samą ilość ciastek z „półczarnemi” policzyli gościowi jednakowe sumy w rachunku26.

A oto jeden z tekstów prasowych z roku 1938 zachwalających kawiarnię:
Nie ma bez wątpienia w Lublinie ludzi, którzy by nie znali Cukierni „Zjednoczeni Cukiernicy Warszawscy” (Krakowskie Przedmieście 56) tradycyjnie nazywanym „Rutkowskim”. Nawet przejezdnym, bawiącym w Lublinie zaledwie parę godzin, pozostaje w pamięci okazale przedstawiający się lokal z charakterystyczną werandą, będącą ulubionym, reprezentacyjnym niejako miejscem spotkań dla całego kulturalnego Lublina. Wśród stałych mieszkańców naszego miasta cukiernia „Zjednoczonych Cukierników Warszawskich” słynie niejako z wyśmienitej kawy dobrej orkiestry i miłego nastroju, ale znaną również jako źródło zakupu doskonałych wyrobów cukierniczych. Na specjalną uwagę zasługują wyborne pączki i faworki tej firmy, specjalnie aktualne w okresie karnawału, jako reprezentacyjny przysmak bufetu na każdej zabawie tanecznej i niezbędne urozmaicenie każdego przyjęcia27.

Obok „Rumby”, Semadeniego i „knajpy ojca Grudnia”, również kawiarnia Rutkowskiego była miejscem spotkań „Loży Wielkiego Uśmiechu”, o czym wspomina Józef Łobodowski:
Posiedzenia Loży odbywały się w dniach powszednich w niewielkiej cukierni Semadeniego [...], w niedzielę i święta u Rutkowskiego28.


 

 

 

Przypisy

1 Józef Czechowicz, Listy…, s. 95.
2 Por. „Express Lubelski i Wołyński”, 13 maja 1939, s. 3.

3 Tamże, s. 3. s. 156.
4 Bronisława Kołodyńska-Mossego, Wspomnienie o Józefie..., [w:] Spotkania z Czechowiczem…
5 Por. „Express Lubelski”, 12 lutego 1933, s. 4.
6 Jenne Polonaise [Józef Czechowicz], To jest tam „Kurier Lubelski” nr 214, 5 maja 1932, s. 3.
7 Józef Czechowicz, Słowa o Lublinie..., [w:] tenże, Koń rydzy…, s. 343.
8 Czesław Bobrowski, Wspomnienia ze stulecia, Lublin 1985, s. 29–30.
9 Jerzy R. Krzyżanowski, Dekady, Lublin 2006, s. 16, 23–24.

10 Józef Czechowicz, Notatki pamiętnikowe 1920 roku, [w:] tenże, Koń rydzy..., s. 379.
11 Por. „Express Lubelski i Wołyński”, 11 października 1936, s. 4.
12 Józef Łobodowski, Czerwona wiosna, Londyn 1965, s. 125.
13 Mirosław Derecki, Na gastronomicznym szlaku, [w:] tenże, Weekend wspomnień, Lublin 1998, s. 81–82.
14 Konrad Bielski, Most nad czasem, Lublin 1963, s. 259–260.
15 Mirosław Derecki, Na gastronomicznym..., [w:] tenże, Weekend wspomnień, s. 76–77.
16 Olbrzymi dzik w Lublinie, „Ziemia Lubelska” nr 6, 6 stycznia 1928, s. 6.
17 Radzymiński, „Express Lubelski i Wołyński”, 22 sierpnia 1933, s. 4.
18 Gdzie na rybkę, „Express Lubelski i Wołyński”, 10 kwietnia 1936, s. 4.
19 Lubelskie śniadanka, „Express Lubelski i Wołyński ”, 15 listopada 1936, s. 4.
20 Henryk Gawarecki, O dawnym Lublinie, Lublin 1974, s. 101.
21 Mirosław Derecki, Na ciastka „do Chmielewskiego”, [w:] tenże, Weekend wspomnień, s. 102–103.
22 Konrad Bielski, Most…, s. 243.
23 Tamże, s. 243.
24 Cukiernia „Rutka” zmodernizowana, „Głos Lubelski” nr 264, 25 września 1932, s. 7.
25 Róża Fiszman-Sznajdman, Mój Lublin, Lublin 1989, s. 195.
26 Pan Doktór, „Życie Lubelskie” nr 11, 11 września 1935, s. 3.
27 Parę słów o „Rutku”, „Express Lubelski i Wołyński”, 5 stycznia 1938, s. 4.
28 Józef Łobodowski, Dusze chce łowić..., „Kresy” 1992, nr 9/10, s. 167.