Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ochronka żydowska - świadectwa pisane

Spis treści

[RozwińZwiń]

Kobieta w futrze. Anna Langfus

(Fragment ostatniego tekstu Anny Langfus, napisanego przez nią na podstawie wywiadu jakiego udzieliła ORTF [Francuski Urząd Radiofonii i Telewizji] w 1962 roku. Opublikowany w 1971 roku w specjalnym numerze pisma "L'Arche" zatytułowanym Judaisme et littérature. Tłumaczenie z j. francuskiego - Hanna Abramowicz)

"Pierwsze oblicze śmierci ofiarowane mi przez wojnę było wzruszająco piękne. Oblicze to mieszało się z obliczem miłości – miłości, przez którą wszystko staje się proste i naturalne, przez którą śmierć staje się prosta i naturalna.

Tego dnia, pod koniec zimy – było to w 1941 roku [właśc. 1942 - przyp. red.] – przechadzałam się po polach otaczających nasze miasto. Weszłam na niewielkie wzgórze i oglądałam stamtąd ziemię uśpioną pod niskim niebem, do którego ociężałe gawrony daremnie próbowały dolecieć. To samo niebo, te same gawrony, tę samą ziemię, które widziałam każdej zimy.

W oddali pojawiła się jakaś grupa, a jakiś czas potem, gdy była już bliżej, dostrzegłam dzieci w parach. Obok nich szła kobieta w futrze, a towarzyszyli im esesmani z karabinami w rękach. Byli jeszcze daleko, gdy zatrzymali się – wiatr nie donosił do mnie żadnego odgłosu. Wszystko działo się bardzo szybko, jak w niemym filmie.

Kobieta ustawiła dzieci wzdłuż rowu, który musiał być wcześniej przygotowany. Podchodziła od jednego dziecka do drugiego, podnosiła kołnierze, poprawiała wełniane czapki. Dzieci podały sobie ręce. Chodziła przed nimi tam i z powrotem, żwawa, szybka, i chociaż nie mogłam dostrzec jej twarzy, wydawała się radosna. Odgadywałam, że cały czas coś mówi. Esesmani też się ustawili, w pewnej odległości. Wtedy kobieta zrobiła ostatnie okrążenie i zobaczyłam, jak nad każdym dzieckiem się pochyliła. Potem stanęła na jednym z końców szeregu. Rozpięła futro i gestem, którego nigdy nie zapomnę, opuściła je do stóp. Wydawała się teraz mniejsza, zbliżona do tych dzieci. Wzięła za rękę ostatnie dziecko w szeregu. Długo, bardzo długo, widziałam, jak grzecznie stoją, równiutko, a oni byli już w rowie, jedni na drugich, pomieszani, nadal widziałam, jak podają sobie ręce, jak gdyby czekali na sygnał do zabawy. Później dowiedziałam się, że byłam świadkiem egzekucji żydowskiego sierocińca. Kobieta w futrze, zajmująca się sierotami, odmówiła rozłąki z dziećmi.

Oczywiście potem widziałam spektakle jeszcze okropniejsze, sama też zajęłam miejsce w szeregu tych, których miano rozstrzelać, byłam świadkiem śmierci moich bliskich. Są to jednak rzeczy, o których mówi się z trudem. Są to rzeczy, o których należy mówić z dyskrecją, ze skromnością. I niczego nie można opisać, naprawdę, nie można nic prawdziwie opisać".

Cukierki i kawałki chleba. Akta sprawy Hermana Worthoffa

(Fragment z akt sprawy Hermana Worthoffa oskarżonego o udział w mordzie na dziecjich z ochronki. Źródło: Herman Worthoff/1976, Weisbaden NR 8 ks. 1/70, Główna Komisja Badania zbrodni Hitlerowskich w Polsce; Instytut Pamięci Narodowej, 2h /W/22 t. I. Tłumaczenie - Robert Kuwałek) 

"Na jednym z pięter Grodzkiej 11 były zebrane żydowskie sieroty. Po zajęciu miasta przez Niemców i utworzeniu Judenratu pomieszczenia tego domu zostały także przeznaczone na siedzibę Judenratu. (...) W sierocińcu na wiosnę 1942 roku znajdowały się dzieci od 2 lat i starsze. Dokładna liczba nie jest znana. Mogło to być 100 albo więcej dzieci. Podczas drugiej fazy wysiedlenia z getta, na początku kwietnia 1942 roku na rozkaz Globocnika sieroty zostały zabrane z miasta i rozstrzelane w przygotowanych grobach.

Pewnego popołudnia do budynku Judenratu podjechały 2 ciężarówki i samochody osobowe. W nich byli Worthoff, dr Szturm i Knicki. Oskarżony (Worthoff) zawołał sekretarza Rady Judenratu Dawida Hohgenmajera, który został wywołany przez Knickiego i powiedział mu, że dzieci z sierocińca zostaną wywiezione. Dzieci opuściły dom w ten sposób, trzymając się pod rączki po dwoje dzieci. Patroni Szpiro i Wolman rozdawali cukierki albo kawałki chleba dzieciom, żeby je uspokoić. Kilku Żydów, którzy to obserwowali płakało. Oskarżony nadzorował załadunek dzieci. Dzieci z sierocińca zostały załadowane do ciężarówki stojące przed domem na Grodzkiej 11 albo niedaleko w odstępach za Bramą Grodzką. I zostały zabrane na południowe peryferia Lublina w pobliże ulicy Łęczyńskiej. Tu zostały w przygotowanych grobach rozstrzelane i pogrzebane. Nie można tego ustalić, czy oskarżony także uczestniczył w rozstrzelaniu. Oskarżony wiedział, jako nadzorujący transport dzieci, że zostaną wszystkie rozstrzelane. Jedno z dzieci, 12-letnia dziewczynka o imieniu Donia ukryła się i udało się jej uciec. Wróciła następnego dnia zszokowana i obdarta do getta i opowiedziała Judenratowi m.in. świadkowi Rapaport (Sarze Rapaport, siostrze Idy Gliksztajn - przyp. red.) urywkami i chaotycznie jak to się odbyło."

Te krzyki docierały aż do samego nieba. Hersz Feldman

(Fragment wspomnienia Hersza Feldmana pt. Od Majdanu do Dachau [w:] Księga Pamięci Lublina, Paryż 1952, s. 4222. Tłumaczenie - Robert Kuwałek)

"Po dniu Purim o 4 rano pod budynek Gminy podjechały samochody ciężarowe. Z samochodów wyskoczyli esesmani. (...) Esesmani rozbiegli się po wszystkich pokojach i wygnali wszystkie dzieci na ulicę. Małe dzieci w wieku od 3 do 4 lat, które jeszcze leżały w łóżeczkach zostały zabrane w samych koszulkach. W takich ubrankach zostały wyrzucone na zimno, wilgoć i śnieg. Dzieci płakały. Starsze dzieci krzyczały. Te krzyki docierały aż do samego nieba. Niemcy załadowali wszystkie dzieci na samochody ciężarowe. Dwie opiekunki dzieci: panna Rachman i Henia Kuperberg nie chciały zostawić dzieci i dobrowolnie dołączyły do nich, by być z nimi do końca. Wszystkie dzieci razem z nauczycielkami zostały zabrane w okolice Majdanu Tatarskiego, gdzie już były wykopane doły. I tam wszystkie zostały zamordowane.

Polacy, którzy tam mieszkali, opowiadali później, w jaki sposób te dzieci zostały zamordowane. Na maleńkie dzieci Niemcy żałowali kul – uderzali tylko w główkę i w zasadzie żywe dzieci zostały pochowane".

Dzielna opiekunka. Jostef Achtman

(Fragment wspomnienia Josefa Achtmana pt. Żydowski Lublin, [w:] Księga pamięci Lublina (Sefer Zikkaron Lublin), Tel Aviv 1957. Fragment opublikowany także w „Scriptores” nr 1, 2003, s. 78.)

"Kilka kroków dalej, przy ulicy Grodzkiej, naprzeciwko domu Mosze Zalmana stał budynek, w którym mieścił się żydowski dom sierot, zwany „Ochronką”. Była ona, podobnie jak szpital, przepełniona i wciąż miała kłopoty finansowe. Dla poprawienia sytuacji materialnej tego typu instytucji organizowano charytatywne koncerty, występy i projekcje filmowe. Dzięki takim akcjom dom sierot przy Grodzkiej mógł funkcjonować przez szereg lat. Początkowo dyrektorem sierocińca była pani Tojwenfeld, a później zastąpiła ją jej przyjaciółka – Hania Kuperfeld, kobieta niezwykle oddana swej pracy. Została ona zamordowana przez Niemców w 1941 roku wraz z jej podopiecznymi, dziećmi i starcami, na Woli Kalinowszczyźnie. Hitlerowcy na oczach Hani zabijali dzieci a ją samą zamordowali na końcu".

Samotne krzesło nad zbiorowym grobem. Wacław Gralewski

(Fragment eseju Wacława Gralewskiego pt. Cień serca, [w:] Pięść Herostratesa, Lublin 1958, s. 94-95.)

"Któregoś dnia, w parę tygodni po rozpoczęciu likwidacji, otrzymałem niezwykłą informację. Niemcy zlikwidowali w godzinach rannych sierociniec żydowski, w którym znajdowało się około dwustu dzieci do lat dziesięciu. 

Egzekucja miała przebieg niezwykły. W okolicę rzeźni miejskiej przywieziono samochodami sieroty, które wpędzono w ogrodzenie przeznaczone na spęd bydła. Kilkunastu gestapowców z pistoletami maszynowymi stanęło w pobliżu. Na krzesełku specjalnie przywiezionym i ustawionym obok dużego i głębokiego rowu usiadł wykonawca z rewolwerem w ręku. Trzech sterroryzowanych starców żydowskich podprowadzało kolejno do kata płaczące i wzywające ratunku dzieci (...).

Wspomnienia chemika. Edward Soczewiński

(Fragment wspomnienia Edwarda Soczewińskiego pt. Wspomnienia chemika, [w:] Wspomnienia dawne i niedawne. 60 lat nauczania medycyny w Lublinie, Lublin 2004.)

"W dniu 4 września 2003 roku obchodziłem moje 75 urodziny; jest to właściwa pora, aby spisać wspomnienia. Z konieczności będą one fragmentaryczne, stanowiąc jak gdyby mozaikę odzwierciedlającą moje życie.

Pierwszy mój kontakt z chemią nastąpił w 1942 roku. Był to ponury okres, kiedy rozpoczęła się planowana eksterminacja Żydów. Bezpośrednio zetknąłem się z tą działalnością pod koniec marca owego roku. Koło południa usłyszałem strzały na terenie pobliskiego przedmieścia Tatary; rozeszła się pogłoska o rozstrzelaniu dzieci żydowskich. Z matką poszliśmy na teren egzekucji (obecnie okolice skrzyżowania ul. Łęczyńskiej i Kresowej). Zastaliśmy na niezamieszkałym terenie dół, w którym spod piasku widoczne były częściowo zasypane zwłoki dzieci – bose nogi, ostrzyżone głowy. Jak po wojnie dowiedziałem się, były to dzieci z żydowskiego sierocińca, ponad sto. Odeszliśmy, gdyż zbliżali się dwaj niemieccy żołnierze; zajrzeli do dołu, pośmiali się i ... oddalili (...)."

Dzieci jak przedmioty. Symcha Turkieltaub

(Wspomnienie Symchy Turkieltauba)

"Widziałem jak w marcu 1942 r. Lell wraz z innymi gestapowcami zabierał dzieci żydowskie z sierocińca przy ul. Grodzkiej 11, (...) Lell rzucał dzieci na samochód, jakby to były martwe przedmioty. Było wtedy zimno, a dzieci ubrane były tylko w koszulkach. (...) Wiadomo mi, że dzieci zostały zamordowane przy ul. Łęczyńskiej na polu".