Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

„Pod Zegarem” – siedziba gestapo w Lublinie

Siedziba Komendy Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa przy ulicy Uniwersyteckiej 3, zwana przez społeczeństwo miasta domem „Pod Zegarem”, zajmuje w historii Lublina i regionu z lat 1939–1944 szczególne miejsce. Przez cały okres okupacji słowo „zegar” wzbudzało w mieszkańcach dreszcz grozy. Znaczyło dla nich to samo, co dla warszawiaków aleja Szucha, ulica Pomorska dla krakowian, czy „Palace” dla mieszkańców Zakopanego i Podhala.

 

Spis treści

[RozwińZwiń]

Budynek i cele

Dawny gmach Urzędu Ziemskiego został wybudowany w 1930 roku. Był to budynek trzypiętrowy, nowocześnie wyposażony. Przed wojną w jego pomieszczeniach pracowało 150 urzędników stałych i około 100 pracowników sezonowych. W gmachu znajdowały się także mieszkania służbowe. Sutereny mieściły kotłownie i duże piwnice na węgiel.
Z chwilą przejęcia gmachu przez gestapo w roku 1940, jego wnętrze zostało przebudowane i dostosowane do zadań i potrzeb Geheime Staatspolizei. Parter i piętra zostały przeznaczone na biura, gdzie m.in. przeprowadzane były przesłuchania, natomiast piwnice od strony ulicy Uniwersyteckiej przebudowano, tworząc w nich cele więzienne. Było ich łącznie 14, w tym trzy ciemnice; ponadto znajdowało się pomieszczenie dla wartowników pełniących służbę w podziemiach. Większość cel położona była wzdłuż jednej ściany korytarza od ulicy Uniwersyteckiej. Oznaczone były one numerami: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11 i D-1 (Dunkellzelle-1) czyli ciemnica; była to bardzo mała cela, szerokość jej wynosiła około 75 cm. Dwie z wymienionych cel przeznaczone były dla kobiet. Wielkość tych cel była prawie jednakowa: długość 340 centymetrów, szerokość 279 centymetrów, wysokość 238 centymetrów.
Po drugiej stronie korytarza od strony podwórza, naprzeciwko celi nr 6 znajdowała się duża cela – nr 12. Naprzeciwko cel 4 i 5 położona była druga ciemna cela, niemal trzykrotnie większa od tej, która znajdowała się od strony ulicy Uniwersyteckiej. Miała wymiary 200 x 275 x 238 centymetrów. Do krótszej ściany dużej ciemnicy przylegała najmniejsza dunkellzelle będąca raczej załomem muru, w której przebiegały rury kanalizacyjne i wodociągowe. Kapiąca z tych rur woda była dla zamkniętych tam ludzi dodatkowym elementem tortur.
Wszystkie ciemnice pozbawione były okien, miały szczelnie zamknięte drzwi. W odróżnieniu od ciemnic w pozostałych dwunastu celach usunięto drzwi, zastępując je kratami. Pozwalało to wartownikom prowadzić ciągłą obserwację więźniów. Cele miały wprawdzie okna, ale zostały one zasłonięte od zewnątrz deskami, które dodatkowo przysypano ziemią, odcinając w ten sposób dopływ nie tylko do światła, ale i powietrza. Podłogę cel stanowiła posadzka betonowa. W celach nie było światła. Jedynym oświetleniem podziemi były dwie żarówki palące się na korytarzu przez cały czas, bez względu na porę dnia czy nocy. We wszystkich pomieszczeniach panował półmrok. Podziemia, pomimo instalacji centralnego ogrzewania, nie były ogrzewane. Brak dopływu świeżego powietrza i niska temperatura sprawiały, że panowała tu wilgoć i zaduch.
Jan Wijakowski, były więzień, tak wspomina pierwsze wrażenia, jakich doznał, gdy znalazł się „Pod Zegarem”: „[…] wszedłem do podziemi, w których przedstawił mi się następujący obraz: przede wszystkim uderzył mnie odór zepsutego powietrza i zapach świeżej krwi ludzkiej, oraz trudne do wytłumaczenia jęki […]. Gestapowiec, który mnie przyprowadził, rozkazał mi wejść do jednej z otwartych cel […]”.
Wyposażenie cel trudno nawet nazwać skromnym. Stanowiła je bowiem ławka lub nary przymocowane do ścian. Ciemnice pozbawione były jakichkolwiek sprzętów. W podziemiach, poza celami, w oddzielnych pomieszczeniach znajdowały się „umywalnia”, której rolę spełniało blaszane koryto długości około 2 metrów oraz ubikacja. Jednak nawet z tej namiastki urządzeń sanitarnych więźniowie mogli korzystać jedynie za zgodą wartownikow pracujących w podziemiach.

Przesłuchania i tortury

Przez cały okres okupacji podziemia gestapo przy ulicy Uniwersyteckiej 3 zapełniali ludzie przywożeni na przesłuchania, bądź z więzienia na zamku, bądź z miejsca aresztowania. Trafiali tu zarówno mężczyźni, jak i kobiety, różnych zawodów i w różnym wieku. Nawet dzieci trafiały do katowni gestapo.
Codziennie rano między godziną 6 a 7 przyjeżdżała z zamku karetka konna, którą przywożono więźniów na przesłuchania. Transportowano ich także samochodami lub przyprowadzano pieszo. Ponieważ przesłuchania rozpoczynały się zazwyczaj około godziny 9, więźniowie po przybyciu na Uniwersytecką osadzani byli w podziemiach, gdzie oczekiwali na wezwanie. W ciągu dnia w jednej celi przebywało po kilka osób. Zamknięci w mrocznych celach poddani byli pierwszej z całego arsenału tortur. Docierały tu, mimo grubych murów, pełne grozy, bólu i rozpaczy krzyki przesłuchiwanych. „W celi na przestrzeni 1,5 metra na 2 – wspomina Jan Wijakowski – zakratowanej przy wejściu drutami żelaznymi (jak klatka dla dzikich zwierząt) znajdowało się czterech mężczyzn […]”. Dzień cały spędzało się w nieludzkim strachu przed kaźnią, jaką co chwila otrzymywali towarzysze niedoli. Co chwila przychodzili z góry oprawcy, wywoływali nazwiska z cel, już tu bijąc i kopiąc bezlitośnie, pędzili na górę na badania. Godziny poranne nie były jedyną porą, kiedy przywożono na Uniwersytecką. Niejednokorotnie wprost z miejsca aresztowania, bez względu na porę, w jakiej nastąpiło, zatrzymani trafiali na przesłuchania.
Różnie kształtował się czas pobytu więźniów w celach „Pod Zegarem”. Słuszne wydaje się przyjęcie podziału na następujące grupy:
– więźniowie, którzy „Pod Zegarem” byli tylko raz,
– więźniowie, którzy trafiali na Uniwersytecką kilka razy w pewnych odstępach czasu,
– więźniowie, których jednorazowy pobyt był długi.
Więźniowie pierwszej grupy, po przesłuchaniu, wieczorem około godziny 17–18 odwożeni byli na zamek, by już więcej na Uniwersytecką nie powrócić. Druga grupa to ci, którzy przywożeni byli na badania po kilka lub kilkanaście razy w różnych odstępach czasu. Kolejna grupa więźniów to ci, którzy w celach „Pod Zegarem” przebywali jednorazowo dłużej – kilka dni, kilka tygodni, a nawet miesięcy. Należy ponadto pamiętać, że jednorazowy dłuższy pobyt wcale nie wykluczał kilkakrotnych powrotów do gestapo. Przesłuchania prowadzone były na II i III piętrze gmachu, w poszczególnych referatach gestapo. Prowadzili je przeważnie tzw. referenci przy pomocy tłumaczy. W sprawach poważniejszych kierownicy referatów. Do rzadkości należały przesłuchania bez bicia. Tryb badań był zazwyczaj podobny. Jednakowo traktowani byli mężczyźni i kobiety, starsi i młodsi. Badający rozpoczynali zazwyczaj spokojnie od pytań o dane personalne. Potem, jeszcze spokojnie, padała propozycja przyznania się do stawianych zarzutów. Chodziło zazwyczaj o przynależność do organizacji konspiracyjnej. Gdy przesłuchiwany przeczył stawianym zarzutom, metody zmieniały się, gestapowcy przystępowali do bicia, którym chcieli zmusić badanego do zeznań. Metody tortur były różnorodne. Jak wynika z zeznań byłych więźniów, w stosowaniu ich gestapowcy przyjęli swoiste stopniowanie. Rozpoczynało się zazwyczaj od bicia po twarzy. Gdy przesłuchiwany po silnym uderzeniu tracił równowagę i padał na podłogę, oprawcy próbowali zmusić go do powstania kopniakami. Bicie po twarzy było tylko wstępem do tortur. […] W arsenale tortur, jakie stosowali gestapowcy […], znajdował się zarówno średniowieczny sposób wbijania szpilek pod paznokcie, jak i nowoczesny za pomocą prądu.
Były więzień zamku, a przy tym lekarz szpitala więziennego dr Andrzej Bonikowski, wspomina m.in. o jednym ze współwięźniów: „Po pierwszym przesłuchaniu przywieziono go na zamek w strasznym stanie. Od pleców po pięty był tak zbity, że na wierzchu były żywe mięśnie. Mimo to nie załamał się. Gdy zaleczyliśmy mu rany, znowu gestapo zabrało go na przesłuchania. Wrócił znowu do szpitala, ponownie miał na ciele potworne rany. Znowu wyleczony, został po raz trzeci wzięty na Uniwersytecką. Jak potem mówił, zastosowano wobec niego najbardziej wyrafinowane tortury. Zastosowano wstrząsy elektryczne, podczas których ból głowy jest nie do zniesienia”. Tortury, jakim poddawani byli więźniowie podczas przesłuchań, obawa przed załamaniem i wydaniem na takie same męki współtowarzyszy, stawały się przyczyną kroków desperackich, ale i bohaterskich.
Rezultatem tortur stosowanych podczas badań na Uniwersyteckiej były niejednokrotnie ciężkie obrażenia. Finałem pobytu „Pod Zegarem” była niemal każdorazowo wizyta w ambulatorium szpitalnym, a często długie leczenie w szpitalu więziennym. Sanitariuszka tego szpitala, Janina Margasińska, wspomina, że niektórzy więźniowie niejednokrotnie przez kilka tygodni po przesłuchaniu nie mogli na skutek pobicia stać, chodzić ani leżeć. Dziennie wykonywała około 40–50 opatrunków ciężko pobitym w gestapo więźniom.

Ofiary tortur

Wśród tych, którzy znaleźli się „Pod Zegarem” byli tacy, którzy nie przeżyli zadanych tortur. Jedni zostali po prostu zakatowani przez oprawców, inni zmarli na skutek odniesionych ran i obrażeń. Te ofiary bestialskich mordów przewożono na zamek w papierowych workach. Tam lekarz więzienny odnotowywał zgon, którego przyczynę musiał określić: osłabienie serca, anginę, grypę, czy też inną z chorób. Nie mógł podać prawdziwej przyczyny zgonu. Jak podaje jeden ze strażników polskich, Piotr Malesza, w okresie od początku 1942 do lipca 1944 roku przywieziono w tych workach około 200 więźniów zamordowanych podczas przesłuchań, w tym kilka kobiet.
Dom „Pod Zegarem” do samego końca okupacji Lublina był miejscem gehenny więźniów zamku. Ostatni z nich przechodzili tortury w dniu 20 lipca 1944 roku, gdy niemal u bram miasta stały wojska radzieckie i polskie.
 

Tekst Aliny Gałan pochodzi z rozdziałów Cele „Pod Zegarem" i Przesłuchania w siedzibie gestapo „Pod Zegarem" książki Hitlerowskie więzienie na Zamku w Lublinie 1939–1944, pod redakcją Zygmunta Mańkowskiego.
 
 
Zredagował Tadeusz Przystojecki

 

Literatura

Mańkowski Z. [red.], Hitlerowskie więzienie na Zamku w Lublinie 1939–1944, Lublin 1988.