Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN” jest samorządową instytucją kultury działającą w Lublinie na rzecz ochrony dziedzictwa kulturowego i edukacji. Jej działania nawiązują do symbolicznego i historycznego znaczenia siedziby Ośrodka - Bramy Grodzkiej, dawniej będącej przejściem pomiędzy miastem chrześcijańskim i żydowskim, jak również do położenia Lublina w miejscu spotkania kultur, tradycji i religii.

Częścią Ośrodka są Dom Słów oraz Lubelska Trasa Podziemna.

Lublin 1944 – miniwykład Zygmunta Mańkowskiego

Pozostawmy może na boku sprawę PKWN, który z Moskwy przez Chełm dotarł do Lublina i tutaj się zainstalował. Ma on różne konotacje, w historiografii dawnej podkreślano, że jest to tymczasowa administracyjna władza na wyzwolonym terenie. Nie brakło jednak różnych określeń innego typu. W istocie sprawy była to powołana przez Rząd Sowiecki, osobiście przez Stalina, tymczasowa władza administracyjna.

 

Spis treści

[RozwińZwiń]

Determinanty epoki

Prof. Zygmunt Mańkowski (UMCS)

Słuchaj >>

Pozostawmy może na boku sprawę PKWN, który z Moskwy przez Chełm dotarł do Lublina i tutaj się zainstalował. Ma on różne konotacje, w historiografii dawnej podkreślano, że jest to tymczasowa administracyjna władza na wyzwolonym terenie. Nie brakło jednak różnych określeń innego typu. W istocie sprawy była to powołana przez Rząd Sowiecki, osobiście przez Stalina, tymczasowa władza administracyjna, która miała pomóc Armii Czerwonej w zapewnieniu jej spokoju na tyłach frontu bezpośredniego. 26 lipca Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego zawarł z Rządem Sowieckim układ i tu wkroczył już właściwie w sferę zadań prawdziwego rządu, a był jednak quasi-rządem, bo sprawę rządu miano uregulować dopiero, z punktu widzenia prawa międzynarodowego, w Jałcie.

 

Otóż w tym układzie z 26 lipca 1944 roku, przede wszystkim, załatwiono sprawę granic polskich, czyli PKWN z Rządem Sowieckim uzgodniły wytyczenie tych granic. Najważniejsze jednak, że w pierwszym już punkcie tego układu, przypomnę 26 lipca 1944 roku, że w strefie działań wojennych na terytorium Polski, po wkroczeniu wojsk radzieckich, władzą najwyższą i odpowiedzialność we wszystkich sprawach dotyczących prowadzenia wojny w okresie czasu niezbędnego dla przeprowadzenia operacji wojennych, koncentrują się w rekach wodza naczelnego wojska sowieckiego. W 6 punkcie określono, że z chwilą, gdy jakakolwiek część terytorium polskiego przestanie być strefą bezpośrednich operacji wojennych, wszystkie sprawy wiążące się z administracją cywilną znajda się pod całkowitym kierownictwem PKWN-u.

 

Do tego czasu przestępstwa popełnione przez ludność polską przeciwko wojskom sowieckim w strefie operacji wojennych podlegać będzie jurysdykcji sowieckiego wodza naczelnego, czyli Stalina. Jednym słowem, oddano na czas wojny, jak tutaj określono „bezpośrednich działań wojennych”, całą jurysdykcję, czyli praworządność, powiedzmy sobie, w ręce wodza naczelnego Armii Czerwonej. W istocie jednak oddano tę władzę w ręce sił bezpieczeństwa, czyli NKWD i tzw. Smierszu, czyli wywiadu podległego Armii Czerwonej.

 

Jakie były tego skutki. Po pierwsze, nie określono jak głęboko będzie ta strefa, w której jurysdykcję ma spełniać armia i do jakiego czasu, mówimy o 20 - 30 kilometrach, później o 100 kilometrach, później w styczniu rozwinęła się ogromna ofensywa Armii Czerwonej. Armia Czerwona podeszła pod Odrę i Nysę, a w istocie sprawy wszystkie konsekwencje tego układu pozostały. Czyli w dalszym ciągu siły bezpieczeństwa ZSRR i Smierszu i NKWD spełniały jurysdykcję, nadzorowały polskie organa bezpieczeństwa, kierowały nimi i dokonywały aktów nawet nie uzgadnianych z władzami tworzącej się Polski Ludowej.

 

Konsekwencją gorszą było to, że pojawił się pełnomocnik Rządu ZSRR Bułganin, który był wielkorządcą, który kontrolował działalność tej tymczasowej władzy polskiej i gorsze, że w październiku 1944 pojawił się w Lublinie generał pułkownik Iwan Sierow, który był zastępcą Komisarza do Spraw Wewnętrznych Rządu ZSRR, który sprowadził natychmiast do Lublina dywizje NKWD w sile około 8 tysięcy funkcjonariuszy, doskonale przygotowanych do swoich działań, którzy podjęli działania, z gatunku prewencyjnych, czyli zapobiegawczych. Mianowicie oni otrzymali instrukcję o treści bezwzględnej. Brzmiała ona tak dla Bułganina i generała Sierowa: „Wspierać PKWN w organizacji władzy terenowej i ich działań. Żadnych innych organów władzy, w tym organów polskiego emigracyjnego kierownictwa na terytorium Polski nie uznawać. Osoby przedstawiające się za przedstawicieli tych organów - czyli przedstawicieli Rządu na uchodźstwie w Londynie - uznawać za samozwańców, aresztować ich jako awanturników. Bezwzględnie wykonywać dyrektywy głównego dowództwa w sprawie oczyszczenia tyłów Armii Czerwonej od wszelkiego rodzaju grup i organizacji emigracyjnych, emigracyjnej władzy, od uzbrojonych oddziałów tzw. Armii Krajowej, a także śledzić rozbrajanie tych grup i oddziałów, a także internowania przez organy Smierszu oficerskiej kadry Armii Krajowej”.

 

Dało to podstawę do masowych aresztowań. Zresztą mieli ułatwione zadanie w tzw. Burzy, czyli w momencie, gdy front się zbliżył i przechodził przez Lubelszczyznę, oddziały Armii Krajowej, zgodnie z dyrektywami Komendy Głównej AK Rządu Polskiego na Wychodźstwie, zaatakowały Niemców, wspólnie z wojskami Armii Czerwonej wyzwalały miasta, wyszły do dowódców sowieckich z formułą, że są legalnymi organami wojskowymi Rządu Polskiego na Wychodźstwie i zaproponowały Armii Czerwonej, że sformułują pułki i dywizje według tzw. ODB przedwojennego i będą u boku Armii Czerwonej, lecz pod swoim dowództwem dalej walczyć z Niemcami. Wobec powyższego nastąpiło całkowite ujawnienie wszystkiego, co było związane z polskim państwem podziemnym. Ujawniono tzw. delegatów rządu, czyli podziemnych wojewodów, starostów, wójtów nawet. Ujawniono tzw. kadrę bezpieczeństwa, czyli policję niepodległościową. Zajęto w miastach kwatery. Wszystko zapowiadało się początkowo idyllicznie. Lecz właśnie Iwanow dostał dyrektywę od Stalina i sam był jej gorącym zwolennikiem i wtedy, gdy panował taki układ dychotomiczny - czyli dwuwładzy z jednej strony ujawniły się struktury podziemnego państwa polskiego, a jednocześnie rozpoczęły działania siły podległe PKWN i komendantom wojskowym Armii Czerwonej, wówczas nastąpiło spięcie tych sił z sobą i wtedy Sierow rozpoczął w myśl tej dyrektywy masowe aresztowania. Wkrótce około 2800 dowódców, oficerów Armii Krajowej, właściwie wszystkich możliwych oficerów Armii Krajowej, aresztowano w myśl tej dyrektywy, ale również delegatów rządu, na szczeblu oczywiście województwa, czyli Lublina, Prezydenta Miasta Lublina, wszystkich ich zwabiono w pewnym sensie w jakąś pułapkę, a później już bez jakichś pozorów aresztowano. Przewożono ich często samolotami, a później transportami kolejowymi do miejsc przeznaczenia, na przykład do obozów przejściowych rozłożonych na terenie Lubelszczyzny, a później transportami ruszyli do Kijowa, Charkowa, a stamtąd do Riazania i Borowicz i innych. Także kilka tysięcy członków Armii Krajowej lub innych organizacji niepodległościowych znalazło się w obozach dla internowanych. Byli oni rzeczywiście internowani, choć łamano tam konwencje międzynarodowe i zmuszano ich do pracy, na przykład w Borowiczach.

 

Izolowanie to trwało do 1946 roku, kiedy zaczęto ich powoli przywracać krajowi. Transportami przysyłano ich przez Białą Podlaskę do kraju. Byli w wielu wypadkach schorowani, wyczerpani nerwowo. Wielu zginęło. W samych Borowiczach zginęło około 700 byłych więźniów tego obozu internowania.



Bylibyśmy bardzo mało obiektywni, gdybyśmy ograniczyli się do opowieści o tej stronie życia w tamtych czasach dlatego, że jednocześnie wybuchło pełne nadziei życie narodowe. Okupacja była okrutna szczególnie właśnie w tym tzw. dystrykcie lubelskim, czyli między Wisłą a Bugiem. W Lublinie wdarli się ludzie na Zamek, którego opuściła w popłochu niemiecka załoga. Znaleziono tam 280 trupów. Ujawniono w Rurach Jezuickich, w tym pięknym wąwozie, ekshumowano 500 czołowych przedstawicieli narodu polskiego wystrzelanych w 1940 roku, w czerwcu i lipcu. Na Majdanku wyświetlano film Forda, który przesadnie, ale rozumiemy psychozę śmierci, mówił o tym, że tam zginęło 1,5 do 2 milionów ludzi. Wszędzie garściami zbierano prochy tych ludzi spalonych nie doszczętnie, wszędzie było widać cząstki kości ludzkich. Nie było już Żydów lubelskich, którzy wypełniali to miasto gwarą, którzy przyczyniali się do jego pewnego takiego kolorytu, 40 tysięcy Żydów nie powróciło już nigdy, gdyż zostali straceni w obozach i rozstrzelani w egzekucjach.

 

Ale wybuchło to życie. KUL otworzył swoje bramy, teatr wyświetlał „Wesele” Wyspiańskiego, ludzie płakali na sali, powstały oficyny wydawnicze, wiersze, polską klasykę zaczęto wydawać, rzucano się na nią. Powstawały stowarzyszenia, odżywały dawne związki, literatów, plastyków. Otwarto gimnazja, licea, szkoły. Odbudowywano miasto z ruin. Wierzono, że wchodzi nowy czas. Czas taki, jak wyrażały to ówczesne nadzieje, Polski demokratycznej, silnej, sprawiedliwej, która się podniesie z tych ruin, że to jest już koniec tej wielkiej wojny. Nie był to jednak koniec wielkiej wojny.