Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Obóz zagłady w Bełżcu

Obóz zagłady w Bełżcu został zlokalizowany na styku trzech dystryktów: lubelskiego, krakowskiego oraz Galicja, przy trasie kolejowej łączącej Lublin ze Lwowem. W niedużej odległości od Bełżca znajdowała się Rawa Ruska, która stanowiła ważny węzeł komunikacyjny. Niemcy szacowali, iż teren tych trzech dystryktów zamieszkuje co najmniej 1 mln Żydów. Bełżec stał się pierwszym obozem zagłady akcji „Reinhardt”, będący obozem eksperymentalnym.

 

Spis treści

[RozwińZwiń]

Przygotowania do powstania obozu zagłady

Decyzja o budowie obozu zagłady w Bełżcu zapadła najprawdopodobniej na przełomie września i października 1941 r. i była skutkiem uzgodnień pomiędzy Reichsführerem SS Heinrichem Himmlerem i Dowódcą SS i Policji w dystrykcie lubelskim Odilo Globocnikiem. Po uzgodnieniu lokalizacji pierwszego obozu zagłady, Globocnik zlecił swojemu podwładnemu SS-Hauptsturmführerowi Hermannowi Höflemu dobór właściwych osób do realizacji planu Zagłady Żydów. Rezultatem podjętych działań było wyselekcjonowanie 453 oficerów i podoficerów SS, którzy weszli w skład sztabu1. Ponadto w wyniku uzgodnień z Kancelarią Führera, podjęto decyzję o skierowaniu do obozów zagłady funkcjonariuszy zatrudnionych wcześniej przy realizacji programu „Eutanazja” (akcja „T4”), który polegał na mordowaniu osób niepełnosprawnych i chorych psychicznie. Pomiędzy jesienią 1941 r. a wiosną 1942 r. wysłano na Lubelszczyznę 92 funkcjonariuszy, zatrudnionych wcześniej przy realizacji akcji „T4”.

Pod koniec października do Lublina przybyli SS-Untersturmführer Johann Niemann, SS-Untersturmführer Josef Oberhauser oraz SS-Hauptsturmführer Gottfried Schwarz, którzy spotkali się z Dowódcą SS i Policji w dystrykcie lubelskim Odilo Globocnikiem, po czym udali się do Bełżca. Dołączył do nich najprawdopodobniej SS-Hauptsturmführer Richard Thomalla z Centralnego Zarządu Budowlanego SS i Policji w Lublinie. Zadaniem ich było nadzorowanie prac nad budową obozu zagłady w Bełżcu.

Decyzję o usytuowaniu obozu zagłady w Bełżcu, podjął najprawdopodobniej Globocnik. Miejscowość znajdowała się na styku trzech dystryktów: galicyjskiego, krakowskiego oraz lubelskiego. Jednocześnie przez miejscowość przebiegała główna linia kolejowa łącząca Lwów z Lublinem. Ponadto w niedalekiej odległości zlokalizowany był ważny – z punktu widzenia logistycznego – węzeł kolejowy w Rawie Ruskiej, przez który mogły przechodzić transporty z dystryktu krakowskiego. Niemcy znali ten teren już wcześniej, gdyż w 1940 r. funkcjonował tu przez kilka miesięcy obóz pracy dla Żydów. Dogodnym argumentem mogła być również istniejąca rampa kolejowa.

Pomimo wskazanych czynników, trudno jest ustalić dlaczego obóz usytuowany został zaledwie kilkaset metrów od zabudowań mieszkalnych. Niemcy przystąpili do budowy obozu w dniu 1 listopada 1941 r.

 

Budowa i topografia obozu

Budowę obozu zagłady w Bełżcu rozpoczęto w oparciu o plany przygotowane przez Centralny Zarząd Budowlany SS i Policji w Lublinie, nad czym pieczę sprawował Richard Thomalla. Budowę rozpoczęto na początku listopada 1941 r., a pierwszymi robotnikami, którzy zostali zatrudnieni byli mieszkańcy Bełżca oraz jeńcy sowieccy. Niemcy utworzyli z jeńców oddziały pomocnicze, szkolone w obozie w Trawnikach. Potocznie nazywano ich Hiwis, wachmanami, czarnymi, askarami, a Niemcy nazywali ich Trawnikimänner.

Powierzchnia obozu zajmowała obszar zaledwie 7.3 ha. Od strony zachodniej ograniczony był linią kolejową, od wschodniej urwiskiem oraz zadrzewioną skarpą, od południa lasem, zaś po stronie północnej granicę obozu wyznaczał zbudowany w 1940 r. rów przeciwczołgowy. Całość obozu otoczona była drutem kolczastym, w który wplecione były gałęzie, w celu jego zamaskowania. Ponadto na terenie obozu rozlokowane były wieże wartownicze.

Obóz został podzielny na dwie części: Lager I i II, zwane również odpowiednio dolnym i górnym, które były od siebie oddzielone drutem kolczastym z wplecionymi gałęziami, ograniczającymi widoczność. W części dolnej zlokalizowano rampę, na której przyjmowano transporty (bocznica kolejowa), główną bramę wjazdową, wartownię, baraki dla strażników ukraińskich (tzw. wachmanów), a także stację dentystyczną, fryzjernię, stołówkę i kuchnię, obsługujące Hiwis. W tej części odbywał się proces przyjmowania transportów oraz ich rozładunek. W obozie I zlokalizowane były baraki, w których mieszkali Żydzi zatrudnieni przy segregacji mienia po zamordowanych ziomkach oraz Żydzi wykonujący pracę w pralni i innych warsztatach specjalistycznych. W obozie dolnym zlokalizowano także barak magazynowy, w którym gromadzono zrabowane ofiarom mienie2.

Część górna była miejscem eksterminacji. To tu zostały zlokalizowane baraki rozbieralni, fryzjerni, komór gazowych oraz masowe groby. Pierwsze komory gazowe, które zostały zainstalowane były prymitywne, o czym świadczy zeznanie Stanisława Kozaka:

Prace rozpoczęliśmy 1 listopada 1941 r. od budowy baraków na terenie przyległym do bocznicy kolejowej. Jeden barak był tuż przy torze, miał 50 m długości i 12.5 m szerokości. Miała to być poczekalnia dla Żydów, którzy będą zatrudnieni w obozie. Drugi barak, 25 m długości i 12.5 m szerokości, miał być przeznaczony dla Żydów, którzy będą szli do łaźni [komory gazowej – J.Ch.]. Obok tego baraku pobudowaliśmy trzeci barak, o wymiarach 12 m długości, a 8 m szerokości. Barak ten był przedzielony na trzy części drewnianą ścianą, wobec czego każda część miała po 4 m szerokości, a 8 metrów długości. Wysokość tych części była 2 m. Wewnątrz ściany tego baraku zrobione były w ten sposób, że zbijaliśmy deski, a próżnię pomiędzy nimi zapełnialiśmy piaskiem. Ściany wewnątrz baraku były obite papą, a nadto podłogi i ściany do wysokości 1 m 10 centymetrów obite blachą cynkową. […] Od drugiego baraku do trzeciego prowadził kryty korytarz szerokości 2 m i 2 m wysokości oraz około 10 m długości. Przez ten korytarz wchodziło się do korytarza trzeciego baraku, skąd prowadziło troje drzwi do trzech części baraków. Każda część tegoż baraku w północnej swej części miała drzwi o wymiarach około 1 m 80 cm wysokości i 1 m 10 cm szerokości. Drzwi te, jak również drzwi korytarza były szczelnie obite gumą. Wszystkie drzwi w tym baraku otwierały się na zewnątrz. Drzwi były bardzo silnie zbudowane z trzech calowych brusów i zabezpieczone przed wyważeniem od wewnątrz baraku drewnianą zasuwą, którą wciskało się w dwa żelazne haki, specjalnie w tym celu zmontowane. […] Wzdłuż strony północnej wymienionego baraku była zrobiona z desek rampa na wysokości 1 m, a wzdłuż tej rampy był ułożony tor wąskotorówki, który prowadził do dołu wykopanego przez «czarnych», a znajdującego się w samym kącie granicy północnej i wschodniej obozu śmierci3.

W tej części zlokalizowano również baraki dla Żydów zatrudnionych w Sonderkommando, obsługującą ich kuchnię, jak również tzw. „lazaret”, gdzie dokonywano egzekucji.

Poza terenem obozu, od strony północnej, znajdowały się magazyny zrabowanego mienia (w starej lokomotywowni), w których segregowano mienie po zamordowanych. Procedury tej dokonywali więźniowie żydowscy. W niedalekiej odległości zlokalizowano administrację obozową i koszary załogi SS. Ulokowano je w dwóch murowanych budynkach przejętych od Dyrekcji Niemieckich Kolei Wschodnich (GEDOB), naprzeciwko stacji kolejowej. Po pewnym czasie dobudowano barak, w którym zakwaterowano m.in. Żydówki obsługujące Niemców. Poza obszarem obozu znajdował się niewielki bunkier ziemny, wykorzystywany jako areszt dla wachmanów ukaranych za niesubordynację.

Pierwszą fazę prac budowlanych zakończono w lutym 1942 r. Jeszcze tuż przed świętami Bożego Narodzenia na rozkaz komendanta obozu SS-Hauptsturmführera Christiana Wirtha z obozu zwolniono wszystkich Polaków, a na ich miejsce sprowadzono grupę ok. 150 Żydów z Lubyczy Królewskiej.

Przebudowę obozu przeprowadzono na przełomie czerwca i lipca 1942 r. i była ona bezpośrednio związana z rozkazem Himmlera, w którym wydał dyspozycję, aby Zagładę Żydów w Generalnym Gubernatorstwie przeprowadzić do końca grudnia 1942 roku. W tym czasie przebudowano komory gazowe, zwiększając ich wydajność. Jednocześnie dobudowano nowe baraki dla wachmanów oraz robotników żydowskich.

Deportacje

Deportacje do obozów zagłady były możliwe dzięki udostępnieniu przez Dyrekcję Niemieckich Kolei Wschodnich (GEDOB) taboru kolejowego. Były one traktowane jak transporty wojskowe. Zgodnie z porozumieniem zawartym między GEDOB i Głównym Urzędem Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA), RSHA zobowiązał się do pokrycia kosztów transportu do obozów zagłady (Bełżec, Sobibór, Treblinka). Zgodnie z cennikiem ustalonym przez GEDOB, dzieci do 4 roku życia były zwolnione z opłat, powyżej 4 roku życia opłata wynosiła połowę stawki jaką odprowadzano za osoby dorosłe. Wszelkie należności były regulowane z konta akcji "Reinhardt", na którym władze SS deponowały zrabowane Żydom pieniądze.

Pierwsze transporty

Pomiędzy listopadem 1941 r. a marcem 1942 r. obóz w Bełżcu był w budowie. W tym czasie m. in. polscy robotnicy cywilni postawili pierwszy prowizoryczny budynek komór gazowych. Nie przeprowadzano jeszcze procesu zagłady na masową skalę, niemniej miały miejsce gazowania doświadczalne. Pierwszymi ofiarami komór gazowych była grupa ok. 150 Żydów z pobliskiej Lubyczy Królewskiej, którą zastąpiono polskich robotników cywilnych.

Systematycznie transporty do Bełżca zaczęły napływać od 17 marca 1942 r., co wiązało się z rozpoczęciem akcji „Reinhardt”. Pierwsze transporty przybyły tego samego dnia z Lublina oraz Lwowa, w których przywieziono łącznie ok. 3 tys. Żydów. Zgodnie z wytycznymi szefa sztabu akcji „Reinhardt” Hermanna Höflego z 16 marca, obóz w Bełżcu mógł przyjmować dziennie 4–5 transportów po 1000 Żydów. Do końca marca transporty średnio liczyły ok. 1,5 tys. osób. Ich pojemność zwiększyła się w kolejnym okresie do 2–3 tys. Żydów, a czasami zdarzały się większe. Warunki panujące w wagonach były katastrofalne. Wagony nie były wyposażone w żadne instalacje sanitarne, a Żydom nie dawano wody ani jedzenia. Dodatkowo wagony były przepełnione, a w każdym znajdowało się nawet ok. 120 osób.

Transporty z dystryktów lubelskiego oraz Galicja

Równolegle z likwidacją getta na Podzamczu w Lublinie, eksterminacji podlegali Żydzi z mniejszych miejscowości w dystrykcie lubelskim. Transporty kierowano z Piask, Izbicy, Kraśnika, Zamościa, Lubartowa, Kraśniczyna czy Siennicy Różanej. Wiele miejscowości, z których w akcjach marcowych deportowano Żydów, pełniły funkcję gett tranzytowych. Opróżnienie ich z miejscowej ludności żydowskiej miało stworzyć miejsce dla przywożonych Żydów z zagranicy. W pierwszej kolejności wysiedleniu podlegały osoby starsze, chorzy oraz matki z dziećmi.

Równolegle z likwidacją getta lubelskiego, Niemcy przystąpili do częściowej eksterminacji Żydów lwowskich, w ramach której planowano wysiedlić 33 000 osób. Rozkaz w tej sprawie został wydany 7 marca 1942 r. Każda deportowana osoba mogła zabrać ze sobą bagaż o wadze do 25 kg oraz 200 zł. Ze Lwowa wysiedlono ok. 15 000 Żydów. Akcję zakończono 1 kwietnia 1942 r. W tym samym czasie deportacje objęły również zachodnie powiaty dystryktu galicyjskiego. W celu szybkiego przeprowadzania selekcji Niemcy wprowadzili podział na trzy kategorie: A – zatrudnieni w niemieckich instytucjach, B – zdolni do pracy oraz C – niezdolni do pracy.

W maju i czerwcu do Bełżca skierowane zostały transporty z dystryktu krakowskiego. Deportowano przede wszystkim Żydów z Dąbrowy Tarnowskiej, Krakowa oraz Tarnowa. Wysiedlenie zostało poprzedzone stemplowaniem kart pracy. Stempel otrzymywały jedynie osoby, które zostały przez Niemców uznane za zdolne do pracy. Akcje były przeprowadzane w sposób bardzo brutalny; Żydów poniżano, bito oraz strzelano do nich. W proces wyłapywania Niemcy zaangażowali Żydowską Służbę Porządkową.

 

Lato 1942 - nasilenie deportacji

Nasilenie akcji deportacyjnych do obozu zagłady w Bełżcu nastąpiło od lipca 1942 r., kiedy to zakończyła się przebudowa komór gazowych. Transporty kierowano z dystryktów galicyjskiego, krakowskiego oraz południowej części lubelskiego, a w szczególności z powiatów biłgorajskiego, janowskiego, krasnostawskiego oraz zamojskiego. Pomiędzy 10 a 25 sierpnia w getcie lwowskim została przeprowadzona akcja w trakcie, której deportowano ok. 40 000 osób. W tym okresie w transportach przywożono do Bełżca nawet 4000–6000 Żydów. Najliczniejszy transport przybył we wrześniu z Kołomyi. Znalazło się w nim 8205 osób z tej miejscowości, jak również Żydzi przypędzeni z Gwozdowa, Horodenki, Jabłonowa, Kosowa, Kut, Obertyna, Pieczenieżyna, Pistynia, Śniatynia, Wygody oraz Zabłotowa4. Nasilenie deportacji było związane również z rozkazem Himmlera, aby Zagłada Żydów w Generalnym Gubernatorstwie zakończyła się do 31 grudnia 1942 r.

Żydzi transportowani byli w wagonach bydlęcych, pozbawionych instalacji sanitarnej. Do każdego wagonu Niemcy wtłaczali nawet 120 osób. Warunki panujące w środku opisał Rudolf Reder, deportowany do Bełżca z getta we Lwowie w dniu 16 sierpnia:

Zaplombowali wreszcie wagony. Ściśnięci w jedna gromadę drżących ludzi, staliśmy ciasno, niemal jeden na drugim. Duszno, gorąco, byliśmy bliscy obłędu. Ani kropli wody, ani kruszyny chleba. O ósmej rano ruszył pociąg. Wiedziałem, że na lokomotywie palacz i maszynista to są Niemcy. Pociąg jechał prędko, nam jednak zdawało się, że bardzo powoli. Trzy razy pociąg zatrzymywał się: w Kulikowie, w Żółkwi, w Rawie Ruskiej. Prawdopodobnie przystanki potrzebne były dla regulowania ruchu kolejowego. Podczas przystanków gestapowcy schodzili z dachów wagonów i nie dopuszczalni nikogo do pociągu. Nie dopuszczali odrobiny wody, którą ludzie z litości chcieli podać przez małe zakratowane okienko mdlejącym z pragnienia. Jechaliśmy dalej, nikt nie odzywał się słowem. Byliśmy świadkami, że jedziemy na śmierć, że nie ma dla nas ratunku; apatyczni, bez jednego jęku. Wszyscy myśleliśmy o jednym: jak uciekać, ale nie było możliwości. Wagon w którym jechaliśmy, był całkiem nowy, okienko tak wąskie, że nie mogłem się przez nie przecisnąć. W innych wagonach zapewne można było wyważyć drzwi, bo co parę minut słyszeliśmy strzały w ślad za uciekającymi. Nikt do nikogo nic nie mówił, nikt nie pocieszał lamentujących kobiet, nikt nie przeszkadzał dzieciom szlochać. Wszyscy wiedzieliśmy: jedziemy na pewną i straszną śmierć […]5.

W przypadku deportacji z Generalnego Gubernatorstwa nie były tworzone imienne listy Żydów.

W trakcie załadunku osoby wpychane do wagonów były liczone przez wachmanów, a następnie liczbę zapisywano kredą na wagonie. Z biegiem czasu informacje o Bełżcu rozeszły się po różnych miejscowościach. Mniej więcej od jesieni 1942 r., Żydzi polscy zdawali sobie sprawę z losu jaki ich czeka, dlatego też liczne były przypadki prób ucieczki z transportu. Nieświadomi byli Żydzi zagraniczni, deportowani z gett tranzytowych. Niemcy zdawali sobie sprawę ze skali ucieczek, co wpłynęło na podjęcie decyzji o załadunku nagich Żydów, a dodatkowo wagony były wysypywane palonym wapnem. Miało to uniemożliwić ucieczki. Zatłoczenie wagonów oraz panujące w nich warunki, wpływały na duży odsetek przypadków śmiertelnych. Warunki panujące w wagonach opisał Tadeusz Misiewicz:

Niejednokrotnie miałem możność zauważyć, że ludzie wiezieni na teren obozu byli kompletnie nadzy. Widać było to przez wybite deski w wagonach towarowych. Niemcy zabronili podawać żydom, w wagonach transportowych wodę do picia. […] na stacji kolejowej Bełżec, to w jednym z wagonów wiozących żydów do obozu śmierci w Bełżcu, żydzi wyrwali deskę w wagonie przez który to otwór wychyliła się żydówka, wołając ratunku. Za to została uderzona w twarz przez żandarma niemieckiego z taką siłą, że rozbił jej twarz. Przez ten otwór widać było, że nadzy żydzi siedzieli na nagich trupach żydów, których ilość mogła wynosić ¼ wagonu6.

Zdecydowana większość Żydów trafiła do obozu w transportach kolejowych. Jedynie nieliczne grupy z pobliskich miejscowości przetransportowane zostały przy użyciu furmanek lub samochodów ciężarowych, ewentualnie przypędzone na piechotę.

Do obozu zagłady w Bełżcu nie były organizowane bezpośrednie transporty z zagranicy. Żydzi nie będący obywatelami polskimi trafiali do Bełżca z miejscowości wyznaczonych przez Niemców na getta tranzytowe, do których trafili wcześniej. Pochodzili oni z terenów Austrii, Rzeszy oraz Czechosłowacji. Plany obejmowały również deportowanie Żydów rumuńskich, na co w lecie 1942 r. wstępną zgodę wyraził przywódca Rumuni Ioan Antonescu. Transporty miały przybywać do dystryktu lubelskiego od grudnia 1942 r. W tym czasie opracowano nawet trasę, którą miałby pokonywać pociąg na linii Rumunia-dystrykt lubelski. Miała ona przebiegać przez Ploeşti-Czerniowce-Śniatyń. Sprzeciw różnych środowisk w Rumunii oraz groźby kierowane z zagranicy, wpłynęły na zmianę decyzji, pomimo nacisków ze strony Niemców7.

Deportacje do Bełżca zostały wstrzymane w połowie grudnia 1942 r. Ostatni transport przybył 11 grudnia z Rawy Ruskiej. Na decyzję o zamknięciu obozu zagłady nałożyło się kilka przesłanek, wśród których można wyróżnić zaniechanie przez stronę rumuńską deportacji własnych Żydów, komplikacje na froncie wschodnim, jak również problemy logistyczne z umiejscowieniem nowych masowych grobów na terenie obozu.

 

Mechanizm zagłady

Procedura przyjęcia na terenie obozu została opracowana przez komendanta obozu, Christiana Wirtha. Konieczne było utrzymanie w całkowitej tajemnicy funkcji, jaką miał spełniać obóz.

Osiągnięcie sprawności eksterminacyjnej w obozie zagłady, Niemcy przetestowali w lutym 1942 r. Wówczas zamordowano w komorach gazowych ok. 50 Żydów z Lubyczy Królewskiej. W okresie, gdy do obozu przywożono Żydów z likwidowanego getta w Lublinie prowadzono również eksperymenty, w których stosowano tlenek, dwutlenek węgla oraz kwas pruski. Metody wówczas zastosowane uznane zostały za zbyt kosztowne i postanowiono zainstalować silnik spalinowy.

Po przybyciu transportu na stację w Bełżcu następował podział składu kolejowego, gdyż jednorazowo wtoczonych na rampę mogło być nie więcej niż 20 wagonów. Pozostałe wagony zostawiano tymczasowo na bocznym torze w okolicy stacji, przy których wartę pełnili wachmani. Następowała także zmiana maszynistów z polskich na niemieckich. Po wprowadzeniu wagonów na teren obozu Żydzi, którzy byli zatrudnieni w Lagrze I wraz z SS-manami i wachmanami ukraińskimi uczestniczyli w rozładunku, który odbywał się bardzo szybko i w brutalny sposób. Tempo rozładunku wynikało z chęci ograniczenia do minimum możliwości ewentualnego oporu wśród ofiar, jak również musiała być utrzymana dzienna przepustowość.

Dokonywano wstępnej selekcji. Osoby starsze, chore oraz dzieci były prowadzone nad jeden z masowych grobów, w którym musiały położyć się twarzą do ziemi, a wybrani SS-mani dokonywali egzekucji strzałem w tył głowy. Miejsce to powszechnie było nazywane „Lazaretem”.

Do pozostałych Żydów przemawiał SS-man z załogi obozowej. Początkowo wykonywał to Christian Wirth, w późniejszym okresie Fritz Jirmmann. Potwierdzają to  wspomnienia Rudolfa Redera:

Zawsze przemawiał obłudnie Irrman [powinno być Jirmmann - J.Ch.] i zawsze to samo. Zawsze ludzie cieszyli się w tej chwili, widziałem tę samą iskrę nadziei w oczach ludzi. Nadzieję, że idą do pracy8.

Początkowo Żydzi wierzyli w słowa wypowiadane przez SS-mana, pomimo sygnałów jakie dochodziły do gett o tym, co dzieje się w Bełżcu.

„Przedsionek śmierci”

Na placu sąsiadującym z rampą personel SS rozdzielał Żydów na grupy kobiet i dzieci oraz mężczyzn. Znajdowała się tam również tabliczka, z której wynikało, iż na placu należało rozebrać się, pozostawić cały swój dobytek z wyłączeniem rzeczy wartościowych, dokumentów oraz butów, gdyż te rzeczy trzeba było oddać przed wejściem do „łaźni” w specjalnym okienku. W późniejszym okresie wybudowane zostały dwa baraki rozbieralni – oddzielny dla kobiet i mężczyzn. Ofiary dostawały w zamian numerek. Jako pierwsi do komór gazowych byli prowadzeni mężczyźni, co miało zminimalizować ewentualny opór. Zanim kobiety trafiły do komór gazowych więźniowie z komanda fryzjerów strzygli je. Ofiary były gnane do komór gazowych przez tzw. „śluzę” pod licznymi razami zadawanymi przez Hiwis oraz SS-manów. Mimo brutalnego traktowania, do samego końca ofiary były oszukiwane.

Żydzi byli pędzeni do budynku, a w trakcie wachmani i SS-mani bili ich pejczami. Wobec najbardziej opornych używano bagnetów. Tuż przed wejściem do budynku z komorami gazowymi jeden z SS-manów oświadczał, iż:

Nie stanie się wam nic złego! Musicie tylko głęboko oddychać w tych izbach, to rozszerza płuca. Ta inhalacja jest konieczna przeciw chorobom i epidemiom”, a na pytanie jaka czeka ich przyszłość padała odpowiedź: Naturalnie, mężczyźni muszą pracować, budować domy i szosy, ale kobiety nie potrzebują pracować. Tylko, jeżeli chcą, mogą pomagać w przedsiębiorstwie lub kuchni”9.

Bad und Inhalationsräume

W następujących słowach procedurę postępowania z Żydami opisał Edward Łuczyński, który słyszał o tym od Ukraińca odpowiedzialnego za obsługę instalacji do gazowania Iwana Własiuka:

Na ścianach baraków były napisy treści następującej: proszę się rozebrać, pójść do łaźni, wykąpać się i pójść odpocząć na słomie. Napisy takie były w językach niemieckim, żydowskim i polskim. Po wyładowaniu żydów z wagonów nakazano im rozebrać się i złożyć ubrania i kosztowności, na co dawano im kwity numerki, z którymi nago szli do baraku łaźni, skąd już nie wracali. Jak mi opowiadał czarny Wasiuk, który już nie żyje to on puszczał motor benzynowy, znajdujący się obok komory gazowej, w momencie gdy komora gazowa była zapełniona ludźmi. Gaz spalinowy od motoru przechodził rurami do komory gazowej, powodując uduszenie ludzi, znajdujących się w tejże komorze. Proces przebywania w komorze ludzi trwał około 20 minut. Po otwarciu drzwi zdarzało się, że niektórzy ludzie dorośli i dzieci żyły. Z dorosłych żył tylko ten, kto stał przy ścianie i miał twarz przy szczelinie w ścianie, przez które wchodziło powietrze, zaś z dzieci te, które leżały na ziemi. W tym wpadali czarni dobijali żywych ludzi. Trupów z komory gazowej wyciągali żydzi i wagonikami wąskotorowej kolejki przewozili do przygotowanych dołów. Następnie zmieniono wywlekanie trupów w ten sposób, że żydzi pasami chwytali za głowy trupów i wlekli do przygotowanych dołów, gdzie znów druga partia żydów układała je rzędami. Żydzi ciągnący trupy tworzyli koło, bowiem jedni ciągnęli trupy do dołu, a następnie wracali bez niczego do komory, skąd znów brali trupy ciągnąc ich do dołów. Uprzątnięcie trupów z komory zajmowało 15 minut czasu […]10.

Drzwi komór gazowych otwierały się na zewnątrz, co ułatwiało opróżnianie. Komory gazowe, które funkcjonowały do połowy czerwca 1942 r. były dość prymitywne i nieszczelne. Jednorazowo zamordować można było w nich ok. 450–480 osób. Zdarzało się, że wachmani w masowych grobach dobijali nieprzytomne lecz żywe osoby. Od połowy lipca funkcjonował nowy, murowany budynek komór gazowych z sześcioma pomieszczeniami, których pojemność zamykała się w granicach 4 tys. osób. Usytuowano je w odległości 100–150 m od rozbieralni. Budynek z komorami gazowymi połączony był z rozbieralnią tzw. „śluzą”. Wygląd murowanych komór gazowych opisał w swoich wspomnieniach Rudolf Reder: Budynek, w którym mieściły się komory był niewysoki, długi i szeroki, z szarego betonu, miał płaski dach kryty papą, a nad nim jeszcze jeden dach z siatki, pokryty zielenią. Z podwórka prowadziły do niego trzy schodki, szerokie na jeden metr, bez poręczy. Z frontu budynku zamieszczony był duży wazon z różnokolorowymi kwiatami. Na ścianie wypisano czytelnie i wyraźnie: „Bad und Inhalationsräume” (Łaźnia i pomieszczenia inhalacyjne). […] Komory były zupełnie ciemne, bez okien i całkiem puste. W każdej komorze widoczny był okrągły otwór, wielkości kontaktu elektrycznego. Ściany i podłogi komory były z betonu. I korytarz, i komory były niższe niż normalne pokoje, miały nie więcej niż dwa metry wysokości. Na przeciwległej ścianie każdej komory były drzwi również do przesuwania, szerokie na dwa metry, którymi wyrzucano po uduszeniu zwłoki ludzi11.

W procesie mordowania stosowano tlenek węgla, a całość trwała 20–30 min. Nowe komory gazowe wyglądem przypominały łaźnie, co miało na celu zmylenie ofiar. Wnętrze pomalowane było farbą olejną, ażeby łatwiej było je czyścić. Ponadto na zewnątrz nad wejściem znajdowała się gwiazda Dawida oraz napis „Stiftung Hackenholt” (Fundacja Hackenholta). Nad budynkiem komór gazowych rozwieszona była siatka maskująca, a dodatkowo, aby ukryć przeznaczenie budynku pozostawiono w jego pobliżu kilka drzew.

Opróżnianiem i sprzątaniem komór gazowych zajmowali się wyselekcjonowani Żydzi z tzw. Sonderkommanda. Po otwarciu drzwi widok był przerażający. Ciała ciągle stały, powiązane ze sobą rękami i nogami, często pokryte krwią, ekskrementami lub śliną. Zadaniem więźniów było ich rozdzielenie oraz przetransportowanie do masowych grobów. Pozbawiano je także złotych zębów oraz przeszukiwano otwory w ciele, w celu wykrycie kosztowności.

Całość procesu mordowania od momentu przyjęcia transportu na rampie do opróżnienia komór gazowych trwało nie dłużej jak 2–3 godziny. Eksterminacji dokonywano jedynie w dzień, a transporty które przybywały w godzinach wieczornych obsługiwano następnego dnia.

W Bełżcu do mordowania używano również przerobionego samochodu pocztowego na ruchomą komorę gazową. Powstał on na rozkaz ówczesnego komendanta obozu, Christiana Wirtha. Niemcy zlecili zamontowanie instalacji do gazowania w przerobionym samochodzie Kazimierzowi Czerniakowi, który prowadził w Tomaszowie Lubelskim zakład mechaniczny:

Samochód posiadał szczelne pomieszczenie, do którego była doprowadzona rura wydechowa. Urządzenie doprowadzające gazy spalinowe z silnika samochodu do szczelnego pomieszczenia Niemcy wykonali osobiście. Niektóre części wykonywali miejscowi kowale i ślusarze, lecz żaden z nich nie wiedział, do czego to wszystko ma służyć. Całość urządzenia była montowana przez Niemców, a oni nie dopuszczali bliżej do tych samochodów pracowników z Tomaszowa12.

Ruchomej komory gazowej używano przede wszystkim do eksterminacji osób niepełnosprawnych oraz polskich więźniów politycznych, których ciała następnie wyrzucano na pobocza dróg.

Palenie ciał

W początkowym okresie funkcjonowania obozu w Bełżcu ciała były wywożone do masowych grobów za pomocą kolejki wąskotorowej, której linia była doprowadzona do budynku z komorami gazowymi. W późniejszym okresie ciała ciągnęli więźniowie z Sonderkommanda przy pomocy skórzanych pasków. Przed wrzuceniem ciał do masowych grobów komando dentystów wyrywało złote zęby i mostki.

Masowe groby stały się dużym problemem dla władz obozowych z powodów sanitarno-epidemiologicznych. Smród rozkładających się ciał rozprzestrzeniał się na wiele kilometrów od obozu. Wspominał o nim Franz Stangl, który przyjechał do Bełżca w sprawach służbowych:

Pojechałem tam samochodem. Najpierw do stacji kolejowej Bełżec po lewej stronie drogi, a potem do obozu położonego nieco dalej na wzgórku. Komendantura znajdowała się o dwieście metrów dalej, po drugiej stronie drogi. […] Swąd… Boże, ten swąd… Czułem go wszędzie. Wirtha nie zastałem w biurze. Pamiętam, zabrano mnie do niego… stał na pagórku, tuż przy dołach… dołach… pełnych… były pełne. Trudno mi powiedzieć, nie setki, tysiące, tysiące ciał… […] Wirtha nie było w biurze, powiedziano mi, że jest w obozie. Zapytałem, czy mam do niego iść. „Lepiej trzymać się od niego z daleka, jest wściekły”, usłyszałem. Zapytałem, w czym rzecz. Człowiek, z którym rozmawiałem, wyjaśnił mi, że jeden z dołów się przelał. Włożyli doń zbyt wiele ciał i proces gnicia przebiegał zbyt szybko. W rezultacie gromadząca się pod spodem ciecz wypychała zwłoki poza krawędzie dołu i zaczęły zsuwać się po zboczach wzniesienia13.

W lecie 1942 r., aby zapobiec groźbie epidemii, SS-mani stosowali posypywanie ciał chlorkiem lub zalewali masowe groby płynnym cementem, co nie dawało zamierzonego rezultatu. W tym czasie podejmowano również pierwsze próby palenia, lecz okazały się one nieskuteczne.

Kremacje zapoczątkowano w grudniu 1942 r., kiedy obóz w Bełżcu przestał przyjmować transporty. Więźniowie z Sonderkommanda rozkopywali groby (wykorzystywano również koparki), a następnie wydobyte ciała układali na dwóch rusztach, które polewano łatwopalną substancją. Palenie trwało do marca 1943 r. W celu maksymalnego zatarcia śladów zbrodni, władze obozowe podjęły decyzję o mieleniu kości. Dokonywano tego przy użyciu młynków do zboża. Mieszanka popiołów i kości była z powrotem wrzucana do masowych grobów.

 

Grabież mienia

Żydów przywiezionych na teren obozu poddawano od samego początku procedurze grabieży mienia. Jeszcze na rampie kolejowej, a następnie w budynkach rozbieralni pozbawiano ich odzieży, a rzeczy wartościowe i kosztowności musieli oddać, w zamian otrzymując numerki.

Żydzi deportowani do obozów zagłady początkowo myśleli, że są wysyłani do pracy na „wschód”. Przekonanie to sprawiało, że zabierali ze sobą różne rzeczy osobiste, które mogłyby im się przydać w miejscu docelowym. Często władze niemieckie zezwalały na zabranie bagażu, który mógł warzyć 15-25 kg oraz pewną kwotę pieniędzy. Ponadto ludzie zabierali ze sobą klucze do domu, fotografie oraz dokumenty.

Rzeczy zagrabione trafiały do centralnego magazynu, zlokalizowanego poza obszarem właściwego obozu w lokomotywowni. Tam ubrania były przeszukiwane i pozbawiane wszelkich oznaczeń, które świadczyłyby o pochodzeniu ofiar. Następnie wszystkie rzeczy były segregowane i wysyłane do centralnych magazynów akcji „Reinhardt” w Lublinie. Całą procedurę przeprowadzali Żydzi, nad którymi nadzór sprawowali wachmani i SS-mani.

Zdarzały się przypadki sabotażu ze strony Żydów, którzy pozostawiali na ubraniach gwiazdy Dawida lub zaszywali w ubraniach grypsy, świadczące o tragedii, jaka odbywała się w Bełżcu. W przypadku przyłapania, osoby na takim procederze, karano śmiercią. Najprawdopodobniej większość świadectw została zniszczona, gdyż rzeczy podlegały ponownemu przeszukaniu w centralnej sortowni akcji „Reinhardt”, zlokalizowanej w obozie pracy na Flugplatzu w Lublinie. Rzeczy nie nadające się do użytku były palone.

Najprawdopodobniej do maja 1942 r. rzeczy wartościowe oraz waluty bezpośrednio były przewożone do Berlina, czym zajmowały się osoby powiązane ze sztabem „T4”. Następnie, gdy obóz został podporządkowany Globcnikowi, tego typu rzeczy najpierw były przekazywane do Lublina do siedziby SS-Standortverwaltung przy ulicy Chmielnej. Nadzór nad nimi sprawował SS-Sturmbannführer Georg Wippern. Ubrania, buty oraz rzeczy codziennego użytku przewożone były do magazynów przy ulicy Szopena 27. Odpowiadał za nie szef sztabu akcji „Reinhardt”, Hermann Höfle. Pomimo poddania rzeczy zrabowanych ewidencji była ona ułomna, gdyż tajemnicą poliszynela była korupcja, której ulegali SS-mani, wachmani, a nawet Żydzi, którzy dzięki kosztownościom mogli prowadzić pokątny handel ze strażnikami. Wachmani i Żydzi zazwyczaj za tego typu występki karani byli śmiercią.

Grabieży podlegało również złoto dentystyczne oraz włosy, o czym wspomina w relacji Rudolf Reder:

Wszystkie kobiety golono przed zamordowaniem. Zagnano je do baraku, reszta kobiet czekała na swoją kolejkę przed barakiem nago, boso, nawet w zimie i na śniegu. Płacz i rozpacz panowała wśród kobiet. […] Partię ogolonych kobiet pędziło się dalej, a inne stąpały po włosach różnego koloru, którymi zasłały jakby puszystym i wysokim dywanem całą podłogę baraku. Kiedy już wszystkie kobiety z transportu ogolono, czterech robotników, miotłami zrobionymi z lipy, zmiatało i gromadziło wszystkie włosy na jeden wielki stos różnokolorowych włosów, wysoki na pół pokoju, rękami ładowali je do worków z juty i oddawali do magazynu14.

Złoto dentystyczne było przetapiane na sztabki.

 

Więźniowie

W mechanizm Zagłady Niemcy wciągnęli więźniów żydowskich, których selekcjonowano na obozowej rampie kolejowej. Byli oni zatrudnieni na każdym etapie zagłady, od momentu rozładunku ofiar, aż do grzebania ciał w masowych grobach, o czym zeznał SS-man z załogi obozowej, Heinrich Unverhau:

Wszystko to, co było związane bezpośrednio z zabijaniem, było zadaniem komand żydowskich, które pracowały pod żydowskimi zwierzchnikami. Byli tam Żydzi, którzy swoich współwyznawców biegiem wyciągali z wagonów, byli żydowscy fryzjerzy, którzy obcinali kobietom włosy, i Żydzi, którzy prowadzili do komór gazowych. Także wyciąganie ciał z komory gazowej i przenoszenie do masowych grobów, a także wyrywanie złotych zębów i protez odbywało się przy pomocy Żydów15.

W początkowej fazie funkcjonowania obozu zagłady w Bełżcu najprawdopodobniej Niemcy nie stworzyli stałych grup roboczych. Żydzi, którzy mieli być zatrudnieni przy poszczególnych fazach procesu eksterminacji byli wybierani z każdego transportu, a po wykonanej pracy rozstrzeliwani.

Na rampie kolejowej pracowało tzw. Bahnhofskommando, którego zadaniem było otwieranie wagonów, rozładunek, opróżnianie z pozostawionych rzeczy oraz ciał. Oddzielne komanda pracowały przy zbieraniu pozostawionych rzeczy oraz przy strzyżeniu. Grupa licząca najprawdopodobniej kilkanaście Żydówek zatrudniona była w kuchni, pralni oraz szwalni. Specyficznym komandem było tzw. Waldkommando, które pracowało na zewnątrz obozu przy wycince drzew; gałęzie były wykorzystywane do maskowania obozu. Poza obozem właściwym Żydzi pracowali również w lokomotywowni przy segregowaniu zrabowanego mienia.

Żydzi zatrudnieni w Lagrze I i II byli od siebie odseparowani. W części eksterminacyjnej zatrudnionych było stale ok. 500 osób. Grupa ta podlegała częstej rotacji; część więźniów rozstrzeliwano, zastępując ich osobami z nowych transportów. W Lagrze I zlokalizowane były warsztaty, które wytwarzały różne rzeczy na potrzeby załogi SS. Ponadto w tej części zatrudnieni byli fryzjerzy i dentyści, którzy mieli za zadanie obsługiwać SS-manów i wachmanów.

Stan psychiczny więźniów był bardzo zły. Całkowicie zdawali sobie sprawę jaki czeka ich los, na co wskazuje relacja Rudolfa Redera:

Załoga składała się przeważnie z ludzi, którym zagazowano żony, dzieci, rodziców. Wielu zdobyło „tales” i „tfilim” z magazynu, a kiedy zaryglowano barak na noc, słyszeliśmy na pryczach szmer modlitwy „kadisz”. […] Nie skarżyliśmy się, byliśmy całkowicie zrezygnowani. Może tych piętnastu „Zugsführerów” łudziło się jeszcze; my nie. Poruszaliśmy się jak ludzie, którzy nie mają woli. Byliśmy jedną masą. Znam trochę nazwiska, ale mało. To było też bez znaczenia, kim kto był i jak się nazywa. […] Nie umiem określić, w jakim nastroju żyliśmy my, więźniowie skazańcy i cośmy odczuwali, słysząc te straszne skargi duszonych co dzień ludzi i wołania dzieci. Trzy razy w ciągu dnia widzieliśmy tysiące ludzi, bliskich utraty zmysłów. I my byliśmy bliscy obłędu. Posuwaliśmy dzień za dniem, sami nie wiedząc jak. Nie mieliśmy ani chwili złudzenia. Umieraliśmy co dzień po trochu, wraz z całymi transportami ludzi, którzy przez krótką chwilę przeżywali jeszcze mękę złudzenia. Apatyczni i zrezygnowani, nie czuliśmy nawet głodu ani zimna. Każdy czekał na swoją kolej, wiedział, że musi zginąć i musi nieludzko się męczyć. Tylko kiedy słyszałem, jak dzieci wołały: Mamusi! Ja przecież byłem grzeczny! Ciemno! Ciemno! – szarpało się w nas serce na strzępy. A później znowu przestawaliśmy czuć16.

Bardzo zły był również stan fizyczny wielu więźniów, szczególnie tych zatrudnionych w części eksterminacyjnej. Byli oni często maltretowani przez strażników. Specyficzną formą szykanowania było sformowanie orkiestry, która grała liczne szlagiery podczas rozładunku i pędzenia Żydów do komór gazowych.

Wyżywienie więźniów było złe. Powszechny był pokątny handel z wachmanami, a „walutą” były skradzione kosztowności, które wymieniano na dodatkowe racje żywności. Lepiej odżywieni byli ci więźniowie, którzy pracowali przy rozładunku transportów oraz segregacji mienia, gdyż często ofiary przywoziły ze sobą jedzenie.

Wśród więźniów istniała hierarchia. Na najwyższym szczeblu był Lagerkapo, który nadzorował wszystkich więźniów, niżej zaś byli Oberkapowie i Unterkapowie, do których powinności należało pilnowanie poszczególnych komand. Nie jest znana dokładna liczba więźniów funkcyjnych, jak również ich nazwiska. Podczas procesów sądowych przewijało się jedynie nazwisko Lagerkapo Rosenbauma. Wielu więźniów funkcyjnych wyróżniało się brutalnością wobec współwięźniów, co wynikało zapewne z przymusu nałożonego przez Niemców.

Ucieczki więźniów

W obozie zagłady w Bełżcu nigdy nie doszło do powstania, jak w Sobiborze i Treblince. Niemniej od początku funkcjonowania obozu miały miejsce indywidualne ucieczki. Ich skala najprawdopodobniej nie była duża. Pierwszą osobą, która zbiegła był nieznany z nazwiska Żyd z Lubyczy Królewskiej. W kwietniu uciekł 13-letni Żyd z Zamościa Lejb Wolsztajn, który złożył relację Prezesowi Judenratu zamojskiego Mieczysławowi Garfinklowi. Z obozu uciekły również dwie Żydówki z Żółkwi – Mina Astman oraz Małka Thalenfeld; żadna z tych osób nie przeżyła okupacji.

W grupie Żydów, którym ucieczka powiodła się, a jednocześnie przeżyli okupację znaleźli się Sylko Herc, Chaim Hirszman, Rudolf Reder oraz Izrael Szapiro. Relacje złożyli jedynie Hirszman i Reder. Nie wiadomo jaki był los powojenny Herca i Szapiro. Hirszman został zastrzelony w marcu 1946 r. we własnym mieszkaniu w Lublinie.

Ostatnią próbą oporu podjętą przez więźniów Bełżca był bunt na rampie kolejowej w obozie zagłady w Sobiborze, gdzie wywieziono kilkuset Żydów zatrudnionych przy likwidacji obozu bełżeckiego. Po rozładowaniu transportu wszyscy rozbiegli się. Pomimo dramatycznej próby ucieczki, SS-mani z załogi sobiborskiej wszystkich zastrzelili na rampie. Z transportu tego w trakcie drogi wyskoczyli wspomniani wcześniej Hirszman i Szapiro. Żydzi, którzy segregowali mienie po zamordowanych w jednym z ubrań natrafili na gryps o następującej treści:

Pracowaliśmy rok w Bełżcu. Nie wiem, dokąd nas wiozą. Mówią, że do Niemiec. W wagonach są stoły do jedzenia, dostaliśmy chleb na trzy dni, konserwy, wódkę. Jeżeli jest to kłamstwo, wiedzcie, że i Was czeka śmierć. Nie wierzcie Niemcom. Pomścijcie Nas!17.

 

Załoga SS i komendanci obozu w Bełżcu

Osoby skierowane do służby w obozach zagłady akcji „Reinhardt” podlegały bezpośrednio sztabowi operacji „Eutanazja” w Berlinie. Niemniej nadzór operacyjny sprawował dowódca SS i Policji na dystrykt lubelski, Odilo Globocnik. SS-mani skierowani do służby w obozach akcji „Reinhardt” zwolnieni byli ze służby frontowej, jak również wypełniali specjalny formularz, w którym zobowiązywali się do zachowania pełnej tajemnicy. Większość z nich przeszła wcześniej program „T4”, a więc miała praktyczne przygotowanie do eksterminacji Żydów. W każdym obozie akcji „Reinhardt” załoga niemiecka liczyła jednorazowo nie więcej niż kilkunastu SS-manów.

Pierwszym komendantem obozu zagłady w Bełżcu został Christian Wirth, który pełnił funkcję do sierpnia 1942 r., kiedy to został awansowany na stanowisko Inspektora Akcji „Reinhardt”. Jego następcą mianowano Gottlieba Heringa. Wirth odznaczał się niesamowitą brutalnością, zarówno względem Żydów, jak również wachmanów, a nawet SS-manów, których przyłapał na niesubordynacji. Podobne podejście reprezentował Hering, który w swoim zachowaniu niewiele różnił się od Wirtha18.

Zastępcą obydwu komendantów był Gottfried Schwarz, który pod nadzorem miał Lager II, stanowiący część eksterminacyjną. Nie odstawał on okrucieństwem od swoich przełożonych. Do Bełżca przybył w listopadzie 1941 r., a więc w okresie, gdy obóz był w budowie.

Jednym z najbardziej zaufanych współpracowników Wirtha był Josef Oberhauser. Do Bełżca przybył w tym samym czasie co Gottfried Schwarz. Służbę w obozie pełnił do sierpnia 1942 r., kiedy to został przeniesiony do obozu na Flugplatzu w Lublinie. Jako bliski współpracownik komendanta był wyznaczony obok Schwarza do nadzoru nad procesem eksterminacji oraz kierował rozstrzeliwaniem osób, które po opróżnieniu wagonów nie były w stanie samodzielnie dojść do Lagru II.

Ważną funkcję w procesie eksterminacji pełnił Lorenz Hackenholt, nazywany „Gasmeister”. Odpowiadał on za obsługę instalacji do gazowania. Ponadto uczestniczył w egzekucjach osób niezdolnych samodzielnie dojść do komór gazowych, które przeprowadzano w Lazarecie. Do obozu przybył w grudniu 1941 r. Służbę pełnił w Bełżcu do likwidacji obozu, a następnie został przeniesiony do obozu na Flugplatzu w Lublinie. W trakcie pobytu w Bełżcu został również oddelegowany do budowy nowych komór gazowych w Sobiborze.

W Lagrze II zatrudniony był również Werner Dubois. Do Bełżca został skierowany w marcu 1942 r., a następnie trafił do obozu zagłady w Sobiborze. W trakcie powstania, które wybuchło w Sobiborze w dniu 14 października 1943 r. został ciężko ranny. W obozie zagłady w Bełżcu odpowiadał za nadzór nad komandem więźniów żydowskich, zatrudnionym przy kopaniu masowych grobów oraz uczestniczył w egzekucjach więźniów w Lazarecie.

W części eksterminacyjnej zatrudnieni byli również Josef Barbel, Reinhold Feix, Hans Girtzig, Heinrich Gley, Fritz Jirrmann, Johann Niemann, Karl Schluch, a ponadto służbę pełnili nadzorując rampę i rozbieralnię Heinrich Gley oraz Ernst Zirke.

SS-mani pełnili również służbę w Lagrze I, gdzie zlokalizowane były magazyny, kuchnia, warsztaty oraz baraki mieszkalne więźniów zatrudnionych w tej części obozu. Najprawdopodobniej nadzór pełnili w dużej mierze ci sami, co w Lagrze II. W grupie tej znajdował się Robert Jührs.

Część budynków obozowych znajdowało się poza właściwą częścią obozu – w lokomotywowni, gdzie więźniowie żydowscy segregowali mienie po zamordowanych. Nadzór nad nimi sprawowali Rudolf Kamm oraz Heinrich Unverhau.

Przez pewien okres w obozie przebywał również Kurt Franz, który następnie został przeniesiony do obozu zagłady w Treblince. Dość szybko przeniesieni zostali do Sobiboru lub zwolnieni ze służby następujący SS-mani: Herbert Floss, Siegfried Greatschus, Paul Groth oraz Kraschewski. Funkcję kwatermistrza wykonywał Erwin Fichtner, którą po jego śmierci przejął Rudolf Beer. Nadzór nad garażami i warsztatem ślusarskim przy komendanturze obozu sprawował Arthur Dachsel. W okresie, gdy do obozu wstrzymano deportacje, a SS-mani zajęci byli likwidacją obozu, skierowany został Fritz Tauscher, który odpowiadał za palenie ciał.

W trakcie pełnienia służby w Bełżcu zginęło dwóch SS-manów. Fritz Jirrmann został omyłkowo zastrzelony przez Heinricha Gleya w trakcie incydentu z wachmanami, zaś Erwin Fichter został zastrzelony przez polskich partyzantów. Obydwa zdarzenia miały miejsce w marcu 1943 r.

Pomimo zaprowadzonego rygoru, jak również zadań wykonywanych w obozie, niewielu SS-manów zdecydowało się na złożenie podania o przeniesienie. Po likwidacji obozu w Bełżcu niektórzy zostali przeniesieni do innych obozów zagłady lub trafili do Triestu, gdzie mieli walczyć z partyzantką. W czasie procesu w 1963 r., który odbywał się w Monachium, większość oskarżonych zaprzeczyło jakoby uczestniczyło z własnej woli w procesie eksterminacji Żydów.

Hiwis

We wszystkich obozach zagłady akcji „Reinhardt” obok SS-manów służbę pełnili jeńcy sowieccy, którzy podjęli kolaborację z Niemcami. Byli oni skierowani do oddziałów pomocniczych tzw. SS-Wachmannschaften. Większość wachmanów z pochodzenia była Ukraińcami, co wynikało z przekonania Niemców o ich lojalności. W początkowej fazie funkcjonowania obozu skierowano do niego ok. 100 wachmanów, których liczba wzrosła w okresie lato-jesień do ok. 130, aby następnie spaść do ok. 70 w trakcie likwidacji obozu. Szkolenie ich odbywało się w obozie szkoleniowym w Trawnikach. W stosunku do formacji używane były różne nazwy, jak chociażby Trawnikimänner (ludzie z Trawnik), Hiwis (pomocnicy), askarzy, czarni, wachmani lub Ukraińcy. Przez cały okres istnienia formacji nie funkcjonowało jednolite umundurowanie. Bezpośredni nadzór nad wachmanami miał SS-man z załogi bełżeckiej. Funkcję tą pełnili w kolejności: Josef Obernauser, Kurt Franz, Reinhold Feix. Niższe stopnie zajmowali najczęściej folksdojcze.

Podstawowym zadaniem wachmanów było pełnienie warty na terenie kompleksu obozowego, jak również przy zabudowaniach komendantury oraz innych budynkach przynależących do obozu. Członkowie tej formacji sprawowali również nadzór nad więźniami żydowskimi, zatrudnionymi poza obrębem obozu. Niemcy wykorzystywali formację również w procesie eksterminacji, poczynając od rozładunku transportu do momentu fizycznej likwidacji. W następujących słowach zeznał o zadaniach wachmanów jeden z członków tej formacji Piotr Browcew:

Chcę zaznaczyć, że wszyscy strażnicy, którzy mieli służbę w obozie zagłady w Bełżcu, wykonywali to samo. Kiedy jedna część strażników zajęta była ochroną obozu, następnego dnia była zluzowywana przez następnych strażników. Inni, którzy pełnili straż poprzedniego dnia, zatrudnieni byli przy wyniszczaniu ludzi. Inni, którzy służyli przy mordowaniu ludzi, następnego dnia pilnowali obozu. Tak było przez cały czas służby19.

W trakcie powstawania obozu, wachmani byli wykorzystywani przy budowie. To ich Niemcy zatrudnili przy kopaniu masowych grobów. Jednym z bardziej znanych wachmanów był Edward Własiuk, pełniący funkcję przy obsłudze instalacji do gazowania. Wachmani wykazywali się sumiennością w wykonywaniu rozkazów oraz brutalnością wobec Żydów.

W grupie wachmanów, skierowanych do Bełżca pojawiły się jednostki, które odmówiły udziału w procesie eksterminacji Żydów. Niemcy taką postawę uznawali za niesubordynację i karali śmiercią. W lipcu 1942 r. za takie przewinienie rozstrzelani zostali: Jakow Ananiew, Michaił Gorbaczow, Siergiej Poprawka oraz Timoszenko. W kwietniu 1943 r. doszło do buntu grupy wachmanów, w wyniku którego Niemcy rozstrzelali na terenie obozu 16 wachmanów, a pozostałych wysłali do Trawnik, zastępując ich nową kompanią. Warto podkreślić, że w marcu 1943 r. doszło również do udanej ucieczki 15 wachmanów, którymi dowodził Iwan Wołoszyn. Podejmowane próby ucieczki często były podyktowane strachem przed rozstrzelaniem, co wynikało z wiedzy, jaką posiadali wachmani na temat funkcjonowania obozu zagłady.

Wachmani za swoją służbę otrzymywali żołd, który jednak był bardzo niski i wynosił zaledwie 45 marek miesięcznie. Ponadto mieli dostęp do rzeczy i kosztowności zrabowanych Żydom. Dzięki temu prowadzili pokątny handel z Żydami i miejscową ludnością, wymieniając ubrania i rzeczy wartościowe na alkohol, dodatkowe racje żywności oraz usługi seksualne. Oficjalnie wachmani przyłapani na malwersacji karani byli śmiercią.

 

 

Likwidacja obozu

Niemcy przystąpili do likwidacji obozu zagłady w Bełżcu od połowy grudnia 1942 r. W tym czasie wstrzymano całkowicie deportacje do obozu. Zacieranie śladów rozpoczęto od rozkopywania masowych grobów i palenia wydobytych z nich ciał. Od marca 1943 r. Niemcy przystąpili do rozbiórki baraków, niwelacji terenu oraz sadzenia iglaków, co miało zamaskować miejsce zbrodni. Najprawdopodobniej w tym czasie zniszczono również obozową dokumentację.

W celu zabezpieczenia przed rozkopywaniem tego terenu wybudowano gospodarstwo, w którym osiadł członek ukraińskiej załogi wartowniczej. Opuścił je w lecie 1944 r. ze względu na zbliżający się front wschodni. Wraz z opuszczeniem miejsca po byłym obozie przez Ukraińca, rozpoczął się szaber, o czym wspomina Mieczysław Niedużak:

[…] Po zlikwidowaniu obozu ludność okoliczna poczęła przekopywać teren obozu w poszukiwaniu złota i kosztowności porzuconych przez żydów. Wtedy wykopano pojedyncze trupy, a czasami zbiorowe groby po kilkanaście osób. Trupy były w całkowitym rozkładzie. Ludzie szukali w szczękach złotych zębów. Tym się tłumaczy, że teren obozu jest mocno rozkopany i zaśmiecony różnymi odpadkami wykopanymi z ziemi. Obecnie widzi się na powierzchni ziemi liczne kości ludzkie i popiół ze spalonych zwłok, a nadto trafiają się włosy kobiece i peruki. Z byłego ustępu wydobywali ludzie zwłoki zmarłych dzieci. Z tego miejsca ludzie wydobyli bardzo dużo kosztowności. Milicja miejscowa po ucieczce Niemców z Bełżca starała się przeszkodzić rozkopywania terenu obozu, lecz trudno temu zaradzić, gdyż jak popędzi się jedną partię ludzi, to zaraz zjawi się druga […]20.

 

Liczba ofiar

W latach 1945-1946 w wyniku śledztwa prowadzonego przez sędziego Eugeniusza Szrojta, przyjęto liczbę ofiar ok. 600 000 Żydów. Liczba ta funkcjonowała w historiografii przez wiele lat, na co wpływ miała ówczesna polityka państwa polskiego. Badania trwały również na Zachodzie, niemniej wymiana wyników była bardzo ograniczona z przyczyn politycznych. Na przełomie lat 60. i 70. dokładne dane przedstawił prof. Wolfgang Scheffler, podając liczbę 447 442 ofiar. Istotnym dokumentem w badaniu zagadnienia obozu zagłady w Bełżcu jest ujawniony niedawno telefonogram szefa sztabu akcji „Reinhardt”, w którym podał dokładną liczbę 434 508 Żydów zamordowanych do 31 grudnia 1942 r. w Bełżcu.

Dopiero najnowsze badania pokazują, że liczba ofiar była znacznie niższa i oscyluje w przedziale 440 823 – 453 021. Tak naprawdę nie uda się ustalić dokładnej liczby ofiar, a ustalenia będą jedynie szacunkowe, co wynika z ograniczonej bazy źródłowej.

Wiedza o obozie zagłady w Bełżcu

Wiadomości o obozie zagłady w Bełżcu dość szybko rozchodziły się po okolicy. Ludzie widzieli, że liczne transporty przybywające do obozu wyjeżdżały z Bełżca puste, a jednocześnie teren obozu był zbyt mały, aby pomieścić przesiedleńców. Ponadto w okresie palenia ciał w promieniu kilkunastu kilometrów czuć było niesamowity fetor. Wiadomości roznosili także wachmani, ryzykując życiem, gdyż upowszechnianie informacji, o tym co się dzieje w obozie karane było śmiercią.

Rozeznanie prowadziła również Armia Krajowa, lecz raporty przez nią przygotowywane były ogólnikowe. Przekazywano je Rządowi Polskiemu na uchodźstwie m.in. za pośrednictwem Jana Karskiego. Pomimo informowania na bieżąco Anglików i Amerykanów o obozie zagłady w Bełżcu, nie wpłynęło to na podjęcie jakichkolwiek działań. Przekazywane wiadomości wywoływały u aliantów wręcz zaskoczenie i niedowierzanie.

O obozie zagłady w Bełżcu wiedzieli również sami Niemcy. W sierpniu 1942 r. do obozu w sprawach służbowych przybył SS-man z Instytutu Higieny SS Kurt Gerstein, który przywiózł 100 kg cyklonu B. W Bełżcu był świadkiem gazowania Żydów, które wywarło na nim niezatarte piętno. Jeszcze w trakcie wojny poszukiwał kontaktów, poprzez które mógł przekazać światu informacje o zbrodni, jakiej był świadkiem. Najprawdopodobniej nie udało mu się to. Tuż po wojnie został złapany przez aliantów i osadzony we francuskim więzieniu, gdzie sporządził cztery sprawozdania ze swojej wizyty w Bełżcu. Gerstein nie doczekał procesu, gdyż zmarł w więzieniu. Do tej pory nie są jasne okoliczności jego śmierci.

Informacje o eksterminacji Żydów w Bełżcu docierały również do okolicznych niemieckich władz cywilnych oraz władz wojskowych, a nawet szeregowych żołnierzy. Przez okres funkcjonowania obozu, przez Bełżec biegła linia kolejowa, którą przejeżdżały cywilne pociągi. Osoby nimi podróżujące zapewne orientowały się obok jakiego miejsca przejeżdżają, szczególnie biorąc pod uwagę unoszący się zapach rozkładających się ciał ludzkich. Wspomina o tym niemiecki podoficer Wilhelm Cornides:

Mijamy obóz Bełżec. Przedtem jedziemy przez jakiś czas przez wysoki las sosnowy. Gdy kobieta woła: „Teraz będzie!”, każdy może zobaczyć wysoki żywopłot z sosnowych drzew. Wyczuwalny jest mocny, słodkawy odór. „Ależ oni śmierdzą”, mówi kobieta. „Nonsens, to tylko gaz”, odpowiada policjant kolejowy, śmiejąc się. Tymczasem – przejeżdżamy około 200 metrów – słodki odór zamienia się w silny smród czegoś palącego się. „To z krematorium”, mówi policjant21.

 

Upamiętnienie

Przez wiele lat po zakończeniu wojny pamięć o obozie zagłady w Bełżcu zanikła. Wynikało to przede wszystkim z braku ocalałych, jak również niechęci do ujawniania wielu szczegółów przez okolicznych mieszkańców. Ponadto ważnym aspektem okazało się negatywne nastawienie ówczesnych władz polskich, które Zagłady Żydów nie mogły wpisać w proces martyrologii narodu polskiego z przyczyn ideologicznych.

Sytuacja zaczęła się zmieniać na przełomie lat 50. i 60., co wynikało z faktu wszczęcia w Republice Federalnej Niemiec śledztwa wobec kilku byłych SS-manów z załogi w Bełżcu. W 1963 r. wybudowano pierwsze upamiętnienie, które jednak w ogólny sposób traktowało o ofiarach tego obozu, na co wskazuje pierwsza tablica upamiętniająca:

Pamięci ofiar terroru hitlerowskiego pomordowanym w latach 1941-194322.

Upamiętnienie w formie pomnika nie przełożyło się na badania naukowe nad obozem zagłady w Bełżcu.

Prace nad nowym upamiętnieniem trwały od połowy lat 90., a ich zwieńczeniem było uroczyste otwarcie pomnika-muzeum w czerwcu 2004 r. Większość terenu byłego obozu została przykryta żużlem. Dookoła umiejscowiono daty deportacji i miejsca, skąd przywożono Żydów. Do centralnego miejsca można dojść poruszając się przez szczelinę prowadzącą być może do miejsca, gdzie znajdowały się komory gazowe. Dochodząc do końca zwiedzający może dostrzec wykuty fragment z księgi Hioba:

Ziemio, nie zakrywaj mojej krwi, aby krzyk mój nie ustawał.

Po przeciwległej stronie wyryte są imiona kobiet, dzieci i mężczyzn żydowskich, którzy zostali deportowani do Bełżca.

 

 Opracował Jakub Chmielewski

Przypisy

1 R. Kuwałek, Obóz zagłady w Bełżcu, Lublin 2010, s. 31.

2 R. Kuwałek, Obóz zagłady w Bełżcu, Lublin 2010, s. 44-45.

3 Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej w Lublinie, Lu 1/15/105, Akta w sprawie zbrodni popełnionej w obozie śmierci w Bełżcu, 1945-1949, Zeznanie Stanisława Kozaka, 14.X.1945 r., k. 21; R. Kuwałek, Obóz zagłady w Bełżcu, Lublin 2010, s. 42-43.

4 Kuwałek, Obóz zagłady w Bełżcu, Lublin 2010, s. 113-114, 254-260.

5 R. Reder, Bełżec, Kraków 1999, s. 45-46.

6 Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej w Lublinie, Lu 1/15/105/, Akta śledztwa w sprawie zbrodni popełnionych w obozie zagłady w Bełżcu, 1945-1949, Zeznania Tadeusza Misiewicza, 15.X.1945 r., k. 28, 29.

7 R. Kuwałek, Obóz zagłady w Bełżcu, Lublin 2010, s. 122-124.

8 R. Reder, Bełżec, Kraków 1999, s. 52– 53.

9 Archiwum Państwowego Muzeum na Majdanku (APMM), Oświadczenie Kurta Gersteina odnośnie obozów zagłady: Bełżec, Sobibór, Treblinka, Majdanek, Chełmno – 1945, kserok. 1992, k. 8.

10 Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej w Lublinie, Lu 1/15/105, Akta śledztwa w sprawie zbrodni popełnionych w obozie zagłady w Bełżcu, 1945-1949, Zeznanie Edwarda Łuczyńskiego, 15.X.1945 r., k. 26-27.

11 R. Reder, Bełżec, Kraków 1999, s. 49 – 51; R. Kuwałek, Obóz zagłady w Bełżcu, Lublin 2010, s. 50.

12 R. Kuwałek, Obóz zagłady w Bełżcu, Lublin 2010, s. 125.

13 G. Sereny, W stronę ciemności. Rozmowy z komendantem Treblinki, Warszawa 2002, s. 96; R. Kuwałek, Obóz zagłady w Bełżcu, Lublin 2010, s. 160-161.

14 R. Kuwałek, Obóz zagłady w Bełżcu, Lublin 2010, s. 54-55.

15 R. Kuwałek, Obóz zagłady w Bełżcu, Lublin 2010, s. 154.

16 R. Reder, Bełżec, Kraków 1999, s. 59, 66; R. Kuwałek, Obóz zagłady w Bełżcu, Lublin 2010, s. 150.

17 R. Kuwałek, Obóz zagłady w Bełżcu, Lublin 2010, s. 158.

18 R. Kuwałek, Obóz zagłady w Bełżcu, Lublin 2010, s. 57-61.

19 R. Kuwałek, Obóz zagłady w Bełżcu, Lublin 2010, s. 81.

20 Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej w Lublinie, Lu 1/15/105, Akta śledztwa w sprawie zbrodni popełnionych w obozie zagłady w Bełżcu, 1945-1949, Zeznanie Mieczysława Niedużaka, k. 43.

21 R. Kuwałek, Obóz zagłady w Bełżcu, Lublin 2010, s. 212, 252-253.

22 R. Kuwałek, Obóz zagłady w Bełżcu, Lublin 2010, s. 226.

 

Powiązane artykuły

Powiązane wydarzenia

Zdjęcia

Wideo

Audio

Historie mówione

Słowa kluczowe